PRACowniA

12 marca 2012

Ayn Rand – Manifest dla psychopatów

Filed under: Różne — iza @ 08:58
Tags: , , , ,

George Monbiot
George Monbiot’s Blog
Pon, 05 Mar 2012 18:33 CST

© AlterNet

Idee Ayn Rand stały się marksizmem nowej prawicy.

Rości sobie uzasadnione prawo do bycia najbrzydszą z filozofii, jaką stworzył powojenny świat. Egoizm, jak twierdzi, jest dobrem, altriuzm – złem, empatia i współczucie są nieracjonalne i destrukcyjne. Biedni zasługują na to, aby umrzeć; bogaci zasługują na nieograniczoną władzę. Filozofia ta została już przetestowana i upadła w sposób spektakularny i katastroficzny. A jednak system przekonań, skonstruowany przez Ayn Rand, której 30 rocznica śmierci mija właśnie dzisiaj, nigdy nie był bardziej popularny czy wpływowy.

Rand była Rosjanką (Alissa Rosenbaum) z zamożnej rodziny, która wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych. Poprzez swoje powieści (takie jak „Atlas Shrugged” – polskie wydanie pt. „Atlas zbuntowany”) oraz książki non-fiction (jak „The Virtue of Selfishness” [1] – polski przekład: „Cnota egoizmu”) wyjaśniała swoją filozofię, którą nazywała „obiektywizmem”. Utrzymuje ona, że jedyną drogą moralną jest czysty interes własny. Upiera się ona, że nikomu nic nie jesteśmy winni, nawet członkom własnej rodziny. Opisywała biednych i słabych jako „wyrzutki” i „pasożyty” oraz potępiała wszystkich, którzy chcieli im pomóc. Poza policją, sądami i siłami zbrojnymi nie powinna istnieć żadna inna rola dla rządu: żadnej pomocy społecznej, żadnego ubezpieczenia zdrowotnego lub edukacji, żadnej infrastruktury publicznej czy transportu, żadnej straży pożarnej, żadnych regulacji i żadnych podatków od dochodów.

„Atlas Zbuntowany”, opublikowany w 1957 r., opisuje Stany Zjednoczone zrujnowane przez interwencjonizm rządowy, w którym bohaterscy milionerzy walczą przeciwko narodowi darmozjadów. Milionerzy, których Rand ukazuje jako Atlasa, dźwigającego na swych barkach świat, wycofują swoją robotę z takim skutkiem, że naród się załamuje. Zostaje jednak uratowany dzięki niekontrolowanej chciwości i egoizmowi jednego z heroicznych plutokratów, Johna Galta.

Biedni mrą jak muchy na skutek programów rządowych oraz swego własnego lenistwa i niefrasobliwości. Ci, którzy próbują im pomagać, są gazowani. W niesławnym ustępie dowodzi ona, że pasażerowie w pociągu wypełnionym trującym gazem zasługują na swój los. [2,3] Jeden np. śmiał być nauczycielem, który uczył dzieci grupowej współpracy; inna matką, żoną urzędnika, która troszczyła się o swoje dzieci; kolejna niepracującą żoną, „która uwierzyła, że ma prawo wybierać polityków, o których wiedziała tyle, co nic”.

Filozofia Rand jest filozofią psychopatki, mizantropijną fantazją okrucieństwa, zemsty i chciwości. A jednak, jak to wykazał Gary Weiss w swej nowej książce „Naród Ayn Rand”, stała się ona dla nowej prawicy tym, czym kiedyś był Karol Marks dla lewicy: półbogiem na czele chiliastycznego kultu [4]. Już prawie jedna trzecia Amerykanów, wg ostatnich sondaży, czytała „Atlasa Zbuntowanego” i każdego roku książka ta sprzedaje się w setkach tysięcy egzemplarzy.

Bagatelizując ewangeliczny ateizm Rand, ruch partii herbacianej (Tea Party) przyjął ją sobie do serca. Żadne z ich spotkań nie może się obejść bez plakatu z napisem „Kim jest John Galt?” oraz „Rand miała rację”. Ayn Rand – dowodzi Weiss – zapewnia zunifikowanie ideologii, która „wydestylowała niejasny gniew i niezadowolenie w poczucie celu”. Jest ona energicznie promowana przez takie osobistości telewizyjne, jak Glenn Beck, Rush Limbaugh oraz Rick Santelli. Stała się duchem przewodnim Republikanów w Kongresie [6].

Podobnie jak wszystkie filozofie, ‘filozofia obiektywizmu’ jest przyswajana z drugiej ręki przez ludzi, którzy nigdy jej nie czytali. Sądzę, że zaczyna się ją wyczuwać po tej stronie Atlantyku: w krzykliwych nowych roszczeniach, aby na przykład usunąć 50% stawkę podatkową dla najbogatszych, lub między urągliwymi, szyderczymi blogerami, ktorzy pisują dla witryn wydawnictw prasowych „Telegraph” i „Spectator”, wypowiadając się pogardliwie i prześmiewczo o współczuciu i empatii oraz atakując wszelkie wysiłki uczynienia tego świata nieco lepszym miejscem.

Nietrudno zgadnąć, dlaczego Rand uwodzi miliarderów. Daje im coś, co ma kluczowe znaczenie w każdym ruchu politycznym: poczucie bycia ofiarą. Wmawia im, że żerują na nich ubogie, niewdzięczne darmozjady oraz że są uciskani przez natrętne, kontrolujące rządy.

O wiele trudniej pojąć, co widzą w niej zwyczajni herbaciarze, którzy najwięcej by ucierpieli wskutek wycofania się rządu. Ale taki jest ogrom panoszącej się dezinformacji, którą przesiąka cały ten ruch, i tak przeważający w USA jest syndrom Willy’ego Lomana (przepaść pomiędzy rzeczywistością a oczekiwaniami [7]), że miliony beztrosko zgłaszają się na ochotnika, by służyć za podnóżek dla miliarderów. Zastanawiam się, jak wielu z nich nadal by się modliło w kaplicy Ayn Rand, gdyby wiedzieli, że pod koniec swego życia sygnowała ona swym podpisem zarówno program pomocy medycznej, jak i ubezpieczeń społecznych [8]. Wszakże atakowała z furią oba te programy, jako że reprezentowały to wszystko, czym ona gardziła jako elementem niepożądanym w państwie. Jej system przekonań nie udźwignął jednak realiów starzenia się i załamania zdrowia.

© Unknown

Ale mają oni jeszcze silniejsze powody, aby odrzucić jej filozofię. Jak wykazano w filmie dokumentalnym Adama Curtisa, wyświetlanym w zeszłym roku, najbardziej oddanym członkiem jej wewnętrznego kręgu był Alan Greenspan [9] [Wikipedia pl]. Pośród esejów, które pisywał dla Ayn Rand, znalazły się te opublikowane w jej książce, której był współwydawcą, „Capitalism: the Unknown Ideal” (Kapitalizm. Nieznany ideał) [10]. Tutaj można odnaleźć całkowicie odsłoniętą filozofię, którą wniósł do rządu. Nie ma najmniejszej potrzeby regulacji działalności – nawet w budownictwie czy Big Pharmie – argumentował Greenspan – jako że „»zachłanność« ludzi biznesu, a mówiąc dokładniej ich żądza zysków… jest nieprześcignionym obrońcą konsumenta” [11]. Co do bankierów, potrzeba zdobycia zaufania ich klientów gwarantuje, że będą działać z honorem i uczciwością. Nieregulowany kapitalizm – stwierdza – jest „w najwyższym stopniu moralnym systemem”. [12]

Gdy wreszcie dorwał się do władzy, Greenspan stosował filozofię swej guru (Rand) w lobbingu na rzecz obniżania podatków dla bogatych i odrzucania praw ograniczających działalność banków, odmawiając regulacji drapieżnych pożyczek i handlu instrumentami pochodnymi, co ostatecznie spowodowało upadek systemu. Wiele z tego jest już udokumentowane, ale Weiss wykazuje, że w USA Greenspan zdołał z powodzeniem przemalować tę historię.

Pomimo wielu lat, które spędził u jej boku, pomimo uprzedniego przyznania, że to Rand zdołała przekonać go, iż „kapitalizm jest nie tylko wydajny i praktyczny, ale również moralny” [13], Greenspan wspomina ją w swych pamiętnikach, aby jedynie zasugerować, że była to młodzieńcza nieroztropność i tak, zdaje się, brzmi teraz wersja oficjalna. Weiss przedstawia potężne dowody na to, że nawet dzisiaj Greenspan pozostaje jej lojalnym uczniem, odwoławszy swe częściowe przyznanie się do porażki przed Kongresem.

Przesiąknięta jej filozofią nowa prawica po obu stronach Atlantyku nadal domaga się ograniczenia roli państwa, nawet gdy ruiny tej polityki zalegają wszędzie wokół. Biedni giną, superbogaci utrzymują się przy życiu i prosperują. Ayn Rand by się to podobało.

Przekład: PRACowniA
Czytaj na SOTT.net: Ayn Rand: A Manifesto for Psychopaths

Odnośniki:

1. W duchu Rand, sugeruję, żeby za to nie płacić, tylko ściągnąć stąd;

2. Str. 605 wydanie Penguin 2007

3. Gazowanie i następujące eksplozje wyjaśnione na str. 621

4. Gary Weiss, 2012. „Ayn Rand Nation: The Hidden Struggle for America’s Soul”. St. Martin’s Press, New York.

5. Było to badanie opinii Zogby poll, przeprowadzone pod koniec 2010 r.

6. Aby podać jeden z przykladów, Paul Ryan, przewodniczący Komisji Budżetowej twierdzi, że „powód, dla którego zaangażowałem się w służbę publiczną, gdybym miał go przypisać jednej osobie, byłaby nią Ayn Rand”. Jest to nieco ironiczne, zważywszy, że Rand nienawidziła idei służb publicznych. Cytowane przez G. Weissa.

7. Link

8. Gary Weiss, str. 61-63.

9. Link

10. Ayn Rand, Nathaniel Branden, Alan Greenspan i Robert Hessen (Eds), 1967.

„Capitalism: The Unknown Ideal”. Signet, New York.

11. Alan Greenspan, August 1963. „The Assault on Integrity”. Pierwotnie tekst opublikowany w „The Objectivist Newsletter”, później w „Capitalism: The Unknown Ideal”.

12. Jak wyżej.

13. Z artykułu autorstwa Somy Golden w „New York Times”, lipiec 1974, cytowane przez Gary’ego Weissa.

Advertisements

26 komentarzy »

  1. Określenie „nowa prawica” jest trochę niefortunne. Może nasuwać niektórym myśl, że Korwin-Mikke prezentuje takie poglądy. Osobiście zgadzam się z dużą częścią Ayn Rand. Gdyby każdy zatroszczył się o siebie było by mniej programów pomocowych… a każdy publiczny wydatek to nie lada gratka dla polityka i urzędnika. Lepiej żeby te pieniądze zachowali ludzie, żeby nie zostały przejęte przez pasożyta zwanego generalnie „państwem”.

    Komentarz - autor: truther — 12 marca 2012 @ 20:25

  2. @truther

    Określenie “nowa prawica” jest trochę niefortunne. Może nasuwać niektórym myśl, że Korwin-Mikke prezentuje takie poglądy.

    Jeśli niektórym się taka myśl nasunie, to równie dobrze mogą im się nasunąć inne, równie nieuzasadnione wnioski, ale na to już nikt (oprócz nich samych) nic nie poradzi. Autor użył określenia „new right” i tak też zostało przetłumaczone. Myśleć, że p. George Monbiot mógł mieć na myśli Korwina-Mikkego wydaje mi się zbyt daleko posuniętym polskocentryzmem. Zwłaszcza, jeśli przeczyta się cały artykuł, a nie tylko pierwszą linijkę.

    Osobiście zgadzam się z dużą częścią Ayn Rand.

    Świetnie! To znaczy, że nie trafiliśmy w próżnię. Takich ludzi jest najprawdopodobniej więcej w tym kraju. Właśnie z myślą o nich przetłumaczyliśmy ten artykuł. Zawsze jest jakaś szansa, że choć niewielka część z nich przeczyta go ze zrozumieniem i się głęboko zastanowi, z kim i z czym się tak naprawdę zgadzają.

    Pozdrawiam 🙂

    Komentarz - autor: iza — 12 marca 2012 @ 21:51

  3. Przeczytałem cały tekst i za każym razem, gdy natrafiałem na „nowa prawica”, to na mojej twarzy rysował sie grymas. Niektóre zwroty jak tytuły filmów, nie powinny być tłumaczone pod groźbą kary :p. Z Ayn Rand zgadzam się w tym wzglęcie, że egoizm jest najsłuszniejszą postawą. Chciałbym, aby każdy wokół mnie w pierwszej kolejności zajmował się sobą, czułbym się bardziej komfortowi, gdybym miał pewność, że moi najbliżsi i rodzina się sobą zajmą. Tym samym mniej zmartwień dla mnie. Nie zgadzam się natomiast ze słusznością plutokracji, to akurat jest jeden z gorszych modeli podziału władzy. Władza i wpływ na innych nie powinna być warunkowana grubością potrfela. Osobiście staram się żyć w taki sposób, aby nikomu nic nie zawdziędzać. Moje sukcesy, to moja zasługa… efekt mojej ciężkiej pracy, a może egoizmu. Inna sprawa, to egoizm nie jest równoważy z cudzą krzywdą. Mimo, że jestem zadeklarowanym egoistą, to bardzo często pomagam ludziom, a dlaczego? Dla SWOJEGO DOBRA, daje mi to osobistą przyjemność, a przy tym w pierwszej kolejności kieruję się własnym dobrem. Jestem przeciwnikiem programów pomocowych, (jak była Ayn Rand) nie z tego względu, że te programy pomagają ludziom, wręcz przeciwnie, efekty takiego interwencjonizmu z reguły są przeciwne od zamierzonych. Ja programy pomocowe odbieram jak nowy kawałek tortu do podziału, gdzie ludzie, dla których jest on przeznaczony dostają tylko niewielką jego część. Podobnie uważam w kwestii państwowych ubezpieczeń czy edukacji.
    Egoiści wcale nie są złymi ludźmi, przestańcie ich demonizować 😉

    Komentarz - autor: truther — 12 marca 2012 @ 22:19

  4. Napisałeś Czytelniku, że Twoim zdaniem „egoizm jest najsłuszniejszą postawą”. Czyżby słowo „egoizm” zatraciło już swe słownikowe znaczenie?
    Nie pozostaje to przecież bez wpływu na myślenie o świecie…
    Ludzie zdradzający patologiczny poziom egotyzmu starają się narzucić innym własne przekonania, lub osądzać innych według własnej miary,
    będąc niezdolnymi do zrozumienia racji innych ludzi.
    A.Łobaczewski wymienia egotyzm jako typowy czynnik patologiczny, opisując go dosyć dokładnie w „Ponerologii”.

    Komentarz - autor: Mariam — 13 marca 2012 @ 01:39

  5. Może zacytuję wikipedię (można nie szanować tego źródła wiedzy, ale ja właśnie w taki sposób pojmuję egoizm):
    „Etyczny egoizm nie uznaje za konieczne ignorowanie potrzeb innych, ani nie wymaga, by jednostka nie brała pod uwagę dobra innych. Pozwala na oba, tak długo jak wybór ten skutecznie zaspokaja jej interes.”
    A to o czym mówisz, to już jest egocentryzm… tej postawy akurat bardzo nie lubię.

    Komentarz - autor: truther — 15 marca 2012 @ 18:49

  6. @truther
    A jaki masz interes w komentowaniu tutaj? I co sądzisz o imperatywie kategorycznym Kanta?

    Bo tak sobie myślę, że gdybyś uważał swoją postawę za godną upowszechnienia, to znalazłbyś się w pułapce. Z jednej strony, leży w Twoim interesie komentowanie na tym blogu, bo inaczej byś tego nie robił. Z drugiej strony, my – edytorzy Pracowni – nie mamy żadnego własnego interesu w utrzymywaniu tego miejsca w sieci. Znacznie bardziej służyłoby naszym interesom choćby czytanie książek w czasie, który poświęcamy na tłumaczenia i utzymywanie Pracowni. Więc jak to jest? Jest to Twoim zdaniem postawa na tyle słuszna, że świat byłby lepszy, gdyby wszyscy się nią kierowali?

    Komentarz - autor: iza — 15 marca 2012 @ 19:34

  7. Bardzo dobrze znam tę zasadę. Ba, stosuje się do niej.
    Komentowanie tutaj nie jest w moim interesie? Bo jaka mam korzyść z komentowania? Tylko prezentuje swój punkt widzenia, a że bronię postawy powszechnie krytykowanej to trudno. Dla mnie ona nie jest pozbawiona sensu i nie jest godna potępienia. Doceniam pracę ludzi, dzięki którym wiedza staje się lepiej dostępna (sam po części to robię, nawet mam w planach założenie strony, która by bazowała na tłumaczeniach anglojęzycznego serwisu). A wracając do imperatywu kategorycznego, to jak powiedziałem. Gdybyście postanowili swój czas konsumować tylko na własne potrzeby, to nie miałbym wam tego za złe. Inaczej byłbym hipokrytą.

    Komentarz - autor: truther — 15 marca 2012 @ 19:54

  8. Pojęcie „etyczny egoizm” to ewidentne fałszerstwo językowe, manipulacja, wykorzystująca relację między językiem a myśleniem, że niby egoizm może być etyczny, moralny.
    Prawda jest zupełnie inna! Egoizm to słabość moralna, szczególnie niegodna człowieka.
    Gurdzijew w „Opowieścach Belzebuba dla wnuka” ujmuje to tak:

    <>

    Gdy takie zasady działania stają się prawami powszechnymi, mamy do czynienia z ultra-nadużyciem filozofii Kanta, by już nie wspominać o skutkach.

    Komentarz - autor: Mariam — 16 marca 2012 @ 02:27

  9. Cytat do poprzedniego, który zniknął:

    Odkąd „egoizm” już na dobre przyjął się w obecnościach twoich ulubieńców, ta ich szczególna właściwość istnieniowa stała się podstawowym czynnikiem, który wywołuje stopniową krystalizację w ich zbiorczej psychice danych będących źródłem jeszcze paru innych naprawdę wyjątkowo osobliwych impulsów istnieniowych, znanych tam obecnie pod nazwą: „chytrość”, „zawiść”, „nienawiść”, „obłuda”, „pogarda”, „pycha”, „służalczość”, „przebiegłość”, „ambicja”, „dwulicowość” itd., itp.

    Komentarz - autor: Mariam — 16 marca 2012 @ 02:30

  10. @truther
    Wybacz, ale jak dla mnie, to co napisałeś w swoim ostatnim komentarzu zupełnie nie trzyma się żadnej kupy. To jakaś „sałatka słowna”. Ale i w tym musisz mieć jakiś interes. Ciekawe, jaki?

    Komentarz - autor: iza — 16 marca 2012 @ 11:50

  11. @Mariam
    Dzięki za cytat z Belzebuba. 🙂

    A co do truthera i egoizmu, wygląda na to, że truther pisał, co mu ślina na palce przyniesie, byle mieć okazję do zamieszczenia linka przy swoim podpisie. Nota bene linka, którego już kiedyś konsekwetnie usuwałam, i o którego niezamieszczanie na tym blogu grzecznie truthera prosiłam, jako że nie zamierzam tego „u siebie” tolerować. Dostał drugą szansę i ją bez skrupułów wykorzystał. Zdecydowanie musi mieć w tym jakiś interes. Może będzie miał więcej szczęścia w innych miejscach w sieci.

    Komentarz - autor: iza — 16 marca 2012 @ 12:18

  12. Artykuł bełkotliwy i dosyć nikczemnie atakujący filozofię wolności. Czytelnicy powinni sami sięgnąć do źródła, czyli do „Źródła” i „Atlasa Zbuntowanego”, i wyciągnąć swoje wnioski. Polecam również książki niefabularne autorki. Nie zrozumie się, co jest nie tak z tym światem, jeśli nie pozna się, co napędza ludzki postęp.

    Komentarz - autor: Kel Thuz (@WhoIsKelThuz) — 20 marca 2012 @ 12:12

  13. …a ja tak sobie myślę, że najlepiej by było dla wszystkich, aby każdy z nas jak najlepiej obrabiał swój kawałek poletka niezależnie od tego, czy jest prezesem ogromnej korporacji, urzędnikiem w Urzędzie Skarbowym, nauczycielem fizyki, czy też cieciem nocnym obecnie zwanym ochroniarzem. A „jak najlepiej” to bez wykorzystywania swojego stanowiska do załatwiania prywatnych spraw, nie podkradania urzędowego papieru do drukarki i spinaczy a za to wykazywania się pełna znajomością przepisów prawnych w wymaganym zakresie, rozumienia iż obok są ludzie, którzy niekoniecznie są jednakowo uzdolnieni i sprzątania po sobie w pokoju socjalnym i w toalecie. I niech to wezmą do siebie i zdeklarowani egoiści i ci, którym artykuł zjeżył włos na głowie a komentarze pod nim jeszcze bardziej

    Komentarz - autor: Dagmara — 25 marca 2012 @ 22:25

  14. Człowiek, który to napisał zapewne nigdy nie przeczytał Rand albo ma problemy z czytaniem ze zrozumieniem. np. przepełniona zemstą? Gdzie u niej jest zemsta?

    Komentarz - autor: chris — 10 maja 2012 @ 23:32

  15. Gdzie Rand pisała, że nie należy pomagać rodzinie i bliskim? Wystarczy obejrzeć pierwszy z brzegu krótki, prosty w odbiorze (bo z amerykańskiego talk show) filmik z yt, żeby przekonać się, że autor albo nie czytał, albo interpretuje na swoją korzyść. A zapewne jedno i drugie.

    Komentarz - autor: Olga — 27 maja 2012 @ 01:30

  16. @Olga

    Gdzie Rand pisała, że nie należy pomagać rodzinie i bliskim? […] autor albo nie czytał, albo interpretuje na swoją korzyść. A zapewne jedno i drugie.

    A gdzie w tym artykule autor napisał, że Rand pisała, że nie należy pomagać rodzinie i bliskim?

    Komentarz - autor: iza — 27 maja 2012 @ 18:08

  17. Wszystkim polecam lekturę ‚Źródła’ – tak żeby nie dać się zwodzić propagandowym artykułom akcentujących ‚egoizm’ bez kontekstu, czyt. znajomości tekstu.
    ‚Egoizm’ jest jedynym ratunkiem przed ‚kolektywizmem’ który jest wrogiem wolności. To o tym, o wyborze (obronie) wolności przed zaborczym kolektywizmem jest ‚Źródło’ i inne prace Ayn Rand.

    Komentarz - autor: mej — 3 czerwca 2012 @ 18:17

  18. Autor powyższego artykułu opacznie pojmuje egoizm w rozumieniu Rand. W ogóle skąd pomysł, że biednym nie należy pomagać? Warto, jeśli jest to sposób zaspokojenia własnych potrzeb. Należy wystrzegać się tylko współczucia, które w nadmiarze staje się czymś obrzydliwym. Szanuję siebie. Ten szacunek jest wystarczającym uzasadnieniem tego, że nie znoszę współczucia. Człowiek, który biernie oczekuje pomocy pokazuje całemu światu, że jest bezradny. Natomiast pomagając takiej osobie napawamy się jej słabością, podbudowujemy poczucie własnej wartości. Tego poczucia nie powinno się budować na słabości innych, tylko na własnej sile. Nie potrafię pomagać nie otrzymując nic w zamian. Jeśli każdy skoncentruje się na sobie, to zostanie specjalistą w jakiejś dziedzinie życia. Rand nie nawołuje do ucieczki od ludzi i budowania swojego świata samemu. Wszystko opiera się u niej na współpracy indywidualnej – architekt buduje dom dla lekarza. Wymiana nie jest bezinteresowna. Architekt otrzyma zapłatę i możliwość rozwijania swojej pasji – lekarz uzyska wygodne miejsce zamieszkania. Tak samo miłość – nie może być bezinteresowna. Nawet uczucie Petrarki do Laury miało w sobie jakiś interes – poeta otrzymywał natchnienie. Zastanów się, dlaczego kochasz i co daje Ci miłość. Zapewne powiesz, że poczucie spełnienia i radości ze szczęścia drugiej osoby. Czy spełnienie i radość są Twoimi własnymi uczuciami? Oczywiście. Jesteś więc egoistą.

    Komentarz - autor: Arteneire — 3 lutego 2013 @ 03:31

  19. ciekawe gdzie autor widział wcielenie w życie filozofii Ayn Rand, może w USA jak biją bilionową monetę? ciekawiło mnie w sumie jakie argumenty padają przeciwko niej. może kilka słów o motywacji w pracy dla czyjegoś dobra? w Polsce chyba trochę o tym wiemy.

    Komentarz - autor: kubiakEntertaiment — 5 lutego 2013 @ 01:43

  20. Witam Czytałem książki „Źródło” i „Atlas Zbuntowany” i po tym co przeczytałem w artykule to mam wrażenie, że książki pod tym samym tytułem miały inną zawartość. Chce zaznaczyć, że nie będę się odnosił do tego co Ayn Rand robiła w życiu prywatnym i publicznym, bo mnie to nie interesowało jak narazie.Warto zapoznać się czym różni się myślenie pojęciowe od stereotypowego. Poniżej są dwa wykłady i jeden tekst, które wyjaśniają o co chodzi. „Myślenie pojęciowe a myślenie stereotypowe” [youtube=https://www.youtube.com/watch?v=dP-rwndgJKk&w=640&h=390] Stereotypy i ich rola w procesach manipulacji społeczeństwem. [youtube=https://www.youtube.com/watch?v=Gu-bGcR3ZeU&w=640&h=390] oraz http://kotwicki.blogspot.co.uk/2012/03/myslenie-pojeciowe-myslenie.html Jakiś czas temu spodobały mi się słowa William Coopera „Czytaj wszystko, słuchaj każdego. Nie dawaj wiary niczemu, dopóki nie potwierdzisz tego własnymi badaniami”, oraz słowa Józefa Kosseckiego „Korzystać trzeba z różnych źródeł, kryterium jest jedno czy są tam informacje czy hasła, jak hasła to szkoda czasu, jak informacje to pilnie studiować i z różnych najlepiej przeciwstawnych źródeł” Źródła które sprawdziłem to powyższe książki Czytałem trochę o perswazji, manipulacji i dezinformacji i chyba zacznę od słowa użytego w artykule, a mianowicie „obiektywizm,” nie czytałem książki „Cnota Egoizmu” i nie wiem jak ona zdefiniowała to słowo, ale obiektywizm to z tego co się orientuje to przedstawianie i ocenianie czegoś w sposób zgodny ze stanem faktycznym, niezależnie od własnych opinii, uczuć i interesów, jest to bezstronność oraz brak uprzedzeń.
    Biedni zasługują na to, aby umrzeć; bogaci zasługują na nieograniczoną władzę. Filozofia ta została już przetestowana i upadła w sposób spektakularny i katastroficzny.
    Kiedy ta filozofia była przetestowana i upadła w spektakularny i katastroficzny sposób? Według mnie książka uderza w pasożytnictwo, załatwianie spraw po znajomości, kolesiostwo.Pasożytami są Ci którzy pasożytują na innych, a nie Ci którzy są biedni. Egoizm o jakim mowa w artykule to chyba coś na zasadzie, że ktoś do chodzi do czegoś przez wydymanie innych. Egoizm o którym mowa była w książce to samodzielność, dochodzenie do konkretnych rezultatów dzięki własnej pracy, myśleniu i długo falowemu planowaniu. Autor tekstu mógłby się podeprzeć konkretnymi fragmentami jej twórczości.
    „Atlas Zbuntowany”, opublikowany w 1957 r., opisuje Stany Zjednoczone zrujnowane przez interwencjonizm rządowy, w którym bohaterscy milionerzy walczą przeciwko narodowi darmozjadów. Milionerzy, których Rand ukazuje jako Atlasa, dźwigającego na swych barkach świat, wycofują swoją robotę z takim skutkiem, że naród się załamuje. Zostaje jednak uratowany dzięki niekontrolowanej chciwości i egoizmowi jednego z heroicznych plutokratów, Johna Galta.”
    O jaką plutokracje tutaj chodzi? O formę rządów, w której władzę sprawują ludzie najbogatsi? John Galt był inżynierem, który pracował w firmie „Samochody Dwudziestego Wieku.”, zbudował eksperymentalny model silnika, po zmianach w polityce firmy zadał sobie pytanie „kim jest John Galt?” ja to pytanie odebrałem jako „Kim jestem?”, znalazł odpowiedz i odszedł i robił dwie rzeczy, jedna to pracował jako zwykły robotnik, nie dzieląc się swoimi kolejnymi odkryciami, a druga szukał ludzi umysłu i wyjaśniał im do czego doszedł.
    Biedni mrą jak muchy na skutek programów rządowych oraz swego własnego lenistwa i niefrasobliwości. Ci, którzy próbują im pomagać, są gazowani. W niesławnym ustępie dowodzi ona, że pasażerowie w pociągu wypełnionym trującym gazem zasługują na swój los. [2,3] Jeden np. śmiał być nauczycielem, który uczył dzieci grupowej współpracy; inna matką, żoną urzędnika, która troszczyła się o swoje dzieci; kolejna niepracującą żoną, „która uwierzyła, że ma prawo wybierać polityków, o których wiedziała tyle, co nic”.
    Biedni mrą przez rządy ludzi którzy nie są w stanie dostrzec tego co robią. Nie wiem skąd wziął się motyw gazowania, bo chyba nie z książki. Jeśli chodzi o katastrofę w tunelu to przyczyn było kilka np. zarządzenie przez osoby nie kompetentne od długiego czasu, zbyt duża liczba osób nie chcą brać odpowiedzialności za to co robią i jakie decyzje podejmują, problemy z częściami zamiennymi plus naciski ważnego urzędnika państwowego, pana Chalmersa, który za wszelką cenę chciał się dostać na wiec wyborczy do San francisko. W poniższym fragmencie jest informacja kto jechał w pociągu:
    Mówi się, że katastrofy są dziełem przypadku, i na pewno znalazłoby się wielu takich, którzy utrzymywaliby, że pasażerowie Komety nie byli winni ani odpowiedzialni za to, co im się przydarzyło. W przedziale sypialnym A wagonu pierwszego jechał profesor socjologii, który nauczał, że indywidualny talent nie ma znaczenia, indywidualny wysiłek jest jałowy, indywidualne sumienie jest bezużytecznym luksusem, że nie istnieje indywidualny umysł, charakter ani osiągnięcie i że liczą się masy, a nie ludzie. W jednoosobowym przedziale sypialnym numer 7 wagonu drugiego jechał dziennikarz, który pisał, że stosowanie przymusu „w słusznej sprawie” jest uzasadnione i zbawienne, i wierzył, że ma prawo fizycznie oddziaływać na innych — rujnować im życie, dławić ambicje i pragnienia, kpić z przekonań, więzić, grabić, mordować — w imię czegoś, co stanowi dla niego „słuszną sprawę”. Nie musiała to być idea, nigdy bowiem nie określił, co uważa za dobre, twierdząc, że kieruje się „uczuciem” — uczuciem nie skażonym wiedzą, bo stawiał emocje ponad wiedzą i w pełni za¬wierzał swoim „dobrym chęciom” oraz sile perswazji swojego pistoletu. W jednoosobowym przedziale sypialnym numer 10 wagonu trzeciego jechała stara nauczycielka, która poświęciła życie przeobrażaniu jednej klasy bezbronnych dzieci po drugiej w gromadę nieszczęsnych tchórzy, nauczając, że wola większości jest jedynym kryterium dobra i zła, i że większość może robić, co jej się żywnie podoba; że nie powinni akcentować swoich osobowości, lecz robić to samo co inni. W salonie B wagonu czwartego jechał wydawca gazety, który uważał, że ludzie z natury są źli i nie mogą być wolni, bo pozostawienie ich prymitywnych instynktów bez kontroli spowoduje, iż będą kłamać, grabić i mordować się nawzajem — a zatem należy nimi rządzić za pomocą kłamstw, grabieży i mordów, będących wyłącznym przywilejem władzy, by zmusić ich do pracy, nauczyć moralności i utrzymać w ryzach porządku i sprawiedliwości. W przedziale sypialnym H wagonu piątego jechał biznesmen, który wszedł w posiadanie swojego biznesu — kopalni rudy — dzięki pożyczce rządowej udzielonej na mocy ustawy o wyrównaniu szans. W salonie A wagonu szóstego jechał finansista, który zbił majątek na wykupywaniu „zamrożonych” obligacji kolejowych i „odmrażaniu” ich dzięki przyjaciołom z Waszyngtonu. Na miejscu numer 5 wagonu siódmego jechał robotnik, który uważał, że ma prawo do pracy niezależnie od tego, czy pracodawca chce go zatrudniać czy nie. W jednoosobowym przedziale sypialnym numer 6 wagonu ósmego jechała profesorka, która głosiła, że jako konsument ma prawo do transportu, niezależnie od tego, czy pracownicy kolei chcą go zapewnić czy nie. W jednoosobowym przedziale sypialnym numer 2 wagonu dziewiątego jechał profesor ekonomii, nawołujący do obalenia własności prywatnej i wyjaśniający, że inteligencja nie odgrywa roli w procesie przemysłowym, że umysł ludzki jest uwarunkowany środkami materialnymi i że każdy, kto wejdzie w posiadanie narzędzi, może zarządzać fabryką lub przedsiębiorstwem kolejowym. W przedziale sypialnym D wagonu dziesiątego jechała matka z dwojgiem śpiących, starannie otulonych dla uniknięcia szarpnięć pociągu dzieci. Mąż kobiety pracował dla rządu, zajmując się wdrażaniem rozporządzeń. Broniła go, mówiąc: „Co mi do tego, one krzywdzą tylko bogaczy. Muszę przecież zadbać o swoje dzieci”. W jednoosobowym przedziale sypialnym numer 3 wagonu jedenastego jechał płaczliwy, chuderlawy neurotyk, piszący tanie sztuki, w których za pomocą tchórzliwych małych świństewek usiłował przekazać myśl, że wszyscy biznesmeni to dranie. W jednoosobowym przedziale sypialnym numer 9 wagonu dwunastego jechała gospodyni domowa, uważająca, że ma prawo wybierać polityków, o których nic nie wie, by kontrolowali wielki przemysł, o którym nie ma pojęcia. W przedziale sypialnym F wagonu trzynastego jechał prawnik, który mawiał: „Ja? Ja sobie poradzę w każdym systemie politycznym”. W przedziale sypialnym A wagonu czternastego jechał profesor filozofii nauczający, że nie istnieje umysł — „skąd możesz wiedzieć, że tunel jest niebezpieczny?” — rzeczywistość — „jak możesz dowieść, że tunel istnieje?” — logika — „dlaczego uważasz, że pociągi nie mogą się poruszać bez siły napędowej?” — zasady — „dlaczego miałby nas krępować łańcuch przyczynowo-skutkowy?” — prawa — „dlaczego nie mielibyśmy przemocą zmuszać ludzi do pozostania w miejscach pracy?” — moralność — „co jest moralnego w zarządzaniu koleją?” — pewniki — „w końcu co to za różnica, czy człowiek żyje czy nie?” Nauczał, że nic nie wiemy — „dlaczego mielibyśmy się przeciwstawiać poleceniom przełożonych?” — nigdy niczego nie możemy być pewni — „skąd wiesz, że masz rację?” — i musimy się kierować wymogami chwili — „chyba nie chcesz stracić pracy, prawda?” W salonie B wagonu piętnastego jechał człowiek, który odziedziczy} fortunę i powtarzał w kółko: „Dlaczego tylko Rearden miałby mieć prawo do produkcji metalu Reardena?” W przedziale sypialnym A wagonu szesnastego jechał dobroczyńca ludzkości, który powiedział: „Ludzie zdolni? Nie obchodzi mnie, czy cierpią ani jak bardzo. Muszą zostać ukarani, aby pomóc niezdolnym. Szczerze mówiąc, nie obchodzi mnie, czy to uczciwe. Nie dbam o oddawanie sprawiedliwości uzdolnionym, jeśli w grę wchodzi łaska dla potrzebujących”. To byli tylko ci, którzy nie spali, ale wszyscy bez wyjątku pasażerowie Komety podzielali przekonania któregoś z nich. Ostatnią rzeczą, jaką zobaczyli na ziemi, nim pociąg zniknął w tunelu, był płomień pochodni Wyatta.
    Mam inne wydanie i nie wiem czy chodzi o ten fragment opisu eksplozji ze strony 621
    — „Szczegóły historii przekazał Luke Beal, cudem ocalały z katastrofy palacz luksusowego ekspresu sieci Taggarta, znanego pod nazwą »Komety«, którego rankiem znaleziono nieprzytomnego u zachodniego wylotu tunelu. Z powodu karygodnego naruszenia przepisów bezpieczeństwa, w nieustalonych jeszcze okolicznościach, zmierzająca do San Francisco Kometa wjechała do tunelu ciągnięta przez lokomotywę parową opalaną węglem. Ośmiomilowy tunel Taggarta, przecinający jeden ze szczytów Gór Skalistych i uważany za osiągnięcie, na które nie pozwoliłaby współczesna technologia, został wybudowany przez wnuka Nathaniela Taggarta w prześwietnej epoce czystych, nie emitujących dymu lokomotyw spalinowo-elektrycznych. System wentylacyjny tunelu nie był przygotowany na gęsty dym i spaliny emitowane przez lokomotywy opalane węglem. Każdy pracownik kolei w okręgu wiedział, że wysłanie pociągu do tunelu z taką lokomotywą jest wyrokiem śmierci na wszystkich podróżnych. Mimo to polecono załodze przeprowadzić Kometę przez tunel w ten właśnie sposób. Według palacza Beala skutki nagromadzenia spalin zaczęto odczuwać po przebyciu mniej więcej trzech mil. Maszynista Joseph Scott maksymalnie otworzył przepustnicę, rozpaczliwie usiłując przyspieszyć bieg pociągu, ale stara, wysłużona lokomotywa nie była w stanie uciągnąć pod górę tak wielkiego ciężaru. Walcząc z gęstniejącym dymem, maszynista i palacz próbowali opanować cieknące kotły, z trudem osiągając szybkość czterdziestu mil na godzinę, kiedy ktoś spośród pasażerów, niewątpliwie przerażony wizją uduszenia, pociągnął za rączkę hamulca awaryjnego. Nagłe szarpnięcie najprawdopodobniej ze¬rwało przewód powietrzny lokomotywy, nie dało się jej bowiem uruchomić ponownie. Z wagonów dobiegały krzyki, pasażerowie zaczęli wybijać szyby. Maszynista rozpaczliwie usiłował uruchomić silnik, ale osunął się na podłogę obok przepustnicy, dławiąc się dymem. Palacz wyskoczył z lokomotywy i zaczął uciekać. Widział już światło zachodniego tunelu, gdy usłyszał odgłos eksplozji. Nic więcej nie pamięta. Resztę historii znamy z ust pracowników stacji w Winston. Wszystko wskazuje na to, że specjalny pociąg towarowy z dostawą dla wojska, przewożący ładunek materiałów wybuchowych, nie otrzymał ostrzeżenia o jadącej przed nim Komecie. Żaden z pociągów nie jechał zgodnie z rozkładem. Towarowemu polecono kontynuować podróż, nie zważając na sygnalizację świetlną tunelu, która rzekomo była zepsuta. Nieoficjalnie mówi się, że mimo ograniczeń szybkości i częstych awarii systemu wentylacyjnego maszyniści zwykle nie zwalniali, przejeżdżając przez tunel. Kometa najprawdopodobniej utknęła zaraz za ostrym zakrętem. Przypuszcza się, że w chwili nadjechania drugiego pociągu na jej pokładzie nie było już nikogo żywego. Wątpliwe jest, by maszynista, biorący zakręt z prędkością osiemdziesięciu mil na godzinę, był w stanie dostrzec tylne okno ostatniego wagonu Komety, jasno oświetlonego w chwili odjazdu z Winston. Wiadomo jedynie, że pociąg towarowy uderzył w tył Komety. Eksplozja ładunku wybiła szyby w oknach odległego o pięć mil domu i spowodowała zawalenie się tak wielkiej masy skalnej, że ratownicy utknęli o trzy mile od miejsca, w którym powinny się znajdować pociągi. Nie ma nadziei na odnalezienie kogokolwiek żywego ani na odbudowę tunelu Taggarta”.
    Kolejne stwierdzenie też jest ciekawe.
    Nietrudno zgadnąć, dlaczego Rand uwodzi miliarderów. Daje im coś, co ma kluczowe znaczenie w każdym ruchu politycznym: poczucie bycia ofiarą. Wmawia im, że żerują na nich ubogie, niewdzięczne darmozjady oraz że są uciskani przez natrętne, kontrolujące rządy
    Ciekawi mnie czy autor słyszał o słowach Benjamina Disraeli? “Świat jest rządzony przez całkiem inne osoby, niż się to wydaje i tylko ci, którzy potrafią zajrzeć za kulisy wiedzą kto to jest“. Albo Horsta Seehofera “Ci którzy decydują nie są wybierani, a ci co się ich wybiera nie mają nic do decydowania” Dodajmy do tego jeszcze słowa Mayera Amschela Rothchilda “Pozwólcie mi robić i kontrolować pieniądze narodu, a nieważnym dla mnie będzie kto ustanawia prawa.” Wmawiać takie coś można tylko komuś kto nie wie co się dzieje. Przytoczę dwa fragmenty:
    Zasada tożsamości nie pozwala ci zjeść ciastka i mieć go nadal. Zasada przyczyny i skutku nie pozwala ci zjeść ciastka, zanim je otrzymałeś. Ale jeśli utopisz obie zasady w otchłaniach swojego umysłu, jeśli będziesz udawać przed sobą i innymi, że nie widzisz — możesz próbować uzurpować sobie prawo do zjedzenia swojego ciastka dzisiaj, a jutro zabrania mi mojego, możesz głosić, że aby mieć ciastko, należy je zjeść, zanim się je upiekło, że aby wyprodukować, należy najpierw skonsumować, że wszyscy, którzy sobie czegoś życzą, mają do tego jednakowe prawo, bo nic z niczego nie wynika. To, co bezprzyczynowe w materii, prowadzi do tego, co niezasłużone w duchu. Kiedykolwiek buntujesz się przeciwko zasadzie przyczyny i skutku, kieruje tobą oszukańcze pragnienie, nie aby przed nią uciec, lecz gorzej: aby ją odwrócić. Pragniesz niezasłużonej miłości, jak gdyby miłość, czyli skutek, mogła ci nadać osobistą wartość, czyli przyczynę — pragniesz niezasłużonego podziwu, jak gdyby podziw, czyli skutek, mógł dać ci cnotę, czyli przyczynę — pragniesz niezasłużonego bogactwa, jak gdyby bogactwo, czyli skutek, mogło ci dać umiejętność, czyli przyczynę — błagasz o miłosierdzie, miłosierdzie, nie sprawiedliwość, jakby niezasłużone przebaczenie mogło wymazać przyczynę tego błagania. I dla tych drobnych, paskudnych krętactw popierasz doktryny swoich nauczycieli, kiedy już idą na całego, głosząc, że wydawanie — skutek — tworzy bogactwo — przyczynę; że narzędzia — skutek — tworzą inteligencję — przyczynę; że twoje pragnienia seksualne — skutek — tworzą twoje wartości filozoficzne — przyczynę. Kto płaci za tę orgię? Kto powoduje to, co nie ma powodu? Kim są ofiary, skazane na pozostanie nieznanymi i milczącą agonię, by nie zakłócić pozorów swego nieistnienia? My nimi jesteśmy — my, ludzie umysłu. Jesteśmy przyczyną wszystkich wartości, których pożądacie, my, myślący, a zatem definiujący tożsamość i odkrywający ogniwa przyczyny i skutku. Nauczyliśmy was wiedzieć, mówić, produkować, pragnąć i kochać. Gdyby nie my, wy, którzy wyrzekliście się rozsądku, nie moglibyście realizować swoich pragnień ani nawet ich posiadać. Nie potrafilibyście pragnąć ubrań, których nie uszyto, samochodu, którego nie wynaleziono pieniędzy, których nie wymyślono, w zamian za dobra, które nie istnieją, podziwu niedoświadczonego przez ludzi, którzy nic nie zyskali, miłości należnej i właściwej tylko tym, którzy zachowują zdolność myślenia, wyboru i wartościowania. **** Ograniczeniem, przed którym usiłują uciec, jest zasada tożsamości. Wolnością, której poszukują, jest wolność od faktu, że A zawsze będzie równe A, niezależnie od ich łez i napadów furii — że rzeka nie przyniesie im mleka, niezależnie od tego, jak bardzo będą głodni — że woda nie popłynie w górę, niezależnie od tego, jak by im to ułatwiło życie, i jeśli chcą ją doprowadzić do dachu drapacza chmur, muszą tego dokonać myślą i pracą, w których liczy się charakter każdego cala rurociągu, ale nie ich uczucia — uczuciami bowiem nie zdołają zmienić kursu jednej drobinki kurzu w powietrzu ani natury żadnego postępku, którego się dopuścili. Ci, którzy wam mówią, że człowiek nie jest zdolny postrzegać rzeczywistości niezniekształconej przez jego zmysły, mają na myśli to, że nie chcą widzieć rzeczywistości niezniekształconej przez ich uczucia. „Istniejący stan rzeczy” to stan postrzegany przez twój umysł; oddziel go od rozsądku, a otrzymasz „stan pobożnych życzeń”. Nie istnieje uczciwy bunt przeciwko rozumowi — a kiedy akceptujesz jakąkolwiek część ich doktryny, powoduje tobą pragnienie, by upiekło ci się coś, na usiłowanie czego rozsądek by ci nie pozwolił. Wolnością, której szukasz, jest wolność od faktu, że jeśli twój majątek pochodzi z kra­dzieży, jesteś łajdakiem, niezależnie od tego, ile dajesz na cele dobroczynne ani jak często się modlisz — że jeśli sypiasz z dziwkami, nie jesteś nic wart jako mąż, niezależnie od tego, jak gorliwie zapewniasz siebie następnego ranka o miłości do żony — że jesteś jednostką, a nie serią przypadkowych kawałków rozrzuconych po wszechświecie, w którym nic nie trzyma się kupy i nic cię do niczego nie obliguje, po wszechświecie z dziecinnego koszmaru, gdzie tożsamości zmieniają się i rozmywają, gdzie nędznik i bohater są wymienialnymi, dowolnie przybieranymi rolami — że jesteś człowiekiem — że jesteś jednostką — że jesteś. Nieważne, jak gorliwie zapewniasz, że celem twoich mistycznych życzeń jest wyższa forma życia, bunt przeciwko tożsamości jest życzeniem nieistnienia. Pragnąc nie być niczym konkretnym, pragniesz po prostu nie być. Twoi nauczyciele, mistycy obu szkół, odwrócili w swojej świadomości zasadę przyczyny i skutku, a teraz usiłują ją odwrócić w życiu. Uważają swoje uczucia za przyczynę, a umysł za bierny skutek. Przyjmują emocje za narzędzie postrzegania rzeczywistości. Swoje pragnienia traktują jako fakt podstawowy, nadrzędny wobec wszystkich pozostałych. Uczciwy człowiek nie pragnie, zanim nie zidentyfikuje obiektu swoich pragnień. Mówi: „To istnieje, więc pragnę tego”. Oni mówią: „Pragnę tego, więc to istnieje”.
    Nie wiem czy ktoś czytał książkę „Kapitał” Erazma Majewskiego, można ją znaleźć w linku obok http://prawia.org/ksiazki/majewski/majewski4f.html Wrzucę trzy fragmenty, a jak ktoś będzie zainteresowany resztą to skorzysta z linka:
    Wprawdzie spostrzeżono to już od czasów Comte’a, przeczuwano zaś o wiele wcześniej, ale nie wyprowadzono stąd należytych wniosków, psychiczne bowiem władze nasze wciąż uważono za proste funkcye organizmów wolnych, czyli niezależnych wzajem od siebie. Mamy też do dziś systemy ekonomiczne i społeczne, oparte na czystym darwinizmie, na prostej teoryi ewolucyi, a w skutkach bezsilność naukową tych systemów, zadziwiających płytkością i rozmijaniem się z najbardziej bijącemi w oczy faktami w dziedzinie stosunków społecznych. I nic w tem dziwnego, albowiem naturalne prawa ewolucyi są tak samo niedostateczne do wytłumaczenia zjawisk społecznych, czyli zjawisk duchowych, jak prawa chemiczne i fizyczne do wytłumaczenia zjawisk życia. Nie twierdzimy przez to, aby zja­wiska społeczne miały się toczyć wbrew prawom biologicznym, lecz tylko, że proste zastosowanie tych praw do zjawisk społecznych czyli duchowych, nie wy­starcza, albowiem w człowieku mamy już do czynienia z więcej niż ogranicznem skomplikowaniem zjawiska życia, dla którego wyrozumienia trzeba formułować dodatkowe prawa, odpowiadające tym skomplikowaniom. Podstawy tedy i argumentów dla tezy o równości ludzi należy szukać wyłącznie w sferze zjawisk społecznych, interpsychicznych, nie zaś biologicznych. Pytam jednak, czy najprostsza obserwacya potwierdza tezę o równości ludzi? Jedynie tylko ciała nasze, będące produktem środowiska naturalnego, są względnie podobne sobie, bo zawdzięczamy je czystej przyrodzie, mianowicie aktom fizyologicznym: zapłodnienia, urodzenia, a następnie rozrastania się ciała pod wpływem żywienia się na tle środowiska naturalnego. Dusze jednak nasze nie są już dziełem czystej przyrody. One rosną i kształtują się w ciałach naszych pod wpływem innego środowiska, pod wpływem „mówionego”, więc pod wpływem otaczających dusz oraz dzieł cywilizacyi. Zawdzięczamy je naprzód rodzicom, ale wcale nie jako rodzicielom, lecz jako wychowawcom, następnie najbliższemu otoczeniu, wreszcie wszystkim, z którymi się stykamy bezpośrednio, lub pośrednio. Wpływy społeczne, o których tu mowa, są dla różnych osobników nieskończenie różne, co do tego nie ma wątpliwości, nie może więc i to podlegać żadnej wątpliwości, że niejednakie wpływy wytwarzają z osobników początkowo prawie jednakowych, nieskończenie różne indywidualności. Indywidualności te wykończają się i pogłębiają nadal w znacznej już mierze zależnie od nas samych. Jeżeli prawdą jest, że wiele złego i do­brego zawdzięczamy swoim najbliższym, to drugą prawdą jest i to, żeśmy sami także kowalami własnych losów. Tak więc – chcąc, czy nie chcąc stajemy się w ciągu życia z biegiem lat jakościami coraz bardziej odmiennemi. Gdyby różnice między nami były obojętne dla nas samych i dla innych, jak również dla bytu i dobrobytu w narodzie, ha, to możnaby nie zwracać na nie uwagi, jak się nie zwraca uwagi w gromadzie kur lub bydła, na to, że jedne sztuki są białe, inne żółte, szare, pstre lub czarne. Ale nasze różnice są różnicami uzdolnień i funkcyj, więc nie dość je rozróżniać, trzeba je niejednako szacować, bo niosą doniosłe skutki dodatnie lub ujemne dla innych. Naród, to nagromadzenie do najwyższego stopnia rozmaitych jakości i wielkości, to nie gromada, gdzie wszystkie psyche i wszystkie ciała są niemal jednakowe, gdzie dążności, działalność i charaktery są prawie jednakie. Jeżeli milion osobników zwierzęcych, myszy, czy bawołów, uzmysłowimy sobie pod postacią miliona kulek wielkości grochu, to ze względu na bardzo drobne różnice psychiczne, zachodzące miedzy osobnikami bądź myszy, bądź bawołów, będzie to także milion prawie jednakowych całostek psychicznych i dynamicznych. I dla tego nie ma potrzeby rozróżniać osobników od osobników, bo tu psyche i ciało pokrywają się wzajem. Ale milion ludzi w społeczeństwie, zwłaszcza mocno zaawansowanem w rozwoju, więc zróźnicowanem, przedstawi nam inny zgoła obraz. Pod względem cielesnym, zoologicznym – będzie to również milion kulek, dajmy na to wielkości grochu, ale pod względem psychicznym żadna dusza nie będzie odpowiadać rozmiarom ciała. Wszystkie będą większe, tylko niejednakowo większe. Najwięcej ujrzymy drobnych, ale stopniowo będziemy mogli zauważyć wszelkie wielkości, aż do bardzo imponujących rozmiarów kul o parometrowej średnicy, tylko że coraz większych będzie w owym milionie stopniowo coraz mniej. Gdzież tu równość – choćby ilościowa, albo objętościowa? Niema jej i być nie może. Lecz „objętość” nie wyczerpuje jeszcze różnic między duszami. W grę wchodzi jeszcze ich jakość. Podobnie, jak w równej objętości skrzynkach może się kryć zawartość bardzo różna, tak dusze, nawet przy równej wielkości nie są sobie równe pod względem dynamicznym i rodzajowym. Reprezentują one czynniki rozmaitej siły i rozmaitych rodzajów siły. O doniosłości tych różnic żaden obraz zmysłowy nie da już nam należytego wyobrażenia. Dość powiedzieć, że niema na ziemi dwóch dusz zupełnie jednakowych. Ważność zaś społeczna jednych dusz może być o miliony razy większa od ważności innych. Czyż funkcyonowanie tak rozmaitych osobników można nazwać funkcyonowaniem równych sobie całostek, zwłaszcza, gdy niezależnie od ich duchowej wielkości oraz jakości, jedne funkcyonują pełnią swego psychizmu, inne drobną jego częścią, jeszcze zaś inne stoją nieprodukcyjnie? Jeżeli dusze reprezentują bogactwo duchowe, to spostrzedz łatwo, że osobniki, cieleśnie równe sobie, są różnej wielkości i różnej jakości bogactwami. Gdy zaś kapitałem jest znowu tylko czynna część bogactwa (rodząca nowe bogactwo którejkolwiek kategoryi) to spostrzedz łatwo, że osobniki ludzkie bez względu na wysokość bogactwa duchowego, jakie reprezentują – będą różnej wielkości kapitałami społecznemi, a w takim razie nader różnymi wartościami. Więcej jeszcze! Działalność osobników może być, niezależnie od jej siły czyli doniosłości, dobra lub zła (dodatnia dla innych lub ujemna, czyli pożyteczna lub szkodliwa dla innych), co wywołuje nową skalę różnic. Bez względu już na wielkość dynamiczną osobników – dzielą się oni na dwie kategorye – i doniosłość dynamiczna jednych może rozciągać się poniżej zera na skali społecznej: dobro – zło, – gdy innych powyżej owego punktu neutralnego. Wówczas to, cośmy przed chwilą nazwali wartością dusz będzie poniżej zera wartością ujemną, czyli albo całkowitym brakiem wartości społecznej albo szkodliwością w różnym stopniu, – a tylko co ponad zerem stanie się prawdziwą wartością – ale o różnych rozmiarach jej i rodzajach. Wiem, że „równość” w socyologii ma znaczenie specyalne równości wobec prawa, – równości prawa do korzystania z „owoców swej pracy”, ale w zastosowaniu tej słusznej zasady tkwi ogromna niejasność, naprzód z powodu zbyt materyalistycznego pojmowania „pracy”, następnie z powodu zapominania, że „praca” lub „działalność” osobników bywa pożyteczna lub szkodliwa. Gdy tylko powiemy sobie, że „praca pracy równa”, wówczas wypadnie przyznać, że i osobniki czynne, t. j. pracujące, są sobie równe zarówno w obowiązkach społecznych, jak w przywilejach, t. j. w prawach do bogactwa społecznego. Wówczas ideałem prawodawcy stanie się jednaki udział wszystkich w bogactwie społecznem, albo równy podział bogactwa między pracujących członków społeczeństwa. Tak właśnie rozumują i do tego dążą szlachetni marzyciele różnych odcieni, którzyby radzi widzieć jeżeli nie niebo, to już napewno raj na ziemi i wyobrażają go sobie w idealnie równem uposażeniu wszystkich członków społeczeństwa. Ale kwestya nie okaże się tak prostą, gdy zważymy, że doniosłość społeczna trudów ludzkich wcale nie by­wa jednakowa, zależy bowiem naprzód od duchowego bogactwa, który osobnik wprowadza w grę, jako czyn­nik twórczy, następnie od sposobu zużytkowania tej potęgi więc na pożytek lub „szkodę” innych. Wówczas ideałem „sprawiedliwości” mógłby być podział bogactwa według rzeczywistego udziału w jego wytwarzaniu, czyli, jak to dawniej określano, według zasługi. Wówczas stosunki musiałyby się układać całkiem inaczej. Jak jednak powinnyby się układać, tego nikt nie wskazał, gdyż i tu, pomimo rzekomej prostoty zasady: „według zasługi”, natrafiamy na mnóstwo momentów ciemnych, które można w rozmaity sposób tłumaczyć i dochodzić do sprzecznych rezultatów. Pośród tych wątpliwości, jedno jest faktem niewątpliwym, mianowicie, że materyalne bogactwo narodu nie jest rozdzielone ani w prostym stosunku do ilości dusz, ani w proporcyonalnym bądź do wielkości każdej, bądź do wartości czynnej i twórczej. Dwa bogactwa rozłożone są miedzy jednostki zgoła nierównomiernie i bez wzajemnego związku; zachodzą tu wszelkie możliwe kombinacye. Skutkiem tego staje się pewnem, że musi istnieć jakaś ilość osobników, związana z pewną ilością bogactwa w stosunku, żeby się tak wyrazić, naturalnym czy normalnym, albo też „sprawiedliwym”, powyżej jednak rozciąga się kategorya nadmiernie uposażonych, oczywiście, ze szkodą trzeciej kategoryi, upośledzonych. Stosunku normalnego nie znamy – nikt jeszcze nie sformułował zasady, któraby odpowiadała koniecznym warunkom ścisłości naukowej, a więc także i idealnej „sprawiedliwości”, skutkiem czego najdonioślejsza może ze wszystkich zasada, będąca centralnym punktem całej ciężkiej „kwestyi socyalnej”, sprowadza się właściwie do kwestyi racyonalnego rozkładu dwu bogactw (stosunku bogactwa twórczego względem wytwarzanego), czyli do kwestyi właściwego stosunku dusz do bogactwa. Niema już chyba takich, którzyby nie dostrzegali stałego zjawiska, któremu na imię w zwykłej mowie „niesprawiedliwość społeczna”; jedni boleją nad niem, inni radziby je usunąć, lecz tu dopiero zaczynają się trudności, nie tylko wykonania, ale choćby sformułowania zasady kierowniczej. Stosunki ludzkie tak są skomplikowane, tyle może być dowolnych interpretacyi, tyle niewiadomych, że sumienny badacz spostrzega, iż brak jeszcze podstawy do reformowania złych stosunków. Reformy zaś, dokonywane na oślep, czy na domysł, byłyby raczej niepewnemi próbami, dokonywanemi na żywym organizmie, niżeli lekarstwem na chorobę niesprawiedliwości społecznej. Istnieje tedy paląca potrzeba dociekań, ale zarazem konieczność doskonałego spokoju i bezstronności, takiego spokoju, jakby w tych badaniach nie o nasze najżywotniejsze interesy chodziło. Gorączkowe szukanie zaślepia najczęściej, zwłaszcza gdy przedmiot badania skomplikowany, jak nasz, a mieni się, zależnie od obranego, albo z góry już nam narzuconego punktu widzenia. ***** 16. O skutkach majątkowego zrównania ludzi. Myśliciele, nie zdający sobie sprawy z natury zjawiska społecznego, wyobrażają sobie, że każdy, kto wzniósł się na wyższe szczeble bytu społecznego, musiał owładnąć tem, co powinno należeć do stojących niżej. Wyobrażają sobie, że wszelki zysk społeczny jednych musi opierać się na stracie innych, że wszelkie bogactwo jednych stało się powodem ubóstwa lub nędzy innych, mniej obrotnych lub zabiegliwych. Nie wniknęli tacy myśliciele należycie w mechanizm cywilizacyi, zapominają lub może nie wiedzą o tej doniosłej, a przecież elementarnej prawdzie, że materyi społecznej przybywa w miarę wzrastania żądz i sił przez stwarzanie jej, nie jest więc ani potrzebne m, ani koniecznem odbieranie innemu, aby posiadać więcej, niż mają inni. Może to być stworzone na nowo. I w istocie, dopóki cywilizacya wznosi się, póty dzieł ludzkich stałe przybywa daleko więcej niż ubywa. Dzieje się to właśnie dzięki działalności tych, którzy łakną tworzenia dla samego tworzenia, jak również tworzą, aby posiadać, nie zaś trwonić. Tak jedni, jak drudzy pierwej jednak sami ustępują z powierzchni ziemi, niżeli ich dzieła, często tak wielkie i niewyczerpane, że sami nie mogli nawet cząstki ich przez użycie zniweczyć. Dzieła takich twórców ostaje się więcej dla innych, niż niszczeje w ich rękach i te właśnie dzieła stanowią niby szkielet olbrzymiego jestestwa zbiorowego, niby rafę koralową, którą nowe żyjątka tylko nadbudowują. Ludzie, jak miękkie i znikome żyjątka koralowe rychło umierają, ale potomstwo ich trwa na ich miejscu wśród szkieletu cywilizacyi. Nowe zatem żyjątka nawet bez dziedziczenia dziedziczą zarówno dobra materyalne, jak duchowe i do dawnych dorzucają nowe. W podobnych warunkach czyż może być mowa o tem, aby wszystko, czem się cieszą więcej posiadający – miało być nieprawnie zagarniętą własnością mniej posiadających? O ile to nie własny dorobek bardziej twórczych jest to przeważnie dziedzictwo po silnych duchem (rozumem), jest to dzieło dusz wielkich, nie zaś ciał słabych, są to rzeczy, wydarte przyrodzie siłami samej przyrody za sprawą ducha, nie zaś siłami mięśni maluczkich. O tem należy pamiętać i z tem się rachować. Czemże jest w takim stanie rzeczy dążność do zniesienia własności prywatnej i do równego podziału dóbr czy też do równego udziału w korzystaniu z dóbr ludzkich, – co wydaje się niektórym myślicielom nie tylko stosunkiem pożądanym między ludźmi, ale i jedynie sprawiedliwym? Zdaje się, że wobec nierówności ludzi dynamicznej (twórczej), byłoby ono nie tylko pogwałceniem prawa własności, o co mniejsza, ale także zaprzeczeniem wolności osobistej. A jednak wypisywano i wypisuje się leszcze na sztandarze ludzkości dwa hasła: „Precz z własnością prywatną!” obok żądania „wolności dla wszystkich”. Trzeba zdumiewającego zaślepienia, aby nie widzieć, że jedno drugie wyklucza. Pod hasłem: precz z własnością, bo ona niesie krzywdę słabszym, przemoc i niewolę, – sankcyonowałoby się przemoc i niewolę, tylko w większych jeszcze rozmiarach. Jeśli bowiem własność prywatna płynie z prawa rozporządzania sobą, to usiłowanie zrównania własności wszystkich byłoby nie tylko zamachem na własność prywatną, ale jednocześnie nieprzerwanym łańcuchem gwałtów przeciw wolności osobistej, co więcej, gwałtów przeciw wszystkiemu, co nieprzeciętne. Ponieważ zaś bogactwo ludzkie stoi tylko tem, i pomnaża się, a nie maleje, że istnieją w narodzie i ustawicznie powstają osobniki dzielne i bogate duchem, które najwięcej przyczyniają bogactwa, przeto zrównanie ich z najmniej produkcyjnemi byłoby ciosem, wymierzonym w samo źródło bytu społecznego i w jego rozwój, zarówno duchowy, jak materyalny. Przyjaciel „ludzkości”, dość potężny do odegrania roli niwelatora społecznego, stałby się prawdziwym niedźwiedziem z bajki. Zabiłby wprawdzie muchę niesprawiedliwości na czole przyjaciela, ale równocześnie zabiłby w nim człowieka. Wypędziłby z ludzi duszę. Zachodziłoby to powoli, ale nieuchronnie. Materyalna, więc połowiczna równość, będąc wynikiem nieprzerwanego łańcucha wywłaszczeń, gdyby mogła być ściśle przestrzegana aż do końca, stałaby się w końcu doskonałą, bo także i duchową równością – ale w bezsilności. Wszak najważniejszem źródłem bogactwa ludzkiego są osobniki, które posiadły wielką moc ducha, nie zaś te, które siłą twórczą zaledwie cokolwiek odróżniają się od zwierzęcia. Wszak czynnikiem wytwarzającym bogactwo jest element psychiczny specyalnie ludzki, wprzęgający samą przyrodę do produkcyi bogactwa przy drobnym stosunkowo udziale własnych sil fizycznych ciała. Najlepiej przekonywamy się o tem, widząc, jak małemi zdobyczami cieszą się zwierzęta, skazane na posługiwanie się wyłącznie prawie tym tylko niezłożonym czynnikiem. Pozwala on zaledwie nie umrzeć z głodu, ale nie daje jeszcze właściwego bogactwa. Sama praca mięśniowa (przy minimum ludzkiego duchowego bogactwa, t, j, nie poparta elementem psychicznym) pozwala i człowiekowi zaledwie nie umrzeć z głodu – dawałaby więc tyle właśnie – ile daje zwierzętom. Z chwilą, gdyby największe nawet bogactwo duchowe osobiste zostało zrównane w prawach do owoców własnej wytwórczości z każdem najmniejszem, znikłaby racya dążenia do rozwijania w sobie mocy duchowej, nikt bowiem nie pielęgnuje tego, co nie daje korzyści. Powiedzą nam może, ze to już kwestya praktyczna, poprawmy więc wyrażenie „racya dążenia” przez dodanie uwagi, że znikłyby także i warunki istnienia dusz wielkich i mocnych, bowiem one do pojawienia się i trwania potrzebują odpowiedniego środowiska duchowego i materyalnego. ***** 31. Przyczyna nierachowania się z wartością przedmiotową dziel ludzkich. Odkąd za źródło bogactwa uznano pracę i kapitał materyalny jako znowu pracę, tylko skoncentrowaną, odtąd zapomina się niemal całkowicie o potędze twórczej ducha. Zapomina się przedewszystkiem dlatego, że zawdzięczamy ją jakoby w całości pokoleniom minionym – umarli zaś nie potrzebują już zapłaty. Ci, którzy ową potęgę stopniowo i zbiorowo stworzyli, minęli, cóż zatem dziwnego, że nawet ci, którzy oceniają doniosłość tego kapitału, uważają go za dobro niczyje, za własność wspólną wszystkich. Taki punkt widzenia niesie poważne następstwa. Jeżeli kapitał dawny duchowy uznamy za darowany, to wówczas praca natury, wprzęgana przez siły psychiczne, znika z rachunku i przenosi się do rubryki czystych albo niczyich sił przyrody. To, coby powinno obciążać rachunek, już go wcale nie obciąża, albowiem staje się niby powszechnem dobrem. W tych warunkach wartość przedmiotowa przedstawia się niektórym ekonomistom jako wartość samej pracy fizycznej ludzkiej, czyli jako najniższa cenność, gdyż istotnie łatwo dojść do wyobrażenia, że główne źródło owej wartości dostaje się na rynek darmo. Na łonie cywilizacyi rzeczywiście jesteśmy w tem szczęśliwem położeniu, że nietylko otrzymujemy darmo, jak się to powtarza w podręcznikach, surowe płody i siły natury, ale jeszcze i to, o czem zamilczą się w podręcznikach, że we współczesności naszej odnawia się dla nas niemal cały wielki kapitał duchowy pokoleń poprzednich. Kapitał ten zapisują niektórzy najspokojniej na rachunek niczyich sił przyrody, jako darowany przez przyrodę. Popełniają oni omyłkę o doniosłych skutkach. Ten mylny sposób przedstawiania sobie rzeczywistości nie miałby zresztą poważniejszych następstw, gdyby pierwiastek duchowy odgrywał jednako czynną rolę w każdej pracy ludzkiej, gdyby go była równa ilość w każdym człowieku. Wówczas pominięcie kategoryi ducha, jednako ważnej w każdej pracy, nie fałszowałoby stosunków. Byłoby tem, czem skurczenie powszechnej jednostki miary, czem odkreślenie pewnej, jednakiej, liczby zer przy wszystkich liczbach, czem powszechne zredukowanie wartości monety obiegowej. Redukcya taka nie byłaby redukcyą, gdyż wszystkie stosunki pozostałyby nienaruszone – wartość kapitału duchowego istniałaby, ale nicby nie wyrażała, tyle tylko, że tkwiłaby w każdym towarze, jako składnik jego, wszędzie w jednakiej rozłożony proporcyi. Niktby jej w towarze nie szukał jako wartości, równie jak nie szuka wartości czystych sił natury. Na stanowisku, jakieśmy tu zarysowali, stanęła właśnie szkoła przeciętnej wartości pracy. Tak prosta formułę wówczas jednak możnaby tylko uznać za poprawną, gdyby każdy człowiek pracował z jednakim kapitałem duchowym, czyli, gdyby działalność każdego miała, mniej więcej, równa wartość, podobnie jak praca wszystkich koni, wszystkich motorów o jednakiej sile. Obrońca szkoły mechanistycznej powie, że mechaniści nie przeoczyli niejednakowej wartości twórczej osobników, albowiem pomimo uznania czasu za miarę pracy, oceniają wyżej godzinę pracy kwalifikowanej od prostej, uznają więc pośrednio, że osobniki ludzkie są wartościami nierównemi. Niema jednak w tem nic dziwnego, że tę okoliczność uwzględniają. Któż byłby zdolny akceptować taką omyłką, aby czas pracy machiny dziesięcio lub trzydziestokonnej brał za jedno z czasem, dwukonnej? Takiego błędu niepodobna byłoby popełnić, ale uniknięcie jego nie ratuje jeszcze wcale klasycznego marxowskiego systemu wartości, nadaje mu tylko złudne pozory rachowania się z tem, z czem się de facto jeszcze wcale nie rachuje, albowiem rozróżnienie pracy złożonej od prostej nie jest jeszcze wcale uwzględnieniem rzeczywistej wartości różnych indywidyów, lecz tylko ustanowieniem na nich cen. Nie spostrzeżono, że Marx naznaczył na ludzi ceny jednostronie, jak to czyni kupiec, oczekujący w sklepie na nabywcę, a zarazem trzeba dodać że naznaczył je despotycznie, nie pytając o zgodę, ani o słuszność. Cóż tedy dziwnego, że jesteśmy świadkami oryginalnego widowiska. Niesprawiedliwy układ stosunków istniejących broni się przed narzuceniem równie niesprawiedliwego, tylko innego stosunku, obmyślonego przez teoretyka. Dlaczego zaś musi się bronić pomimo, że teoretyk niema siły wykonawczej? Oto dlatego, że doktryna jego bardzo jest sympatyczną dla licznej klasy, której wydaje się, że zyskałaby na wprowadzeniu doktryny w życie. Dla tej klasy kwestya prawdziwości doktryny jest obojętna; niechby sobie była sto razy nieprawdziwą, jej dość na tem, że obiecuje poprawę bytu, więc jest dobra. Tak rozumują zwolennicy doktryny i mają słuszność, któż bowiem nie dąży do poprawy bytu? Jest to jego ludzkie prawo. Zachodzi tylko ta okoliczność, że poprawa ta musiałaby się dokonać kosztem klas pozostałych, więc te, ze swej strony, są również zainteresowane i w imię tego samego ludzkiego prawa słusznie pytają: czy doktryna jest prawdziwa, czy nie zawiera błędu? Wielu szlachetnych „szczęśliwców” chętnieby się zgodziło na każdy stosunek inny od dotychczasowych, byleby mieli pewność, że będzie on podyktowany przez prawdziwą mądrość, że jest ugruntowany na słuszności. Zachodzi więc pytanie, czy ceny, proponowane za prace złożone, odpowiadają choćby w przybliżeniu rzeczywistej wartości takich prac, a choćby tylko proporcyonalnej ich wartości? Marzyciele, zapatrzeni w niezmierzone nędze ludzkie, unoszą się niecierpliwością, serca ich buntują się prze­ciw okrutnemu porządkowi rzeczy, panującemu wśród ludzi, radziby zmniejszyć zło, ulżyć cierpieniom. Widząc więc z jednej strony brak, z drugiej obfitość, wpa­dają odruchowo na myśl, że gdyby ująć jednym, a do­dać drugim, zapanowałby już raj na ziemi, bo mierny dostatek stałby się udziałem wszystkich. Oto idea przewodnia wszystkich wymarzonych systemów społecznych. Jak dojść do tak ponętnego ideału? Tu rozchodzą się drogi – jedni proponują ewolucyę, inni rewolucyę, ale wszyscy twórcy szczytnych utopii wierzą, że tyl­ko równość uposażenia zapewni powszechną szczęśli­wość i wierzą, że to będzie równość w dostatku – nie w nędzy. We wszystkich prawie utopiach prze­waża ideał Państwa, w którem wszyscy byliby niejako robotnikami przy wspólnym wielkim warsztacie, gdzie narzędzia pracy czyli kapitał byłby własnością Państwa. Obywatelom pozostawałoby prawo władania tylko swem bogactwem prywatnem, otrzymanem za pracę, ale pozbawionem charakteru kapitału. Możliwie największa ró­wność jest tu hasłem naczelnem. Przypomnijmy sobie manifest Baboeufa, „Icaryę” Cabeta i jego czarujący opis komunistycznego raju równych, przypomnijmy sobie liczne pomysły i poczynania Owen’a, ideały Lassale’a, przypomnijmy sobie następcę jego, Bernarda Beckera, który już nazywał siebie „prezydentem ludzkości”, a zrozumiemy, że ci marzyciele, gdyby mieli dość siły, nie wahaliby się przerobić świat cały zgodnie z pomysłami swojemi. Były to szczególne jednostki – ci teoretyczni reformatorzy. Szlachetność i zapał szły w parze z nazbyt wielką wiarą w swój rozum. W odpowiedzi na krytykę nie zawahał się przecież Lassale rzucić następujących dumnych słów: „każdy wiersz, który piszę – piszę uzbrojony wszystkiemi nabytkami oświaty mojego wieku”, a znaczy to: wierzcie mi na słowo, bo ja się nie mylę. Gdy prawdziwy uczony sprawdza sto razy wyniki swych dociekań i jeszcze wątpi, jakże dziwnie odbija ta wiara w swoją i w swego wieku nieomylność! I gdybyż tu chodziło o kwestyę akademicką, np. o ilość azotu w powietrzu, albo o trafność odczytania napisu hieroglificznego, tymczasem tu chodzi o rozwiązanie zadań nie tylko najtrudniejszych, ale w dodatku najważniejszych. I nietylko o to – chodzi jeszcze o uregulowanie stosunków realnych zgodnie z teoretycznem rozwiązaniem.
    Inne ciekawe słowa jako mi się przypomniały to słowa Mariana Mazura odnośnie nauki i indoktrynacji:
    „Naukowców interesuje rzeczywistość, jaka jest. Doktrynerów interesuje rzeczywistość, jaka powinna być. Naukowcy chcą, żeby ich poglądy pasowały do rzeczywistości. Doktrynerzy chcą, żeby rzeczywistość pasowała do ich poglądów. Stwierdziwszy niezgodność między poglądami a dowodami naukowiec odrzuca poglądy. Stwierdziwszy niezgodność między poglądami a dowodami doktryner odrzuca dowody. Naukowiec uważa naukę za zawód, do której czuję on zamiłowanie. Doktryner uważa doktrynę za misję, do której czuje on posłannictwo. Naukowiec szuka „prawdy” i martwi się trudnościami w jej znajdowaniu. Doktryner zna „prawdę” i cieszy się jej zupełnością. Naukowiec ma mnóstwo wątpliwości, czy jest „prawdą” to, co mówi nauka. Doktryner nie ma najmniejszych wątpliwości, że jest „prawdą” to, co mówi doktryna. Naukowiec uważa to, co mówi nauka za bardzo nietrwałe. Doktryner uważa to, co mówi doktryna, za wieczne. Naukowcy dążą do uwydatniania różnic między nauką a doktryną. Doktrynerzy dążą do zacierania różnic między nauką a doktryną. Naukowiec nie chce, żeby mu przypisywano doktrynerstwo. Doktryner chce, żeby mu przypisywano naukowość. Naukowiec unika nawet pozorów doktrynerstwa. Doktryner zabiega choćby o pozory naukowości. Naukowiec stara się obalać poglądy istniejące w nauce. Doktryner stara się przeciwdziałać obalaniu poglądów istniejących w doktrynie. Naukowiec uważa twórcę nowych poglądów za nowatora. Doktryner uważa twórcę odmiennych idei za wroga. Naukowiec uważa za postęp, gdy ktoś oderwie się od poglądów obowiązujących w nauce. Doktryner uważa za zdrajcę, gdy ktoś oderwie się od poglądów obowiązujących w doktrynie. Naukowiec uważa, że jeżeli coś nie jest nowe, to nie jest wartościowe dla nauki, a wobec tego nie zasługuje na zainteresowanie. Doktryner uważa, że jeżeli coś jest nowe, to jest szkodliwe dla doktryny, a wobec tego zasługuje na potępienie. Naukowcy są dumni z tego, że w nauce w ciągu tak krótkiego czasu tak wiele się zmieniło. Doktrynerzy są dumni z tego, że w doktrynie w ciągu tak długiego czasu nic się nie zmieniło.”
    Milionerzy o których autor tego tekstu pisze, że wycofują swoją robotę z takim skutkiem, że naród się załamuje, wycofują swoje umiejętności umysłowe, dzięki którym doszli do swoich milionów. Autor przeoczył przyczynek wycofywania swojej działalności przez tych milionerów, a były nim rządy ludzi(pasożytów), którzy pieli się na stanowiska i załatwiali sprawy nie dzięki swym umiejętnościom tylko, dzięki kontaktom, podkopywaniu jeden pod drugim, przysługom korupcji i defraudacjom. Poniżej wrzucę kilka fragmentów z książki Atlas Zbuntowany:
    — Mówiono wam, że żyjemy w epoce kryzysu moralnego. Sami to mówiliście, na wpół z lękiem, na wpół z nadzieją, że te słowa nic nie znaczą. Krzyczeliście, że grzechy ludzkie niszczą świat, i przeklinaliście ludzką naturę za niechęć praktykowania żądanych przez was cnót. Ponieważ cnota w waszym mniemaniu polega na poświęceniu, z każdą kolejną katastrofą żądaliście większych poświęceń. W imię powrotu do moralności poświęcaliście wszystko, co uważaliście za zło odpowiedzialne za waszą ciężką sytuację. Poświęciliście sprawiedliwość na rzecz miłosierdzia. Poświęciliście niezależność na rzecz jedności. Poświęciliście rozum na rzecz wiary. Poświęciliście bogactwo na rzecz potrzeby. Poświęciliście poczucie własnej wartości na rzecz wyrzeczenia się siebie. Poświęciliście szczęście na rzecz obowiązku. Zniszczyliście wszystko, co nazywaliście złem, i osiągnęliście to, co nazywaliście dobrem. Dlaczego zatem przeraża was widok otaczającego was świata? Ten świat nie jest produktem waszych grzechów, lecz waszej wizji cnót. To pełne i perfekcyjne urzeczywistnienie waszego ideału moralnego. Walczyliście o niego, marzyliście o nim i pragnęliście go, a ja — ja spełniłem wasze życzenie. Wasz ideał miał nieprzejednanego wroga, którego zniszczeniu miał służyć wasz kodeks moralny. Usunąłem wam go z drogi. Usunąłem źródło całego zła, które stopniowo poświęcaliście. Zakończyłem waszą bitwę. Zatrzymałem wasz silnik. Usunąłem wam z drogi ludzki umysł. Twierdzicie, że ludzie nie żyją, opierając się na umyśle? Zabrałem tych, którzy to czynią. Twierdzicie, że umysł jest bezsilny? Zabrałem tych, dla których nie jest. Twierdzicie, że istnieją wyższe wartości niż umysł? Zabrałem tych, dla których takie nie istnieją. Podczas gdy wy wlekliście na ołtarze ofiarne orędowników sprawiedliwości, niezależności, rozsądku, bogactwa i szacunku dla samych siebie — ja was pokonywałem, docierając do nich pierwszy. Opowiadałem im, na czym polega wasza gra i wasz kodeks moralny, bo sami byli zbyt niewinnie wspaniałomyślni, by to zrozumieć. Wskazywałem im, jak żyć na podstawie innej moralności — mojej. I to tę postanowili wybrać. Wszyscy ludzie, którzy znikli, ludzie, których nienawidziliście, lecz baliście się utracić, odeszli za moją sprawą. Nie próbujcie nas znaleźć. Nie chcemy zostać znalezieni. Nie krzyczcie, że naszym obowiązkiem jest wam służyć. Nie poczuwamy się do takiego obowiązku. Nie krzyczcie, że nas potrzebujecie. Nie uważamy potrzeby za wystarczający powód. Nie krzyczcie, że do was należymy. Tak nie jest. Nie błagajcie nas o powrót: strajkujemy. My — ludzie umysłu. Strajkujemy w proteście przeciwko samopoświęceniu. Strajkujemy w proteście przeciwko wierze w niezasłużone nagrody i nie nagradzane obowiązki. Strajkujemy w proteście przeciwko dogmatowi, że dążenie do osobistego szczęścia jest złem. Strajkujemy w proteście przeciwko doktrynie, że życie jest grzechem. Istnieje różnica pomiędzy naszym strajkiem a tymi, które od wieków uskuteczniacie: nasz strajk nie polega na wysuwaniu żądań, lecz na ich spełnianiu. Zgodnie z waszą moralnością jesteśmy źli. Postanowiliśmy już dłużej wam nie szkodzić. Zgodnie z waszą ekonomią jesteśmy bezużyteczni. Postanowiliśmy już dłużej was nie wyzyskiwać. Zgodnie z waszą polityką jesteśmy niebezpieczni i trzeba nas trzymać w ryzach. Postanowiliśmy wam nie zagrażać i nie dać się dłużej trzymać w ryzach. Zgodnie z waszą filozofią jesteśmy tylko złudzeniem. Postanowiliśmy nie zaślepiać was dłużej i pozwolić wam widzieć rzeczywistość — rzeczywistość, której pragnęliście, i świat, jaki widzicie teraz: świat bez umysłu. Daliśmy wam wszystko, czego od nas żądaliście, my, którzy zawsze dawaliśmy, lecz dopiero teraz to zrozumieliśmy. Nie zamierzamy przedstawiać wam żadnych żądań, negocjować warunków, osiągać kompromisu. Nie macie nam nic do zaoferowania. Nie jesteście nam potrzebni. Czy krzyczycie teraz, że to nie tego pragnęliście? Że nie bezmyślny, zrujnowany świat był waszym celem? Nie chcieliście, byśmy was opuścili? Zawsze wiedzieliście, o co wam chodzi, kanibale moralni. Ale wasza gra się skończyła, bo teraz my także to wiemy. **** Umysł ludzki jest podstawowym narzędziem przetrwania. Człowiek otrzymał życie, ale nie przetrwanie. Otrzymał umysł, lecz nie jego zawartość. Aby pozostać przy życiu, musi działać, a zanim będzie mógł działać, musi znać charakter i cel swoich działań. Nie może zdobywać pożywie­nia, nie wiedząc nic o nim ani o sposobach zdobywania go. Nie może wykopać rowu — ani zbudować cyklotronu — nie wiedząc nic o swoim celu ani środkach do jego osiągnięcia. Aby pozostać przy życiu, musi myśleć. Myślenie jest jednak świadomym wyborem. Kluczem do tego, co tak lekkomyślnie nazywacie „naturą ludzką”, tajemnicą poliszynela, którą znacie, lecz drżycie ze strachu przed ubraniem jej w słowa, jest fakt, iż człowiek posiada wolną wolę. Rozum nie działa automatycznie, myślenie nie jest procesem mechanicznym, logicznych powiązań nie dokonuje się instynktownie. Funkcje waszych żołądków, płuc czy serca są automatyczne, funkcja umysłu — nie. W każdym momencie swego życia macie wolny wybór: możecie myśleć lub uchylać się od myślenia. Nie możecie jednak uciec przed swoją naturą, przed faktem, że waszym środkiem przetrwania jest właśnie rozum — a zatem dla was, istot ludzkich, „być albo nie być” jest pochodną „myśleć albo nie myśleć”. Istota obdarzona wolną wolą nie posiada automatycznego scenariusza zachowań. Potrzebuje kodeksu wartości, by kierował jej postępowaniem. „Wartością” jest to, czego zdobyciu i zachowaniu służą jej działania, „cnotą” — działania, poprzez które zdobywa to i zachowuje. „Wartość” wymaga odpowiedzi na pytanie: dla kogo i w odniesieniu do czego? Wymaga kryterium, celu i konieczności działania w obliczu wyboru. Tam, gdzie nie ma wyborów, niepotrzebne są wartości. **** Człowiek nie posiada automatycznego kodeksu przetrwania. Tym, co odróżnia go od pozostałych istot żywych, jest konieczność działania w obliczu wyborów na podstawie wolnej woli. Nie posiada automatycznej świadomości tego, co jest dla niego dobre lub złe, od jakich wartości zależy jego życie i jakich wymaga działań. Mówicie o instynkcie samozachowawczym? Akurat tego istota ludzka nie posiada. „Instynkt” to nieomylny i automatyczny rodzaj wiedzy. Pragnienie nie jest instynktem. Pragnienie życia nie daje wam wiedzy potrzebnej, by je zachować. Ludzkie pragnienie życia też nie jest automatyczne: właśnie teraz grzeszycie po kryjomu jego brakiem. Wasz strach przed śmiercią nie wynika z miłości do życia i nie daje wam wiedzy potrzebnej do jego zachowania. Człowiek musi nabywać swoją wiedzę i podejmować działania na podstawie procesu myślenia, którego nie narzuca mu automatycznie natura. Człowiek posiada zdolność samozniszczenia — i nią właśnie kierował się przez większość swojej historii. Istota żywa, uważająca swoje środki przetrwania za zło, nie przeżyje. Roślina usiłująca poplątać własne korzenie czy ptak walczący o połamanie własnych skrzydeł nie pożyłyby długo. Historia człowieka jest jednak historią walki o wyparcie i zniszczenie umysłu. Człowieka obwołano istotą rozumną, ale bycie rozumnym to kwestia wyboru — a alternatywa, którą mu oferuje jego natura, brzmi: istota rozumna lub dążące do samozagłady zwierzę. Człowiek musi być człowiekiem — z własnej woli; musi upatrywać w życiu wartość — z własnej woli; musi się nauczyć je zachowywać — z własnej woli; musi odkryć potrzebne do tego wartości i kierować się własnymi cnotami — z własnej woli. **** Myślenie jest podstawową cnotą człowieka, z której wypływają wszystkie pozostałe. A jego podstawową przywarą, źródłem wszelkiego zła, jest ta nienazwana rzecz, którą robicie, choć za wszelką cenę próbujecie to ukryć: wymazywanie, świadome wyłączanie świadomości, odmowa myślenia — nie ślepota, lecz odmowa widzenia; nie niewiedza, lecz wypieranie wiedzy. Jest to akt rozregulowywania umysłu i wywoływania wewnętrznej mgły, by móc uciec od odpowiedzialności oceny — na podstawie milczącego założenia, że wystarczy odmówić identyfikacji czegoś, żeby to coś przestało istnieć, że A nie będzie równe A, jeśli tylko nie wydacie werdyktu w postaci słowa „jest”. Brak myślenia jest aktem unicestwienia, pragnieniem zanegowania istnienia, usiłowaniem wymazania rzeczywistości. Istnienie jednak istnieje, rzeczywistości nie da się wymazać, to ona może wymazać tego, kto wymazuje. Odmawiając powiedzenia „jest”, odmawiacie powiedzenia Jestem”. Zawieszając własny sąd, negujecie istnienie własnej osoby. Gdy człowiek mówi: „Kimże ja jestem, by wiedzieć?”, mówi: „Kimże jestem, by żyć?” **** Mówicie, że moralność jest zjawiskiem społecznym i że na bezludnej wyspie człowiek nie potrzebowałby jej? To właśnie tam potrzebowałby jej najbardziej. Niech spróbuje twierdzić, gdy nie ma ofiar, które by za to zapłaciły, że skała jest domem, piasek — odzieniem, pożywienie wpadnie mu do ust bez żadnego wysiłku z jego strony, że zbierze jutro plony, zjadając dziś nasiona — a rzeczywistość się go pozbędzie, tak jak na to zasłużył; rzeczywistość mu pokaże, że życie jest wartością, którą trzeba kupić, a myślenie jedyną walutą dostatecznie mocną, by je opłacić. Gdybym miał mówić waszym językiem, powiedziałbym, że jedynym przykazaniem moralnym człowieka jest: będziesz myślał. Ale „przykazanie moralne” to sprzeczność sama w sobie. Moralne jest to, co wybrane, a nie narzucone; to, co zrozumiane, a nie czynione z posłuszeństwa. Moralne jest to, co rozumne, a rozum nie akceptuje żadnych przykazań. Moja moralność, moralność rozumu, zawiera się w jednym jedynym aksjomacie: istnienie istnieje — i w jednym jedynym wyborze: wyborze życia. Reszta jest ich pochodną. Aby żyć, człowiek musi przyjąć za nadrzędne i obowiązujące wartości swego życia trzy rzeczy: rozsądek — cel — posza­nowanie własnej wartości. Rozsądek jako jedyne narzędzie wiedzy — cel jako wybór szczęścia, do osiągnięcia którego ma mu służyć to narzędzie — poszanowanie własnej wartości jako niezłomną pewność, że jego umysł jest zdolny do myślenia, a jego osoba warta szczęścia, co znaczy: warta życia. Te trzy wartości implikują i wymagają obecności wszystkich ludzkich cnót, a wszystkie te cnoty odnoszą się do relacji między istnieniem a świadomością: racjonalność, niezależność, prawość, uczciwość, sprawiedliwość, produktywność i duma. **** Racjonalność polega na uznaniu faktu, że istnienie istnieje, że nic nie może zmienić prawdy i nic nie może być ważniejsze od jej postrzegania, czyli od myślenia — że umysł jest jedynym sędzią wartości i jedynym przewodnikiem działań — że rozum jest pewnikiem nie dopuszczającym kompromisu — że ustępstwo na rzecz irracjonalności kaleczy świadomość jednostki i odwraca ją od zadania postrzegania ku zadaniu udawania rzeczywistości — że rzekomy skrót do wiedzy, którym jest wiara, jest jedynie zwarciem niszczącym umysł — że akceptacja mistycznego wymysłu jest pragnieniem unicestwienia istnienia i w efekcie niszczy ludzką świadomość. Niezależność polega na uznaniu faktu, że odpowiedzialność wydania sądu należy do ciebie i nic nie może ci pomóc jej uniknąć — że nikt nie może za ciebie myśleć ani przeżyć twojego życia — że najnikczemniejszym rodzajem upokorzenia i zniszczenia samego siebie jest podporządkowanie swojego umysłu cudzemu, akceptacja cudzego zwierzchnictwa nad swoim umysłem, przyjmowanie cudzych twierdzeń jako faktów, cudzych sloganów jako prawd, cudzych edyktów jako pośrednika pomiędzy własną świadomością a własnym istnieniem. **** Prawość polega na uznaniu faktu, że nie można udawać własnej świadomości, uczciwość zaś na uznaniu faktu, że nie można udawać istnienia — że człowiek jest jednostką niepodzielną, złożoną z dwóch nierozłącznych atrybutów: materii i świadomości, i że nie może pozwolić na rozłam pomiędzy ciałem a umysłem, działaniem a myślą, życiem a przekonaniami — że, niczym sędzia nieczuły na opinię publiczną, nie może poświęcać swoich przekonań na rzecz cudzych pragnień, nawet jeśli będą to błagania i groźby wykrzykiwane w jego kierunku przez całą ludzkość — że odwaga i pewność są koniecznością praktyczną, odwaga bowiem stanowi praktyczną formę wierności życiu — wierności własnej świadomości. **** Uczciwość polega na uznaniu faktu, że to, co nierzeczywiste, jest nierzeczywiste i nie może mieć żadnej wartości, że ani miłości, ani sławy, ani pieniędzy nie zdobywa się za pomocą oszustwa — że próba zdobycia wartości poprzez oszukiwanie cudzych umysłów stanowi akt wynoszenia swoich ofiar ponad rzeczywistość, stwarzanie sytuacji, w której sam stajesz się pionkiem w rękach ich ślepoty, niewolnikiem ich bezmyślności i uników, podczas gdy ich inteligencja, rozumność i spostrzegawczość stają się wrogami, których musisz się bać i wystrzegać — że człowiek nie chce żyć jako istota uzależniona, szczególnie zaś uzależniona od cudzej głupoty, ani jako dureń czerpiący wartość z otumaniania innych durniów — że uczciwość nie jest obowiązkiem społecznym ani poświęceniem dla dobra innych, lecz najbardziej samolubną cnotą, jaką może praktykować człowiek: odmową poświęcenia rzeczywistości własnego istnienia na rzecz cudzych iluzji. **** Sprawiedliwość polega na uznaniu faktu, że nie można oszukać ludzkiego charakteru, tak jak nie można oszukać natury; że trzeba oceniać innych ludzi równie sumiennie, jak ocenia się przedmioty nieożywione, z tym samym poszanowaniem prawdy, tym samym uczciwym spojrzeniem, w równie czystym i racjonalnym procesie identyfikacji — że każdego człowieka trzeba oceniać na podstawie tego, kim jest, i tak też traktować; że, tak jak nie płaci się za zardzewiały kawał złomu wyższej ceny niż za kawałek lśniącego metalu, nie stawia się nędznika ponad bohaterem — że twoja ocena moralna jest monetą, którą płacisz ludziom za ich cnoty lub przywary i zapłata owa wymaga od ciebie równie skrupulatnego podejścia jak transakcje finansowe — że odmowa płacenia pogardą za przywary jest aktem fałszerstwa moralnego, a odmowa płacenia podziwem za cnoty aktem sprzeniewierzenia — że troszczenie się o cokolwiek bardziej niż o sprawiedliwość jest dewaluacją waluty moralnej i defraudacją dobra na rzecz zła, bo tylko dobro może przegrać, a zło skorzystać na deficycie sprawiedliwości — a dnem szybu kończącego tę drogę, aktem bankructwa moralnego, jest karanie ludzi za ich cnoty i nagradzanie za przywary. Jest to upadek ku całkowitemu zepsuciu, czarna msza kultu śmierci, poświęcenie własnej świadomości w służbie destrukcji istnienia. Produktywność polega na akceptacji moralności, uznaniu faktu, że postanowiłeś żyć — że praca produkcyjna to proces, za pomocą którego świadomość człowieka kontroluje jego istnienie, ciągły proces zdobywania wiedzy i kształtowania materii tak, by służyła jego celom, nadawania idei fizycznej formy, przetwarzania ziemi na obraz i podobieństwo własnych wartości — że wszelka praca jest pracą twórczą, jeśli wykonuje ją myślący umysł, a żadna nie jest twórcza, jeśli wykonuje ją tępak, naśladujący w bezkrytycznym zamroczeniu rutynę, której nauczył się od innych — że twoja praca zależy od twojego wyboru, a wybór jest równie rozległy jak twój umysł, że nic więcej nie jest dla ciebie możliwe, a nic mniej nie jest ludzkie — że nieuczciwe zdobycie pracy, której nie potrafi sprostać tw

    Komentarz - autor: moromen — 18 marca 2014 @ 13:58

  21. A czemuż ten artykuł zniknął z listy artykułów (wg daty) z głównej strony? pozdrawiam M

    Komentarz - autor: Marat Dakunin — 5 kwietnia 2014 @ 05:16

  22. @ Marat Dakunin

    Nie zniknął. Może szukałeś w złym miejscu? 2012 Marzec, czwarta pozycja od dołu. 🙂

    Komentarz - autor: iza — 5 kwietnia 2014 @ 09:03

  23. „Określenie „nowa prawica” jest trochę niefortunne. Może nasuwać niektórym myśl, że Korwin-Mikke prezentuje takie poglądy.”

    Hmm… Ale właśnie czyż program gospodarczy partii pana K-M nie jest kopią postulatów Ayn Rand? Minimalna stawka lub brak podatków, wolny rynek, państwo minimalne utrzymujące jedynie policję i wojsko itd. Uwzględniając istnienie jednostek psychopatycznych, to czy taki „wolnościowy” system nie doprowadzi z powrotem do tego co mamy dzisiaj, nawet jeśli wszystko zresetujemy i każdy wystartuje od zera? Tym bardziej, że psychopaci przecież nie pragną samych pieniędzy tylko władzy, które one przynoszą. Wydaje mi się, że taki system momentalnie wyewoluuje z powrotem do systemu reżimowego.

    Pozdrawiam

    Komentarz - autor: fox — 16 czerwca 2014 @ 19:53

  24. Ten artykuł jest czystym zastraszeniem intelektualnym. Filozofia zaczyna się na epistemologii i metafizyce. Z tego dedukuje się etykę, politykę i estetykę.
    Nie jest napisane, jakie są podstawy filozoficzne jej filozofii, nie wypisano, gdzie popełniła błąd w swojej filozofii, żadnych kontrargumentów. Tylko groźba, żeby nie wyznawać jej filozofii, bo będzie się uznawanym za psychopatę.

    Ponieważ autor nie podał żadnego argumentu apelującego do rozumu, moje słowo ma taką samą wartość, co słowo autora. A więc piszę – autor nie ma pojęcia, o czym pisze, artykuł jest pełny miraży i przekłamań. Proszę bardzo.

    Chciałbym na koniec napisać, że egoizm według Rand nie polega na używaniu siły wobec innych ludzi, wykorzystywaniu, manipulowaniu innymi ludźmi, stawianiu własnej przyjemności ponad swoimi wartościami, lecz działaniem w zgodzie z najlepszym własnym interesem. Z obserwacji metafizycznych faktów i natury człowieka wywnioskowała, że działanie w najlepszym swoim interesie polega na podążaniu za rozumem i stawianiu go jako najwyższy instrument poznawczy, który jest dostępny człowiekowi.
    Egoizm według Rand oznacza wyłącznie podążanie za rozumem, stawianiu go wyżej od własnych zachcianek, żądzy. Rozum według Rand jest fakultetem kontrolującym emocje.

    Komentarz - autor: M.N. — 4 czerwca 2015 @ 15:15

  25. @ M.N.

    Egoizm według Rand oznacza wyłącznie podążanie za rozumem, stawianiu go wyżej od własnych zachcianek, żądzy. Rozum według Rand jest fakultetem kontrolującym emocje.

    Między innymi właśnie dlatego jest to filozofia psychopatyczna, bo nie uwzględniająca sumienia, które bierze się z emocji (a dokładniej: z wyższych emocji). To emocje stanowią nasz drogowskaz moralny, a nie intelekt, który jest podatny na tworzenie usprawiedliwień dla wszystkiego, co robimy, przeważnie post factum. Poczytaj np. Kahnemana „Pułapki myślenia. O myśleniu szybkim i wolnym”, jest wydany po polsku.

    Komentarz - autor: iza — 10 czerwca 2015 @ 23:10

  26. Ludwig van Goth02 sierpnia 2016, 21:02:06 Jakie to jest to złe myślenie logiczne i racjonalne. Zło i dobro to nie są kategorie określające nagi fakt. Moralność nie jest kryterium prawdy. Coś jest albo nie ma. Coś się wydarzyło albo nie. Coś jest prawdą albo nie. 2+2=4 albo nie.
    26-avatar_sm_506
    Marat Dakunin02 sierpnia 2016, 21:16:28 Złe myślenie logiczne jest wtedy gdy prowadzi do stwierdzenia, że wartości są realtywne
    26-avatar_sm_506
    Marat Dakunin02 sierpnia 2016, 21:17:01 Ludwig: A propos 2+2=5 przeczytaj sobie zakończenie „Roku 1984” Orwella
    26-avatar_sm_506
    Marat Dakunin02 sierpnia 2016, 21:17:25 Tylko nie myśl, że 2+2=5 to symbol synergii 🙂
    26-avatar_sm_506
    Marat Dakunin02 sierpnia 2016, 21:18:11 dobre jest to, co sprzyja drodze do dobra
    złe jest to, co przeszkadza na drodze dobra
    26-avatar_sm_506
    Marat Dakunin02 sierpnia 2016, 21:20:06 „Coś jest albo nie ma. Coś się wydarzyło albo nie. Coś jest prawdą albo nie.”

    A słyszałeś o innych logikach niż dwuwartościowa?
    Słyszałeś o polskiego pochodzenia logice innej? A o rozmytej?
    A Ty w życiu masz tylko stany typu: WIEM, nie wiem.
    Czy masz też może np. NO NIE WIEM..
    26-avatar_sm_506
    Marat Dakunin02 sierpnia 2016, 21:20:37https://pl.wikipedia.org/wiki/Logika_tr%C3%B3jwarto%C5%9Bciowa
    26-avatar_sm_506
    Marat Dakunin02 sierpnia 2016, 21:20:37https://pl.wikipedia.org/wiki/Logika_tr%C3%B3jwarto%C5%9Bciowa
    26-avatar_sm_506
    Marat Dakunin02 sierpnia 2016, 21:22:10 Najkrócej mówiąc: logika inna niż dwuwartościowa nie tyle jest w kategoriach ontologicznych, co w etycznych. Inaczej: współgra z wolną wolą.
    Jeszcze inaczej: fizyka kwantowa w zasadzie nie jest logiczna (coś jest i jednocześnie nie ma w pkt A, kot Schroedingera żyje i nie żyje jednocześnie itp. itd.).
    No, myślę, że masz materiał do rozmyślań 🙂

    Komentarz - autor: Marat Dakunin — 2 sierpnia 2016 @ 21:53


RSS feed for comments on this post. TrackBack URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d bloggers like this: