PRACowniA

16 lutego 2012

Wywiad z Arkadiuszem Jadczykiem

Arkadiusz Jadczyk i Dominika
SOTT / Układ otwarty
14 lutego 2012

Kilka dni temu, niespodziewanie, dostałem miły emajl od uczennicy Liceum Ogólnokształcącego w Wolbromiu, niedaleko Krakowa. Ma na imię Dominika i wyjaśniła , że choć zamierza studiować architekturę, bierze udział w ogólnopolskim konkursie fizycznym. Jedną z kategorii, którą można wybrać, jest przeprowadzenie wywiadu z fizykiem. Ponieważ czyta mój blog, wybrała mnie i zwróciła się do mnie z prośbą o udzielenie wywiadu. Zgodziłem się. Przysłała mi więc trzynaście pytań. Myślę, że jej pytania są może nawet ciekawsze od moich odpowiedzi. Oto więc cały wywiad.

1. Panie profesorze, dlaczego akurat fizyka? Czyżby to jedno z dziecięcych marzeń?

© A&L Jadczyk -- Ark Jadczyk z tyłu, po lewej. Marzący o zostaniu strażakiem, detektywem i Indianinem

Marzeń dziecięcych było wiele. Biegły w różnych kierunkach, nakładały się na siebie. Tu i ówdzie się wzmacniały, gdzie indziej się znosiły. Jak pochodzące z wielu źródeł fale na wodzie Marzyłem, by zostać strażakiem, detektywem, walczyć u boku dobrych Indian, być inżynierem elektronikiem – tak jak mój o dziesięć lat starszy brat. W końcu zostałem fizykiem, można powiedzieć: przez przypadek. Zająłem niezłe miejsce na krajowej Olimpiadzie Fizycznej, co dawało mi wstęp na Fizykę uniwersytecką bez egzaminu wstępnego. Gdyby nie to, pewnie wybrałbym Politechnikę.

Napisałem, że „pewnie przez przypadek”, ale, przyznam się, używam słowa „przypadek” niechętnie. Często określamy jako „przypadkowe” zdarzenia, które mają u swych źródeł niezrozumiałe dla nas, lub nieznane nam, łańcuchy przyczynowe. Idziemy w ten sposób na łatwiznę. Może więc nie był to przypadek, było to „przeznaczenie”? Jako fizyk jestem trochę strażakiem, bo stoję na straży prawdy. Jestem też detektywem, bo śledzę Przyrodę i jej interpretację. Walczę u boku dobrych Indian zmagając się z przekrętami w nauce. Najmniej zapewne mam z inżyniera, choć i tu coś zostało, bo jako fizyka interesuje mnie jednak świat, w którym żyjemy, nie zaś jedynie wyimaginowana rzeczywistość filozoficzna.

2. W 1991 otrzymał Pan tytuł naukowy profesora zwyczajnego. To wielkie osiągnięcie. Mówi się, że do sukcesu nie ma żadnej windy, trzeba iść po schodach. Jak przebiegała Pana kariera naukowa?

© A&L Jadczyk -- Ark uczy się fizyki w szkole średniej: połykając czekoladę, stojąc na głowie.

I tutaj pomógł mi przypadek. Pracę magisterską pisałem z kosmologii, moim opiekunem naukowym był nieco zwariowany matematyk, prof. Andrzej Zięba. Nauczył mnie odwagi myślenia i prostoty we wzajemnych ludzkich stosunkach. Zatrudnił mnie natychmiast w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Opolu. Już jako asystent dostałem do prowadzenia wykład z podstaw geometrii. Ja tęskniłem jednak za fizyką, więc po pół roku zaaplikowałem na studia doktoranckie w Instytucie Fizyki Teoretycznej Uniwersytetu Wrocławskiego – mojej macierzystej uczelni. Zostałem przyjęty, moim opiekunem naukowym został prof. Jan Łopuszański. Polubił mnie, dał mi do dyspozycji swój własny gabinet, dostałem własny klucz do biblioteki, gdzie mogłem buszować po nocach, gdy już w budynku była jedynie portierka. Z biegiem czasu stałem się prawą ręką prof. Łopuszańskiego, który potem został dyrektorem Instytutu, ja pełniłem przez wiele lat funkcję zastępcy dyrektora. Łączyłem więc pracę naukową z funkcjami administracyjnymi, oczywiście ze szkodą dla nauki. Jednak dzięki temu poznałem od środka, jak działa administracja i znam funkcjonowanie nauki od podszewki – nie jestem więc tak naiwny jak wielu moich kolegów. Zaś we wspinaniu się po schodach bodaj najważniejszą rolę odegrały kontakty międzynarodowe. Wrocław należał wówczas do jednego z czołowych i cenionych ośrodków fizyki matematycznej w świecie. Dzięki temu szybko nawiązałem osobiste kontakty z czołowymi specjalistami za granicą. Byłem dociekliwy, zadawałem im szczere pytania, szczerość cenili, dawali szczere odpowiedzi. A dla mnie, młodego naukowca, usłyszenie od pierwszej klasy eksperta, że problem, który mnie gnębi nie jest bynajmniej głupi, że nie jest do końca rozwiązany – było niezmiernie istotną zachętą.

(more…)

Reklamy

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: