PRACowniA

29 marca 2012

Zabójca z Tuluzy agentem francuskiego wywiadu

Alex Lantier
World Socialist Web Site
28 marca 2012

© AP Photo/Jacques Brinon -- Prezydent Francji Nicolas Sarkozy podczas uroczystości pożegnania ciał trzech żołnierzy zamordowanych przez podejrzanego zidentyfikowanego jako Mohamed Merah.

Doniesienia prasowe i komentarze wyższych urzędników wywiadu wskazują, że Mohamed Merah, domniemany zabójca, który zabił w Tuluzie siedem osób, w tym troje żydowskich uczniów, w ciągu dziewięciu dni morderczego szału, był agentem francuskiego wywiadu.

Te informacje prowadzą do pytania o fiasko francuskiego wywiadu w powstrzymaniu Meraha i czy fiasko to było podyktowane względami politycznymi. Śledztwo w sprawie Meraha prowadziła Centralna Dyrekcja Wywiadu Wewnętrznego (DCRI) pod kierownictwem Bernarda Squarciniego — bliskiego współpracownika obecnego prezydenta Nicolasa Sarkozy’ego. Sarkozy, wcześniej plasujący się daleko za kandydatem Partii Socjalistycznej (PS) François Hollandem w ankietach przed wyborami prezydenckimi, jakie mają się odbyć w przyszłym miesiącu, skorzystał na nagłośnieniu ataków w mediach i teraz dogania Hollande’a w rankingu.

23 marca w wywiadzie dla Le Monde Squarcini potwierdził, że Merah sporo podróżował po Bliskim Wschodzie, chociaż jego oficjalne zarobki były mniej więcej na poziomie płacy minimalnej: „Po podróżach po Bliskim Wschodzie – Turcji, Syrii, Libanie, Jordanii, a nawet Izraelu – przebywał przez jakiś czas z bratem w Kairze. … Następnie przez Tadżykistan udał się do Afganistanu. Obierał nietypowe trasy i nie pojawił się na naszych radarach – ani francuskich ani amerykańskich, ani lokalnych zagranicznych służb wywiadowczych”.

Squarcini najwyraźniej miał na celu wzmocnienie oficjalnego wyjaśnienia co do tego, jak Merah zdołał umknąć policji – był niewykrywalnym „samotnikiem, który sam się zradykalizował”. Ta historyjka rozpadła się po ujawnieniu, że francuskie agencje wywiadowcze były najwyraźniej w ścisłym kontakcie z Merahem, starając się zrobić z niego informatora wewnątrz islamskich sieci.

Wczoraj Les Inrockuptibles odnotował włoskie doniesienia, że Merah pracował dla głównej agencji wywiadu wojskowego Francji, Generalnej Dyrekcji Bezpieczeństwa Zewnętrznego (DGSE). Tygodnik zacytował gazetę Il Foglio:

„Według źródeł wywiadowczych, które rozmawiały z Il Foglio, Generalna Dyrekcja Bezpieczeństwa Zewnętrznego uzyskała dla niego prawo wjazdu do Izraela w 2010 roku, przedstawiając go jako informatora, przechodzącego przez punkt graniczny z Jordanią. … Jego wejście do Izraela, pod parasolem Francuzów, miało udowodnić sieci dżihadu, że może on przekraczać granice z europejskim paszportem”.

(more…)

Reklamy

23 marca 2012

Protektorzy Sarkozy’ego wykorzystują ataki w Tuluzie żeby skraść francuskie wybory

Wybaczcie chropawe tłumaczenie i ewentualne błędy.

Joe Quinn
Sarkozy’s Backers To Use Toulouse Attacks To Steal French Election – UPDATE!
Sott.net
19 marca 2012

Sarkozy przemawia w Tuluzie 19 marca 2012. “Silny przywódca w sytuacji kryzysowej”. Tylko kto stoi za tym kryzysem?

Szanse francuskiego prezydenta Sarkozy’ego na ponowny wybór w 2012 słabły prawie odkąd był ‚wybrany’ w 2007. Przez długi czas postrzegany przez Francuzów jako samozwańczy kandydat na współczesnego Napoleona, jednak wielu nie rozumiało, jak w 2007 udało mu się wygrać wyścig po fotel prezydencki, biorąc pod uwagę fakt, że rok przed wyborami badania opinii publicznej stawiały go zdecydowanie na drugim miejscu, a pomiędzy tamtym czasem i wyborami nie zrobił on nic, co by usprawiedliwiało jego rzekomy wzrost popularności, przy jego podejściu do kampanii wyborczej, z tymi wszystkimi błyskotkami na sobie, co wywracało żołądki wielu Francuzów. W dodatku, w ciągu kilku miesięcy po jego ‚zwycięstwie’ w maju 2007, popularność Sarkozy’ego spadła do około 30%, kiedy ludzie zaczęli reagować na jego surowe reformy gospodarcze, na których, zwróćcie uwagę, otwarcie oparł kampanię. Jak wyjaśnić taki nagły zwrot tak szybko po jego zwycięstwie? Dopiero w dzień wyborów jakoś ten drobny syn węgierskiego imigranta i jego „księżna Paryża” dostali prezent w postaci 5 lat w Pałacu Elizejskim.

Sfałszowane wybory?

Dziś już powszechna wiadomo (albo powinno być), że wyniki wyborów, nawet w „największych demokracjach” na świecie, mogą być łatwo „odwrócone” dzięki elektronicznym urządzeniom rejestrującym oddane głosy. Fakt, że takie maszyny zostały wprowadzone przez samego Sarkozy’ego w 2004 r. (kiedy był ministrem spraw wewnętrznych) dla około 4% francuskiego elektoratu, wywołał u niektórych konsternację i dostarczył wiarygodnego wyjaśnienia dla niespodziewanego zwycięstwa Sarkozy’ego, zwłaszcza że oficjalne prognozy podawały 53.06 % poparcia dla Sarko i 46.94 % dla Royal, dając różnicę 4% łatwą do „odwrócenia”. Uderzyło mnie również, że badania opinii publicznej i sondy wśród opuszczających punkt wyborczy były tak dokładne (na kilka miesięcy przed wyborami) w przewidywaniu, że Sarkozy wygra z Rojal w stosunku 53% do 47%.

Od 2007 roku „Sarko-Amerykanin” wzbudził coś więcej niż tylko zniesmaczenie u większości społeczeństwa francuskiego. Kiedy w 2007 roku stało się jasne, że zgodnie z obietnicami przedwyborczymi planował stopniowo zniszczyć system opieki społecznej we Francji opiekuńczego, dając ulgi podatkowe korporacjom i bogatym, miliony pracowników sektora publicznego wyszło w proteście na ulice. We wrześniu i październiku 2010 r. miliony pracowników sektora publicznego i prywatnego demonstrowało ponownie przeciwko podwyższeniu wieku emerytalnego z 60 do 62 lat. W obu przypadkach Sarkozy arogancko zerwał z tradycją (i zasadami demokracji) lekceważąc protesty jako nieistotne i parł do przodu ze swoją elitarystyczną polityką. Dodatkowo, Sarkozy był zamieszany w kilka skandali finansowych i przestępczych. Jeśli chodzi o cechy osobiste, przemądrzałość francuskiego prezydenta, częsta niezdolność do kontrolowania gniewu oraz jego brak pokory postrzega się jako niestosowne dla męża stanu, i częstokroć wywoływały pogardę większości francuskich obywateli. Wskutek tego, szanse na jego legalną reelekcję w maju bieżącego roku mieszczą się w przedziale od marnych do żadnych.

Nawet komuś takiemu jak Sarkozy nie jest obojętna świadomość niezwykle niskiego wskaźnika poparcia i kilka tygodni temu wyglądało na to, że przewidywał swoją porażkę („Prędzej zostanę mnichem karmelitańskim niż pozostanę w polityce, jeśli przegram”). Podczas gdy jest mało prawdopodobne, że Sarko wyląduje w klasztorze, niewątpliwie bardzo chętnie znikłby z radaru, jeśli wyleci z Pałacu Elizejskiego w maju. Wiecie, jako prezydent Sarkozy nie podlega on ściganiu. Jako zwykły stary Sarko, podlega, i jest wielu ludzi (Jacques Chirac and Dominique de Villepin, żeby wymienić tylko dwoje), którzy byliby aż nadto szczęśliwi, umożliwiając śledztwo w sprawie jego niezwykle dyskusyjnego biznesu i umów politycznych sprzed 20 lat. To jest faktycznie dokładnie to, co stwierdził Manuel Valls, dyrektor kampanii kandydata Partii Socjalistycznej, Francois Hollande – że  Sarkozy panicznie boi się przegrania wyborów, ponieważ straciłby wówczas immunitet.

Ale, jak wszyscy powinni już wiedzieć, niewielu, zachodnich prezydentów i premierów (o ile w ogóle tacy są) jest wybranych na bazie prawdziwej opinii publicznej, nawet jeśli ludzie tacy jak Sarkozy pozwalają sobie na tę iluzję. W rzeczywistości, w wyborach chodzi o wymyślenie historii, co zapewniają bogate grupy lobbingu, organizacje i ludzie, żywotnie zainteresowani zwycięstwem jakiegoś szczególnego typu kandydata.

Niewielu zaprzeczy, że w ciągu ostatniej dekady wiele głównych zachodnich „demokracje” wprowadziło w życie polityczne i społeczne zasady, przypominające uregulowania państwa policyjnego, to jest państwa, w którym rząd sprawuje ścisłą i represyjną kontrolę nad społecznym, gospodarczym i politycznym życiem populacji. Zarówno powodem dla większości tych społecznych mechanizmów kontroli, jak i przyczyną ich akceptacji (przez społeczeństwo) jest mityczna „al-Kaida” i tzw. „wojna z terroryzmem”, która, dla ludzi ślepo podążającym za autorytetom jest „złem koniecznym”, jednak dla ludzi myślących samodzielnie jest dosłownym przekrętem mającym usprawiedliwić imperialną agresję i grabież oraz zmusić populację do zaakceptowania tego.

Potrzeba tu szczególnego typu prezydenta czy premiera do występowania w imieniu społeczeństwa i organizowania takiej linii politycznej. Muszą to być ludzie autorytatywni, którzy potrafią przekonująco przeprowadzić procedurę „silny w kryzysie” (głównie dlatego, że sami dają wiarę własnym kłamstwom). I kryzys, oczywiście, musi zostać stworzony.

(more…)

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: