PRACowniA

Gary Taubes – Dlaczego tyjemy

Gary Taubes
Dlaczego tyjemy i jak sobie z tym poradzić?
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012
Tytuł oryginału: Why We Get Fat And What To Do About It
Przekład: Agnieszka Andrzejewska

Dlaczego napisałem tę książkę, czyli zamiast wstępu

W książce tej próbowałem uzmysłowić czytelnikom, że po drugiej wojnie światowej, wraz z zagładą, która dotknęła również środowiska naukowców i lekarzy europejskich, zajmujących się związkiem między odżywianiem a otyłością, badania w tej dziedzinie obrały inny niż przed wojną kierunek i opierały się wszelkim próbom zmian. W rezultacie ludzie zaangażowani w owe badania nie tylko zmarnowali kilkadziesiąt lat, wiele wysiłku i pieniędzy, ale po drodze wyrządzili też nieoszacowane szkody. Pozostali głusi na wciąż nowe dowody, które zaprzeczały ich rozumowaniu. Tymczasem ich poglądy są akceptowane przez instytucje zdrowia publicznego i przekuwane na błędne wskazówki dotyczące tego, co należy jeść i — co ważniejsze — czego nie jeść, jeśli chcemy utrzymać właściwą wagę oraz zdrowo i długo żyć.

Do napisania Dlaczego tyjemy sprowokowały mnie dwie najczęstsze reakcje na moją poprzednią książkę.

Pierwsza pochodzi ze strony tych naukowców, którzy przeczytali ją, postarali się zrozumieć argumenty w niej zawarte lub wysłuchali jednego z moich wykładów, względnie — rozmawiali ze mną na ten temat. Często mówią mi, że moje poglądy na to, dlaczego tyjemy, i na związane z odżywianiem przyczyny dolegliwości kardiologicznych, cukrzycy i innych chorób przewlekłych, są bardzo sensowne. „Pan może mieć rację”, mówią — z ukrytą sugestią, że to, co nam się wmawia od pół wieku, może nie być prawdą. Wszyscy się zgadzamy, że te sprzeczne poglądy należałoby zweryfikować.

Według mnie, sprawa jest niesłychanie pilna. Jeśli tyle osób tyje i choruje na cukrzycę, głównie dlatego, że kierują się niewłaściwymi wskazówkami, nie powinniśmy marnować czasu na ustalanie faktów. Otyłość i cukrzyca to problem już nie tylko setek milionów ludzi, ale także systemu opieki zdrowotnej.

Tyle że ci naukowcy, nawet jeśli wiedzą, że rzecz jest pilna, mają swoje zobowiązania. Zależy im na innych sprawach, w tym na finansowaniu innego typu badań. Przy odrobinie szczęścia idee przedstawione w mojej poprzedniej książce Good Calories, Bad Calories (Dobre i złe kalorie) mogą doczekać się wnikliwego sprawdzenia w ciągu następnych dwudziestu lat. Jeśli badania je potwierdzą, minie jeszcze co najmniej dziesięć lat, zanim instytucje zdrowia publicznego zmienią swoje oficjalne wyjaśnienie, dlaczego tyjemy, dlaczego z tego powodu chorujemy, i co trzeba robić, by tego uniknąć. Jak powiedział mi po jednym z moich wykładów pewien profesor dietetyki z Uniwersytetu Nowojorskiego, wprowadzenie takich zmian, do jakich nawołuję, mogłoby mi zająć całe życie. A to po prostu za długo. Napisałem tę książkę również po to, żeby przyspieszyć ten proces. Przedstawiam w niej kwintesencję swoich argumentów. Skoro nie ulega wątpliwości, że te argumenty mogą być słuszne, to sprawdźmy je jak najszybciej.

Inne sygnały pochodzą od zwykłych czytelników, jak również od wielu lekarzy, dietetyków, naukowców i dyrektorów placówek służby zdrowia, którzy przeczytali Good Calories, Bad Calories albo słuchali moich wykładów; uznali, że ich logika i dowody są nie do odparcia i zaakceptowali moje przesłanie. Mówią mi, że ich życie i stan zdrowia zmieniły się nie do poznania. Schudli niemal bez wysiłku i nie tyją. Ryzyko chorób serca radykalnie zmalało. Niektórzy twierdzą, że już nie potrzebują leków na nadciśnienie i cukrzycę. Mają lepsze samopoczucie i więcej energii. Krótko mówiąc, czują się zdrowi po raz pierwszy od długiego — zbyt długiego — czasu. Takie komentarze można znaleźć na stronie internetowej książki Good Calories, Bad Calories w księgarni Amazon.

Tym komentarzom, e-mailom i listom często towarzyszy prośba. Good Calories, Bad Calories to książka obszerna (blisko pięćset stron), pełna dygresji naukowych i historycznych, gęsto opatrzona przypisami — co moim zdaniem było potrzebne, żeby zapoczątkować konstruktywny dialog ze specjalistami i mieć gwarancję, że dla nich (i dla zwykłych czytelników) moje słowa będą wiarygodne. Publikacja ta wymaga od czytelników czasu i uwagi, dlatego wielu z nich prosiło mnie, żebym napisał jeszcze jedną książkę, taką, którą mogliby przeczytać bez trudu ich mężowie, żony, starzejący się rodzice, znajomi i rodzeństwo. Wielu lekarzy prosiło mnie o napisanie tekstu, który mogliby polecić pacjentom, a nawet kolegom lekarzom, takiego, którego lektura nie wymaga tyle czasu i wysiłku.

To drugi powód, dla którego napisałem Dlaczego tyjemy. Mam nadzieję, że podczas lektury wielu czytelników zrozumie, może po raz pierwszy w życiu, dlaczego przybieramy na wadze i jak sobie z tym radzić.

Mam jednak prośbę: czytajcie książkę krytycznie. Zadawajcie sobie pytania, czy to, co mówię, ma sens. Parafrazując Michaela Pollana[1] — ta książka ma być manifestem myśliciela. Ma ona na celu obalenie błędnych przekonań, na których opierają się oficjalne porady lekarskie, oraz wyposażenie czytelników w niezbędne informacje i argumenty, żeby mogli wziąć odpowiedzialność za własne zdrowie i samopoczucie.

Kilka słów przestrogi: jeśli ktoś uzna moje tezy za słuszne i zmieni sposób odżywiania, może sprzeciwić się radom swojego lekarza, a już na pewno wskazówkom placówek służby zdrowia i urzędów państwowych. Czytacie więc tę książkę i postępujecie według niej na własne ryzyko. Tę sytuację można jednak zmienić — na przykład dając książkę swojemu lekarzowi, aby sam mógł zdecydować, w co wierzyć. Można sprezentować ją też posłowi czy senatorowi ze swego okręgu; rosnąca fala otyłości i cukrzycy jest powszechnym problemem publicznej służby zdrowia, nie tylko naszym osobistym, nie zaszkodziłoby więc, gdyby przedstawiciele społeczeństwa w parlamencie zrozumieli powagę sytuacji, zaczęli wreszcie działać i rozwiązywać ten problem.

Książkę tę przygotowywałem ponad dziesięć lat. Zaczęło się od kilku artykułów do czasopisma „Science”, a później do „New York Times Magazine” na temat zdumiewająco opłakanego stanu badań z dziedziny dietetyki i chorób przewlekłych. Kolejne pięć lat pracy badawczej złożyło się na moją poprzednią publikację — Good Calories, Bad Calories z 2007 roku. W niniejszej pracy przedstawiam esencję owych badań oraz ich kontynuację. Argumenty zamieszczone w Good Calories, Bad Calories dopracowałem podczas wykładów na akademiach medycznych, uniwersytetach i w placówkach naukowych Stanów Zjednoczonych i Kanady.

G.T., wrzesień 2010

Zanim zaczniemy:
Gdzie popełniliśmy błąd?

W 1934 roku Hilde Bruch, młodą niemiecką lekarkę pediatrę, która przybyła do Ameryki i osiedliła się w Nowym Jorku, zdumiała, jak później napisała, liczba grubych dzieci — „takich naprawdę grubych, nie tylko w przychodniach, ale na ulicach, w metrze, w szkołach”. Tak bardzo rzucało się to w oczy, że inni imigranci z Europy pytali Bruch o przyczynę masowej otyłości wśród dzieci, zakładając, że jako lekarka będzie znała odpowiedź. Pytali, co się dzieje z amerykańskimi dziećmi. Mówili, że nigdy nie widzieli tylu małych grubasów.

Dziś wciąż słyszymy takie pytania albo zadajemy je sami; nieustannie przypomina się nam, że żyjemy w centrum epidemii otyłości (tak jak wszystkie kraje rozwinięte). Podobne pytania dotyczą dorosłych. Dlaczego oni są tak otyli? Czasem: dlaczego my tacy jesteśmy?

No ale był to Nowy Jork połowy lat trzydziestych XX wieku. Dwadzieścia lat przed pierwszym KFC i pierwszym McDonald’sem. Co więcej, rok 1934 pamiętamy jako kulminację Wielkiego Kryzysu, epokę garkuchni dla bezdomnych, kolejek po darmowy posiłek i bezprecedensowego bezrobocia. W Stanach Zjednoczonych jedna czwarta obywateli nie miała pracy. Sześćdziesiąt procent Amerykanów żyło w biedzie. W Nowym Jorku, gdzie doktor Bruch i innych imigrantów tak zdumiała dziecięca otyłość, niedożywione było ponoć co czwarte dziecko. Jak więc to możliwe?

W rok po przybyciu do Nowego Jorku Bruch założyła przychodnię przy Kolegium Lekarzy i Chirurgów Uniwersytetu Columbia, aby leczyć otyłe maluchy. W roku 1939 opublikowała pierwszy raport ze szczegółowych badań dzieci, które leczyła (przeważnie bez powodzenia). Z rozmów z pacjentami i ich rodzinami dowiedziała się, że dzieci jadły za dużo. Rady, by jadły mniej, były jednak bezskuteczne, nie pomagały też apele, okazywanie współczucia, różne formy terapii — tak w przypadku dzieci, jak i rodziców.

Bruch stwierdziła też, że dzieci wbrew pozorom starały się jeść z umiarem, i w ten sposób kontrolować wagę, lub przynajmniej wiedziały, że powinny jeść mniej — jednak nie udawało im się schudnąć. Pisała, że niektóre z nich „tak bardzo starały się zrzucić zbędne kilogramy, że właściwie podporządkowały temu życie”. Utrzymywanie niższej wagi wiązało się jednak z „niekończącą się dietą półgłodową”, z którą dzieci po prostu sobie nie radziły, mimo że z powodu otyłości były dyskryminowane przez rówieśników.

Jedną z pacjentek Bruch była drobnokoścista nastolatka, „dosłownie ginąca pod zwałami tłuszczu”, która od zawsze zmagała się zarówno ze swoją wagą, jak i z postawą rodziców, którzy za wszelką cenę starali się pomóc jej schudnąć. Wiedziała, jak to osiągnąć (a przynajmniej tak sądziła) — czyli mniej jeść — i te starania nadawały sens jej życiu. „Zawsze wiedziałam, że życie zależy od tego, jaką się ma figurę — mówiła lekarce. — Zawsze czułam się nieszczęśliwa i przygnębiona, gdy przybierałam [na wadze]. Nie było po co żyć (…). Wręcz nie cierpiałam samej siebie. Nie mogłam tego znieść. Nie chciałam na siebie patrzeć. Nienawidziłam luster. Pokazywały, jaka jestem gruba (…). Nigdy nie czułam się dobrze z tym, że jem i tyję — ale nie widziałam wyjścia, więc tyłam dalej”.

Podobnie jak ta dziewczyna, ci z nas, którzy mają nadwagę lub są otyli, przez całe życie starają się jeść mniej, a przynajmniej nie jeść za dużo. Czasem nam się udaje, czasem nie, ale walka trwa. W przypadku niektórych, jak na przykład pacjentów doktor Bruch, walka zaczyna się już w dzieciństwie. U innych — na studiach, kiedy to podczas pierwszego roku mieszkania poza domem pojawia się tłuszczowa opona wokół talii i bioder. Jeszcze inni zaczynają sobie uświadamiać po trzydziestce lub czterdziestce, że nie tak łatwo już jak kiedyś utrzymać wagę.

Według lekarzy nadmierna waga wiąże się ze zwiększonym ryzykiem prawie wszystkich chorób przewlekłych.

Jeśli jesteśmy grubsi, niż zalecają specjaliści, i z jakiejś przyczyny idziemy do lekarza, ten prawdopodobnie zasugeruje, żebyśmy z tym coś zrobili. Powie nam, że nadmierna waga wiąże się ze zwiększonym ryzykiem prawie wszystkich chorób przewlekłych — chorób serca, udaru, cukrzycy, raka, astmy, demencji. Pouczy nas, żeby regularnie ćwiczyć, przejść na dietę, jeść mniej, tak jakbyśmy sami nigdy o tym nie pomyśleli i tego nie pragnęli. „Bardziej niż w przypadku jakiejkolwiek innej choroby — mówiła o otyłości Bruch — do lekarza zwracamy się tylko po to, żeby cudem sprawił, aby pacjent przestał jeść — mimo że wiadomo już, iż nie jest w stanie tego zrobić”.

Lekarze z czasów Hilde Bruch nie byli bezmyślni, lekarze współcześni też tacy nie są. Mają po prostu błędny system przekonań, według którego przyczyna tycia jest jasna i bezsporna, podobnie jak rozwiązanie tego problemu. Tyjemy, mówią nam lekarze, bo jemy za dużo i ruszamy się za mało, rozwiązaniem jest więc działanie odwrotne. Przynajmniej powinniśmy jeść „nie za dużo”, jak zaleca Michael Pollan w bestsellerowej książce W obronie jedzenia, i to wystarczy. Wtedy przynajmniej nie będziemy jeszcze grubsi. Bruch opisała to w 1957 roku jako „dominujące przekonanie Amerykanów, że problem [z nadwagą] polega po prostu na tym, że je się więcej, niż potrzebuje organizm”; obecnie pogląd ten utrzymuje się jak świat długi i szeroki.

„Podstawową przyczyną otyłości i nadwagi — jak twierdzi Światowa Organizacja Zdrowia — jest brak równowagi między kaloriami dostarczanymi wraz z pożywieniem a wydatkowanymi”[2]. Tyjemy, kiedy przyjmujemy więcej energii, niż zużywamy (w terminologii naukowej — mamy dodatni bilans energetyczny), a chudniemy, gdy wydatkujemy więcej, niż przyjmujemy (ujemny bilans energetyczny). Pożywienie to energia, a mierzymy ją kaloriami. Gdy zatem spożywamy więcej kalorii, niż spalamy, tyjemy. Jeśli spożywamy mniej kalorii, chudniemy.

Takie postrzeganie naszej wagi jest na tyle przekonujące i powszechne, że dzisiaj właściwie nie da się w nie nie wierzyć. Nawet jeśli mamy mnóstwo dowodów na to, że jest inaczej — przecież od tylu lat staraliśmy się mniej jeść i więcej ćwiczyć — bardziej prawdopodobne jest, że zakwestionujemy własne poglądy i siłę woli niż twierdzenie, że o naszej otyłości decyduje brak równowagi kalorycznej.

Moim ulubionym przykładem takiego sposobu myślenia jest przypadek uznanego fizjologa wysiłku fizycznego, współautora zestawu wskazówek na temat aktywności fizycznej i zdrowia, opublikowanych w sierpniu 2007 roku przez Amerykańskie Stowarzyszenie Kardiologiczne oraz Amerykańskie Kolegium Medycyny Sportowej. Człowiek ten powiedział mi, że gdy zaczynał uprawiać biegi lekkoatletyczne w latach siedemdziesiątych, był „niski, gruby i łysy”, a teraz zbliża się do siedemdziesiątki i jest „niski, grubszy i łysy”. Przez te lata przytył kilkanaście kilogramów, a przebiegł jakieś sto trzydzieści tysięcy kilometrów — czyli mniej więcej trzykrotnie obiegł Ziemię (wzdłuż równika). Podejrzewał, że wysiłek fizyczny, sprzyjający utracie wagi, ma granice, ale wierzył też, że gdyby nie biegał, byłby jeszcze grubszy.

Gdy go zapytałem, czy naprawdę uważa, że mógłby być szczuplejszy, gdyby przebiegł cztery razy dookoła Ziemi, a nie trzy, stwierdził: „Nie dałbym rady być już bardziej aktywny fizycznie. Nie miałbym na to czasu. Ale gdybym mógł biegać przez ostatnie kilkadziesiąt lat przez dwie-trzy godziny dziennie, może bym tak nie przytył”. Szczerze mówiąc, pewnie i tak by przytył, ale ta myśl nie przyszła mu do głowy.

Spójrzmy na epidemię otyłości. Ludzie tyją coraz bardziej. Pięćdziesiąt lat temu za otyłego uznano by oficjalnie jednego na ośmiu lub dziewięciu Amerykanów. Dziś — jedną trzecią. Dziś dwóch na trzech określa się jako osoby z nadwagą — czyli ważące więcej, niż wynosi norma ustalona przez instytucje zdrowia publicznego. Dzieci są grubsze, dorośli są grubsi, nawet niemowlęta rodzą się grubsze. Od kilkudziesięciu lat trwania tej epidemii hipoteza o bilansie kalorycznym trzyma się mocno, dlatego władze zakładają, że albo nie zwracamy uwagi na to, co nam mówią — żeby jeść mniej i ćwiczyć więcej — albo po prostu nie potrafimy sobie sami poradzić.

Malcolm Gladwell, amerykański pisarz i publicysta, omówił ten paradoks w „New Yorkerze” w roku 1998. „Mówią nam, że nie wolno spożywać więcej kalorii, niż spalamy, że nie możemy schudnąć, jeśli nie będziemy regularnie ćwiczyć — pisał. — To, że tak naprawdę niewielu z nas jest w stanie się do tego stosować, jest albo naszą winą, albo winą tych zaleceń. Oficjalne stanowisko medycyny naturalnie skłania się ku pierwszej opcji. Poradniki dietetyczne przychylają się do drugiej. Biorąc pod uwagę, jak często oficjalna medycyna myliła się w przeszłości, to stanowisko nie jest, na pierwszy rzut oka, irracjonalne. Warto przekonać się, czy to prawda”.

Po rozmowach z ekspertami Gladwell uznał, że to nasza wina, że po prostu „brak nam dyscypliny… lub środków [finansowych]”, aby jeść mniej, a ruszać się więcej — choć sugerował, że w niektórych przypadkach to złe geny są winne naszych słabostek.

Nie tyjemy dlatego, że jemy za dużo i ruszamy się za mało.

W tej książce zamierzam dowieść, że wina leży po stronie medycznej ortodoksji — zarówno poglądu, że nadmiar tłuszczu bierze się z nadmiaru kalorii, jak i błędnych porad, które z niego wynikają. Chcę udowodnić, że paradygmat otyłości oparty na bilansie kalorycznym jest nonsensowny. Ani nie tyjemy dlatego, że jemy za dużo i ruszamy się za mało, ani nie możemy rozwiązać tego problemu, postępując na odwrót. To przekonanie to nasz swoisty grzech główny — nigdy nie uda nam się rozwiązać własnych problemów z wagą, nie mówiąc już o problemach całego społeczeństwa z otyłością, cukrzycą i innymi chorobami, jeśli tego nie zrozumiemy i nie naprawimy.

Nie jest jednak moją intencją sugerowanie, że istnieje magiczna recepta na schudnięcie, a już na pewno nie taka, która nie wymaga poświęceń. Pytanie brzmi: co trzeba poświęcić?

W pierwszej części książki przedstawię dowody przeciwko hipotezie bilansu kalorycznego. Omówię wiele spostrzeżeń i faktów, których owa teoria nie wyjaśnia, powiem też, dlaczego zaczęliśmy w nią wierzyć, i jakie w rezultacie popełniliśmy błędy.

W drugiej części książki opowiem, jak postrzegali otyłość europejscy naukowcy tuż przed drugą wojną światową. Twierdzili oni — a ja to powtarzam — że absurdem jest przekonanie, iż otyłość jest wywoływana przejadaniem się, ponieważ to, co sprawia, że ciało rośnie — czy chodzi o wzrost, wagę, mięśnie czy tłuszcz — powoduje, że ludzie się przejadają, czyli jedzą za dużo. Dzieci, na przykład, rosną nie dlatego, że są łakome i przyjmują więcej kalorii, niż wydatkują. Jedzą tyle — „przejadają się” — ponieważ rosną. Muszą przyjmować z pożywieniem więcej kalorii, niż spalają. Dzieci rosną dlatego, że ich organizm wydziela hormony, które powodują wzrost — w tym przypadku hormon wzrostu. Mamy wszelkie podstawy do tego, by uważać, że rozrost naszej tkanki tłuszczowej prowadzący do nadwagi i otyłości również stymulują hormony.

Zamiast zatem definiować otyłość jako zaburzenie bilansu energetycznego lub wynik przejadania się, europejscy lekarze wyszli z założenia, że otyłość jest zaburzeniem polegającym na nadmiernym gromadzeniu tłuszczu. Jest to prawda tak oczywista, że omawianie jej wydaje się bezsensowne. Ale skoro jednak o tym mówimy, nasuwa się pytanie: co zawiaduje gromadzeniem się tłuszczu? Ponieważ wszelkie hormony i enzymy powodują przyrost tkanki tłuszczowej, to one są prawdopodobnymi winowajcami, na których trzeba skupić uwagę, by ustalić, dlaczego niektórzy z nas tyją, a inni nie.

Przede wszystkim dwa czynniki determinują, ile tłuszczu gromadzi nasz organizm, i oba mają związek z hormonem — insuliną.

Niestety, niewielu z owych europejskich naukowców przetrwało drugą wojnę światową, a ich poglądy nie zostały wzięte pod uwagę na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX wieku, gdy szukano odpowiedzi na pytanie, co ma wpływ na przyrost tkanki tłuszczowej. Jak się okazuje, przede wszystkim dwa czynniki determinują, ile tłuszczu gromadzi nasz organizm, i oba mają związek z hormonem — insuliną.

Po pierwsze, gdy podnosi się poziom insuliny, tkanka tłuszczowa narasta; gdy poziom insuliny opada, tłuszcz uwalnia się z tkanki tłuszczowej i zaczyna być spalany, żeby organizm zyskał paliwo. O tym fakcie wiemy od początku lat sześćdziesiątych XX wieku i nigdy nie budził on kontrowersji. Po drugie, poziom insuliny w naszym organizmie zależy od węglowodanów, które spożywamy — może nie całkowicie, ale w większości. Im więcej węglowodanów zjadamy, im łatwiejsze są one do strawienia i słodsze, tym więcej wydziela się insuliny i tym wyższy jest jej poziom w naszym krwiobiegu, a zatem więcej tłuszczu zatrzymuje się w komórkach tłuszczowych. „Węglowodany napędzają insulinę, a ona tłuszcz” — tak to niedawno opisał mi George Cahill, dawny profesor medycyny na Wydziale Medycznym Uniwersytetu Harvarda. Cahill przeprowadził niektóre z wczesnych badań nad regulacją przyrostu tłuszczu w ciele człowieka w latach pięćdziesiątych, był też jednym z redaktorów ośmiusetstronicowego kompendium Amerykańskiego Towarzystwa Fizjologicznego na temat tych badań, opublikowanego w roku 1965.

Otyłość to skutek nierównowagi hormonalnej.

Inaczej mówiąc, nie dlatego tyjemy, że się przejadamy, ale dlatego, ponieważ zjadamy węglowodany. Nauka mówi nam, że otyłość to skutek nierównowagi hormonalnej, nie kalorycznej — a konkretnie, stymulacji wydzielania insuliny dzięki przyjmowaniu pożywienia łatwo strawnego, bogatego w węglowodany: rafinowanych węglowodanów, jak mąka i ziarna zbóż, bogatych w skrobię warzyw, jak ziemniaki, i cukrów, jak sacharoza (cukier kuchenny) oraz bogaty we fruktozę syrop kukurydziany. Te węglowodany powodują, że tyjemy, a ponieważ dzięki nim w naszym organizmie gromadzi się tłuszcz, sprawiają, że czujemy się bardziej głodni i nie chce się nam ruszać.

Oto zasadnicze fakty, tłumaczące, dlaczego tyjemy. Jeśli mamy schudnąć i utrzymać zdrową wagę, będziemy musieli to zrozumieć i zaakceptować. Co ważniejsze, będą to musieli zrozumieć i zaakceptować nasi lekarze.

Jeśli celem czytelników tej książki jest otrzymanie odpowiedzi na pytanie: Co mamy robić, żeby utrzymać szczupłą sylwetkę lub pozbyć się nadmiaru tłuszczu?, oto ona: Unikajcie pożywienia bogatego w węglowodany, a im jest ono słodsze lub łatwiejsze do spożycia i strawienia (najgorsze są chyba płynne węglowodany — piwo, soki owocowe i napoje gazowane), tym bardziej prawdopodobne, że sprzyja tyciu i tym bardziej powinniście go unikać.

Ta wiedza nie jest czymś nowym. Aż do lat sześćdziesiątych XX wieku (więcej o tym później) były to powszechnie panujące poglądy. Pożywienie bogate w węglowodany — chleb, makaron, ziemniaki, słodycze, piwo — uważano za wyjątkowo tuczące. Pisano o tym również w wielu — często bestsellerowych — książkach na temat diet. Jednak i sam fakt, i jego podstawy naukowe były przekręcane lub błędnie interpretowane, zarówno przez zwolenników diet niskowęglowodanowych, jak i przez tych, którzy utrzymują, że te diety to niebezpieczne przelotne mody (wśród nich Amerykańskie Towarzystwo Kardiologiczne). Dlatego chciałbym je przedstawić jeszcze raz. Jeśli ktoś uzna, że ta argumentacja jest na tyle przekonująca, że zechce według niej zmienić swoją dietę, tym lepiej. Poradzę, jak to zrobić, w oparciu o doświadczenia klinicystów, którzy od lat wykorzystują owe diety, by leczyć pacjentów z nadwagą i cukrzycą.

W ciągu ponad sześćdziesięciu lat, które minęły od końca drugiej wojny światowej, gdy omawiano kwestię przyczyn tycia (kalorie czy węglowodany?), często można było odnieść wrażenie, że nie jest to kwestia naukowa, ale wręcz religijna. Jeśli chodzi o zdrową dietę, w grę wchodzi tyle różnych przekonań, że pytanie naukowe, dlaczego tyjemy, zagubiło się gdzieś po drodze. Zostało usunięte w cień przez względy moralne i socjologiczne, z pewnością warte uwagi, ale nie mające nic wspólnego z nauką ani z badaniami naukowymi.

Diety niskowęglowodanowe zazwyczaj zastępują węglowodany dużymi porcjami produktów zwierzęcych — od jajek na śniadanie do mięsa, ryb lub drobiu na lunch, obiad czy kolację. Należy zastanowić się nad konsekwencjami. Czy nasza zależność od produktów zwierzęcych nie jest już i tak niekorzystna dla środowiska, i czy jeszcze nie pogarszamy sytuacji? Czy hodowla inwentarza nie jest jedną z głównych przyczyn globalnego ocieplenia, zanieczyszczeń i niedoboru wody? Myśląc o zdrowej diecie, czy nie powinniśmy pomyśleć o tym, co jest dobre również dla naszej planety, nie tylko dla nas? Czy mamy prawo zabijać zwierzęta, żeby je zjadać albo zatrudniać je do pracy, której celem jest wytwarzanie pożywienia dla nas? Czy jedynym dającym się obronić pod względem etycznym stylem życia nie jest wegetarianizm czy nawet weganizm?

To ważne pytania. Jednak w naukowej i medycznej debacie nad tym, dlaczego tyjemy, one nie istnieją. I to właśnie postanowiłem tutaj zbadać — tak jak Hilde Bruch ponad siedemdziesiąt lat temu. Dlaczego jesteśmy grubi? Dlaczego grube są nasze dzieci? Co możemy na to poradzić?

Przypisy  

[1] Amerykański dziennikarz, autor takich bestsellerów, jak W obronie jedzenia. Manifest wszystkożerców czy Jak jeść. Przewodnik konsumenta — przyp. red.

[2] Takie oficjalne oświadczenia są powszechne. Oto kilka innych. Amerykańskie Centrum Zwalczania Chorób i Zapobiegania Im: „W kontrolowaniu wagi chodzi głównie o równowagę — równoważenie liczby kalorii, które się spożywa, liczbą tych, które nasze ciało zużywa albo spala”. Brytyjska Rada ds. Badań Medycznych: „Choć wzrostu otyłości nie można przypisywać żadnemu pojedynczemu czynnikowi, przyczyną jest po prostu brak równowagi między energią spożywaną (z produktów, które jemy) a wydatkowaną (głównie na drodze aktywności fizycznej)”. INSERM, francuski Narodowy Instytut Zdrowia i Badań Medycznych: „Nadmierna waga ciała i otyłość zawsze biorą się z nierównowagi między spożyciem a wydatkowaniem energii”. Niemieckie Ministerstwo Zdrowia: „Nadwaga jest rezultatem zbyt dużej ilości energii pobranej w stosunku do wydatkowanej”.


źródło: Wydawnictwo Literackie

3 komentarzy »

  1. Ta książka powinna być hitem wśród grubych kobiet. Będą mogły tłumaczyć swoją aseksualną figurę hormonami :]
    Z własnego doświadczenia (jako wyrzeźbiony 30 latek) mogę obwieścić, że tyje się jedząc ciepłe potrawy. Organizm powinien dostawać zimne posiłki aby część dostarczonych kalorii przekuć w rozgrzanie posiłku do temperatury ciała.
    Na ISS jest nakaz spożywania zimnych dań bo tam każdy dekagram ciężaru jest na wagę złota.

    Komentarz - autor: Mensa Member — 6 Styczeń 2014 @ 13:44

  2. @Mensa Member

    Pijam gorący rosół, jadam skwierczącego kurczaka, gorącą jajecznicę, smażony boczek. Jak dotąd nie utyłem ani grama.

    Pozdrawiam

    Komentarz - autor: fox — 6 Styczeń 2014 @ 21:33

  3. @ Mensa Member

    Tylko po co jeść te inaczej zbędne kalorie? Albo z drugiej strony – zgodnie z tą „teorią” można by szczupło żyć na lodach, schłodzonych batonikach i mrożonych bułkach, byle dużo, żeby to jedzenie dobrze w brzuchu rozgrzać, zanim nas zatruje.

    Komentarz - autor: iza — 7 Styczeń 2014 @ 20:25


RSS feed for comments on this post. TrackBack URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.

%d bloggers like this: