PRACowniA

15 listopada 2012

Czego możemy nauczyć się od natury w zakresie leczenia traumy

Filed under: Nauka,Psychologia,Różne — koliber @ 09:51
Tags: , , , , , , ,

Źródło tłumaczenia: Trauma.org.pl
Peter Levine Ph.D.

Trauma jest częścią życia

Jednorazowy, krótki kontakt z przytłaczającym wydarzeniem może strącić normalnie funkcjonującą jednostkę w przepaść emocjonalnego i fizycznego cierpienia. To, czy dana osoba wydostanie się z tej ciemnej, pełnej szaleństwa otchłani czy jeszcze bardziej w niej pogrąży pozostaje tajemnicą. Współczesna psychiatria niewiele może powiedzieć na temat tego, dlaczego w następstwie tego samego wydarzenia, jedna osoba bezradnie poddaje się traumatycznym okolicznościom, podczas gdy inna pozostaje nienaruszona, a nawet silniejsza.

Ludzkie reakcje na potencjalne zagrożenie są bardzo zróżnicowane, dlatego trudno jest zidentyfikować i sklasyfikować źródła traumy. Większość ludzi (zarówno profesjonalistów jaki i laików) kojarzy traumę z wydarzeniami takimi jak wojna, skrajna przemoc fizyczna, psychiczna czy seksualna, poważne wypadki czy katastrofy naturalne.  Jednakże często „zwyczajne” czy wyglądające niegroźnie wydarzenia mogą być równie traumatyczne. Przykładem może być niewielki uraz kręgów szyjnych (whiplash) spowodowany wypadkiem samochodowym, który często prowadzi do niezrozumiałych i uciążliwych fizycznych, psychicznych i emocjonalnych objawów. Standardowe zabiegi medyczne i operacje (szczególnie te przeprowadzane na przestraszonych dzieciach, które przytrzymuje się w trakcie podawania znieczulenia) mogą być głęboko traumatyzujące. Po takich „rutynowych” zabiegach dzieci często stają się lękliwe, hiperaktywne, wycofane, agresywne, moczą się w nocy. Czasami objawy te pojawiają się dopiero po paru miesiącach a nawet latach. Mogą mieć postać „psychosomatycznych” dolegliwości (takich jak ból głowy czy brzucha) lub niewyjaśnionych lęków czy depresji.

U wielu osób objawem jest kompulsywne odreagowywanie „acting out”. Rodzice masowych morderców Jeffreya Dahmera i Teda Kaczynskiego (zwanego też Unabomber) w przejmujący sposób opisali wpływ, jaki na kształtowanie się ich synów miały zabiegi medyczne. Ojciec Dahmera i matka Kaczynskiego opisują głębokie wycofanie, rozpacz, izolację i dziwaczne zachowania, jakie ich dzieci zaczęły przejawiać po zabiegach medycznych. W następstwie operacji przepukliny w wieku 4 lat, coś pękło w młodym Jeffreyu Dahmerze. Później wielokrotnie ciął i usuwał wnętrzności z nieżywych zwierząt. Zachowanie te można traktować jako próbę opanowania i przezwyciężenia obezwładniającego przerażenia wywołanego przez operację, która polegała na rozcięciu ciała i zabiegu na wnętrznościach. W wieku 9 miesięcy, przerażony Kaczynski został przywiązany do stołu, ponieważ bronił się przed badaniem medycznym. Kilka lat później widok unieruchomionej wiewiórki złapanej przez jego ojca wywołał u Kaczyńskiego napad histerycznej wściekłości i przerażenia. Zdezorientowani rodzice tych dwojga ludzi przez długi czas rozpaczliwie zastanawiali się nad skutkami tych wydarzeń i ich wpływie na dalsze życie ich synów.

W bardziej „zwyczajnej” historii, opisanej w Reader’s Digest i zatytułowanej Everything is not Okay, pewien ojciec opisuje „rutynową” operację kolana swego syna Robbiego: Lekarze mówią, że wszystko jest w porządku. Kolano jest w dobrym stanie, ale nic nie jest w porządku u chłopca, który obudził się w wywołanym lekami koszmarze, rzucając się na szpitalnym łóżku – słodki chłopiec, który nigdy nikogo nie zranił ,patrzący poprzez mgłę znieczulenia oczami dzikiego zwierzęcia, uderzający pielęgniarkę, krzyczący: „czy żyję?” i nie dający się mi złapać za rękę, wpatrujący się prosto w moje oczy, nie wiedząc kim jestem.

Niestety, podobne historie są powszechne i często prowadzą do tworzenia się ran psychicznych. Nie próbuję tutaj usprawiedliwiać ani nawet tłumaczyć niczyich gwałtownych i antyspołecznych zachowań. Czy „zwyczajne” wydarzenia mogą być odpowiedzialne za skrajne zachowania niektórych ludzi jest pytaniem, na które powinniśmy sobie odpowiedzieć, ale nie to jest celem moich rozważań. Ważne jest, aby zrozumieć, że wydarzenia, które nie wyglądają wcale na szczególnie traumatyczne mogą być traumatyzujące w takim samym stopniu jak okropności wojny. Doktor David Levy (pisząc w 1946) odkrył, że dzieci przebywające w szpitalach z powodu rutynowych zabiegów często przejawiały takie same ostre objawy jak ranni żołnierze, którzy musieli być ewakuowani z linii frontu w Afryce i Europie. Szkoda, że środowisku lekarskiemu zajmuje tak długo uznanie tych istotnych informacji, które mogłyby zapobiec niepotrzebnemu cierpieniu.  Oczywiste jest, że to, co czyni wydarzenie potencjalnie traumatyzującym, to postrzeganie (świadome lub nieświadome) go jako zagrażające życiu.

Dopiero w ostatnich dwudziestu latach trauma została szeroko uznana, mimo że jej istotę ujmowały już mity greckie, zwyczaje sumeryjskie i rytuały szamańskie wielu kultur pierwotnych. Ostatnie badania naukowe odegrały znacząca rolę w zredefiniowaniu traumy we współczesnym kontekście, co częściowo usunęło stygmatyzację z nią związaną. Nowe badania i terapie medyczne wniosły odrobinę nadziei na złagodzenie tego szczególnego rodzaju cierpienia. Jednak psychiatrii nie udało się uchwycić istoty traumy ani nie odkryć czy i w jaki sposób można ją leczyć.

Większość teoretycznych i klinicznych badań nad Zespołem Stresu Pourazowego (PTSD) zakłada niepokojąco mechanicystyczny obraz ludzkiej traumy, który uważam, jest z gruntu nieprawdziwy. Przykładem takich badań są poszukiwania zależności przyczynowych między traumą a patologią mózgu. Sekcja zwłok weteranów z Wietnamu, którzy przejawiali długotrwałe objawy PTSD, wykazywała, że mieli oni zmniejszony obszar hipokampa (limbiczna część mózgu biorąca udział w uczeniu się). Zjawisko to zostało potwierdzone przez badania laboratoryjne, które wykryły znaczące zmniejszenie się obszaru hipokampa u zwierząt poddanych silnemu i długotrwałemu stresowi. Pesymistyczne wnioski jakie można wysnuć na podstawie tych badań są takie, że objawy PTSD obejmujące zaburzenia pamięci, lęki, niezdolność do modulowania emocji i kontrolowania agresji wynikają z uszkodzenia mózgu – innymi słowy –PTSD jest nieodwracalną (nieuleczalną) formą uszkodzenia mózgu. Chociaż dowody wydają się być przekonywujące, uważam, że wspomniane „uszkodzenie mózgu” i inne biochemiczne zmiany są wtórnymi skutkami, którym można zapobiec, a w wielu przypadkach zmiany te są odwracalne.

W obliczu zagrożenia, ciało i umysł mobilizują ogromne ilości energii w celu przygotowania się do reakcji „walki lub ucieczki”. Gotowość tą wspiera zwiększenie przepływu krwi i skierowanie jej do odpowiednich części ciała oraz uwolnienie „hormonów stresu” takich jak adrenalina i kortyzol. Najprawdopodobniej, to właśnie długotrwały nadmiar kortyzolu (lub nawet jego deficyt charakteryzujący depresję w chronicznym PTSD) prowadzi do uszkodzenia obszaru hipokampa w mózgu. Zmniejszenie się tego obszaru nie następuje nagle. Długotrwała, nierozwiązana, chroniczna trauma i stres wpływają na poziom kortyzolu, który z kolei najprawdopodobniej prowadzi (po jakimś czasie) do zmniejszenia się struktur mózgowych. Jednak nawet w przypadku długotrwałej (chronicznej) traumy, istnieje duże prawdopodobieństwo, że uszkodzenie hipokampa jest odwracalne. Zmniejszenie tej struktury wydaje się wynikać z utraty dendrytów, które mogą (przynajmniej częściowo) zostać przywrócone jeśli chemiczne stresory zostaną zdeaktywowane i powrócą do normalnego poziomu. Dlatego tak ważne jest wspomaganie i wspieranie osób doświadczających przytłaczających wydarzeń życiowych, aby zapobiec niepotrzebnej tragedii.Pozytywnym aspektem obecnych badań naukowych nad traumą jest to, że stawiają one ważne pytania odnośnie szkód jakie wyrządza się pokoleniom dzieci w krajach targanych wojnami czy w dzielnicach naszych miast gdzie króluje przemoc. Dopóki nie nauczymy się jak rozwiązywać skutki traumy, będziemy tworzyć pokolenia hiperaktywnych, agresywnych, niezdolnych do uczenia się obywateli, przy zachowaniach których bledną najbardziej nihilistyczne fantazje Hollywoodu. Tendencje te bynajmniej nie ograniczają się do miejsc gdzie toczone są działania wojenne czy gdzie rządzi przemoc. Wiele dzieci i dorosłych z klasy średniej cierpi z powodu lęków, depresji i zaburzeń psychosomatycznych. Niektórzy z nich mają tendencje do agresji bądź funkcjonują na poziomie dużo niższym od swoich możliwości na skutek zdarzeń, które wydają się być zwyczajne, powszednie. Nierozwiązana trauma prowadzi do prób odtworzenia i stanowi najważniejszy czynnik powodujący eskalację i utrzymywanie się przemocy. Rozwiązanie tego problemu zagrażającemu lokalnej i globalnej stabilności społecznej jest i będzie jednym z naszych najważniejszych wyzwań.

Innym pozytywnym aspektem badań naukowych nad traumą (które poza tym są generalnie ograniczone i pesymistycznej wizji traumy) jest potwierdzenie realność cierpienia osób z PTSD. Zamiast słyszeć, że „to wszystko jest w twojej głowie”, niektórzy mogą (być może z ulgą) usłyszeć, że: ”to wszystko jest w twoim (uszkodzonym) mózgu”. Badania również wskazują na daleko idące społeczne konsekwencje traumy i stawiają pytania, na które my jako społeczeństwo musimy odpowiedzieć: W jaki sposób my, jako jednostki, jako wspólnoty, jako narody i jako globalna społeczność możemy zająć się naszymi kolektywnymi traumatycznymi doświadczeniami? Póki co, nie odpowiedzieliśmy sobie wystarczająco na to pytanie. Wystarczy tylko spojrzeć na statystyki: ponad 40 procent osób bezdomnych to weterani wojny w Wietnamie.

Wizja traumy jako nieuleczalnej choroby niesie ze sobą negatywne implikacje: 1) Jest myląca, ponieważ miesza przyczynę ze skutkiem. Zaburzenia w naturalnym, biologicznym procesie niekoniecznie prowadzą do nieuleczalnej patologii. 2) Wizja ta przysłania (bądź ignoruje) wrodzoną zdolność organizmu do powrotu do zdrowia (przy właściwym wsparciu) po przytłaczających doświadczeniach życiowych. 3) Nie uznaje naszej ludzkiej zdolności do wspierania się nawzajem i dodawania sobie sił w procesie transformacji traumy. Podsumowując – koncentrowanie się na patologii (na tym co jest źle) hamuje proces zdrowienia odwracając uwagę od naszych wrodzonych zdolności do samoregulacji i powrotu do równowagi i żywotności. W skrócie – brak uznania dla tego co jest dobre w naszym organizmie odbiera nam siły.

Czego może nas nauczyć natura?

Zrozumienie kluczowej roli biologii i instynktów w formowaniu się i rozwiązaniu tramy może przynieść nam badanie świata natury i mitologii. Jesteśmy żyjącymi, oddychającymi, pulsującymi, samoregulującymi się, inteligentnymi organizmami a nie jedynie złożonymi związkami chemicznymi. Musimy zidentyfikować się z naszymi zwierzęcymi korzeniami i odważyć się zamieszkać na równinach Afryki, które znajdują się w naszej kolektywnej duszy. Tam wyostrzy się nasza świadomość. Nasze zmysły przebudzą się z uśpienia i ujrzymy skradającego się geparda przygotowującego się do ataku na szybkie i zwinne antylopy. Zaobserwuj swoje reakcje, kiedy widzisz chyżego geparda dobiegającego z prędkością ponad 100 km/h swoją zdobycz. Możesz zauważyć, że antylopa upada na ziemię ułamek sekundy przed tym, jak gepard ją dotknie. Wygląda to tak, jakby zwierzę poddało się nieuchronnej śmierci.

Nie patologia ale fizjologia

Upadła antylopa nie jest martwa. Chociaż na zewnątrz wydaje się wiotka i nieruchoma, jej system nerwowy jest wciąż zaktywizowany po gonitwie. Mimo, że prawie nie oddycha, jej serce pracuje z ogromną częstotliwością. Jej mózg i ciało są przepełnione tymi samymi związkami chemicznymi (np. adrenalina i kortyzol), które pomagały realizować próbę ucieczki.

Istnieje prawdopodobieństwo, że antylopa nie zostanie pożarta natychmiast. Matka gepard może zaciągnąć swą, wyglądającą na martwą, ofiarę w krzaki i poszukać swoich małych, ukrytych w bezpiecznej odległości. W tym momencie nadarza się okazja. Tymczasowo „zamrożona” antylopa ma szansę obudzić się ze stanu szoku, trzęsąc się i drżąc rozładować ogromną ilość energii zmagazynowaną w systemie nerwowym, a następnie, jak gdyby nic się nie stało, odbiec w poszukiwaniu stada. Inną funkcją takiego stanu unieruchomienia jest jego znieczulająca właściwość. Jeśli antylopa zostanie zabita, zaoszczędzi sobie bólu.

Trzy małe dziewczynki (opisane w US News and World Report, 11 Listopad 1996) siedzą na krzesłach w poczekalni szpitala. Wydają się spokojne, nie zdradzając nic z przerażenia, którego doświadczyły noc wcześniej. Dzieci zostały związane, do trzylatki mierzono z pistoletu, a następnie były świadkami jak ich nastoletnia siostra została postrzelona w głowę (jednak nie zabita). Wydają się „spokojne” na zewnątrz, ale ich fizjologia mówi zupełnie co innego. Serce wciąż bije z częstotliwością stu uderzeń na minutę, ciśnienie krwi pozostaje wysokie. Mózg jest nasycony hormonami stresu. Podobnie do antylopy, te „zamrożone” dzieci chociaż na zewnątrz wyglądają na spokojne, są wewnętrznie w stanie gotowości do maksymalnej aktywacji koniecznej do zainicjowania reakcji walki lub ucieczki, których nie miały szansy wykonać. Uwolnione związki chemiczne zwracają się teraz przeciw im i ich przyszłości. Zwiększony rytm serca ma związek z uruchamianą reakcją walki/ucieczki która manifestuje się we wrogich/ucieczkowych zachowaniach charakteryzujących ich wzburzone dni w szkole i nieprzespane noce w domu. Bruce Perry ze Szpitala dziecięcego w Bayhn College of Medicine daje nauczycielom i rodzicom straumatyzowanych dzieci urządzenia, które pozwalają na monitorowanie pulsu na odległość. Dzięki temu, mogą powstrzymać się od stawiania wymagań, które z dużym prawdopodobieństwem wywołałyby eksplozję wściekłości albo pełne lęku wycofanie. Przepisuje również klonidynę – lekarstwo, które ma hamować reakcje walki lub ucieczki.

Oba te podejścia mają pewne zastosowanie. Niestety, koncentrując się na patologii i tłumieniu objawów, pomija się kluczowe elementy biologicznego rozwiązania traumy – dopełnienie stłumionej reakcji obronnej – walki bądź ucieczki oraz bliski ludzki kontakt, konieczny żeby wspomóc ten proces. Bez dopełnienia i rozwiązania, ludzie pozostają w lęku, izolacji i beznadziejności. Kiedy dopełnienie ma miejsce, podobnie jak u antylopy, osoba może być odmieniona i dołączyć do stada.

Dopełnienie

Chociaż wydaje nam się, że znacznie różnimy się od zwierząt takich jak antylopa czy gepard, ludzkie reakcje na stres są uwarunkowane biologicznie. Są wrodzonymi i instynktownymi funkcjami naszych organizmów. Dla antylopy zagrażające życiu sytuacje są codziennymi wydarzeniami więc zrozumiałe jest, że zdolność do rozwiązania i dopełnienia tych epizodów jest wbudowana w ich system biologiczny. U ludzi zagrażające sytuacje są również względnie częstym zjawiskiem. Chociaż nie zdajemy sobie zazwyczaj z tego sprawy, też posiadamy wrodzoną zdolność do dopełnienia i rozwiązania tych reakcji. Reakcje na zagrożenie pochodzą z naszej biologii i również tam leży zdolność do rozwiązania traumy.

Żeby zachować zdrowie, wszystkie zwierzęta (włącznie z ludźmi) muszą rozładować ogromną ilość energii zmobilizowanej do przeżycia. Dopełnia to naszą reakcję na zagrożenie i pozwala powrócić do normalnego funkcjonowania. W biologii taki proces nazywamy homeostazą: czyli zdolnością organizmu do odpowiedniej reakcji na jakiekolwiek okoliczności, a następnie powrót do poziomu wyjścia (baseline), który można by określić „normalnym funkcjonowaniem”.

Na filmie National Geographic „Polar Bear Alert” przestraszony niedźwiedź ucieka przed samolotem, który dogania go i strzela pociskiem z substancją usypiającą. Następnie biolodzy otaczają go i obrączkują. Kiedy ogromne zwierzę budzi się ze stanu szoku, zaczyna drżeć, dochodząc w szczytowym momencie do niemal konwulsyjnych drgawek – machając kończynami w wydawałoby się nieskładny sposób. Następnie drgawki maleją, zwierzę bierze trzy spontaniczne oddechy, które wyglądają, jakby rozprzestrzeniały się na całe ciało. Narrator filmu komentuje, że takie zachowanie niedźwiedzia jest konieczne, ponieważ „wyrzuca” stres zakumulowany w momencie schwytania. Oglądając ten film w zwolnionym tempie, można zobaczyć, że „przypadkowe” ruchy kończyn są w rzeczywistości skoordynowanymi ruchami, takimi jak przy biegu – wygląda to tak, jakby zwierzę dopełniało swoje ruchy ucieczki (przerwane w momencie schwytania), rozładowywało „zamrożoną energię” a następnie poddało się „orgiastycznemu” oddechowi.

Ogromne znaczenie tego typu reakcji fizjologicznych w leczeniu traumy uświadomiłem sobie pierwszy raz całkowicie przypadkowo. W 1969 pewien psychiatra skierował do mnie pacjentkę, która cierpiała na ostre lęki i ataki paniki. Ataki stały się tak intensywne, że kobieta nie potrafiła wyjść z domu bez osoby towarzyszącej. Psychiatra, który wiedział o moich zainteresowaniach w dziedzinie psychosomatyki (w tamtym czasie była to raczkująca dziedzina), pomyślał, że być może pacjentka skorzysta z opracowanych przeze mnie technik, które obejmowały świadomość zmysłową jako sposób na osiągnięcie głębokiej relaksacji.

Jednak to nie relaksacja okazała się rozwiązaniem. Podczas pierwszej sesji, kiedy z naiwnością i pełen najlepszych intencji próbowałem wprowadzić ją w stan relaksacji, Nancy doświadczyła silnego ataku paniki. Wyglądała jakby była sparaliżowana i nie mogła oddychać. Jej serce biło gwałtownie, a następnie bardzo zwolniło – prawie się zatrzymało. Przestraszyłem się kiedy weszliśmy w ten koszmarny atak.

Pełen własnego, intensywnego lęku, ale jednocześnie przytomny miałem nagle wizję tygrysa, który skacze w naszym kierunku. Dałem się ponieść temu doświadczeniu i wykrzyknąłem głośno: „Atakuje cię wielki tygrys. Popatrz, tygrys idzie w twoim kierunku. Uciekaj na to drzewo!” Ku memu zaskoczeniu, jej nogi zaczęły drżeć w rytm ruchu biegania. Wydała z siebie mrożący krew w żyłach krzyk – aż zainteresował się tym przechodzący akurat obok policjant (na szczęście mojej sekretarce udało się wytłumaczyć sytuację). Zaczęła drżeć, trząść się i szlochać falami konwulsji.

Nancy trzęsła się przez prawie godzinę. Przypomniała sobie przerażające doświadczenie z dzieciństwa. W wieku trzech lat została przywiązana do stołu przed zabiegiem wycięcia migdałków. Środkiem znieczulającym był eter. Nie mogąc się ruszyć, czując że się dusi (częsta reakcja na eter) miała przerażające halucynacje. To wczesne doświadczenie wywarło na nią głęboki wpływ. Nancy była przerażona, obezwładniona i w konsekwencji utknęła w fizjologicznym zamrożeniu, które biologowie nazywają „reakcją znieruchomienia”.  Jej ciało dosłownie poddało się i reakcja ucieczki nie mogła się zrealizować. W stanie wszechogarniającego, „rdzennego lęku” Nancy straciła swoje prawdziwe, żywe ja i spontaniczną osobowość. Chociaż nie umarła dosłownie, pewne części jej samej doświadczyły swoistej śmierci.

Po tym przełomowym doświadczeniu w trakcie pierwszej sesji, Nancy wyszła z mojego gabinetu czując się, jak to określiła, „tak jakby odzyskała siebie”. Chociaż pracowaliśmy jeszcze przez parę sesji, podczas których delikatnie trzęsła się i drżała, atak paniki, którego doświadczyła tamtego dnia był jej ostatnim.

Z Afryki

Niedawno opowiedziałem o tym szczególnym rodzaju spontanicznego drżenia i oddechu, jakie zaobserwowałem u Nancy i innych klientów na sesjach terapii, biologowi z Centrum przyrodniczego w Malawi, w centralnej Afryce. Andrew Bwanali słuchał z ożywieniem, po czym wykrzyknął: „Tak, tak, tak, to prawda. Zanim wypuścimy schwytane zwierzę z powrotem na wolność, upewniamy się, że robi dokładnie to, co pan opisał”. Spojrzał w ziemię i dodał ciszej: „Jeśli nie drżą i nie oddychają w ten sposób, nie są w stanie przeżyć…” Chociaż ludzie rzadko umierają w wyniku traumy, to jeśli jej nie rozwiążą, ich życie staje się znacznie ograniczone. Rezultatem traumy dla wielu z nas jest stan często nazywany „żyjąca śmierć”.

Obudzić tygrysa

DSM IV (podręcznik diagnostyczny używany przez psychiatrów i psychologów) definiuje „atak paniki” w następujący sposób: Atak ma nagły początek i szybko narasta do stanu szczytowego (zwykle w przeciągu 10 minut) i często towarzyszy mu poczucie zagrożenia lub nadciągającej katastrofy oraz chęć ucieczki. Objawy obejmują palpitacje, pocenie się, drżenie (które często starają się powstrzymać), duszności, wrażenie duszenia się, ból w piersiach, nudności, napięcie w okolicach jamy brzusznej, zawroty głowy, lęk przed utratą panowania nad sobą lub „zwariowaniem”.

Ponad trzy miliony Amerykanów regularnie miewa ataki paniki, większość z nich to kobiety – częściej będące w roli ofiary jeśli chodzi o nasz gatunek. W definicji ataku paniki widzimy – poczucie zagrożenia lub nadciągającej katastrofy oraz chęć ucieczki. To jest esencja traumy – impuls do ucieczki z jednoczesnym poczuciem niemożliwości zrealizowania jej.

W czasie, kiedy spotkałem Nancy, studiowałem zachowania zwierząt drapieżnych i ich ofiar. Zaintrygowało mnie podobieństwo między paraliżem Nancy, w momencie ataku paniki, a tym co przydarzyło się opisywanej wcześniej antylopie. Większość zwierząt stosuje reakcję znieruchomienia, kiedy zostaje zaatakowane przez większe, silniejsze zwierzę drapieżne, przed którym nie może uciec. Wydaje mi się, że fakt, iż byłem na bieżąco z tymi informacjami wpłynął na to, że pojawił mi się obraz tygrysa. Przez kilka kolejnych lat pracowałem nad tym, aby zrozumieć znaczenie ataku paniki Nancy i jej reakcji na obraz tygrysa. Dziś wiem, że to nie tyle dramatyczne, emocjonalne katharsis i przypomnienie sobie operacji z okresu dzieciństwa miało kluczowe znaczenie w uleczeniu Nancy, ile rozładowanie energii, jakiego doświadczyła kiedy wyszła z pasywnej, zamrożonej reakcji znieruchomienia i zareagowała aktywną, skuteczną ucieczką. Obraz tygrysa uruchomił jej instynktowne, reaktywne ja. Kolejnym wglądem, jaki uzyskałem dzięki doświadczeniu z Nancy było odkrycie, że zasoby, które umożliwiają poradzić sobie w obliczu zagrożenia mogą zostać wykorzystane również w procesie zdrowienia. Jest to prawdą nie tylko w czasie doświadczenia, ale również wiele lat po danym wydarzeniu.

Nauczyłem się też, że aby wyleczyć traumę nie jest konieczne odgrzebywanie i ponowne przeżywanie wspomnień. W istocie, silny ból emocjonalny może prowadzić do powtórnej traumatyzacji. Tym co pomaga nam uwolnić się od objawów i lęków, jest mobilizacja naszych głębokich fizjologicznych zasobów i świadome ich wykorzystanie. Jeśli pozostaniemy nieświadomi naszej zdolności do zmiany instynktownego reagowania z reaktywnego na bardziej pro-aktywny, pozostaniemy w niewoli lęku i zamrożenia.

Im dłużej pracowałem z ludźmi cierpiącymi na reakcje lękowe oraz tzw. „psychosomatyczne” choroby, takie jak migrena, bóle mięśni, bóle pleców i karku, choroby układu trawiennego, ostry zespół napięcia przedmiesiączkowego, astma a nawet niektóre rodzaje padaczki, tym bardziej rosło moje przekonanie, że objawy te, to sposoby, w jaki system nerwowy próbuje poradzić sobie z tymi silnymi energiami służącymi przetrwaniu, które pozostają w organizmie w wyniku nierozwiązanej traumy. Jeśli te energie mogłyby zostać stopniowo rozładowane, fizjologicznie, w formie umiarkowanego drżenia (często z towarzyszącą temu obudzoną świadomością, przytomnością i poczuciu „przełamywania się”), objawy można by znacznie zmniejszyć a nawet wyeliminować. Czasami, ale nie zawsze, pojawiają się obrazy wydarzeń wskazujące na prawdopodobne źródło traumy. Nie są one konieczne dla uleczenia traumy. Obrazy te są często, ale nie zawsze wiernym odzwierciedleniem wydarzenia. To doprowadziło mnie do wniosku, że tzw. „traumatyczne wspomnienia” nie są koniecznie prawdziwą historią tego, co się wydarzyło. Są one prawdziwe w takim sensie, że odpowiadają „energetycznej intensywności” doświadczenia. Również zaspokajają głęboką, ludzką potrzebę zrozumienia tego, co nam się przytrafiło. Jest to ważna kwestia w zrozumieniu tajemnicy traumatycznych wspomnień. Pozwala nam uniknąć wpadnięcia w pułapki stworzone przez „fałszywe wspomnienia”. Na przykład, bardzo istotnym jest zrozumienie, że u wielu ludzi (podświadome) doświadczenie zabiegów medycznych jest często podobne do doświadczenia gwałtu. Dlatego wszelkie sugestie gwałtu czy molestowania przez terapeutę (czy przez przekazy medialne) mogą wywołać u osoby straumatyzowanej „fałszywe wspomnienia”, które umożliwiają wytłumaczenie tych doświadczeń odczuwanych jako gwałt.

Źródło wielu zaburzeń

Ocenia się, że od 30 do 40 milionów Amerykanów (12 – 15% populacji) doświadcza uporczywego lęku. Kolejne 12 milionów cierpi na łagodniejszą formę lęku znaną jako „zespół niespokojnych nóg” (Wyjaśnienie tego drżenia nóg spowodowanego niedokończoną reakcją obronną można znaleźć w przykładzie Nancy, kiedy ucieka przed tygrysem). Dodać można do tych statystyk 12 i pół miliona cierpiących na zaburzenia obsesyjno-kompulsywne (w którym osoby trwają w stanie ciągłej gotowości – hiperczujności), nieustannie szukając źródła zagrożenie nawet jeśli żadnego nie ma.

Choroby związane ze stresem (umysłowe i fizyczne) są odpowiedzialne za zdecydowaną większość objawów, dla których ludzie szukają pomocy lekarskiej. Rośnie występowanie poważnych zaburzeń psychicznych (lęki, depresje, zaburzenia snu, nadużywanie substancji psychoaktywnych i inne) w Ameryce i innych krajach rozwiniętych. W 1994 na łamach konserwatywnego pisma Archives of General Psychiatry stwierdzono, że połowa dorosłej populacji spełnia formalne kryteria, które definiują którąś z chorób psychicznych). Od czasów drugiej Wojny Światowej wskaźnik depresji i samobójstw u młodzieży potroił się. Równie niepokojący jest wzrost agresji wśród młodzieży. Obecnie Zespół nadpobudliwości psychoruchowej (ADHD) przybiera rozmiary epidemii. Wiele szkół przyznaje, że nawet 10 do 20 procent uczniów w szkołach podstawowych regularnie przyjmuje Ritalin (rodzaj amfetaminy przepisywanej przez lekarzy przeciwdziałającej objawom ADHD). Problem z Ritalinem (i innymi tego typu lekami) polega na tym, że poza tym, że jest niebezpieczny i może powodować uzależnienie, nie oddziałuje na przyczynę problemu. Jestem przekonany, że znaczna część dzieci ze skłonnością do agresji (a także tych z diagnozą ADHD) w rzeczywistości cierpi na skutki nierozwiązanej traumy. Zachowania, które przejawiają (które nazywamy zaburzeniami) są często manifestacją hiperczujności i nadmiernego pobudzenia będących osiowymi objawami traumy.

Milczące przyzwolenie na leki jako rozwiązanie problemu jest zarówno niepokojące jak i nieskuteczne. Te tzw. zaburzenia nie są chorobami takimi jak zapalenie płuc czy cukrzyca. Dlaczego zgadzamy się na tworzenie przyszłych pokoleń obywateli uzależnionych od leków? Czy Ameryka stanie się „narodem Prozaca”, niezdolnym do funkcjonowania bez leków na poprawę nastroju i antydepresantów? A może ten scenariusz już się realizuje? W kontekście wzrastającego uzależnienia od leków, wydana przez rząd „wojna narkotykom” wydaje się co najmniej groteskowa. W obliczu znacznej proporcji dzieci i dorosłych uzależnionych od silnych (legalnych) „zmieniających świadomość” substancji (nie mówiąc o alkoholu i nielegalnych narkotykach) należy zadać sobie pytanie: Co jest nie tak?

Przeważający sposób postrzegania tych zaburzeń przez psychiatrów jest taki, że są to „choroby biologiczne”. Standardowym leczeniem jest farmakologia. Z pewnością leki mogą być użytecznym czynnikiem w leczeniu tych dolegliwości, jednakże powszechne mylenie biologicznego niedostosowania z „chorobą mózgu” zaciemnia całościowy wpływ jaki nierozwiązany stres i trauma mają na nasze organizmy.

Kiedy jesteśmy obezwładnieni zagrożeniem, nasze ciało i system nerwowy aktywizują reakcje ukierunkowane na zachowanie życia. Jeśli nie potrafimy do końca zrealizować tych wrodzonych „planów działania”, nie możemy rozładować ogromnej ilości energii zmobilizowanej w tym celu. Kiedy tak się dzieje (jak w przypadku Nancy), w naszych ciałach pozostaje nierozładowana energia, która manifestuje się jako objawy traumy. Większość objawów traumy można znaleźć w opisie wielu psychicznych i tzw. „psychosomatycznych” chorób i zespołów. Dlaczego my jako gatunek ludzki staliśmy się tak wrażliwi na traumę jest złożoną kwestią, którą opisałem bardziej szczegółowo w mojej książce Obudzić tygrysa – leczenie traumy. W tym miejscu chcę jedynie podkreślić, że wiele z niewypowiedzianego cierpienia można uniknąć a także zredukować wydatki na walkę ze skutkami traumy (tylko na depresję wydaje się ponad 44 miliardy dolarów rocznie).

Im dłużej traumatyczna aktywacja pozostaje nierozwiązana, tym trudniej ją rozwiązać i tym więcej czasu to zajmuje. Wiele osób ma jakąś wiedzę na temat pierwszej pomocy: jak zatamować krwawienie, co zrobić przy poparzeniach, jak pomóc komuś, kto się zakrztusił czy jak zrobić masaż serca i sztuczne oddychanie. Jednak niewielu z nas wie, jak być obecnym i dać emocjonalne wsparcie konieczne do tego, aby stresujące i przytłaczające wydarzenia nie doprowadziły do upośledzających i chronicznych objawów traumy. Są to umiejętności, których powinniśmy się nauczyć, jeśli nie chcemy pozostać ofiarami traumy. Traumatyczna „pierwsza pomoc” powinna być również stosowana na poziomie całego społeczeństwa, jeśli chcemy na poważnie zająć się falą przemocy zagrażającej przetrwaniu ludzkości jako gatunku. Jeśli mamy kontynuować ewolucję, musimy nauczyć się, jak opanować i korzystać z naszych wewnętrznych zasobów.

Meduza

Mitologia uczy nas jak stawiać czoła wyzwaniom. Mity to historie, które dotykają naszej najgłębszej istoty. Przypominają o naszych najgłębszych pragnieniach i odkrywają przed nami ukryte siły i zasoby. Są również mapami naszej podstawowej natury, drogami łączącymi nas z innymi ludźmi, z naturą i z kosmosem. Jeśli im pozwolimy, poprowadzą nas do domu. Grecki mit o meduzie (Gorgonie) ujmuje istotę traumy i opisuje jej transformację. To właśnie połączenie mitu i biologii może pomóc nam rozwiązać tajemnicę traumy.

W greckim micie, ci, którzy spojrzeli w oczy meduzy zamieniali się w kamień…zamrożony w czasie. Perseusz zanim wyruszył, aby zabić tego potwora udał się po poradę do Ateny. Jej rada była prosta: pod żadnym pozorem nie patrzeć jej w oczy. Biorąc sobie do serca radę Ateny, Perseusz użył tarczy na ramieniu, aby odbić obraz meduzy i wtedy mógł odciąć jej głowę nie zamieniając się w kamień.

Jeśli mamy uzdrowić traumę nie możemy konfrontować się z nią bezpośrednio. Nie jest łatwo się tego nauczyć. Jeśli popełnimy błąd i spotkamy się bezpośrednio z traumą, wówczas Meduza zrobi z nami to co Meduzy robią – zgodnie ze swoją naturą zamieni nas w kamień. Ten mit ma dalszy ciąg: Z rany Meduzy wyszły dwie postacie. Pegaz, Skrzydlaty koń i Chryzaor, wojownik ze złotym mieczem. Koń jest symbolem ciała i instynktownej wiedzy, skrzydła symbolizują transformację. Złoty miecz reprezentuje przenikliwą prawdę i jasność. Wspólnie te aspekty tworzą archetypowe cechy i zasoby jakie człowiek musi znaleźć, aby uzdrowić Meduzę zwaną traumą.

Odbicie Meduzy, które musimy ujrzeć i stawić mu czoła, aby przezwyciężyć i przemienić jej ogromne energie ma swoje odzwierciedlenie w naszej instynktownej naturze. Mając kontakt z tą pierwotną mądrością będziemy mogli być obecni w naszych ciałach jak również z innymi ludźmi. Ta wrodzona mądrość pozwala nam nie tylko opanować traumę, ale również doświadczyć siebie i innych w pełni. Bez tego, nasze związki pełne będą niepewności i kontroli.

W innej wersji tego samego mitu, Perseusz przechowuje krople krwi z rany Meduzy w dwóch fiolkach.  Te w pierwszej fiolce mają moc zabijania, te w drugiej – moc wskrzeszania zmarłych i przywracania życia. Reprezentuje to dwojaką naturę traumy – pierwszą: jej destrukcyjną zdolność do pozbawienia ofiar zdolności do pełnego przeżywania i cieszenia się życiem; drugą: paradoks traumy – je moc do transformowania i wskrzeszania życia. Od tego jak podejdziemy do traumy zależy, czy będzie ona okrutną Gorgoną czy wehikułem przemiany.

Ponieważ jesteśmy ludzkimi zwierzętami, trauma jest nieodłącznym elementem naszego życia. Nie musi jednak być wyrokiem na całe życie. Ucząc się od zwierząt możemy wykorzystać nasze instynkty zamiast się im przeciwstawiać. Przy wsparciu drugiej osoby możemy naśladować drżenie antylopy i odnaleźć naszą drogę z powrotem do stada. Dzięki okiełznaniu tych pierwotnych, instynktownych energii możemy przezwyciężyć traumę i dokonać jej transformacji.

Obecność i współczucie

8-letnia Anna ma duże brązowe oczy. Mogłaby być modelką dla jednego z popularnych obrazów Davida Kean’a przedstawiających dzieci o migdałowych oczach. Szkolna pielęgniarka właśnie przyprowadziła ją do mnie. Blada, głowa opuszczona, ledwie dostrzegalny oddech – jest jak młoda sarenka zamrożona przez światła nadjeżdżającego samochodu. Jej delikatna twarz jest bez wyrazu a jej prawe ramię zwisa bezwładnie, jak gdyby miało zaraz odpaść od reszty ciała.

Dwa dni wcześniej, Anna pojechała na wycieczkę szkolną na plażę. Razem z innymi dziećmi baraszkowała w wodzie, kiedy nagle duża fala zmyła ją w głąb morza. Anna została uratowana, ale Mary (jedna z matek, które pojechały jako opiekunki) utonęła w trakcie ratowania innych dzieci. Mary była jak matka dla wielu dzieci z sąsiedztwa, w tym dla Anny. Cała okoliczna społeczność była w szoku na wieść o jej tragicznej śmierci. Poprosiliśmy pielęgniarki, żeby zwracały uwagę na dzieci, u których pojawiły się nagłe objawy (bóle głowy i brzucha, uczucie zimna, etc.) Anna była już trzy razy u pielęgniarki tego dnia skarżąc się na silny ból w prawym ramieniu i barku.

Jednym z błędów często popełnianym przez osoby zajmujące się pracą z traumą jest nakłanianie dzieci do mówienia o swoich emocjach zaraz po wydarzeniu. Chociaż tłumienie ekspresji rzadko kiedy jest zdrowe, taka praktyka może być retraumatyzująca.W tym delikatnym momencie może to być dla dzieci (ale też dla dorosłych) za dużo. Pojawić się mogą poprzednie traumy tworząc skomplikowaną sytuację, na którą mogą składać się poczucie winy, wstydu, złości, „skrywane tajemnice”, ból. Z tego powodu przeprowadziliśmy wywiady z kilkoma nauczycielami Anny zanim się z nią spotkaliśmy. Uzyskaliśmy następujące informacje:

W wieku 2 lat Anna była świadkiem, jak jej ojciec postrzelił matkę w ramię a następnie odebrał sobie życie. Z niedawnych wydarzeń: Anna wściekała się, kiedy szesnastoletni syn Mary, Robert znęcał się nad jej 12-letnim bratem. Istniało duże prawdopodobieństwo, że Anna źle życzyła Robertowi i pragnęła kary dla niego. To zwiększa prawdopodobieństwo, że Anna mogła mieć ogromne poczucie winy z powodu śmierci Mary – być może nawet czuła się za to odpowiedzialna.

Proszę pielęgniarkę, aby delikatnie podparła bolące ramię Anny. To pomaga opanować zamrożoną energię uwiezioną w ramieniu, a także zwiększyć wewnętrzną świadomość dziecka. Dzięki temu wsparciu, podobnie do Antylopy, Anna będzie mogła powoli, stopniowo odtajać i dotrzeć do uczuć i reakcji, które pomogą jej wrócić do życia.

„Co czujesz w swoim ramieniu, Aniu?” Zapytałem łagodnie.

„Duży ból” odpowiada słabo. Jej wzrok zwrócony jest w dół

Mówię: „Bardzo boli, tak?”

„Tak”

„Gdzie boli, możesz pokazać paluszkiem?” Pokazuje palcem na miejsce w górnej części ramienia i mówi „Wszędzie tutaj”. Pojawia się mały wstrząs a następnie lekkie odetchnięcie. Natychmiast jej mizerna twarz nabiera rumieńców.

                „O, tak, czy teraz jest trochę lepiej?” Skinęła lekko i wzięła następny głębszy oddech. Po tym lekkim rozluźnieniu, natychmiast drętwieje, przyciągając ramię do siebie w obronnym odruchu. Łapię ten moment.

„Gdzie twoja mama miała ranę?” Pokazała no to samo miejsce na swoim ramieniu i zaczęła się trząść.  Nic więcej nie mówiłem. Drżenie nabierało intensywności, a następnie przesunęło się w dół ramienia i w okolice szyi. „Tak Aniu, nie powstrzymuj tego drżenia – niech tak drży – jak galaretka –jaka to by była galaretka – czerwona, zielona czy żółta? Możesz ją potrząść czujesz jak drga?”

„Jest żółta” mówi „jak słońce na niebie”. Bierze duży oddech i patrzy na mnie – po raz pierwszy. Uśmiecham się i kiwam głową. Jej oczy spotykają moje na chwilę, po czym odwraca wzrok.

„Jak czujesz teraz swoje ramię?”

Ból przeszedł w dół do moich palców”. Jej palce drżą delikatnie. Mówię do niej cicho, spokojnie, rytmicznie.

„Wiesz Aniu – myślę że w całym tym mieście nie ma nikogo, kto by nie czuł, że w pewien sposób to jego wina, że Mary zmarła”. Patrzy na mnie przez chwilę. Mówię dalej: Oczywiście to nie jest prawda…ale tak każdy się czuje… ponieważ tak bardzo ją kochają”. Odwraca się i patrzy na mnie. Widać w jej postawie, że rozumie to, co się dzieje w niej teraz. Wpatruje się we mnie. „Czasami, im bardziej kogoś kochamy, tym bardziej myślimy, że to nasza wina”. Dwie łzy spływają z kącików oczu, po czym odwraca głowę.

                „I czasami, kiedy jesteśmy bardzo źli na kogoś i dzieje mu się krzywda, to myślimy, że dzieje się tak, ponieważ chcieliśmy, żeby się tak stało. Anna patrzy prosto w moje oczy. Mówię: I wiesz, kiedy coś złego przytrafia się komuś kogo bardzo kochamy albo bardzo nienawidzimy, to nie dzieje się tak z powodu naszych uczuć. Czasami złe rzeczy się dzieją…a uczucia, bez względu na to jak silne, są tylko uczuciami”. Wzrok Anny jest pełen wdzięczności. Sam czuję wzruszenie. Pytam się jej, czy chce wrócić do klasy teraz. Kiwa głową, że tak, patrzy ostatni raz na nas troje, po czym wychodzi z gabinetu, swobodnie poruszając ramieniem.

Alex , który był świadkiem tragedii na plaży, miał problemy ze spaniem i jedzeniem. Jego ojciec przyprowadził go do nas, ponieważ dziecko prawie nic nie jadło przez ostatnie 2 dni.

Usiedliśmy razem i zapytałem czy czuje od środka swój brzuch. Położył delikatnie rękę na brzuchu i pociągając nosem powiedział „Tak”.

„I jak tam jest, w środku?”

                „Wszystko jest skręcone jak supeł”.

                „Czy coś jest tam w tym suple?”

                „Tak, jest czarne… i czerwone…nie podoba mi się.”

„Boli, tak?”

„Tak”.

„Wiesz Aleks, teraz boli, ale nie będzie bolało wiecznie.”

Łzy poleciały po policzkach chłopca. Wróciły też kolory na twarzy i w palcach. Tego wieczoru, Aleks zjadł pełen posiłek. Na pogrzebie Mary, Aleks otwarcie płakał, uśmiechał się serdecznie i ściskał ze znajomymi.

Ponieważ trauma jest „uwięziona” w ciele, to poprzez ciało musi zostać przepracowana i uzdrowiona. Przy właściwym wsparciu, ciało rozładuje uwięzioną energię. Dzieje się to z taką pewnością, jak rzeka, która spływa do morza. Słowa używane są jako pełne współczucia odzwierciedlanie, a nie jako wyjaśnianie. Nie potrzebujemy siebie nawzajem, żeby pomagać sobie „wyrzucić emocje”, potrzebujemy być dla siebie obecni. Taki sposób potwierdzenia stwarza atmosferę, dzięki której zamrożone odczucia i uczucia mogą się w swoim tempie rozpuścić i płynąć. Nie popychaj rzeki.

W pracy z traumą „felt sense”(odczucie) jest odpowiednikiem tarczy Perseusza. Poprzez odbicie naszej własnej świadomości ciała, możemy opanować wewnętrzne zasoby, które transformują traumę. Wszystko, czego potrzebujemy czeka wewnątrz… musimy się nauczyć, jak być bohaterami własnego zdrowienia… nie tylko bohaterami, którzy mówią „nie” byciu ofiarami i szukają zemsty, ale bohaterami, którzy mówią „tak” Pegazowi i wznoszą się na nowe poziomy ewolucyjnej wolności. Meduza jest lękiem. Lęk zamienia nas w kamień. Nadszedł czas, aby porzucić epokę kamienia. Trauma jest wspólnym doświadczeniem nasz wszystkich. Podobnie jak krew z rany Meduzy, jest potencjalnym darem…naturalnym wehikułem osobistej, społecznej i globalnej transformacji.

Więź

Nie żyj w izolacji – E.M. Forster

Trauma to zerwane więzi – z ciałem/samym sobą, rodziną, przyjaciółmi, społecznością, naturą, duchowością, wzmacniając błędne koło traumatycznej izolacji. Leczenie traumy polega na przywróceniu tych więzi.

Parę lat temu miałem zaszczyt nauczać w Centrum Pomocy dla Indian Hopi  w Arizonie. W nauczaniu mojego sposobu pracy korzystam z własnego, bezpośredniego doświadczenia. Na początku zaobserwowałem silny opór wśród członków plemienia przed aktywnym braniem udziału w ćwiczeniach. Wiedziałem, że ludzie byli nieśmiali i że mają silne kulturowe tabu odnośnie odkrywania się (szczególnie przed obcymi). Nie wiedziałem natomiast, że ich wizja świata jest tak różna od mojej, że prawie zupełnie umknęła moje świadomości.

Odkryłem, że tym, co było problemem i zapewne źródłem niezrozumienia wśród Indian Hopi było używanie zaimka „ja”. Kiedy formułowałem ćwiczenia w trzeciej osobie (wskazując uzdrawianie innych), ludzie chętniej brali w nich udział. W kulturze Zachodu percepcja zdominowana jest przez potrzeby autonomicznego ego. W kulturze Hopi, to potrzeby społeczności są na pierwszym miejscu. Nie tylko Hopi mają taką wizję świata. W kulturach aborygenów, całe grupy dzielą ból zranionej jednostki. Dzięki tej odczutej więzi, uzdrawianie pojedynczej osoby naturalnie staje się obowiązkiem całej grupy. Odprawiane są specyficzne rytuały , w których uczestniczy cała społeczność. Hopi mówią, że cała grupa musi szybko zająć się (traumą), inaczej jej negatywne konsekwencje będą oddziaływały na plemię przez siedem pokoleń.

W przypadku zdrowienia z traumy „ograniczenia” na jakie natknąłem się wśród Indian Hopi okazały się ważnymi zasobami. Uświadomiłem sobie, że uczestnictwo całej społeczności jest fundamentalnym zasobem w procesie uzdrawiania straumatyzowanej jednostki. Co dzieje się z kulturami, które koncentrują się głównie na autonomii jednostki i samorealizacji? Co czeka kraje składające się z izolujących się jednostek, które nie mają poczucia, że należą do jakiejkolwiek społeczności? Stają się szczególnie podatne na utratę więzi, będącą konsekwencją traumatycznych doświadczeń. Jeszcze raz przypomnę fakty: 40 procent bezdomnych w Ameryce stanowią weterani wojny w Wietnamie, blisko połowa całej populacji cierpi na poważne choroby psychiczne, jesteśmy świadkami epidemii przemocy wśród młodzieży, w wyniku której rozpadają się dzielnice podmiejskie, stajemy się coraz bardziej uzależnieni od legalnych i nielegalnych substancji próbując poradzić sobie z tą sytuacją. Te niepokojące statystyki mówią przynajmniej częściowo o naszej nieudolności – jako cywilizacji – do uzdrawiania traumy.

Jak wiele z naszych dzisiejszych dylematów jest wynikiem naszego własnego, wolnego wyboru jako ludzi pragnących dążyć do większej autonomii, indywiduacji i korzystać z nowoczesnych, coraz wydajniejszych technologii? A jak wiele wynika z ograniczającej spirali coraz mniejszej możliwości wyboru stworzonej przez traumatyczną utratę więzi? Nie znam odpowiedzi na to pytanie. Co było pierwsze „jajko czy kura?” Wierzę natomiast, że przyszłość gatunku ludzkiego może zależeć od połączenia plemiennych więzi z wolnością i autonomią jednostki. Nasza siła i zdolność do adaptacji jako ludzkości leży w integracji instynktów, emocji i racjonalnego myślenia. Jeśli porzucimy nasze instynkty, ograniczymy nasze ewolucyjne możliwości – zdystansujemy się od wewnętrznych zasobów umożliwiających doświadczanie naszej więzi z innymi i światem. Bez tej więzi wybieramy życie w duchowej pustce. Bez tej więzi nie możemy uzdrowić traumy – możemy jedynie stworzyć rozbudowane, ale wątłe struktury próbując chronić się przed jej niszczycielską siłą.

Wiele można zrobić, aby uzdrowić traumę i wyznaczyć drogę do zbudowania więzi. Jako jednostki, w rodzinach i w pracy, możemy być obecni dla naszych dzieci kiedy doświadczą traumatycznych wydarzeń. Wypadki samochodowe, urazy, poważne choroby, zabiegi i operacje medyczne, przemoc, katastrofy naturalne, i strata (w wyniku śmierci lub separacji) nie muszą skazywać naszych dzieci na zamrożenie. Dzieci posiadają wrodzoną siłę do przezwyciężenia skutków urazu. W artykule opublikowanym w Mothering Magazine w 1994 r pod tytułem Understanding childhood trauma, oraz w książce „It won’t hurt forever”, przedstawiam pierwszą pomoc w przypadku traumy – jak zapewnić wsparcie potrzebne naszym dzieciom do tego, aby przepracowały i zapobiegły traumatycznym reakcjom. Możemy nauczyć się kilku prostych wskazówek, które pomogą dzieciom (i dorosłym) przejść przez intensywny lęk często związany z urazami i zabiegami medycznymi. Jeśli te informacje zostaną wykorzystane w obecnym modelu medycznym i ratunkowym, mogłoby to zapobiec niepotrzebnemu cierpieniu i znacznie zredukować koszty opieki zdrowotnej.

Na poziomie społecznym i globalnym, cykle wojny, przemocy i traumy powtarzają się, eskalując do coraz większego zagrożenia dla istnienia cywilizacji. Somatic Experiencing Trauma Institute zaangażowany jest w projekty, których celem jest badanie źródeł przemocy. Zajmując się traumą u dzieci, mamy nadzieję na transformację pokoleniowego cyklu traumatycznego odtwarzania. Umożliwiając spotkania rodziców i dzieci zwaśnionych (historycznie i od niedawna) stron (etnicznych, rasowych, religijnych, ekonomicznych, geograficznych) mamy nadzieję na odtworzenie zerwanych więzi, które istnieją między wyalienowanymi grupami. Stworzenie więzi znacznie zwiększa prawdopodobieństwo, że powtarzający się cykl przemocy i cierpienia będzie rozwiązany. Kto jak nie dzieci może pomóc nam przezwyciężyć okropności przemocy i wojny.

„Dajcie mi punkt oparcia, a poruszę ziemię”, powiedział Archimedes. W zdominowanym przez konflikt, destrukcję i traumę świecie możemy znaleźć ten punkt w łagodnej, fizycznej, rytmicznej pulsacji pomiędzy matką a niemowlęciem. Kiedy ta pierwotna więź jest silna, świat na zewnątrz staje się mniej zagrażający, bardziej przyjazny. Kiedy odnowimy więzi pomiędzy ciałem, umysłem i duszą, kiedy naprawimy więzi pomiędzy ludźmi i naturą, możemy zacząć, jako gatunek, czuć się u siebie na tej pięknej planecie Ziemi.

Copyright Peter Levine Ph.D. 1996

Advertisements

Dodaj komentarz »

Brak komentarzy.

RSS feed for comments on this post. TrackBack URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d bloggers like this: