PRACowniA

10 kwietnia 2012

Chaos i przyzwolenie. Logistyka jednego rządu światowego – cz.1

Laura Knight-Jadczyk
Sott.net
3 lutego 2012 00:43 CST

©BBC

Czytanie artykułu „Columnist Calls for Internet „Quality Control” to Quash Dissent (Dziennikarz wzywa do „Kontroli jakości” Internetu w celu wytłumienia odmiennych poglądów) spowodowało, że dreszcz przebiegł mi po plecach. Jak napisałam na mojej tablicy facebookowej: „Czy tylko ja zauważam to narastające osaczenie, rosnącą propagandę w kierunku ograniczania i pozbawiania praw człowieka, podczas gdy ludzie en masse wydają się przechodzić przez to wszystko jakby we śnie?”

Wszakże to, co się dzieje, już się zdarzało. Tyle tylko, że obecnie wydaje się to rozprzestrzeniać na cały świat. Zaznaczam, że nie należę do osób, które dają się zwieść wyszczerzonym kłom propagandy wojennej. Dokąd sięgnąć pamięcią, wciąż jest tak samo. Zawsze ten sam trick, dramat rozgrywany pomiędzy rzekomymi wrogami w celu utrzymywania społeczeństw w strachu i napięciu, tak by chętnie poddawały się wszechobecnym drakońskim metodom narzucanej kontroli.

Inną rzeczą, która też miała miejsce już wcześniej, jest efekt końcowy takich dramatów: śmierć i zagłada na masową skalę, czyli „przypadkowe zniszczenia i straty wśród ludności cywilnej powstałe na skutek działań wojennych”. Kilka komentarzy na Facebooku wskazuje, że nie tylko ja to spostrzegam. Jeden z komentatorów napisał: „Nie tylko chodzą jak lunatycy, ale czołobitnie znajdują usprawiedliwienie dla gwałcenia ich podstawowych praw i bezmyślnie próbują „rozwiązywać” problemy za pomocą wiecznie tych samych, nieskutecznych metod z przeszłości. Powiada się, że „szaleństwo to powtarzanie w kółko tych samych działań i oczekiwanie odmiennych rezultatów”. (HB)

Otóż to. Psychopaci u władzy nigdy jakoś nie byli w stanie pojąć faktu, że efekt końcowy jest zawsze i wszędzie ten sam. Pasożyty nie zdają sobie sprawy, że spłoną żywcem w tym samym ogniu, w którym pali się zaatakowane i zabite przez nie ciało.

Inny z komentarzy brzmiał: “Jest to od dawna planowane i dokładnie koordynowane odradzanie się nazizmu na globalną skalę.” (DST)

Dokładnie. Oto dlaczego wskrzeszam temat, na który pisałam już w 2008 roku, kiedy to Bush – pamiętacie Busha, tę marionetkę, która rozpoczęła cały ten bajzel? – wciąż jeszcze był prezydentem USA. Artykuł skupiał się głównie na Bushu i USA, ale od tamtego czasu tak wielu innych przywódców światowych i tak wiele państw dosiadło tego totalitarno-faszystowsko-nazistowskiego konia, że nawet nie muszę specjalnie przerabiać tego artykułu, aby wciąż był na czasie.

Pisałam wówczas: Książka Roberta Parry’ego When a Great Power Goes Mad (Kiedy potężne państwo popada w szaleństwo) wywoływała u mnie ciarki, zwłaszcza gdy czytałam:

Z okazji piątej rocznicy wojny w Iraku i ponurego progu 4000 zabitych żołnierzy amerykańskich kraj zalały retrospektywne wiadomości o wojnie i przemówienia polityków, w większości oferujących złagodzone wersje wydarzeń.[…]

W mediach ukazały się wydania specjalne, w tym dwuczęściowy film pt. „Wojna Busha”, nadany w popularnym programie dokumentalnym „Frontline” amerykańskiej publicznej sieci telewizyjnej PBS, przedstawiający mainstreamową linię, w znacznej mierze aprobującą „dobre intencje” administracji Busha i obwiniającą za całą tę katastrofę wykonawców realizowanej polityki – tzn. brak planowania, biurokratyczną rywalizację, pospieszne decyzje oraz myślenie życzeniowe. […]

Poza zakresem amerykańskiej debaty głównego nurtu pozostała poważna analiza fundamentalnej kwestii nielegalności irackiej wojny.

Podczas procesów w Norymberdze po II wojnie światowej Stany Zjednoczone najsilniej ze wszystkich krajów potępiały wojnę napastniczą jako “największą międzynarodową zbrodnię, różniącą się od innych zbrodni wojennych tylko tym, że zawiera w sobie całe skumulowane zło”.

A jednak „Frontline” i inne główne media USA dyskretnie przemilczały ten najistotniejszy fakt wojny irackiej, a mianowicie, że dokonując inwazji na Irak bez aprobaty Rady Bezpieczeństwa ONZ i pod fałszywym pretekstem, administracja Busha sprowadziła na Irak to „całe skumulowane zło” i dopuściła się “najwyższej” zbrodni wojennej.

Oczywistym powodem, dla którego główny nurt prasy USA nie może sobie poradzić z tą prawdą, jest to, że prawda oznaczałaby jednocześnie, iż prezydent Bush, wiceprezydent Dick Cheney i wielu innych dostojników rządowych USA, jak również paru znanych dziennikarzy, mogłoby zostać uznanych za zbrodniarzy wojennych.

Zaakceptowanie tej rzeczywistości stworzyłoby w następstwie imperatyw moralny, zmuszający do podjęcia działań. A to z kolei wymagałoby obalenia istniejącej struktury władzy, która nie zmieniła się wiele od czasu, kiedy w październiku 2002 roku Bush zdobył upoważnienie Kongresu do użycia siły, po czym w marcu 2003 napadł na Irak.

Nie tylko Bush i Cheney pozostali na swych stanowiskach – oraz dwoje z trzech pozostałych kandydatów na prezydencki fotel, głosujących za wojną, John McCain i Hillary Clinton – ale i cała plejada czołowych dziennikarzy waszyngtońskich pozostała nietknięta przez ostatnie pięć lat.

Rozumiemy oczywiście sprawę, jako że od czasu, kiedy te słowa zostały napisane, nawet Barack Obama, który rzekomo miał być NKOTB (skrót od New Kids on the Block), czyli kimś nowym, z zewnątrz, był w rzeczywistości jednym z nich i został wybrany specjalnie w celu kontynuowania spuścizny po Bushu, neokonach i faszystach. Jedyną „zmianą”, jaką wniósł Obama, było więcej tego samego i jeszcze gorszego.

Dla wielu ludzi, choć z pewnością nie dla wszystkich, jest sprawą oczywistą, że światowe kręgi społeczeństwa, kroczące śladem Pied Pipera* ciała politycznego, coraz bardziej zatracają zdolność racjonalnego myślenia i dostrzegania psychologicznych realiów przy zachowaniu choćby odrobiny zdrowego rozsądku. Wraz z pogłębiającym się upadkiem intelektu i zanikiem moralności prawie cała planeta podupadła mentalnie. Każda grupa ludzi, która jest w stanie zasiąść przy stole i dyskutować o wojnie w Iraku, jakby nie była po prostu zbrodnią wojenną najwyższego rzędu, albo też debatować, czy podtapianie (ang. waterboarding) to tortury, czy może nie, lub roztrząsać, czy tortury są dopuszczalne w pewnych określonych sytuacjach – zatraciła zupełnie nie tylko swój kompas moralny, ale również swój cenzus czujących istot na ewolucyjnej skali.

[*Pied Piper –  bohater niemieckiej baśni, będącej kanwą jednej z opowieści braci Grimm, a także wiersza Browninga i opery „Zaczarowany flet”. Był to flecista, który obiecał miastu Hamelin pomoc w pozbyciu się szczurów, kiedy jednak dokonał dzieła, miasto odmówiło mu zapłaty. Flecista tak samo jak wyprowadził szczury, wyprowadził w odwecie z miasta wszystkie dzieci, wabiąc je muzyką fletu. – przyp.]

Jak odnotowano wyżej, przerażające w tym wszystkim jest to, że już wcześniej byliśmy tego świadkami. Po II wojnie światowej wszyscy zadawali pytania typu „Jak cywilizowany, współczesny naród, taki jak Niemcy, mógł stoczyć się w barbarzyństwo tak szybko i tak kompletnie?” Oczywiście wiemy już, że nie stało się to natychmiastowo; całe społeczeństwo nie bywa ogarnięte szaleństwem w jednym momencie, potrzeba na to trochę czasu. Dokonanie się tego procesu zajęło mniej więcej 25 lat – od zakończenia I wojny światowej do napaści nazistowskich Niemiec na Polskę.

Kiedy więc proces ten rozpoczął się w USA? (Stany Zjednoczone stały się później czynnikiem zakaźnym dla reszty planety).

Sądzę, że w USA przebiegało to szybciej, niż uprzednio w Niemczech, głównie dlatego, że za faszystowskim przejęciem Ameryki stało to samo konsorcjum ideologiczne (w tym członkowie rodziny Busha), które wcześniej umieściło u władzy Hitlera. Sądzę również, że początki gwałtownego staczania się Ameryki w chaos nabrały pary w chwili wybrania Ronalda Reagana. Kiedy Ameryka upadła na tyle, aby wybrać na prezydenta aktora, był to początek jej końca, oznaka i symptom, że kraj naprawdę postradał rozum. Ale, oczywiście, poważnym kamieniem milowym w tym procesie był zamach na JFK.

Jedną z najlepszych książek, jaka może pomóc zrozumieć, co zaszło w Niemczech w latach dwudziestych i trzydziestych ubiegłego wieku, i naprawdę zobaczyć, jak dokładnie owe czasy odzwierciedlają obecny okres w Ameryce, jest książka Sebastiana Haffnera Defying Hitler (Stawianie oporu Hitlerowi, polskie wydanie: „Historia pewnego Niemca. Wspomnienia 1914-1933”, Wydawnictwo Znak, 2007, książka aktualnie niedostępna). Haffner pisze o wielu niemieckich politykach, którzy mogli uratować kraj przed Hitlerem, ale nie uczynili tego, ponieważ wszyscy, indywidualnie i kolektywnie, ugięli się pod dziwnymi, tajemniczymi naciskami. To „uginanie się pod naciskiem” możemy dostrzec i w dzisiejszych czasach, w naszym własnym Kongresie i mediach.

Przegłosowanie ustawy o torturach we wrześniu 2006 jest jednym z tego przykładów. Jak podawały media, prawo to zostało uznane przez republikanów za niezbędne do zyskania sobie przewagi politycznej w zbliżających się wyborach. Zastanawiałam się wówczas, gdzie spodziewali się zdobyć to polityczne poparcie. Z całą pewnością nie mogli go otrzymać od większości Amerykanów (i nie otrzymali). Badania opinii publicznej MSNBC wykazują, że co najmniej 67% Amerykanów uważa, iż rząd NIE mówi im prawdy o 9-11. Co więcej, podejrzewają oni współudział rządu w 9-11!

©msnbc – Zrzut ekranu z wynikami ankiety z 31 marca 2008r.

Skoro więc cała ta wojna z terroryzmem, która doprowadziła do wojny w Iraku, oparta jest na 9-11, a większość Amerykanów uważa, że rząd okłamuje ich w tej kwestii, to na jakiej podstawie republikanie myśleli, iż dla zdobycia sobie „politycznych punktów” muszą poprzeć dążenia Busha do zalegalizowania tortur i trybunałów wojskowych? Kto w końcu dokonywał tych wyborów w Ameryce? Ci, co głosowali, czy ci, co liczyli głosy?

Ale to dygresja. Chodzi mi o to, że sytuacja, jaką widzimy obecnie w USA i pozostałej części świata, jest dokładnie wzorowana na nazyfikacji Niemiec, co ponownie prowadzi nas do książki Sebastiana Haffnera Defying Hitler.

Ogół współczesnego społeczeństwa słabo się orientuje w przebiegu procesu przejęcia władzy przez nazistów, czyli „nazistowskiej rewolucji”, jak ją lubili nazywać. A jednak to właśnie w tym procesie – w prawdziwym jego zrozumieniu – leży klucz do dostrzeżenia oznak i objawów tego, jak cywilizowany naród może zostać podporządkowany szaleńcom, a następnie sprowadzony przez nich do roli pionków w wielkiej grze o władzę nad światem. I nie miejcie złudzeń – historia dowodzi, że Hitler z całą pewnością zamierzał podbić cały świat! Ten sam cel napędza już istniejący Jeden Rząd Światowy, który tylko czeka na okazję, by móc otwarcie i oficjalnie ogłosić swe panowanie.

Z osobistych obserwacji Haffnera jasno przebija sposób, w jaki ów proces Zła – to, co psycholog kliniczny Andrzej Łobaczewski nazywa “poneryzacją” – stopniowo i niezauważalnie wkradał się pomiędzy Niemców, nawet do tego stopnia, że w pewnym momencie w alarmujący sposób pociągnął za sobą i samego autora. Sebastian Haffner zabiera czytelnika w tę podróż, tak żeby mógł on zobaczyć i poczuć rozwój sytuacji, której opis rzuca światło na wydarzenia rozgrywające się w dzisiejszych czasach. Haffner pisze:

Jest to opowieść o pojedynku.

Jest to pojedynek pomiędzy dwoma bardzo nierównymi przeciwnikami: niezmiernie potężnym, budzącym grozę i bezlitosnym państwem oraz mało znaczącą, nieznaną osobą prywatną. Pojedynek ten nie będzie się odbywał sferze politycznej – człowiek ten w żadnym razie nie jest politykiem, ani tym bardziej konspiratorem czy wrogiem państwa. Cały czas znajduje się na pozycji defensywnej. Pragnie jedynie zachować to, co uważa za swoją prawość, swoje prywatne życie i swój honor osobisty. Te zaś poddawane są nieustannym atakom ze strony rządu w kraju, w którym żyje, przy użyciu najbardziej brutalnych, a często również prymitywnych metod. […]

Człowiek ten jest … nieprzygotowany na gwałtowny atak. Nie urodził się bohaterem, a tym bardziej męczennikiem. Jest zwyczajnym mężczyzną z wieloma słabościami, który dorastał w trudnych czasach. Mimo to jest uparcie antagonistyczny. Tak więc przystępuje do pojedynku – bez entuzjazmu, wzruszając ramionami, ale z cichą determinacją, aby nie ustąpić. Jest oczywiście o wiele słabszy od swego oponenta, za to bardziej zwinny. Zobaczycie, jak się kryje, robi uniki, prowokuje wroga i błyskawicznie uskakuje, o włos unikając miażdżącego ciosu. Będziecie musieli przyznać, że jak na kogoś, kto nie jest ani bohaterem, ani męczennikiem, udaje mu się stoczyć całkiem niezłą walkę. Ostatecznie jednak zobaczycie, jak zostaje zmuszony do wycofania się z tej nierównej bitwy lub, jeśli wolicie, przeniesienia jej na inną płaszczyznę.

Tym państwem jest Trzecia Rzesza, a owym człowiekiem jestem ja. […] Mój prywatny pojedynek z Trzecią Rzeszą nie jest jakimś odosobnionym przypadkiem. W ciągu ostatnich sześciu lat stoczono w Niemczech tysiące, może nawet setki tysięcy takich pojedynków, w których jednostka próbowała bronić swej integralności i osobistego honoru przed potęgą wrogiego państwa. [Słowa te były pisane w roku 1939]. Każdy z tych pojedynków prowadzony był w całkowitej izolacji, nie na forum publicznym. Wielu z pojedynkowiczów, większych herosów lub męczenników z natury, pociągnęło tę walkę dalej niż ja – aż do obozu koncentracyjnego lub na szubienicę […] Inni zostali pokonani znacznie wcześniej i są obecnie cichymi malkontentami w szeregach rezerwistów SA… […]

Studiowałem prawo i zostałem aplikantem sądowym. [Jako aplikant Haffner uczestniczył w pracy sądów lub występował jako sędzia lub administrator w służbach cywilnych] …  W dwu sądach, dla których pracowałem, sędzia nawet pozwolił mi prowadzić sprawę. Ten nagły dostęp do władzy wywarł doniosłe wrażenie na młodym człowieku … i nieuchronnie miał na niego głęboki wpływ. Miało to dla mnie dwa zasadnicze skutki. Pierwszym z nich było opanowanie, postawa chłodnego, spokojnego, życzliwego dystansu… Drugim była pewna zdolność do śledzenia urzędniczych procesów myślowych oraz abstrakcji prawnych. […] Ta druga umiejętność miała kilka lat później dosłownie uratować życie mojej żony i moje własne. […]

Poza powyższym mogę się jedynie smutno uśmiechnąć, kiedy rozważam, jak byłem przygotowany na przygodę, która na mnie czekała. Zupełnie nie byłem przygotowany. Nie miałem żadnych umiejętności w zakresie walki wręcz, jak boks czy dżu-dżitsu, nie mówiąc o przemycie, nielegalnym przekraczaniu granic, używaniu tajnych kodów, etc; umiejętności, które mogłyby mi znacznie pomóc w nadchodzących latach. Moje przygotowanie duchowe do tego, co nadchodziło, było prawie tak samo nieadekwatne. Czyż nie mówi się, że w czasach pokoju dowódcy wojskowi zawsze przygotowują swoje armie najlepiej jak to możliwe – na poprzednią wojnę? Nie potrafię ocenić, ile jest w tym prawdy, ale jest oczywistością, że dbający, skrupulatni rodzice zawsze wychowują swoich synów dla ery, która się właśnie skończyła. Dysponowałem wszelkim niezbędnym przygotowaniem intelektualnym dla odegrania przyzwoitej roli w burżuazyjnym środowisku sprzed roku 1914. Miałem nieprzyjemne uczucie, oparte na tym, czego wcześniej doświadczyłem, że nie będzie to dla mnie żadną pomocą. To było wszystko. W najlepszym wypadku mogłem polegać na swoim nosie, który ostrzegał mnie przed tym, co miało nadejść, ale nie posiadałem żadnego intelektualnego systemu, który pomógłby mi sobie z tym poradzić.

Faktem jest, że nie ja jeden znalazłem się w takiej sytuacji, lecz całe moje pokolenie, a w jeszcze większym stopniu generacja starszych. (Jest to wciąż sytuacja większości osób z zagranicy, które znają nazizm jedynie z gazet i wiadomości filmowych). Nasze myślenie jest zwykle ograniczone przez określoną cywilizację co do perspektywy, w której nigdy nie kwestionuje się podstaw – są one tak domyślne, że niemal się o nich zapomina. Kiedy toczyły się spory na temat pewnych przeciwieństw – np. wolność a niewolnictwo czy nacjonalizm a humanizm, albo indywidualizm a socjalizm – w dyskusjach zawsze przyjmowało się pewne chrześcijańskie, humanistyczne, cywilizowane zasady jako aksjomaty. Nawet część tych, którzy zostali nazistami, nie zdawała sobie podówczas w pełni sprawy z tego, co robią. Mogli myśleć, że popierając nacjonalizm i socjalizm są przeciwko Żydom czy za stanem sprzed lat 1914-1918… Wciąż jednak oczekiwali, że wszystko przybierze ludzkie formy, przyjęte w cywilizowanym narodzie. Większość z nich przeżyłaby głęboki szok, gdyby im zasugerowano, że to, co popierają, to komory tortur i oficjalnie zarządzone pogromy (aby wymienić tylko dwie z najbardziej oczywistych rzeczy, a te są z pewnością dalekie od końcowej kulminacji horroru). Nawet dziś istnieją naziści, którzy są zszokowani i zatrwożeni, jeśli się im to wytknie.

W tamtych czasach nie miałem żadnych silnie skrystalizowanych poglądów politycznych. Miałem nawet trudności z decyzją, czy jestem na „prawo”, czy na „lewo”, jeśli chodzi o te najbardziej ogólne z politycznych kategorii. […] Żadna z istniejących partii politycznych nie wydawała mi się szczególnie atrakcyjna, pomimo bogactwa wyboru. Tak czy owak, przynależność do którejkolwiek z nich i tak nie uratowałaby mnie od stania się nazistą.

Tym, co mnie ratowało, był mój własny nos. Mam dość dobrze rozwinięty zmysł węchu w sensie przenośnym, czyli inaczej mówiąc – wyczucie wartości (lub bezwartościowości!) ludzkich, moralnych i politycznych poglądów i postaw. Większość Niemców, na nieszczęście, cierpi na kompletny brak tego wyczucia. Najmądrzejsi z nich są w stanie roztrząsać w nieskończoność swoje abstrakcje i dedukcje, podczas gdy samo użycie nosa mogłoby im wskazać, że coś tu cuchnie…

Jeśli chodzi o nazistów, mój nos nie pozostawiał mi żadnych wątpliwości. Męczyło mnie rozmawianie o tym, które z ich rzekomych celów i intencji są wciąż do zaakceptowania czy nawet „historycznie uzasadnione”, gdy wszystkie cuchnęły. I to jak cuchnęły! To, że naziści byli wrogami, moimi wrogami i wrogami wszystkiego, co w życiu ceniłem, było dla mnie jasne od samego początku. Nie było natomiast wcale takie jasne, w jakich straszliwych wrogów mieli się oni zmienić. Raczej nie traktowałem ich zbyt poważnie – popularne nastawienie wśród ich niedoświadczonych oponentów, które bardzo im pomogło i wciąż pomaga.

Istnieje niewiele rzeczy tak komicznych jak spokojna i obojętna wyższość, z jaką zarówno ja, jak i inni podobni do mnie, obserwowaliśmy początki rewolucji nazistowskiej w Niemczech, jak gdyby z loży teatralnej. Był to w końcu ruch o zadeklarowanym zamiarze pozbycia się nas. Być może jedyną równie komiczną rzeczą jest sposób, w jaki Europa po wielu latach pozwala sobie na dokładnie takie samo obojętne nastawienie, jakby była nadrzędnym, rozbawionym obserwatorem, podczas gdy naziści już podpalają ją z czterech stron naraz…

Naziści celebrują 30 stycznia, jako swój dzień rewolucji. Mylą się tutaj. 30 stycznia 1933 r. nie było żadnej rewolucji, była jedynie zmiana rządu. Hitler został kanclerzem, ale nie był jeszcze Wodzem reżimu nazistowskiego (w gabinecie było jedynie dwu nazistów poza nim samym). Składał przysięgę na wierność Konstytucji Weimarskiej. […]

Zewnętrznie ten dzień nie miał żadnych aspektów rewolucyjnych […] Dla większości z nas, stojących na zewnątrz, doświadczenie 30 stycznia ograniczyło się do czytania gazet – oraz emocji odczuwanych w trakcie tej lektury.

Poranne nagłówki gazet donosiły: „Hitler wezwany do prezydenta”. To wywołało poczucie podenerwowania, irytacji i bezsilności. Hitler był już wzywany do prezydenta w sierpniu i listopadzie. Oferowano mu wówczas stanowisko wicekanclerza, a następnie kanclerza. W obydwu wypadkach stawiał niemożliwe warunki i w obydwu następowały uroczyste deklaracje “nigdy więcej”. Za każdym razem owo „nigdy więcej” trwało dokładnie trzy miesiące. W tym czasie oponenci Hitlera w Niemczech cierpieli na jakiś chorobliwy przymus oferowania mu wszystkiego, co chciał, niestrudzenie i po coraz niższej cenie, w rzeczywistości wręcz mu to narzucając. Tak samo dzieje się obecnie z jego oponentami na zewnątrz Niemiec. I znów, tak jak wtedy i zawsze, formalnie zrzeknięto się „polityki łagodzenia” i jak zawsze bez przerwy odradza się ona w momentach przełomowych, takich jak dzisiejszy. Dzisiaj, podobnie jak wtedy, jedyna nadzieja w braku rozumu u samego Hitlera. Czy to wyczerpie wreszcie cierpliwość jego oponentów? I tak samo wtedy, jak i dziś, stało się oczywistym, że ich cierpliwość nie ma granic…

W południe nagłówki gazet głosiły: „Hitler stawia niemożliwe żądania”. Potakiwaliśmy głowami połowicznie uspokojeni. Brzmiało to zbyt wiarygodnie. Postąpiłby przecież wbrew swojej naturze, gdyby wymagał mniej niż za wiele. Być może kielich goryczy został od nas raz jeszcze odsunięty. Hitler – ostatnia obrona przed Hitlerem.

Około piątej po południu dotarły wieczorne gazety: “Gabinet Jedności Narodowej utworzony – Hitler kanclerzem Rzeszy”.

Nie wiem, jaka była reakcja ogółu. Moja reakcja przez około minutę była zupełnie poprawna: zmroziło mnie przerażenie. Oczywiście na taką możliwość zanosiło się już od dłuższego czasu. Należało się z tym liczyć. Niemniej jednak, przeczytanie o tym czarno na białym brzmiało teraz tak kuriozalnie, tak niewiarygodnie. Hitler kanclerzem Rzeszy […] Przez moment fizycznie czułem odór krwi i brudu tego człowieka, mdlący zapach bestii pożerającej ludzi – jej ohydne, ostre pazury na mojej twarzy.

Potem otrząsnąłem się z tego pierwszego wrażenia, próbowałem się uśmiechnąć, zacząłem rozważać i znalazłem sporo argumentów rozpraszających obawy. Tego wieczoru wspólnie z moim tatą omawialiśmy perspektywy nowego rządu. Byliśmy zgodni co do tego, że ma on wszelkie szanse wyrządzić wiele szkód, ale niewiele szans, by przetrwać zbyt długo – głęboko reakcyjny rząd z Hitlerem jako swoim rzecznikiem. Poza tym, tak po prawdzie, niewiele się różnił od dwu poprzednich rządów, które nastały po Bruningu. Nawet z nazistami nie będzie miał większości w Reichstagu. Oczywiście, parlament zawsze można rozwiązać, ale rząd miał przeciwko sobie wyraźną większość, w szczególności klasę robotniczą, która prawdopodobnie zwróci się ku komunizmowi […]

W międzyczasie rząd prawdopodobnie zaprowadzi pewne reakcyjne zmiany społeczne i kulturalne, z jakimś dodatkiem antysemityzmu, żeby zadowolić Hitlera. To nie przeciągnie żadnych oponentów na jego stronę. Polityka zagraniczna będzie zapewne sprowadzać się do walenia pięścią w stół. Może, co prawda, powziąć zamiar ponownego zbrojenia Niemiec. To by automatycznie przyłączyło świat zewnętrzny do tych 60% ludności Niemiec, które były przeciwko rządowi. Poza tym, kimże byli ci ludzie, którzy w ciągu ostatnich trzech lat nagle zaczęli głosować na nazistów? Zagubiona ciemnota, w większości ofiary propagandy, wahliwe masy, które rozpadną się przy pierwszym rozczarowaniu. Nie, wziąwszy wszystko pod uwagę, ten rząd nie dawał powodu do wszczynania alarmu. Jedynym pytaniem było, co przyjdzie po nim. […]

Następnego dnia taka właśnie okazała się być powszechna opinia inteligentnej prasy. Ciekawe, że nawet dziś wydaje się to możliwą do przyjęcia i przekonującą argumentacją, choć już wiemy, co było dalej.

Jak sprawy mogły się potoczyć aż tak kompletnie inaczej? Może stało się tak dlatego, że wszyscy byliśmy zbyt pewni, że jest to niemożliwe – i polegaliśmy na tym ze zbyt wielką ufnością. Zaniedbaliśmy więc konieczność rozważenia sposobów na zapobiegnięcie katastrofie na wypadek, gdyby sprawy przybrały obrót najgorszy z możliwych.

Przez cały luty 1933 roku wszystko, co się działo, pozostawało sprawą prasy. Innymi słowy, wszystko rozgrywało się na takiej arenie, że dla 99% ludności straciłoby wszelką realność w momencie, kiedy zabrakłoby dostępu do gazet. Ale trzeba przyznać, że wystarczająco wiele się na tej arenie zdarzyło: parlament Rzeszy został rozwiązany, następnie zaś, z rażącym pogwałceniem Konstytucji, Hindenburg rozwiązał również pruski parlament regionalny. Nastąpiły szybkie i gwałtowne zmiany personelu na wyższych szczeblach służb cywilnych, a kampanii wyborczej towarzyszyły brutalne akty terroru. Naziści w swych gangach czuli się już zupełnie bezkarni i regularnie rozbijali zebrania wyborcze innych partii. Każdego dnia strzelali do jednego lub dwu politycznych oponentów. Na berlińskim przedmieściu spalili nawet dom rodziny jednego z socjaldemokratów. Nowy minister spraw wewnętrznych Prus (nazista, niejaki kapitan Goering) wydał niewiarygodne rozporządzenie. Nakazał policji interweniować w każdej bójce i stawać po stronie nazistów, bez dochodzenia, kto był winny, a co więcej – strzelać bez ostrzeżenia do strony przeciwnej…

Ale o tym wszystkim można było tylko przeczytać w prasie. Nie widziało się ani nie słyszało niczego, co byłoby odmienne od tego, co działo się wcześniej.

Były brunatne mundury SA na ulicach, demonstracje, okrzyki „Heil!”, ale poza tym wszystko wydawało się toczyć zwykłym trybem.

W … sądzie … gdzie w owym czasie pracowałem jako referendarz, procedury prawne bynajmniej nie zmieniły się z powodu faktu, że minister spraw wewnętrznych wprowadził śmiechu warte, absurdalne dekrety. Gazety mogły sobie donosić, że konstytucja legła w gruzach. Tymczasem tutaj każdy paragraf kodeksu cywilnego był wciąż ważny i studiowano go i analizowano z taką samą starannością, jak zawsze. Która z tych rzeczywistości była prawdziwa?

Kanclerz mógł codziennie rzucać najgorsze obelgi pod adresem Żydów, a jednak ciągle był żydowski sędzia i członek naszego senatu, który wciąż wydawał swe błyskotliwe i wyważone orzeczenia, i te orzeczenia miały pełną moc prawną i mogły wprawić w ruch cały aparat państwowy w celu ich wymuszenia – nawet jeśli najwyższy z dostojników państwowych codziennie zaliczał autora tych orzeczeń do “pasożytów”, “podludzi” albo “zarazy”. Kto zbierał gorsze obelgi? Kto był obiektem ironii w takiej sytuacji?

Muszę przyznać, że byłem skłonny widzieć to niezakłócone funkcjonowanie prawa i kontynuację normalnego biegu życia jako tryumf nad nazistami. Mogli zachowywać się tak krzykliwie i wściekle, jak tylko chcieli. Mogli zmącić najwyżej polityczną powierzchnię. Głębia oceanu życia pozostawała nietknięta.

Całkiem nietknięta?

Czyż niektóre z tych fal powierzchniowych nie wysyłały wibracji, czego dowodem było nowe nerwowe napięcie, nowa nietolerancja i podsycana gotowość do nienawiści, które zaczęły zatruwać prywatne dyskusje polityczne, a nawet więcej, poprzez narastającą presję, żeby przez cały czas myśleć o polityce? Czy nie był to zauważalny wpływ wywierany przez politykę na życie prywatne, że nagle zaczęliśmy postrzegać każde codzienne, normalne wydarzenie w życiu prywatnym jako polityczną demonstrację?

Choć mogło tak być, ja wciąż lgnąłem do tego normalnego, niepolitycznego życia. Jak by na to nie patrzyć, nie miałem jak zaatakować nazistów. Ale przynajmniej mogłem nie pozwolić im się wtrącać do mojego osobistego życia.

W tym momencie Haffner bierze udział w towarzyskim spotkaniu:

Było mi trudno wprowadzić się w odpowiedni nastrój. Wręcz przeciwnie, przybyłem na miejsce dość przygnębiony. Tego popołudnia dotarło do mnie kilka niepokojących wieści. Kampania wyborcza nie przebiegała tak, jak naziści by sobie życzyli. Planowali zamach połączony z licznymi aresztowaniami oraz rządy terroru. Powinniśmy się przygotować na najgorsze w ciągu najbliższych kilku tygodni. Wywoływało to moje zaniepokojenie, ale oczywiście wciąż pozostawało jedynie problemem dla prasy. Czyż prawdziwą rzeczywistością nie było przysłuchiwanie się strzępom rozmów, śmiech, muzyka, obdarzanie się uśmiechami?

Stałem więc tam na schodach, rozkojarzony i niezdecydowany, obserwując przewijających się wokół mnie biesiadników – rozpalone, błyszczące, zarumienione, podniecone, uśmiechnięte twarze. Tak wiele ich, tak niewinne, wszyscy z nadzieją na spotkanie miłego chłopca albo dziewczyny na tę noc czy na kilka miesięcy, na powiew słodyczy życia, małą przygodę, coś, co się będzie miło wspominało. I nagle doznałem dziwnego, przyprawiającego o zawrót głowy uczucia. Czułem się, jakbym był nieodwołalnie uwięziony wraz z tymi wszystkimi młodymi ludźmi na gigantycznym statku, płynącym przed siebie i miotanym przez fale. Tańczyliśmy na jego najniższym i najciaśniejszym pokładzie, podczas gdy tam w górze, na mostku, planowano już zalanie naszego pokładu i potopienie nas, co do jednego.

Haffner opisuje, jak przyjęcie zostaje przerwane przez policję i po raz pierwszy w życiu faktycznie spotyka się z SS.

„Czy naprawdę musimy się rozejść?”

„Macie pozwolenie na rozejście się” – brzmiała odpowiedź i aż wzdrygnąłem się, tak groźnie zostało to wypowiedziane: powoli, lodowato i zjadliwie. Popatrzyłem na niego i wzdrygnąłem się ponownie.. Co to była za twarz? Nie ta zwyczajna, znajoma, przyjazna, uczciwa twarz zwykłego policjanta. Ta twarz wydawała się składać z samych zębów. Mężczyzna dosłownie warknął na mnie, obnażając przy tym cały ich garnitur w raczej nietypowym jak na człowieka grymasie. Pokazał małe, ostro zakończone i złe jak u rekina zęby. Cała ta blada twarz blondyna pod hełmem była jakby rybia, czy rekinia, z wodnistymi oczyma bez wyrazu i ostrym nosem jak u szczupaka, wystającym ponad tymi zębami. Bardzo nordycki typ, trzeba przyznać, ale nie prawdziwie ludzki, raczej coś na kształt krokodyla. […]

Dwa dni później był pożar Reichstagu.

… Bawiłem w odwiedzinach u przyjaciela na przedmieściu…. Sprowokowałem tam powszechną dezaprobatę wobec mojej osoby “nieprzyzwoitą” uwagą, iż wydaje mi się kwestią dobrego smaku, aby głosować przeciwko nazistom, niezależnie od wszelkich poglądów politycznych. …

Podczas gdy tak debatowaliśmy bezowocnie, popijając mozelskie wino, Reichstag przestał płonąć. Nieszczęsnego Marinusa van der Lubbego znaleziono w budynku wraz ze wszelkimi możliwymi identyfikatorami, niezbędnymi do ustalenia jego tożsamości.

Przywodzi to na myśl cudowne przetrwanie identyfikatorów rzekomych „terrorystów muzułmańskich”, którzy 11 września 2001 zaatakowali WTC w Nowym Jorku.

Na tle płonącego budynku, niczym wagnerowski Wotan, Hitler wypowiedział pamiętne słowa: “Jeśli jest to dzieło komunistów, w co nie wątpię, niech Bóg się nad nimi zlituje!” [co  przypomina deklarację George’a Busha przeciwko rzekomym terrorystom islamskim.] Nie mieliśmy o tym pojęcia. Radio zostało wyłączone. Około północy, na wpół śpiący, rozjechaliśmy się nocnymi autobusami do domów. W tym samym czasie grupy bojówkarzy były już w drodze, aby wyciągnąć swe ofiary z łóżek w ramach pierwszej wielkiej fali aresztowań i wysyłki do obozów koncentracyjnych, obejmującej związanych z lewicą deputowanych i wybitne osobistości literackie, niechcianych lekarzy, wyższych urzędników i prawników.

To już miało miejsce w USA, chociaż w ograniczonym zakresie, ale zakres się powiększa z dnia na dzień. To samo dzieje się również w innych krajach, na całym świecie, za cichym przyzwoleniem  i z błogosławieństwem USA. Oprócz aresztowań i uwięzienia w Guantanamo rzekomych „terrorystów”, większość kontroli sprawowana jest za pomocą zatajania i tłumienia informacji oraz „oczerniania” w prasie. Wystarczy spojrzeć, co się na przykład przydarzyło grupie Dixie Chicks za stosunkowo łagodny krytycyzm wobec Busha oraz innym osobom publicznym, które ośmieliły się zaoponować lub krytykować. Bush (a teraz Obama) będą mówić, że przecież każdy ma zagwarantowaną „wolność słowa”. Tylko na pokaz. W rzeczywistości wygląda to zupełnie inaczej. W tym momencie wystarczy zaledwie kolejny atak terrorystów pod fałszywą flagą, aby z gotowymi już prawami odnośnie tortur i trybunałów wojskowych, a obecnie również NDAA, można było przejść do fazy masowych aresztowań i uwięzień. Obecnie prawo już dopuszcza oskarżenie o popieranie terroryzmu każdego, kto jedynie wyrazi krytycyzm pod adresem rządu. „Jeśli nie jesteś z nami, jesteś przeciwko nam”. Tak więc, oczywiście, każdy wykazujący inklinację do krytykowania rządu, kto posiada jakikolwiek autorytet, czy też popiera kogokolwiek, kto NIE jest ukrytym agentem COINTELPRO, zostanie w podobny sposób odholowany do obozu. Należy się tego spodziewać. I być świadomym, że obecni faszyści nauczyli się czegoś na błędach niemieckich faszystów. Ich sposób przejęcia władzy jest teraz jakby bardziej „naukowy”, chociaż nieuchronnie przyniesie te same rezultaty: przelaną krew i śmierć, włączając w to ich własną śmierć. Powróćmy jednak do Haffnera i jego pojedynku.

Dopiero następnego ranka przeczytałem o pożarze, a w południe przeczytałem o aresztowaniach. Mniej więcej w tym samym czasie ogłoszono dekret Hindenburga. Likwidował on wolność słowa i prywatność poczty oraz telefonów dla wszystkich osób prywatnych, nadając jednocześnie policji nieograniczone prawa w zakresie przeszukiwań, dostępu, rekwizycji i aresztowań. […] Wszystkie lewicowe ugrupowania otrzymały zakaz prowadzenia jakichkolwiek kampanii wyborczych. W pochlebczym, żarliwie patriotycznym i radosnym tonie donosiły o tym te gazety, które wciąż jeszcze były wydawane. W następną sobotę wszyscy Niemcy mieli się zebrać i świętować narodowy zachwyt, z sercami przepełnionymi wdzięcznością! Wziąć pochodnie i wywiesić flagi!

Możemy zaobserwować, że w USA nadal są podtrzymywane pozory demokracji i wolnych wyborów, ale tak naprawdę nie ma żadnego wyboru. Clinton jest tak samo zła jak Bush, a Obama tak samo fatalny jak McCain. (To ostatnie zdanie napisałam w 2008 roku, czy nie sprawdziło się?) Wszystko to stanowi  „naukową farsę”, mającą dać złudzenie, że demokracja ciągle funkcjonuje. Mamy również myśleć, że opresje wspomniane w akapicie wyżej, zostały wprowadzone w USA całkiem „naturalnie”, jako środek zabezpieczający nas przed terrorystami. Co więcej, z całą pewnością można oczekiwać represji w następstwie kolejnego ataku terrorystycznego pod fałszywą flagą. Ogłosi się stan wojenny, zakończą się wszelkie dyskusje polityczne i jest bardzo prawdopodobne, że Bush – czy jakaś inna marionetka – zostanie ogłoszony dyktatorem wojskowym. (Obama ma na to chrapkę, sprawy mogą więc nabrać tempa przed kolejnymi wyborami.)

A zatem prasa. Ulice były dokładnie takie jak zawsze. Kina były otwarte. Sądy odbywały posiedzenia i toczyły się rozprawy. Żadnych oznak rewolucji. W domach ludzie czuli się niepewnie, nieco zakłopotani, trochę niespokojni i próbowali zrozumieć, co się dzieje. […]

A więc komuniści spalili Reichstag. No, no. Z powodzeniem tak właśnie mogło być, można się było tego spodziewać. Choć zabawne, dlaczego mieliby wybrać Reichstag, pusty budynek, na którego spaleniu nikt by nie skorzystał. Cóż, może faktycznie było to zamierzone jako “sygnał” do rozpoczęcia powstania, któremu zapobiegły „zdecydowane kroki” przedsięwzięte przez rząd. Tak przynajmniej twierdziły gazety i brzmiało to wiarygodnie.

Zabawne również, że naziści tak się przejęli tym Reichstagiem. Aż do tej pory nazywali go przecież pogardliwie „fabryką gorącego powietrza”. Teraz nagle stał się najświętszym z przybytków, który został spalony. […] Najważniejsze, że niebezpieczeństwo komunistycznego przewrotu zostało zażegnane i mogliśmy spać spokojnie. […]

A mówiąc poważnie, chyba najbardziej interesującym aspektem, związanym z tym podpaleniem Reichstagu, było to, że tak powszechnie uwierzono stwierdzeniu, iż było to dziełem komunistów. Nawet sceptycy nie uważali tego za zupełnie nieprawdopodobne

To samo można powiedzieć o atakach z 9/11. Jednakże coraz więcej ludzi w USA kwestionuje wersje rządową, co jest prawdopodobnie powodem przepchnięcia ustawy o trybunałach wojskowych i torturach (oraz NDAA). Z całą pewnością, kiedy to prawo nabierze skuteczności i zostanie wprowadzone w życie, pojawi się natychmiast długa lista terrorystów i ich popleczników, po każdej sesji tortur… Czytałam dzisiaj, że liczba podejrzanych terrorystów na tzw. „No-fly list” (lista osób nie obsługiwanych przez linie lotnicze) wzrosła ponad dwukrotnie!

Wciąż są w Niemczech ludzie, którzy dają się nabierać na postrach komunizmu… Nie są to już zbyt wielkie ilości; słabe wpływy niemieckich komunistów są dobrze znane ogółowi. Nawet naziści starają się unikać tej szczególnej tematyki, z wyjątkiem sytuacji z udziałem znanych gości zagranicznych. Ci wciąż dają się nabierać na byle co. […]

Jest to zdumiewająca obserwacja: że zagraniczne rządy nie zdają sobie sprawy z faktu, że USA mają wobec nich ukryte plany, zupełnie tak samo, jak nazistowskie Niemcy miały plany wobec całego świata. Aż trudno uwierzyć, że oni wciąż wierzą w te łgarstwa, że ktokolwiek jeszcze daje się przekonać, iż „islamscy terroryści są wrogami całej ludzkości”. Jeśli przedstawiciele rządów, którzy powinni wiedzieć, jak sprawy faktycznie wyglądają, są w stanie ciągle wierzyć w ten fałsz, to są zbyt głupi na to, aby być w jakimkolwiek rządzie.

(Część 2 artykułu: Chaos i przyzwolenie. Logistyka jednego rządu światowego – cz. 2)

– –

Ten artykuł jest przekładem oryginału zamieszczonego w języku angielskim na stronie:
Chaos and Consent: The Logistics of the One World Government

dokonanym przez polskich tłumaczy z grupy QFG – edytorów blogu PRACowniA.

Materiał ten został opublikowany przez SOTT.NET – projekt Quantum Future Group, Inc – i jest jego własnością. Zezwala się na kopiowanie i publiczne rozpowszechnianie pod warunkiem podania oryginalnego źródła i autora oraz żródła przekładu.

Dodatkowe informacje uzyskasz pisząc na adres: pracownia-iv@o2.pl

Reklamy

2 Komentarze »

  1. Długi artykuł… Ale czyta się dobrze. Nie żałuje poświęconego czasu bo naprawdę wiele się dowiedziałem. Dzięki.

    Komentarz - autor: Dominik — 17 kwietnia 2012 @ 11:26

  2. Brawo, dziękuję za doskonałe tłumaczenie. Świetna analiza – oba kciuki w górę.
    Bravo, excellent analysis, both thumbs up.

    Komentarz - autor: kalamazoo5 — 20 kwietnia 2012 @ 10:49


RSS feed for comments on this post. TrackBack URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: