PRACowniA

7 marca 2012

Wieki Ciemne i inkwizycje, starożytne i współczesne, część 3

…albo dlaczego tyle rzeczy na naszej planecie jest spartaczonych, a ludzkość jest na skraju wymarcia

Laura Knight-Jadczyk
SOTT
Dark Ages and Inquisitions, Ancient and Modern – Or Why Things are Such a Mess On Our Planet and Humanity is on the Verge of Extinction
15 stycznia 2012

Religia Nauki

Pozwolę sobie zauważyć, że w XVIII wieku nie istniało coś takiego jak ‘zawodowy naukowiec’. Ci, którzy studiowali zagadnienia naukowe, byli dobrze wykształconymi członkami klas wyższych, mającymi dużo wolnego czasu oraz pieniądze pozwalające im na prowadzenie badań. Był to Złoty Wiek Nauki. Później, w XIX wieku, pewne odkrycia doprowadziły do ekonomicznych i politycznych przemyśleń i wtedy właśnie nauka weszła na złą drogę, ponieważ ludzie, mający tendencję do myślenia w „czarno-białych” kategoriach, posiadają również takie cechy charakteru, jak potrzeba dominacji nad innymi oraz silną skłonność do zachłanności. Dążenie do osiągnięć naukowych stało się dążeniem do kariery zamiast stanowić hobby, a armia pracowników naukowych miała służyć agendzie, znanej później jako kompleks militarno-przemysłowy.

© n/a - Alfred Russel Wallace

Wróćmy do Darwina. Kiedy w 1859 r. Darwin opublikował On The Origin of Species (O pochodzeniu gatunków), zaczęła się zarysowywać linia frontu pomiędzy Nauką i Religią (w odróżnieniu od walki jednej religii przeciwko innej, choć trzeba zauważyć, że jest to nadal wojna pomiędzy „wierzeniami”). Nawet ci, którzy nie uznawali już Biblii za autorytet, widzieli zbliżanie się konfliktu albo-albo. Trzeba było albo stanąć po stronie Nauki, w jej totalnie materialistycznym aspekcie, albo było się „po przeciwnej stronie”. Żadna ze stron nie dopuszczała jakiejkolwiek płaszczyzny porozumienia.

Wielu naukowym umysłom tamtych czasów zaświtała myśl, że poprzez badanie sfer nadnaturalnych można znaleźć dowody na istnienie inteligentnego projektu – lub świadomości istniejącej niezależnie od materii. Jednym z nich był Alfred Russel Wallace – współtwórca, wraz z Darwinem, teorii ewolucji. Jego zamiarem było przeprowadzenie najpierw wstępnych studiów w celu określenia, czy takie dowody w ogóle mogą być zebrane. Nie znalazł niczego, co zbliżałoby się do poziomu naukowego dowodu, ale z całą pewnością zobaczył rzeczy, które nie były – i nie mogły być – wyjaśnione przez prawa nauki. Dla Wallace’a mechaniczna ewolucja z jej przetrwaniem najlepiej przystosowanych nie odpowiadała na wszystkie pytania ani nie rozwiązywała wszystkich problemów.

© n/a - Alfred Russel Wallace

W późnych latach 60. XIX wieku Wallace zaprosił pewną liczbę szanowanych naukowców, między innymi znanego fizyka Johna Tyndalla, do udziału w jego badaniach nad zjawiskami psychicznymi. Miał pomysł na stworzenie nowej gałęzi antropologii. Zaprosił również darwinistę z przekonania – T. H. Huxleya. Huxley odmówił  przyjęcia zaproszenia, odpisując: “To wszystko może być prawdą, jako że nie znam dowodów temu przeczących, ale tak naprawdę nie mogę w sobie wzbudzić żadnego zainteresowania tematem”. Kiedy Wallace naciskał, Huxley oświadczył, że „słyszał już wystarczająco dużo o kontaktach z duchami, żeby wiedzieć, że to wszystko jest jedynie bzdurą”. (Pamiętajmy, że Huxley był biologiem samoukiem w czasach, kiedy biologia była dość prymitywna, niemniej stał się jednym z najlepszych ekspertów tamtych czasów w zakresie anatomii porównawczej. Jednakże wydaje się, że kierowały nim pewne pobudki polityczne. Mówiono o Huxleyu, że „Przed nim nauka była głównie zajęciem dla dżentelmenów, a po nim stała się profesją”.)

Wallace w końcu zrezygnował z męczących prób zainteresowania kolegów naukowców dziedziną paranormalną. Opublikował pracę naukową, naświetlając w niej swoje poglądy, że selekcja naturalna może mieć swoje ograniczenia, a za rozwój umysłu i zachowania moralne może być odpowiedzialna jakaś „nadrzędna inteligencja”. Zauważył też, że naukowiec próbujący badać sfery tzw. „nadnaturalne” zostaje błyskawicznie zniesławiony, “określony mianem łatwowiernego i przesądnego, o ile nie jest otwarcie oskarżony o kłamstwa i oszustwa, a jego staranne i powtarzalne eksperymenty są ignorowane, jako nie warte nawet chwili uwagi”.

Ale Wallace był pewien, że życie to coś więcej, niż tylko materia. Żywił przekonanie, że studiowanie tego, co się uważa za nadnaturalne, może przyczynić się do wyjaśnienia samej natury życia. Ogłosił (i prawdopodobnie miał rację), że ucierpią na tym wszystkie gałęzie nauki, jeśli mnogość niewytłumaczalnych, acz dziejących się, zjawisk nie doczeka się poważnych badań i nie będzie się „traktować ich jak coś, co stanowi zasadniczą część fenomenu ludzkiej natury”.

Wallace w końcu przekonał jednego z najbardziej szacownych naukowców brytyjskich, chemika i wynalazcę Williama Crookesa, aby zbadał owe zjawiska. Crookes był odkrywcą talu, miękkiego metalu, będącego również silną neurotoksyną. Później naukowcy będą utrzymywać, że Crookes wdał się w badania zjawisk paranormalnych tylko dlatego, że jego badania chemiczne uszkodziły mu mózg!

Crookes, ze swojej strony, oznajmił, że nie uważa pomysłów Wallace’a za szczególnie przekonujące, a jego początkowy udział w eksperymentach stanowił próbę sprowadzenia Wallace’a na właściwą drogę. Zamierzał przyjrzeć się kilku medium, gruntownie je zdemaskować i przejść do bardziej naukowych poszukiwań.

Problem w tym, że Crookes sam się przekonał, że zdecydowanie działo się tam coś interesującego z naukowego punktu widzenia. W 1871 r. opublikował swoje wnioski w czasopiśmie naukowym Quarterly Journal of Science. Kilka miesięcy później opublikował kolejny artykuł na temat doświadczeń, jakie przeprowadził na pewnym sławnym medium, Danielu Douglasie Home.

Utalentowane medium, Daniel Dunglas Home

D. D. Home był solą w oku materialistycznie nastawionej społeczności naukowej. Roberta Browninga rozwścieczało, że jego żona, poetka Elizabeth Barrett Browning, była zwolenniczką Home’a. Po śmierci żony opublikował nienawistny atak na Home’a w postaci poematu „Mr. Sludge, The Medium” (Pan Szlam, medium). Im więcej zjawisk produkował D. D. Home, tym bardziej doprowadzało to do wściekłości społeczność naukowców. Wielu krytyków Home’a zwróciło się do Michaela Faradaya, aby wkroczył do akcji i go zdemaskował. Faraday zgodził się pod jednym, bardzo dziwnym warunkiem: że najpierw Home podpisze oświadczenie, iż nawet jeśli Faraday uzna, że jego rezultaty są „cudami lub dziełem duchów”, Home potępi wszystko, co robił, jako „godne pogardy i bez żadnej wartości dla ludzkości”. Najdziwniejsza w tym wszystkim jest głęboka pobożność samego Faradaya. Faraday prawdopodobnie nie dostrzegł sprzeczności między łatwością, z jaką uznaje świadectwo słów biblijnych, przy jednoczesnym odrzuceniu zjawisk Daniela Dunglasa Home’a i uznaniu ich za „bluźniercze”.

To, co było – i jest – niezwykłe w tej bitwie, to sposób, w jaki była toczona – nie w laboratorium naukowym czy na gruncie uczciwej oceny dowodów, ale raczej za pomocą anonimowych pomówień i oszczerstw. Crookes był genialnym naukowcem o reputacji na tyle solidnej, że jego eksperymenty były trudne do obalenia nawet przez zaprzysięgłych sceptyków. Charles Darwin po przeczytaniu raportów Croookesa przyznał, że poczuł się bardzo zakłopotany: “Nie mogę nie wierzyć słowom pana Crookesa, ale też nie mogę uwierzyć w rezultaty”.

Po opublikowaniu przez Crookesa raportów, w kolejnym wydaniu czasopisma naukowego London’s Quarterly Review, znanego ze swego oddania politycznemu status quo, zamieszczono anonimowy artykuł kogoś, kto twierdził, że bardzo dobrze zna Crookesa. Ów anonimowy oszczerca opisywał Crookesa jako naukowca o wspaniałych zdolnościach technicznych, ale i smutnym braku inteligencji. Następnie oświadczył: „Mówimy to w sposób przemyślany, kiedy mówimy, że członkostwo w Królewskim Towarzystwie Naukowym zostało mu przyznane ze znacznym wahaniem”. Była to wredna insynuacja. Fakty bowiem były takie, że Crookes został wybrany na członka Towarzystwa jednogłośnie i, jak to wówczas odnotowano, bez żadnej dyskusji!

Crookes oczywiście spodziewał się, że koledzy naukowcy zażądają powtórzenia jego naukowych eksperymentów, a może nawet dokonają własnych. Oczekiwał krytycyzmu co do wyposażenia, a nawet propozycji lepszych procedur testowania. Natomiast zupełnie nie spodziewał się anonimowych oszczerstw, szkalujących jego samego i jego przyjaciół.

© n/a - John Tyndall, irlandzki fizyk. Żywo wspierał ostre rozdzielenie nauki i religii. Był także zagorzałym chrześcijaninem i przeciwnikiem katolicyzmu.

John Tyndall, który wcześniej odrzucił zaproszenie Wallace’a, argumentował, że w gmachu nauki nie ma miejsca na choćby ślad możliwości zaistnienia świadomości przed materią. Był zapalczywym misjonarzem nauki, nieodwołalnie nastawionej przeciwko jakiejkolwiek koncepcji rzeczywistości pozafizycznej. W 1874 roku Tyndall został wybrany prezydentem brytyjskiego Stowarzyszenia na rzecz Rozwoju Nauki. Zastrzegł z góry, że żaden naukowiec godny tego miana nie może się zapuszczać poza wyznaczone granice badań bez utraty reputacji. W swym prezydenckim wystąpieniu wezwał wszystkich religijnych przywódców każdego wyznania, aby nie wykraczali poza swoją domenę: „Niewzruszone stanowisko nauki można określić w kilku słowach. Rościmy sobie prawo do całej domeny teorii kosmologicznych i wydrzemy je teologii. Wszelkie zatem schematy i systemy, które wkraczają w obszar nauki, muszą w takim zakresie, w jakim to czynią, poddać się jej kontroli i odrzucić wszelką myśl o jej kontrolowaniu”.

W odpowiedzi na to rosnące usztywnianie nauki, Henry Sidgwick, klasycysta w Trinity College, Cambridge, wraz Frederikiem Myersem, Edmundem Gurneyem i Williamem Jamesem, utworzyli Brytyjskie Towarzystwo Badań Psychicznych. Ludzie ci oraz inni ówcześni znakomici naukowcy myśleli, że obiektywne i inteligentne badania mogłyby dostarczyć odpowiedzi na pytania metafizyczne. Odtąd sprawy zaczynają przedstawiać się nieco dziwnie. BTBP spotykało się w domu Arthura Balfoura, przyszłego premiera Wielkiej Brytanii.

Siostra Artura, Nora (Eleanor), była utalentowaną matematyczką, którą cieszyła współpraca ze szwagrem, znanym fizykiem Johnem Struttem, lordem Rayleigh. Podczas wakacji w Egipcie Nora pomagała Rayleighowi poprawić w doświadczeniach dokładność pomiarów oporu elektrycznego. Po wyjściu za mąż za Henry’ego Sidgwicka zwróciła swój zdolny umysł ku problemom testowania prawdziwości zjawisk psychicznych. Ale nawet wtedy, gdy grupa niezwykle utalentowanych, a wręcz genialnych, badaczy wytrwale kontynuowała swoje badania, odnotowując zauważalne efekty tych badań w swych książkach i opisach przebiegu doświadczeń, konserwatywna nauka i religia pozostawały zainteresowane jedynie bezpardonową walką o swoją pozycję, oszukiwaniem i dowodzeniem swoich racji, i w najmniejszym stopniu nie były zainteresowane analizowaniem niejasności, rozwiązywaniem naglących problemów pochodzenia życia i kosmosu, jak to zdawało się wynikać z ich obietnic.

Pytaniem było i pozostaje nadal: Jeśli coś istnieje – poza tym oczywistym, materialnym światem – jakaś sfera myśli moralnej i twórczości, to czy ktoś nie powinien o tym myśleć, zgłębiać to i wypowiadać się na ten temat? I czy tacy ludzie nie powinni być wykwalifikowanymi naukowcami, będącymi w stanie stosować do tego metodę naukową, nawet jeśli byłoby koniecznym dostosowanie tejże metody do zakresu problemów niematerialnych?

Sir William Crookes, wczesna ofiara mafii naukowej

Wystarczy się tylko przyjrzeć, co przydarzyło się Williamowi Crookesowi i jego nadzwyczajnym eksperymentom i rezultatom, aby zobaczyć, jak wykroczenie poza linię sztywnego, materialistycznego poglądu jest w stanie zniszczyć obiecującą karierę. [Czytelnik może zapoznać się z tą fascynującą walką tytanów, czytając książkę Patera Lamonta The First Psychic (Pierwsze medium) oraz Ghost Hunters (Łowcy duchów) Debory Blum].

Nora Balfour Sidgwick zauważyła, że każdego dnia nauka dowodziła swej potęgi i zasług.  Jednak wielu wykształconym ludziom zastąpiła ona religię jako najbardziej wiarygodny sposób wyjaśniania świata. I jest to problem, bowiem nauka stała się systemem wiary i zatraciła swe korzenie jako prawdziwie badawczy styl poznania. N. B. Sidgwick napisała: „Niebezpieczeństwo pojawia się wówczas, gdy ustalenia przeistaczają się w system dogmatów, stając się panem, miast pozostać podporządkowanym”.

Przed takim niebezpieczeństwem stoimy także dzisiaj.

W ciągu ostatnich stu lat obserwowaliśmy eksplozję wiedzy w setkach, jeśli nie tysiącach, nowych tematów, prowadzącą do takiej złożoności, że potrzeba całej armii wyspecjalizowanych naukowców i nakładów równych budżetom niektórych państw. Zwyczajni ludzie, niezależnie jak dobrze wykształceni, pozostali w tyle, niezdolni do zajmowania się niezgłębionym kłębowiskiem skomplikowanych idei, zrozumiałych tylko cząstkowo i jedynie dla „prawdziwych ekspertów”. Gdybyśmy żyli w świecie, w którym sprawy toczyłyby się prawidłowo, w którym głód i różnice majątkowe nie byłyby aż tak wielkie, może nie miałoby to wielkiego znaczenia. Ale żyjemy w świecie, w którym technologia stworzona przez tak zwany „postęp naukowy” dotyka nas w naszym codziennym życiu. Niepokoi toksyczność źródeł naszego pożywienia, zmanipulowanego przez inżynierię genetyczną. Niepokoją genetyczne manipulacje ludzkim rozmnażaniem. Niepokoi rosnąca dominacja przemysłu farmaceutycznego i jego wpływ na nasze zdrowie. Niepokoją socjologiczne implikacje kontroli zachowania za pomocą globalnej dominacji masowych mediów. Niepokoi fakt, że nauka sprzedaje się władzy i jest wykorzystywana na niekorzyść ludzkości. A oczywistą konsekwencją postrzegania tego przez szerokie masy zwykłych ludzi jest silna negatywna reakcja na Naukę. Reakcja ta jest kierowana nie tylko przeciw rządom i międzynarodowym korporacjom, które zatrudniają naukowców, ale i przeciwko samym naukowcom i samej Nauce.

Na ogół naukowcy niechętnie o tym mówią; jest to tak samo niebezpieczne dla ich kariery, jak badania nad niematerialnym Kosmosem. Jeśli więc naukowcy nie skrzykną się, by przejąć faktyczny nadzór nad swoją profesją, oraz jeśli nie nawiążą kontaktu z ludźmi, którym rzekomo mają służyć, społeczeństwo pozostanie na łasce histerycznych tabloidów. Skala „pomieszania z poplątaniem” narzucanego ludziom przez media jest przerażająca. Przykładem może tu być trwała niezdolność mediów do rozróżniania między faktem naukowym a teorią.

I tak dochodzimy do ksiązki The Taboo of Subjectivity (Tabu subiektywności) B. Alana Wallace’a. Pisze on:

Jako młody człowiek, aspirujący do kariery w dziedzinie studiów nad środowiskiem naturalnym, odkryłem, że ekskluzywistyczne stanowisko naukowców jest tak samo niezadowalające, jak analogiczne twierdzenia religijnych wyznawców. Globalne zanieczyszczenie środowiska, szybkie wyczerpywanie się zasobów naturalnych, eksplozja demograficzna, wymieranie coraz większej liczby gatunków roślin i zwierząt oraz rozprzestrzenianie broni jądrowej, konwencjonalnej, chemicznej i biologicznej – stanowiły zaledwie niewielką część ogromnej ilości problemów, w stosunku do których czysto naukowe i technologiczne rozwiązania były w sposób ewidentny nieadekwatne. Problemy te zostały bowiem stworzone nie przez brak wiedzy naukowej – w rzeczy samej, wiele z nich nie powstałoby bez wiedzy naukowej – ale z powodu takich ludzkich przywar, jak chciwość, agresywność i krótkowzroczność. […]

Podczas gdy sama wiedza naukowa wydawała mi się – jako młodemu człowiekowi – niewystarczająca dla rozwiązania problemów globalnych, uderzała mnie również jej nieprzystawalność do moich własnych, osobistych aspiracji i konfliktów. Było dla mnie oczywiste, że można być człowiekiem bardzo dobrze wykształconym, zamożnym, żyjącym zdrowo i w wygodnym otoczeniu, a jednak wciąż być spiętym, pełnym niepokoju i rozczarowania. Wielu ludzi, którzy znaleźli się w podobnej sytuacji, wpada w depresję, na którą współczesna medycyna przepisuje silne leki dla złagodzenia symptomów. Ale dyscyplina naukowa, jaką jest psychiatria, nie zna żadnej formuły ani recepty, umożliwiającej odnalezienie wewnętrznego poczucia sensu, zadowolenia, czy spełnienia. […]

Stałem się tak rozczarowany tymi wszystkimi opcjami, które mi prezentowano zarówno w mojej religijnej, jak i naukowej edukacji, że odwróciłem się od mojej rodzimej społeczności, aby poszukiwać mądrości u cywilizacji krańcowo różnej i odłączyć się od współczesnego Zachodu. To poszukiwanie przywiodło mnie do Dharamsala w Indiach – domu Dalajlamy i ośrodka cywilizacji tybetańskiej na wygnaniu. […]

W 1949 r. chińscy komuniści napadli na Tybet i w kolejnych dekadach – szczególnie podczas Rewolucji Kulturalnej – byli odpowiedzialni za śmierć niemal miliona Tybetańczyków oraz ludobójcze wyniszczenie cywilizacji tybetańskiej. Sercem tej kultury jest tybetański buddyzm, który do dnia dzisiejszego stanowi główny cel ataku dla chińskiej agresji. Oznacza to, że obecnie głównym ideologicznym celem chińskiej misji w Tybecie nie jest narzucenie socjalistycznego systemu ekonomii – który Dalajlama i wielu innych Tybetańczyków chętnie by przyjęło – ale narzucenie systemu przekonań, całkowicie niezgodnych ze światopoglądem buddyzmu tybetańskiego. Ta ideologia jest wciąż silnie propagowana w Tybecie, długo po tym, kiedy socjalistyczne idee Mao zostały zastąpione kapitalistycznymi ideami nieokiełznanego rozwoju przemysłowego i konsumeryzmu.

Jaka to zatem ideologia? Według obecnej chińskiej propagandy w Tybecie, jest to doktryna, że jedynie słuszny pogląd na rzeczywistość prezentuje nauka i że rozwiązania wszelkich problemów ludzkości należy szukać w technologii. Religia, zgodnie z tą doktryną, jest przesądem i musi być wykorzeniona przy użyciu wszelkich niezbędnych środków, z przymusową indoktrynacją i gwałtem włącznie. Chociaż byłoby wspaniałą rzeczą dla Tybetańczyków zapoznanie się ze współczesną nauką i technologią – sam Dalajlama jest żywotnie zainteresowany taką wiedzą i silnie popiera edukację dla Tybetańczyków na wygnaniu – Chińczykom bardziej zależy na promowaniu ideologii materialistycznej, niż na upowszechnianiu samej nauki. Odkryłem zatem, że ideologia nauki – kiedy jest popierana przez władze polityczne i wojskowe, których nie ograniczają ideały demokracji – może być tak samo nietolerancyjna i bezwzględna w tłumieniu konkurencyjnych poglądów, jak dowolna tradycyjna religia. Co więcej, podczas gdy Tybetańczycy przez całe wieki utrzymywali zrównoważoną gospodarkę i populację w równowadze z ich naturalnym środowiskiem, od czasu chińskiej inwazji Tybet został ogołocony z większości lasów, wyniszczono dziką zwierzynę, a miasta zostały zatrute; jego północna wyżyna służy obecnie za śmietnik dla nuklearnych odpadów. Zamiast mieć możliwość zdobycia ogólnego wykształcenia w ramach współczesnej nauki, Tybetańczycy byli miażdżeni żelazną ręką opartej na nauce ideologii, która tłumi wolność myśli. […]

Rewolucja naukowa, która wyznaczyła początek współczesnej ery, zaszczepiła świeży sceptycyzm do głęboko umiłowanych, niekwestionowanych założeń i wprowadziła nowe metody eksploracji świata naturalnego. […] Jestem za mnogością metod i teorii, które mogłyby przełamać dominację jakiegokolwiek szczególnego dogmatu, który domaga się, żeby świat był pojmowany i badany jedynie stosownie do dyktatów owego dogmatu. […] Uważam, że podstawowe zasady materializmu naukowego, choć prawdziwe dla świata naukowego materializmu, niekoniecznie są prawdziwe dla rzeczywistości jako całości. Owe zasady pomogły nam zrozumieć pewien zakres obiektywnych, naturalnych zjawisk […] ale jednocześnie zaciemniły szeroki zakres zjawisk subiektywnych – łącznie z samą świadomością – i w ten sposób dogmatyczne trzymanie się tych założeń ograniczyło badania naukowe i zubożyło nasze rozumienie natury jako całości. […] materializm naukowy przejął rolę religii, z wszystkimi jej tabu i herezjami. (Wallace, 2004)

Polecałabym Wallace’owi przeczytanie Ponerologii Politycznej w celu zrozumienia, co się stało z nauką. Wciąż od nowa rozgrywa się ta sama dynamika. O co w tym wszystkim chodzi?

Chodzi o świadomość. Kwestia ta ma centralne znaczenie dla samej definicji bycia człowiekiem.

Większość religii jest zgodna co do tego, że świadomość istnieje niezależnie od materii, że materia pojawiła się wskutek zadziałania jakiejś formy świadomości, która chciała jej istnienia. Tym samym zaręczają, że świadomość, która ożywia ludzi, trwa nieprzerwanie po ich śmierci. Nauka głównego nurtu utrzymuje, że indywidualna świadomość znika w momencie śmierci ciała. Jednakże jest pewien problem z tym poglądem. Jak wiecie, obecnie nie ma jeszcze technologii, która mogłaby wykryć obecność lub nieobecność jakiegokolwiek rodzaju świadomości. To znaczy, że nie ma bezpośrednich dowodów ani na istnienie, ani na nieistnienie świadomości. Współczesna nauka nie ma nawet teoretycznej bazy, w ramach której można by przeprowadzać doświadczenia. Tak więc, biorąc pod uwagę jej ignorancję w zakresie obecności lub nieobecności świadomości, nauka nie jest w stanie udowodnić tego twierdzenia.

To naprawdę niesamowite, że mając tyle gałęzi nauki, wraz z całą dotychczas stworzoną technologią (w przeważającej części służącą wyrugowaniu świadomości!), które badają każdy aspekt naszego wszechświata, naszej rzeczywistości – nadal nie posiadamy nauki zajmującej się świadomością. Krótko mówiąc, istnieje ogromna luka w naszej wiedzy o zjawisku, które stanowi podłoże naszych dociekań oraz wiedzy na temat wszystkiego innego! Wallace mówi:

…międzynarodowy słownik psychologii (Dictionary of Psychology) zastrzega: “Świadomość jest fascynującym, ale nieuchwytnym zjawiskiem. Nie da się określić, czym ona jest, co robi, ani dlaczego ewoluowała. Nie napisano o niej nic, co byłoby warte przeczytania”. (Wallace, 2004)

Alfred Russell Wallace, współtwórca teorii ewolucji, doszedł w końcu do wniosku, że dobór naturalny nie zdaje egzaminu, jeśli chodzi o samego człowieka. Napisał on, że „natura nigdy nie wyposaża gatunku w jakości wykraczające poza wymogi codziennej egzystencji.” Oznacza to, że istnieje poważny problem z wyjaśnieniem wielu aspektów istot ludzkich – a przynajmniej niektórych. Stephen Jay Gould pisze:

„Jedyną uczciwą alternatywą jest uznanie ścisłej ciągłości rodzajowej pomiędzy nami samymi i szympansami. Co wtedy tracimy? Jedynie staroświeckie pojęcie duszy…”

Tutaj Gould wyraża samo sedno materializmu ewolucyjnego, „postulat, że materia stanowi tworzywo wszelkiej egzystencji, a wszystkie mentalne i duchowe zjawiska są jej produktem ubocznym.” Stanowi to oś całej debaty.

Weston La Barre, nieżyjący już profesor antropologii [do 1996 r.] na Duke University, spalając się w ideologicznym ferworze walki przeciwko „wrogowi” pisał, że wszystkie religie prócz ewolucji są wyrazem nieprzystosowania i prób ucieczki od rzeczywistości. Rozważając filozofię platońską, według której idee, formy, wzorce, typy i archetypy posiadają swoją własną egzystencję i rzeczywistość i dlatego wydają się mieć oczywisty związek z ewolucją i pochodzeniem gatunków, La Barre częstokroć porównywał Platona do Adolfa Hitlera. Zapominał jednak wspomnieć – jak to czynią fanatycy po obydwu stronach polemiki – że Hitler był zaprzysięgłym, wręcz skrajnym darwinistą, wierzącym, że człowiek ewoluował od małp, który to pomysł Platon uznałby za absurdalny.

Prace wielu wspaniałych badaczy, włączając Carla Junga, fizyków i matematyków, sugerują, że Platon miał rację i istnieją niematerialne rzeczywistości, takie jak dusze, archetypy, świadomość niezależna od fizycznego mózgu i wiele więcej. Świadectwa dowodzące słuszności tego są o wiele bardziej godne uwagi niż posklejane fragmentaryczne szczątki dowodów, mające stanowić uzasadnienie makroewolucji. I oczywiście znaczy to, że to właśnie obrońcy materialistycznego darwinizmu działają pod wpływem największej iluzji historii.

Fizyka kwantowa wskazuje, że nie tylko „materia” na swych najbardziej podstawowych poziomach wydaje się rozpuszczać w wibracje podlegające pewnym specyficznym wzorcom, ale stało się też jasne, że pewną rolę w nadawaniu tej struktury odgrywa świadomość. Istnieje obecnie sporo zgromadzonych dowodów, że umysł faktycznie istnieje odrębnie od fizycznego mózgu i że zjawiska takie, jak telepatia, nie tylko są możliwe do zademonstrowania, ale i zgodne z modelami Wszechświata, opartymi o nielokalne przyczyny.

Innymi słowy, pod stopami materialistycznych ewolucjonistów świat ulegał zmianom, a nasza rzeczywistość to coś więcej niż naiwny realizm, na którym oparty jest neodarwinizm. Fakt, że najbardziej współcześni ewolucjoniści ciągle trzymają się staromodnych, prymitywnych i mechanistycznych teorii – wbrew powszechnie znanym osiągnięciom innych dziedzin nauki – jest w znacznym stopniu dowodem na religijny charakter ich przekonań.

I tu zbliżamy się do ciekawego punktu. Zarówno dla wierzących w czysto mechanistyczną ewolucję, jak i dla kreacjonistów, trudność polega na tym, że każda z kosmologii, która w wystarczającym stopniu wyjaśnia zjawiska obserwowane w naszym wszechświecie, posiada głębszą dynamikę i implikacje. Ewolucjoniści na równi z kreacjonistami wydają się niezdolni do prawdziwie abstrakcyjnego, subtelnego myślenia, wymaganego do analizy tych implikacji. Wygląda to tak, jakby obydwie te grupy były zamknięte w klatce poznawczych ograniczeń, które determinują ich percepcję, doświadczenia i priorytety. Kiedy zbierzemy dane o tego typu jednostkach – a znajdziemy ich we wszystkich klasach i zawodach – odkrywamy pewien wspólny czynnik, który został zidentyfikowany jako typ osobowości autorytarnej. Jak pisze Bob Altemeyer, ten typ osobowości charakteryzują trzy powiązane ze sobą grupy cech, wpływające na nastawienie i zachowanie.

1. Autorytarne posłuszeństwo – wysoki stopień uległości wobec autorytetów, uznanych i uprawnionych w opinii danego społeczeństwa, lub wobec grupy rówieśniczej, z którą ma się związki w życiu bądź w pracy. Naturalnie, jeśli wiele osób z takiej grupy rówieśniczej przejawia patologiczne cechy osobowości – a istnieje duże prawdopodobieństwo, że tak właśnie bywa w każdej dziedzinie, w której autorytet wywiera wpływ na innych – wówczas taka jednostka podporządkowana zostaje psychopatologicznym wpływom.

2. Autorytarna agresja – ogólne agresywne nastawienie skierowane przeciwko innym ludziom, którzy według ustalonych autorytetów, określonych w pkt. 1, postrzegani są jako cel ataku.

3. Konwencjonalizm – wysoki stopień trzymania się tradycji i norm społecznych, które postrzega się jako uznane przez społeczeństwo – lub grupę rówieśniczą – i jego ustalone autorytety; oraz przekonanie, że i od innych członków społeczeństwa powinno się wymagać przestrzegania tych norm. I znowu, jeśli tradycje i normy społeczne są ustanowione przez autorytety dążące do utrzymania kontroli, wszystko jest wypaczone, a proces ten zaczyna się na górze i sukcesywnie posuwa się w dół.

Według Altmeyera:

„autorytarianie często wykazują błędy kognitywne i symptomy nieprawidłowego rozumowania. W szczególności, częściej niż inni wysnuwają fałszywe wnioski z dowodów i trzymają się wzajemnie sprzecznych poglądów, będących rezultatem poszufladkowanego typu myślenia. Są też bardziej skłonni do bezkrytycznego akceptowania połowicznych dowodów, jeśli tylko wspierają one ich przekonania; są również mniej skłonni do uznania własnych ograniczeń”. (Robert Altmeyer, Right-Wing Authoritarianism [Prawicowy Autorytarianizm], Wyd. Uniwersytetu w Manitobie, 1981)

Jak można zauważyć, powyższy opis w równym stopniu stosuje się do obu stron tej „debaty”, w której każda ze stron sztywno podporządkowuje się wybranym przez siebie „autorytetom”, nadmiernie identyfikuje się z własną grupą, odrzuca niewygodne dowody i atakuje tych, którzy je dostarczają. Pamiętajmy, że autorytarian niekoniecznie identyfikuje się na podstawie ich przekonań, a raczej po sposobie, jak żywią swoje przekonania i jak je propagują.

Zdumiewająca różnorodność współczesnych społeczności ludzkich to według antropologów społecznych świadectwo plastyczności ludzkiej psychiki. Różne społeczeństwa mają różne standardy, różną moralność, wierzenia religijne, obyczaje, rytuały, etc. Następnie naukowcy dziwią się, jak aż taka różnorodność jest w ogóle możliwa. Fakt, że ludzie, którzy podobno są członkami tego samego gatunku, mogą organizować swoje życie na tak wiele różnych sposobów, jest czymś nadzwyczajnym. Żaden inny gatunek nie posiada takiej różnorodności. Oznacza to między innymi, że gatunek zdolny do tej różnorodności w obrębie granic przestrzennych, może również być zdolny do wielkiej różnorodności w określonych granicach czasowych. Znaczy to, że może się zmieniać, a zmiana może oznaczać wzrost lub regresję.

Kolejny istotny punkt: Oczywiście, w sensie ogólnym, ludzie nie są genetycznie zaprogramowani, aby stać się członkami takiej lub innej określonej grupy społecznej, chociaż jakąś rolę mogą tutaj odgrywać czynniki genetyczne, jak to wykazują ostatnie studia nad bliźniakami. Zauważono mianowicie, że dziecko urodzone w jednym porządku społecznym, wychowane od niemowlęctwa w innym porządku może się nauczyć doskonale w nim funkcjonować.

Każda z grup społecznych tworzy swoje własne ograniczenia i narzuca je swoim członkom. Oznacza to, że można zaobserwować ogromną różnorodność pomiędzy grupami społecznymi, jednak w ramach jednej grupy różnorodność nie jest zbyt dobrze tolerowana! (Przypomnijcie sobie cechy osobowości autorytarnej, wymienione wcześniej.) Przenosząc się z jednej grupy do innej, trzeba zmienić cały sposób myślenia i przystosować się do nowych zestawów ograniczeń, jakie narzuca grupa, wśród której będzie się teraz żyć.

Oczywiście, podstawowe pytanie to kto ustanawia reguły dla danej grupy społecznej? Niektórzy ludzie mogą z łatwością przejść z grupy, w której się urodzili, do innej, przyszli bowiem na świat z mentalnością, która jest normalna dla tej drugiej grupy. (Antropologowie na ogół nie są na bieżąco z odkryciami nauk kognitywnych.)

Oznacza to, że istnieje pewien genetyczny potencjał dywersyfikacji w odniesieniu do myślenia i zachowywania się, wrodzony u każdego człowieka; potencjał, który pozwala na wzrost, ale w granicach szczególnych parametrów, jak odkryła kognitywistyka. W ramach owych parametrów jednostka może być hamowana i/lub kształtowana przez społeczeństwo w różnym stopniu, zależnym od danej jednostki. Pytanie, w jaki sposób? Ernest Gellner przedstawia zarys podstaw teorii antropologii, opisując, jak formowane są społeczeństwa. Pisze:

Sposobem na powstrzymanie ludzi od robienia całego mnóstwa rzeczy, które nie są zgodne z porządkiem społecznym, do którego przynależą, jest poddanie ich rytuałom. Proces ten jest prosty – każe się im tańczyć wokół słupa totemicznego dopóty, dopóki nie ogarnie ich dzikie podniecenie i nie staną się jak galareta, rozdygotani w szale zbiorowej histerii. Dla spotęgowania ich stanu emocjonalnego wykorzystuje się wszelkie lokalnie dostępne środki audiowizualne, narkotyki, taniec, itd. Kiedy ich emocje osiągną apogeum, wtłacza się im w umysł dane koncepcje lub pogląd, które następnie będą ich zniewalać. Następnego ranka dzikus budzi się z kacem i głęboko zinternalizowanym konceptem. Całą idea zasadza się w tym, że głównym narzędziem religii jest rytuał, a kluczową rolą rytuału jest wyposażenie jednostki w kompulsywne idee, które jednocześnie określają jej społeczny i naturalny świat oraz kontrolują i ograniczają jej percepcję i zachowania, wzmacniając się wzajemnie. Owe zinternalizowane poglądy zmuszają ich następnie do działania w obrębie nakreślonych ograniczeń. Każdy koncept ma normatywnie wiążącą treść, jak również część opisową organizacji systemu. Konceptualne systemy stają się mapą porządku społecznego oraz wymaganego zachowania i tłumią inklinacje do myśli i zachowań, które by wykraczały poza jego granice.

Nie znajduję innego wyjaśnienia odnośnie tego, jak społeczny i konceptualny porządek i jednorodność utrzymywane są w społeczeństwach, które jednocześnie są tak zdumiewająco różnorodne, kiedy porównuje się je między sobą. Jedyny gatunek, który jakoś wymknął się spod panowania natury i nie jest już programowany genetycznie, by pozostawać w stosunkowo wąskim zakresie zachowań, potrzebuje więc nowych ograniczeń. Fantastyczny zakres genetycznie możliwych zachowań jest ograniczony w każdym stadzie i musi akceptować społecznie wyznaczone granice. Można to osiągnąć jedynie metodą konceptualnego przymusu, a ten musi jakoś zostać wpojony. W jakiś sposób semantyczne, kulturowo przekazywane ograniczenia są ludziom narzucane…” (Ernest Gellner, Anthropology and Politics [Antropologia i polityka], Blackwell, 1995.)

Choć mam dla Gellnera wiele podziwu, muszę tutaj zaznaczyć, że jego teoria nt. tego, jak kontrolować ludzi, była rozumiana w ten sam sposób już wiele tysięcy lat temu. Kiedyś natknęłam się na ustęp, przetłumaczony z wykopalisk archeologicznych – z hetyckiej tablicy – gdzie król napisał, że kapłani potrzebują króla, aby utrwalał ich porządek religijny, a król potrzebuje kapłanów, aby utrwalali jego prawo do rządzenia. Ta kontrola jest jaskrawo widoczna w  fałszowaniu historii. Sama historia staje się częścią systemu kontroli. W końcu sprawowanie kontroli nad codzienną informacją jest jedynie historią w trakcie jej tworzenia. Co do tego, jak ten proces działa na poziomie indywidualnym, zarysowuje to ustęp z książki Barbary Oakley, Evil Genes (Złe geny) opisujący, co taki „taniec wokół totemicznego słupa, odtańczony ze grupą społeczną danego człowieka”, robi z ludzkim mózgiem – z mózgami naukowców i kreacjonistów włącznie, jako że obie te grupy posiadają bardzo silne przywiązanie do swych systemów wierzeń:

Niedawne badania, przeprowadzone przez psychologa Drew Westena i jego kolegów na Emory Univerity, silnie potwierdzają istnienie myślenia emocjonalnego. Tuż przed wyborami w 2004 roku, w których startowali Bush i Kerry, zrekrutowano dwie grupy podmiotów badawczych – 15 zdecydowanych Demokratów i 15 podobnie zdecydowanych Republikanów. Każdej z grup przedstawiono sprzeczne i szkodliwe stwierdzenia na temat ich kandydata, jak również na temat bardziej neutralnych osób, takich jak aktor Tom Hanks (który okazuje się być lubiany przez wszystkie polityczne frakcje).

Nie było sporym zaskoczeniem, że uczestnicy eksperymentu, poproszeni o wyciągnięcie logicznych wniosków o kandydacie przeciwnej – czyli ‘złej’ – partii politycznej, dochodzili do przekonania, że tamten kandydat wypadł źle, nawet jeśli logika nakazywałaby, żeby ze względu na okoliczności złagodzić osąd i dojść do odmiennych konkluzji.

Ale dopiero tutaj robi się naprawdę ciekawie. Kiedy „emotywna kontrola” zaczęła dochodzić do głosu, części mózgu, które normalnie odpowiedzialne są za rozumowanie, nie zostały aktywowane. Wystąpiła natomiast aktywacja tych obszarów mózgu, które są związane z doznaniami kary, bólu oraz negatywnych emocji (tzn. lewy płat wyspowy, boczna kora czołowa i brzuszno-przyśrodkowa kora przedczołowa). Kiedy tylko znalazł się sposób pozwalający pominąć informacje, które racjonalnie nie mogły być odrzucone, obszary mózgu przetwarzające kary wyłączały się i uczestnik doznawał aktywacji obwodów odpowiedzialnych za nagrodę – coś na kształt euforii narkomana po zażyciu narkotyku.

Chodzi o to, że uczestnicy nie mogli pozwolić, aby fakty przeszkodziły im w procesie podejmowania decyzji w zapalnej sprawie i doświadczeniu błyskawicznego sygnału nagrody. „Żaden z ośrodków odpowiedzialnych za racjonalne myślenie nie był szczególnie zaangażowany – mówi Westen. – Zasadniczo, wygląda to tak, jakby uczestnicy kręcili swym kognitywnym kalejdoskopem tak długo, aż wyciągną takie wnioski, jakich pragną, za co doznają potężnego wzmocnienia, dzięki wyeliminowaniu negatywnych stanów emocjonalnych i aktywizacji pozytywnych” […]

Westen i jego koledzy uważają, że ostatecznie „emocjonalnie stronnicze rozumowanie prowadzi do ‚wtłoczenia’ czy też wzmocnienia defensywnego przekonania poprzez skojarzenie ‚rewizjonistycznego’ bilansu danych, dokonanego przez uczestnika, z pozytywną emocją lub poczuciem ulgi oraz wyeliminowaniem napięcia. W rezultacie, przekonania takiego zwolennika ulegają stwardnieniu i taki człowiek nie może się już wiele dowiedzieć z nowych danych” – mówi Westen. W godnym uwagi studium Westen wykazał, że neuronalne przetwarzanie informacji związane z tym, co on nazywa “myśleniem umotywowanym” […] wydaje się być jakościowo innym od rozumowania, jakie zachodzi, kiedy dana osoba nie ma zaangażowanych żadnych silnych emocji związanych z konkluzją, do której dojdzie.

Jest to zatem pierwsze studium, opisujące procesy nerwowe, będące u podstaw osądów politycznych i podejmowania decyzji, jak również opisujące procesy angażujące emotywną kontrolę, obronę psychiczną, potwierdzające uprzedzenia i niektóre formy dysonansu poznawczego. Znaczenie tych odkryć wykracza poza ramy studiów nad polityką:  Według Westena „Każdy – od dyrektorów i sedziów, po naukowców i polityków – może rozumowo uzasadniać emocjonalnie uprzedzone osądy, kiedy ma żywotny interes w sposobie zinterpretowania ‚faktów’.” ( Barbara Oakley, Evil Genes (Złe geny), Prometheus Books, 2008).

Jest to, na dobrą sprawę, wgląd do wnętrza mózgu osobowości autorytarnej.

Uwzględniając powyższe, nietrudno się zorientować, w jaki sposób rozgrywa się korupcja w nauce i co to oznacza dla ludzkości. Psychopaci, gdy już zdobędą  władzę i wpływy, wzbraniają nauce wkraczać w dziedziny, które mogłyby zagrozić ich pozycji. Naturalną rzeczą byłoby  uwzględnienie tego w studiach nad świadomością. Za pośrednictwem nauki psychopaci propagują swój własny krajobraz wewnętrzny (materializm) i projektują go na całą ludzkość, skutecznie blokując narzędzia, za pomocą których mogliby zostać rozpoznani jako anormalni. Poprzez tworzenie takich barier semantycznych mogą tłumić nasz „genetyczny potencjał ku dywersyfikacji myśli i zachowań” i modelować go w wybranym przez siebie kierunku. Tracimy niezbędne narzędzia, które mogłyby nam pomóc w odkryciu prawdziwej natury ich patologii i prawdziwego potencjału normalnej części ludzkości. Zaprzeczając istnieniu porządkującej zasady świadomości, zaprzeczają oni istnieniu jakiegokolwiek potencjalnego porządku, ku jakiemu moglibyśmy dążyć.

Oto gdzie znajduje się klucz do zrozumienia korupcji nauki, a zatem i społeczeństwa wraz z jego pojmowaniem świata. Wydaje się, że od kiedy jednostki patologiczne zdały sobie sprawę, że nauka mogłaby być wykorzystana do zdobycia i utrzymania władzy, zaczęła powstawać nowa konstrukcja semantyczna – dominacja w pełnym zakresie.

W chwili kiedy w XIX wieku Darwin opublikował swoje dzieło Origin of Species (O powstawaniu gatunków) – wydarzenie, stanowiące kulminacyjny moment stopniowego przechodzenia społeczeństwa od dominacji religijnej do czegoś, co zostało nazwane “racjonalnym myśleniem” i nauką – autorytarianie zorientowali się, że mają oto swoją Teorię Wszystkiego: przypadkowe procesy zachodzące w materii i nie jest potrzebna żadna świadomość.

Tak więc, za dominujące dziś objaśnienia porządku Wszechświata odpowiedzialne jest konsekwentne stosowanie materialistyczno-ewolucyjnego myślenia. Za kurtyną kryją się niewątpliwie psychopaci, pełniący rolę „szarych eminencji” w nauce – które to zjawisko decyduje o większości naszych społecznych struktur i instytucji, bo oczywiście nie wszyscy naukowcy, ani nawet większość z nich, są psychopatyczni. Sam już zawód wyklucza udział większości psychopatów, z uwagi na wymóg posiadania wybornego intelektu. Jednakże grono to może skupiać wielu członków o autorytarnym typie osobowości.

Spoglądając wstecz na historię – a już szczególnie na archeologię – zauważamy, jak dalece nasza obecna cywilizacja podobna jest do Cesarstwa Rzymskiego. Rzymianie byli z całą pewnością racjonalni i naukowi pod wieloma względami. Mieli fabryki, w których produkowali naczynia stołowe, odnajdywane we wszystkich zakątkach Imperium, nawet w chłopskich domostwach. Mieli fabryki produkujące dachówki, które kryły dachy nawet najbiedniejszych robotników i ich inwentarza. Na północy Brytanii natknięto się na zbiór listów, w których żołnierze pisali do rodzin, aby im przysłały skarpety, które – jak się okazuje – produkowane były masowo. Rzymska armia miała przewagę, ponieważ posiadała ustandaryzowane wyposażenie, produkowane w masowych ilościach w fabrykach rozlokowanych w kluczowych miejscach Imperium. Zboże, oliwki, olej, żywność wszelkiego rodzaju, dobra luksusowe – produkowano na masową skalę i dystrybuowano po całym terytorium rzymskiego świata.

Umiejętnością czytania i pisania obdarzone były nawet klasy pracujące. Nie brakowało dróg, systemów wodno-kanalizacyjnych, wykwintnej kuchni. Krótko mówiąc, mieli wszystko, co uważa się za niezbędne w cywilizacji. Jedyną różnicą wydaje się być to, że my ujarzmiliśmy źródła energii, których Rzymianie jeszcze nie znali, a co pozwala naszej cywilizacji aspirować do miana globalnej. Ale niemal pod każdym innym względem jesteśmy dokładnie tacy jak oni. To zasługa wyłącznie nauki, która uczyniła nas – że tak powiem – większymi i gorszymi. A jak powiadają, im wyżej się wzniesiesz, tym cięższy będzie twój upadek. Tym upadkiem może być wyginięcie rasy ludzkiej.

Koniec Cesarstwa Rzymskiego był świadkiem takich okropności i przemieszczeń, że mam nadzieję nigdy się to nie powtórzy. Zniszczona została zaawansowana cywilizacja, a mieszkańcy Zachodu wrócili do poziomu życia właściwego czasom prehistorycznym. Rzymianie przed upadkiem byli tak pewni, jak my jesteśmy dziś, że ich świat będzie trwał wiecznie, w zasadniczo niezmienionej postaci. Byli w błędzie. Zrobilibyśmy lepiej, nie powtarzając ich samozadowolenia z siebie. (Ward-Perkins, 2005)

Wieki Ciemne i inkwizycje, starożytne i współczesne, część 1
Wieki Ciemne i inkwizycje, starożytne i współczesne, część 2

Ten artykuł jest przekładem oryginału zamieszczonego w języku angielskim na stronie:

nadesłanym i powierzonym polskim tłumaczom z grupy QFG – edytorom blogu PRACowniA.

Materiał ten został opublikowany przez SOTT.NET – projekt Quantum Future Group, Inc – i jest jego własnością. Zezwala się na kopiowanie i publiczne rozpowszechnianie pod warunkiem podania oryginalnego źródła i autora oraz żródła przekładu.

Dodatkowe informacje uzyskasz pisząc na adres: pracownia-iv@o2.pl

Reklamy

4 Komentarze »

  1. psychopaci wzieli naukę za swój oręż

    Komentarz - autor: nihil novi — 10 marca 2012 @ 11:24

  2. … a kto mieczem wojuje…

    Komentarz - autor: koliber — 12 marca 2012 @ 08:05

  3. Niedawno ukazała się książka „”Death and Rebirth” (po polsku będzie dostępna w kwietniu), w której Lama Ole Nydhal (zachodni nauczyciel buddyzmu tybetańskiego i bliski uczeń XVI Karmapy) bardzo szczegółowo opisuje co na temat procesu umierania, świadomości oraz odrodzenia mówią nauki buddyjskie i współczesna nauka…oraz jego własne doświadczenie.Mariaż między naukami sprzed 2,5 tys. lat i współczesną nauką jest możliwy i bardzo potrzebny…

    Komentarz - autor: Iza K. — 12 marca 2012 @ 19:00

  4. @Iza K

    Mariaż między naukami sprzed 2,5 tys. lat i współczesną nauką jest możliwy i bardzo potrzebny…

    O ile coś z tej pradawnej nauki pozostało w niepoprzekręcanym kształcie, w co osobiście wątpię. O współczesnej nauce jest co nieco w artykule, który właśnie komentujemy, więc z tym mariażem, nawet gdyby był możliwy, lepiej uważać. Wiesz, geny patologii mogą się przenieść na potomstwo takiej pary.

    A skoro wspomniałaś o buddyźmie tybetańskim, to gorąco polecam czas oczekiwania wykorzystać na przeczytanie książki Illiona „Darkness over Tibet„. Podaję link do Amazon.de, bo blisko i mają tę książkę w sensownej cenie. Kogo temat interesuje, a nie ma ochoty zagłębiać się w książkę, którą nota bene świetnie się czyta, może przeczytać artykuł LKJ pod tym samym tytułem i zajrzeć na forum. (Wszystko po angielsku.)

    Pozdrawiam 🙂

    Komentarz - autor: iza — 12 marca 2012 @ 21:32


RSS feed for comments on this post. TrackBack URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: