PRACowniA

17 lutego 2012

Wieki Ciemne i inkwizycje, starożytne i współczesne, część 1

 …albo dlaczego tyle rzeczy na naszej planecie jest spartaczonych, a ludzkość jest na skraju wymarcia

Laura Knight-Jadczyk
SOTT
Dark Ages and Inquisitions, Ancient and Modern – Or Why Things are Such a Mess On Our Planet and Humanity is on the Verge of Extinction
15 stycznia 2012

© Sott

Będzie to dłuższy artykuł, więc przygotujcie sobie filiżankę kawy lub herbaty i usiądźcie wygodnie. Tych, którzy wolą informacje w mniejszych dawkach, ostrzegam, że to nie dla was.

Dużo ostatnio czytałam. Naprawdę dużo. Ale to nic nowego. W każdym razie, tematyka była dość różnorodna; mam tendencję do podążania za intuicją. Często czytam jedną książkę, w której wspomina się o innej, i tak to się zaczyna, ale ostatnio wybory były bardziej eklektyczne i pozornie bez związku. Pozwólcie, że posłużę się przykładem sprzed dwóch tygodni: wzięłam książkę Dawida McRaney’a You Are Not So Smart, ponieważ przeczytałam fragment na czytniku Kindle mojego męża. Ja sama nie używam czytników, ponieważ podkreślam i robię notatki, tak więc kupiłam sobie tę książkę. Ta zaprowadziła mnie do książki Timothy’ego D. Wilsona Redirect: The Surprising New Science of Psychological Change (Zmiana kierunku. Zdumiewająca nowa wiedza o zmianach psychicznych), która następnie nakierowała mnie na inną jego książkę, Strangers To Ourselves (Obcy dla samych siebie). To z kolei skierowało mnie do Making Sense of People: Decoding the Mysteries of Personality (Znajdowanie sensu w ludziach. Odkodowywanie tajemnic osobowości) autorstwa Samuela Barondesa. Wówczas nadeszły książki, które zamówiłam sporo wcześniej: Amarna Sunset (Zachód słońca w Amarnie) Aidana Dodsona, Akhenaten: Egypt’s False Prophet (Echnaton. Fałszywy prorok Egiptu) Nicholasa Reevesa, Akhenaten & Tutankhamun: Revolution & Restoration (Echnaton i Tutenchamon. Rewolucja i restauracja) Silvermana, Wegnera i Wegnera, Akhenaten: History, Fantasy and Ancient Egypt (Echnaton: Historia, fantazja i starożytny Egipt) Dominica Montserrata. Następnie dotarły The Fall of Rome And the End of Civilization (Upadek Rzymu i koniec cywilizacji) Bryana Ward-Perkinsa, Dark Ages: The Case For a Science of Human Behavior (Wieki Ciemne. Temat dla nauki o ludzkim zachowaniu) Lee McIntyre’a, po której przyszła kolej na The Taboo of Subjectivity: Toward a New Science of Consciousness (Tabu subiektywności. Ku nowej wiedzy o świadomości) Alana Wallace’a. Od czasu do czasu podczytywałam fragmenty z Bertranda Russella. (Przeczytałam również trzy kryminały Gladys Mitchell, ale tylko dla rozrywki). A teraz czytam War Before Civilization: The Myth of the Peaceful Savage (Wojna przed nastaniem cywilizacji. Mit o pokojowym dzikusie) Lawrence’a H. Keeleya na przemian z Does the New Testament Imitate Homer? (Czy Nowy Testament imituje Homera?) autorstwa Dennisa R. McDonalda.

Jak powiedziałam, wszystko to może wydawać się niepowiązane wzajemnie, ale dziwną rzeczą jest to, że wszystkie powyższe książki krążą wokół pewnego konkretnego tematu, a mianowicie, że nauka i środowisko akademickie naprawdę zgubiły wątek, a to, co ogłasza się jako odpowiedź na wszystkie problemy ludzkości, stało się prawdopodobnym narzędziem naszej zagłady. Nie jest to błahostka i mogę was zapewnić, że zasługuje na sporo uwagi. W książce Dark Ages: The Case For a Science of Human Behavior  czytamy:

Jakie to byłoby uczucie, żyć w Wiekach Ciemnych? Czy człowiek zdawałby sobie z tego sprawę? Czy raczej dostrzegałby tylko osiągnięcia tych czasów – może nawet czując się szczęściarzem, że żyje w tak „nowoczesnych czasach”, nie dostrzegając tego wszystkiego, co nie zostało osiągnięte. Oczywiście, nikt z ludzi żyjących w Wiekach Ciemnych nie nazwałby tak tego okresu. Taką etykietkę nadają ery późniejsze, kiedy ludzka cywilizacja jest już bardziej zaawansowana. Z perspektywy czasu łatwiej jest zobaczyć, co zostało wówczas pominięte. Ale czy nie ma jednak jakiegoś sposobu, żeby móc dokonać oceny własnej epoki?

Rozejrzyjcie się. Żyjemy w czasach ogromnych osiągnięć technologicznych, kiedy to jesteśmy w stanie naginać naturę wedle naszej woli, a jednak cierpimy z powodu tych samych problemów społecznych, jakie nękały ludzkość od tysiącleci. Pomimo ogromnego postępu, jakiego dokonaliśmy w pojmowaniu natury, kto może uczciwie powiedzieć, że większość problemów, będących dziś przyczyną ludzkich nieszczęść, nie jest naszym własnym dziełem? A jeśli tak, to jak próbowaliśmy im zaradzić?

Rozdźwięk pomiędzy naszymi sukcesami w rozumieniu natury a naszą niezdolnością do zrozumienia samych siebie jest ogromny. Mamy satelity i urządzenia faksujące, przesyłające historie o barbarzyńskim okrucieństwie, które mogłyby być opowiedziane przez naszych przodków. Mamy coraz to bardziej wyrafinowane uzbrojenie wojenne, a nie posiadamy żadnego prawdziwego zrozumienia tego, co w pierwszej kolejności jest przyczyną wojen. […] Jesteśmy nieświadomi związków przyczynowo-skutkowych, kryjących się za naszym zachowaniem, w podobnym stopniu jak ci, którzy żyli w VIII czy X wieku… [nie znamy przyczyn] chorób, głodu, zaćmień Słońca i naturalnych katastrof. Żyjemy dziś w czasach, które kiedyś, w przyszłości, doczekają się nazwy Średniowiecza ludzkiej myśli w zakresie problemów społecznych. (McIntyre, MIT, 2006)

Oczywiście, bardzo chciałam powiedzieć profesorowi McIntyre, że powinien przeczytać Ponerologię polityczną, żeby znaleźć kilka wskazówek co do przyczyny problemów w naszym świecie, ale byłam zajęta grzebaniem w kognitywistyce. To, czego się człowiek dowiaduje z najbardziej współczesnych i rygorystycznych badań nauk kognitywnych (zob. Wilson i Barondes, powyżej) to fakt, że G. I. Gurdżijew miał rację w swojej ocenie ludzkiej psychiki – człowiek faktycznie jest „maszyną”, napędzaną przez reaktywną nieświadomość i blokowaną przez fałszywą maskę zewnętrznej osobowości, połatanej na użytek mechanizmu radzenia sobie, próbującego zniwelować napięcia pomiędzy nieświadomością a światem zewnętrznym. Dowiadujemy się również, że Freud miał bardzo zły wpływ na psychologię jako naukę, nie wspominając o innych naukowcach przed nim, którzy zbudowali bardzo kiepskie fundamenty. Poniższy cytat jest dość długi, ale wart przeczytania, jako że z krystaliczną jasnością precyzuje tę kwestię:

W XIX wieku długi cień Kartezjusza wpłynął na myślenie o naturze nieświadomości. Kartezjusz jest najbardziej znany z dokonania ostrego podziału na umysł i ciało. Od tamtego czasu tak zwany dualizm kartezjański, lub problem „umysł – ciało”, zajmował filozofów i psychologów. Wielu z nich słusznie sprzeciwiało się idei, że umysł i ciało są oddzielnymi bytami, które podlegają odrębnym prawom, i nieliczni dzisiejszych filozofowie i psycholodzy określiliby się jako „dualiści”. Antonio Damasio uznał „przepastną separację ciała i umysłu” za „błąd Kartezjusza”.

Kartezjusz popełnił jeszcze inny błąd, mniej znany, ale nie mniej skandaliczny. Nie tylko wyposażył on umysł w specjalny status niepodlegania prawom fizyki, ale również ograniczył umysł do świadomości. Umysł składa się z wszystkiego, o czym ludzie świadomie myślą – argumentował – i z niczego więcej. To zrównanie myślenia i świadomości jednym płynnym ruchem eliminuje jakąkolwiek możliwość nieświadomej myśli – ruchem, który został później nazwany „katastrofą kartezjańską” przez Artura Koestlera, a „jednym z fundamentalnych błędów popełnionych przez ludzki umysł” przez Lancelota Whyte’a. Koestler trafnie odnotowuje, że ta idea doprowadziła do zubożenia psychologii, której trzy wieki zajęło wyleczenie się z tego.

Pomimo błędu Kartezjusza, pewna liczba dziewiętnastowiecznych teoretyków, takich jak Pascal, Leibniz, Schelling i Herbert, zaczęła postulować obecność nieświadomej percepcji i myśli. Szczególnie godną odnotowania była grupa brytyjskich lekarzy i filozofów, którzy rozwinęli idee nieświadomego procesu myślowego, będące wyraźnie antykartezjańskie i w zauważalny sposób zbliżone do obecnej myśli nt. adaptywnej nieświadomości. […] Dokonany przez nich opis nieświadomych procesów jest znacząco podobny do współczesnych poglądów. Faktycznie, cytaty z niektórych ich prac można łatwo pomylić z tekstami we współczesnych naukowych czasopismach psychologicznych.

[…]

Dlaczego więc prace Hamiltona, Laycocka i Carpentera zostały w większości zapomniane? Odpowiedź w niemałej części jest taka, że to ten tak bardzo odmienny typ nieświadomości, zaproponowany przez Freuda, stanął na drodze przyznaniu ich poglądom godziwego miejsca na scenie nauki. O ile mi wiadomo, Freud nigdy nie cytował ani nie nawiązywał do tych teoretyków. Jeśli był zaznajomiony z ich pracami, to prawdopodobnie postrzegał ich idee jako nie mające związku z dynamiczną, represywną Nieświadomością, pisaną dużą literą.

Co by się stało, gdyby Freud nigdy nie przedstawił swojej teorii psychoanalizy?

Wyobraźmy sobie, że psychologia eksperymentalna rozpoczęłaby się jako dyscyplina wolna od wpływu psychoanalitycznej myśli w dwu kluczowych aspektach. Po pierwsze, badacze nie odczuwaliby potrzeby zdystansowania się do trudnych do zbadania idei dotyczących dynamicznej nieświadomości. Mogliby dowolnie teoretyzować na temat nieświadomego myślenia w ten sam sposób, jak to czynili Laycock, Carpenter i Hamilton, czyli jako zbioru skutecznych i wyrafinowanych systemów przetwarzania informacji. Po drugie, mieliby swobodę badania umysłu, w tym jego nieświadomych części, metodami eksperymentalnymi. Ważną częścią spuścizny po Freudzie było odrzucenie metody naukowej jako narzędzia do studiowania umysłu. […]

[Bez Freuda i jego błędnych idei] kognitywni i społeczni psycholodzy zastosowaliby swoje doskonałe techniki eksperymentalne do studiowania wyrafinowanej, adaptywnej nieświadomości o wiele wcześniej, niż to faktycznie miało miejsce. Niezatrzymana przez teoretyczne i metodologiczne przeszkody psychoanaliza, stworzona na potrzeby psychologii eksperymentalnej, badań i rozwijania teorii nt. adaptywnej nieświadomości, mogłaby być w rozkwicie…

Freudowska nieświadomość jest pomysłowa, sprytna i seksowna i była tematem wielkiej literatury przynajmniej od czasów Sofoklesa. Istnieje kilka wielkich dramatów scenicznych i powieści nt. automatycznego pilota umysłu i skupianie się wyłącznie na adaptywnej nieświadomości może się wydawać podobne do dyskutowania o miłości romantycznej bez namiętności i seksu.

Ten pogląd jest jednak zwodniczy, ponieważ nie docenia on roli, jaką adaptywna nieświadomość odgrywa we wszystkich ważnych i ciekawych sprawach w życiu, z arbeiten i lieben Freuda (pracą i miłością) włącznie. Jak zobaczymy, adaptywna nieświadomość jest zaangażowana nie tylko w drobne sprawy, ale odgrywa istotną rolę we wszystkich aspektach życia. Niemożność znalezienia wielkiej literatury nt. nieświadomości adaptywnej więcej mówi o dominacji myśli psychoanalitycznej niż o czymkolwiek innym. […]

Istnieje rozległy nieświadomy system, zupełnie odmienny od tego, co wyobrażał sobie Freud. […] Co więcej, Freud i jego następcy często nie zgadzali się ze sobą co do kluczowych punktów, a sam Freud, w swej długiej karierze, często zmieniał zdanie na temat głównych koncepcji, takich jak np. natura represji. Nasuwa się więc pytanie, skąd wiadomo, które z tych licznych idei są prawdziwe. Ogromną zaletą współczesnego podejścia w psychologii jest oparcie się na metodzie eksperymentalnej w badaniu zjawisk psychicznych. Nastąpiła eksplozja badań nad nieświadomością adaptywną z uwagi na rozwój pewnych pomysłowych technik eksperymentalnych dla jej studiowania….

Ale tutaj pojawia się problem. Badania nad adaptywną nieświadomością wskazują, że wiele z tego, co pragniemy zobaczyć, jest niewidzialne. Umysł stanowi cudownie wyrafinowane i skuteczne narzędzie, w większym stopniu, niż najpotężniejszy, kiedykolwiek zbudowany komputer. Ważnym źródłem jego ogromnej mocy jest jego zdolność do dokonywania szybkich, nieświadomych analiz ogromnych ilości napływających informacji oraz skuteczne na nie reagowanie. Nawet kiedy nasz świadomy umysł jest zajęty czymś innym, możemy interpretować, oceniać i selekcjonować informacje, które służą naszym celom.

To dobra wiadomość. Zła wiadomość natomiast jest taka, że trudno nam poznać samych siebie, ponieważ nie mamy żadnego bezpośredniego dostępu do adaptywnej nieświadomości, niezależnie od tego, jak uparcie byśmy próbowali. Ponieważ nasz umysł ewoluował tak, żeby operować głównie poza Świadomością, a nieświadome przetwarzanie (informacji) jest częścią architektury mózgu, zdobycie bezpośredniego dostępu do nieświadomych procesów może w ogóle nie być możliwe. „Uczynienie nieświadomości świadomą” może być tak samo trudne, jak przyglądanie się asemblerowi, kontrolującemu nasz komputerowy edytor tekstów i próbowanie go zrozumieć. (Wilson)

W książce The Psychoanalytic Movement (Ruch psychoanalityczny) Ernest Gellner nazwał freudowski system psychoanalizy oraz jego zwolenników kultem – i miał rację. Ja posunę się jeszcze dalej, sugerując, iż Freud był bardzo chorym człowiekiem – o ile nie prawdziwym psychopatą – projektującym swoje własne wewnętrzne krajobrazy na całą ludzkość, a skutki tego dla nauki, dla ludzi, dla zrozumienia cierpień ludzkości były bardzo, bardzo złe.

W tym momencie pojawiły się książki o Echnatonie, zrobiłam więc dłuższy wypad w historię historii Egiptu. Było to z pewnością wielce pouczające, zwłaszcza książka Montserrata, wymieniona wcześniej. Jeśli istnieje gdzieś przykład tego, jak nauka zostaje przekręcona i skorumpowana przez nieświadome procesy psychologiczne, to historia Egiptu (nie wspominając tzw. „archeologii biblijnej”, która jest z nią blisko związana) stanowi pierwszorzędny przykład. Zapomnijmy już o próbach poddania Echnatona psychoanalizie (jak czynili to freudyści), spróbujmy jedynie zastanowić się, dlaczego ów człowiek był tak znienawidzony przez cały Egipt, że chcieli wymazać pamięć o nim na zawsze! Czy mogę zasugerować, że był on jednym z tych, którzy zdecydowali, że istnieje tylko jedna Prawda – ta, którą on posiadł – w rezultacie czego omalże zniszczył Egipt? Nie będziemy się teraz w to zagłębiać, jako że mam tu ważniejsze rzeczy do zrobienia, jeśli jednak jesteście zainteresowani tematem, to ww. książki należą do najlepszych spośród setek tych, jakie dotychczas przeczytałam.

Następnie przyszła kolej na The Fall of Rome and The End of Civilization (Upadek Rzymu i koniec cywilizacji). Pozwólcie, że przytoczę tutaj recenzję, jaką napisałam dla amazon.com:

Upragnione antidotum na postmodernistyczny rewizjonizm

Nigdy nie przypuszczałam, że mogłabym się tak zagłębić w studiowanie upadku Rzymu, żeby przesiedzieć nad książką do późnej nocy, by ją skończyć. Tak dobra jest ta książka!

Szczególnie zafascynowały mnie opisy świadectw archeologicznych, które zostały przytoczone na poparcie argumentacji Warda-Perkinsa. Bardzo pomocne były również wykresy i inne ilustracje. Nie można było tego przedstawić prościej i jaśniej.

Jedną tylko rzecz zamierzam skrytykować – autor wydaje się nie mieć głębszego wglądu w kwestie ewentualnych kataklizmów planetarnych i wynikających z nich zmian klimatycznych, pandemii, etc. Wprawdzie wspomina on na str. 134 o możliwym uderzeniu „asteroidy” w okolicach 536-7 r., ale natychmiast odrzuca ten pomysł, jako zbyt mało prawdopodobną przyczynę aż takich skutków. Sądzę, że jest to nieco krótkowzroczne. Po pierwsze, należałoby dopuścić jeszcze inne możliwości, niż tylko uderzenie asteroidy, mianowicie eksplozję powietrzną fragmentów komety, która niszczy ląd bez pozostawiania widocznych śladów w postaci kraterów, czy innych materiałów dowodzących, że takie wydarzenie miało miejsce. Niszczy jednak budynki i zabija ludność na masową skalę. Co więcej, jest mało prawdopodobne, że takie wydarzenie zostanie opisane, gdyż jeśli jest się wystarczająco blisko, aby obserwować, co się dzieje, to prawdopodobnie już w następnym momencie jest się martwym. Również wtedy, gdy ktoś obserwuje to z wystarczającej odległości, aby przeżyć, prawdopodobnie w owych czasach opisze to, jako „cios” zadany przez Boga. Katastrofa Tunguska jest tego przykładem. Nawał takich eksplozji stanowić może łatwe wyjaśnienie wielu anomalii w tamtych czasach. Takie wydarzenia mogą również – jak wskazują ostatnie badania – sprowadzić patogeny chorobotwórcze niesione przez kometę, które mogły być przyczyną „czarnej śmierci”, o czym rozprawia w swej książce New Light on the Black Death (Nowe światło na czarną śmierć) dendrochronolog prof. Mike Baillie (QUB Belfast).

The Cycle of Cosmic Catastrophes: How a Stone-Age Comet Changed the Course of World Culture (Cykl kosmicznych katastrof. Jak kometa w epoce kamiennej zmieniła kurs kultury na świecie) –  daje również użyteczne podstawy, jeśli chodzi o to, co może się wydarzyć, o ile pamięta się przy tym, że takie wydarzenia mogą mieć mniej lub bardziej lokalny charakter. Mogą także przez wiele lat wpływać na pogodę, niszcząc uprawy i powodując powszechne i długotrwałe klęski głodu.

Jest również praca naukowa astronomów Victora Clube’a i Billa Napiera (oraz innych), którzy omawiają upadek Rzymu w dość specyficzny sposób. Zachęcałabym prof. Warda-Perkinsa, aby przyjrzał się temu uważniej. The Cosmic Serpent, The Cosmic Winter, Rain Of Iron And Ice: The Very Real Threat Of Comet And Asteroid Bombardment (Kosmiczny wąż, kosmiczna zima, deszcz żelaza i lodu. Bardzo realne zagrożenie bombardowaniem komet i asteroid) ( wyd. Helix Books) [to są dobre źródła].

Często rzetelne poszukiwanie prawdy – tzn. tego, co faktycznie się wydarzyło  – jest niewdzięcznym zadaniem, ale myślę, że w sumie warte jest zachodu. Jak to ujął autor w konkluzji swej książki, nie powinniśmy rewidować przeszłości stosownie do naszej ideologii, ponieważ „ci, którzy zapominają o historii, skazani są na jej powtórzenie”.

Podczas gdy zajęta jestem czytaniem tych wszystkich książek, mój mąż pracuje nad własną. Ma podpisany kontrakt i wyznaczoną datę dostarczenia materiału, tak wiec w przerwach między własną lekturą poszukiwałam dla niego źródeł, których potrzebował.  Temat jego książki zbiega się z tym, co również i mnie teraz pasjonuje – korupcja nauki i co naprawdę leży u podstaw tej korupcji. Jak coś, co miało być odpowiedzią na wszystkie problemy ludzkości, zamieniło się w drogę ku naszej destrukcji? Niewątpliwie bowiem przekroczyliśmy już punkt, po którym nie ma odwrotu. Jeśli tego nie widzicie, to znaczy, że nie zwracacie wystarczającej uwagi.

Czy świadomość istnieje poza materią?

Nauka skręciła na złą drogę w połowie XIX wieku, mniej więcej w tym czasie, kiedy Darwin opublikował swoje Origin of Species (Pochodzenie gatunków) i w konsekwencji faktycznie żyjemy obecnie w Wiekach Ciemnych. Nie chodzi o to, że naturalna selekcja sama przez się była błędna, ale sposób, w jaki zaczęto stosować jej zasady, okazał się katastrofalnym. Nauka uchwyciła się prawa naturalnej selekcji, jakby było to jedyne prawo leżące u podstaw działania Wszechświata – i dokonały tego jednostki o bardzo szczególnych cechach psychologicznych, jak to później zobaczymy. Tego samego typu ludzie, jacy mają skłonność do fanatyzmu religijnego i zabijania innych w imię swego Boga, są w stanie stać się – i często stają się – fanatycznymi wyznawcami religii nauki.

Widzicie, w XVII w. monoteizm stał się podłożem narodzin nauki. Jak do tego doszło – w sensie psychologicznym – zostało zanalizowane przez błyskotliwego (i zabawnego) Boba Altemeyera, obecnie emerytowanego profesora psychologii na Uniwersytecie Manitoby (w Kanadzie), w jego książce Amazing Conversions: Why Some Turn to Faith and Others Abandon Religion (1997)  (Zdumiewające zmiany wyznania. Dlaczego niektórzy ludzie zwracają się ku wierze, a inni porzucają religię). W wielkim skrócie, jego idea polega na tym, że monoteizm, promując idee „jedynie prawdziwego Boga”, doprowadził do zrodzenia się koncepcji, że istnieje tylko „jedna Prawda”, i ten pomysł zawładnął umysłami (i sercami, ośmielę się powiedzieć) wielu jednostek, które uplasowałyby się wysoko na skali skrupulatności we współczesnych testach psychologicznych cech charakteru (zob. Barondes, powyżej). Altemeyer wyjaśnia, że skrupulatność w połączeniu z wysoką inteligencją może silnie skłaniać jednostkę do znajdywaniu odpowiedzi, a w wypadku pytania „czym jest Prawda”, taka jednostka bardzo szybko zauważa, że wiara nie zawsze ma coś wspólnego z Prawdą, a w rzeczywistości może nawet stanowić przeszkodę w jej odnalezieniu.

Czasy narodzin metody naukowej były bardzo trudne dla ludzi kwestionujących rzeczywistość, skoro przyszło im żyć w okresie, kiedy to kwestionowanie oficjalnych poglądów na kosmos, promowanych przez Kościół, mogło zaprowadzić na stos. To, co nas przede wszystkim interesuje w tym momencie, to sposób, w jaki zachodnia cywilizacja została oparta na tym poglądzie (totalny materializm). Szczególnie ciekawy jest fakt, że owi pionierzy nauki, aby wspierać i objaśniać swoją pracę, zwrócili się ku literaturze starożytnych – Grecji i Rzymu. Och, rzeczywiście czynione są sugestie, że wiele z tych starożytnych tekstów, które mamy dzisiaj, było tak naprawdę stworzonych w dobie Renesansu jako sposób wspierania rosnącego impulsu w kierunku nauki (zob. Fomienko), ponieważ można łatwo wychwycić, że żaden z nich nie zawiera niczego więcej poza tym, co zajmowało wówczas myślicieli Odrodzenia. Nie tak trudno to zrozumieć i – zważywszy na fakt, że to, co znamy jako Biblię, zostało prawdopodobnie również stworzone dość późno – obie strony zdają się czerpać z tej samej tradycji tworzenia “starożytnych tekstów” – stwarzania mitów – na których wspiera się ich szczególny światopogląd. Robi się tak nawet dzisiaj, jeśli będziecie łaskawi zauważyć, jak choćby w aferze z „globalnym ociepleniem” (Climate Gate) – fałszowanie zapisów temperatury, aby wspomóc polityczny program opodatkowania, oparty na tejże fikcji.

Podstawowe założenia metody naukowej to: 1) Wszystko podlega kwestionowaniu, 2) Nie ma żadnych uprzywilejowanych źródeł, w które powinno się wierzyć bez kwestionowania. Nie widzę w tym nic złego. Nie widzę jednak jednego: w jaki sposób niniejsza definicja naukowego stylu poznawczego wyklucza studia nad świadomością niezależną od materii? Oczywiście, wiele zbrodni popełnianych bywa bez świadków, a jednak systemy prawne mają swoje sposoby na zebranie dowodów, by wykazać, że zbrodnia została popełniona i kto najprawdopodobniej ją popełnił. Dlaczegóż by więc podobna metoda nie mogła zostać użyta w postępowaniu ze sprawami niematerialnymi? Studia nad świadomością w żaden sposób nie przeczą żadnej z tych dwu głównych zasad. I należy podkreślić, iż zakładanie z góry, że nie istnieje nic oprócz materii i że świadomość nie może istnieć poza nią, jest takimże samym wierzeniem – czyli zastępowaniem faktu przez przypuszczenie i uprzywilejowaniem jednostek, które tak twierdzą, nie mając na to żadnego dowodu.

Natomiast co do poglądu, że treści starożytnych manuskryptów zostały wyssane z palca, w celu wsparcia punktu widzenia myślicieli Renesansu, kiedy to Europa wynurzała się z Wieków Ciemnych – zgadzam się, że jest to z pewnością możliwe, a nawet prawdopodobne. Pytanie tylko, czy istniała jakaś pamięć tamtych starożytnych czasów, która w te idee tchnęła życie? Lee McIntyre pisze:

„Wieki Ciemne to jeden z najbardziej intrygujących okresów historii ludzkości. Znaczą one blisko 600-letnią białą plamę w postępie ludzkiej cywilizacji, w którym to okresie wiedza o starożytności niemal całkowicie zanikła na Zachodzie.  Był to czas, kiedy zaledwie garstka ludzi otrzymywała jakiekolwiek wykształcenie, a życiem rządziły przesądy i strach napędzane przez ignorancję”. (McIntyre, 2006)

Czy ktokolwiek z nas rzeczywiście ”pamięta” cokolwiek sprzed 500 lat, poza tym, czego się nas uczy na lekcjach historii? Czy istnieje np. jakiś rodzaj ”ludowej pamięci” o samym Renesansie? Nie, prawdopodobnie nie. Czy możemy zatem polegać na opowieści, którą nam się o tym podaje, jakoby niektóre ze starożytnych manuskryptów gdzie niegdzie przetrwały? Być może. Ale naukowe analizy tych dokumentów podają w wątpliwość ich wiarygodność. Krytyka form i inne techniki również stawiają kłopotliwe pytania odnośnie tych źródeł. Prawdopodobnie bezpieczniej będzie po prostu sądzić, iż myśliciele Renesansu doszli do tych idei sami, mocą wielu rozważań, a rzekome starożytne źródła, które ”myślały o podobnych sprawach, zadawały te same pytania”, zostały spreparowane, aby nadać wartość tradycji ideom, stojącym w sprzeczności z poglądem na rzeczywistość, promowanym przez Kościół rzymskokatolicki. Jak wskazuje Altemeyer, owe jednostki, które się rodzą w bardzo religijnych rodzinach, a następnie porzucają swoją religię, są jednostkami o wielkiej skrupulatności, jednocześnie bardzo inteligentne, z silną motywacją do rozwiązywania problemów, włączając w to całkiem często pytania typu ”dlaczego tutaj jesteśmy?”, ”jaki jest sens życia?” itp.

Cesarstwo Rzymskie, około 395 r. n.e.

Niemniej jednak, jest pewna rzecz, którą powinniśmy wnikliwie rozważyć. Powróćmy więc do książki Warda-Perkinsa, w której gromadzi on dowody archeologiczne związane z Imperium Rzymskim. Tam, w dokumentacji wykopaliskowej, czyli w twardych faktach, odkrywamy, że Imperium Rzymskie było światem bardzo podobnym do naszego, z tą jedynie różnicą, że nie posiadali sieci energetycznej do napędzania maszynerii, tak więc ich metody produkcji znacznie się różniły od dzisiejszych. Ale wytwarzali dobra na masową skalę, posiadali rozległą sieć dystrybucji, nawet chłopi potrafili czytać i pisać (sądząc po grafice) i posiadali dobrej jakości domy i naczynia, towary z odległych krajów, etc. Ward-Perkins twierdzi, że po upadku Rzymu (i jestem przekonana, że nastąpiło to na skutek jakiegoś kataklizmu, a nie z jakichś innych powodów), życie zostało zredukowane do poziomu epoki brązu albo jeszcze niżej. Dramatyczna zapaść objęła nie tylko finezję gospodarczą i dobrobyt, ale również produkcję rolniczą, nastąpił też gwałtowny spadek liczby ludności. Powszechne rozprowadzanie solidnie wykonanych towarów ustało, sztuka pisania na niektórych obszarach zanikła całkowicie, a na pozostałych została bardzo ograniczona.

To właśnie w tych Wiekach Ciemnych chrześcijaństwo, judaizm i islam zaczęły być dominującymi religiami Zachodu, z chrześcijaństwem na czele tej szarży. Fakt, że te idee wynurzyły się w Wiekach Ciemnych, powinien skłonić nas do zastanowienia. Jak już powiedziano, to właśnie doprowadziło do powstania idei „jednej Prawdy”, która z kolei doprowadziła do Renesansu i do narodzin Nauki. W jakiś sposób pogląd, że istnieje tylko jeden „słuszny” sposób myślenia, który zakaził myśl religijną, utrwalił się, wszystko było albo czarne, albo białe, i – jak zobaczymy – ten sam symptom pojawił się w pewnym momencie w samej Nauce. Jest to sposób myślenia, który wydaje się tkwić u korzeni naszych dzisiejszych problemów – „albo jesteś z nami, albo przeciw nam”. Przejście z Wieków Ciemnych do Nauki jest świetnym przykładem tego, że diabeł ukrywa się w szczegółach.

W tym momencie musimy przyjrzeć się bliżej temu, co miało miejsce w okresie wynurzania się świata zachodniego z Wieków Ciemnych. Jak to odnotowuje Bryan Ward-Perkins w swojej książce The Fall of Rome (Upadek Rzymu), najgorsza katastrofa miała miejsce w Brytanii i w zachodniej części Imperium. Pomimo że wiele rzeczy zostało gwałtownie zahamowanych w wielu miejscach naraz, były również obszary, gdzie sprawy toczyły się zwykłym torem, a mianowicie we wschodniej części cesarstwa. Istnieją również mocne dowody przytoczone w książce Jurija Stojanowa The Other God (Inny Bóg), że istniały silne społeczne i kulturalne więzi pomiędzy południową Francją i wschodnim Imperium Rzymskim. Mam na myśli cywilizację oksytańską, która stanowiła doskonałe środowisko dla katarów. W dalszych rozważaniach naszkicuję niektóre z ówczesnych powiązań, pomiędzy tym, co działo się wtedy i jak można to przyrównać do obecnej sytuacji, zarówno we Francji, jak i USA. Ale takie samo porównanie można zastosować do wielu innych miejsc, jak sami zobaczycie. Chciałabym, żebyście szczególnie zwrócili uwagę na fakt, że dynamika zawsze i wszędzie jest ta sama, niezależnie od ideologii.

„Zabijcie wszystkich, Bóg rozpozna swoich”

Pewien kronikarz odnotował, że powyższą chwytliwą frazę wypowiedział Arnold Amaury, mnich, który przewodził krucjacie przeciwko Albigensom, podczas oblegania miasta Beziers 22 lipca 1209 r. Jego krzyżowcy zapytali go bowiem, jak mają odróżnić katolickich wiernych od katarskich heretyków. Instrukcje Arnolda zostały wykonane i cała bez wyjątku ludność Beziers – około 20 tysięcy mężczyzn, kobiet i dzieci – została bezlitośnie wyrżnięta.

Nikt tak naprawdę nie wie, czy Arnold faktycznie powiedział to, co mu się przypisuje, ale jest znaną rzeczą, iż taka właśnie ideologia stanowiła esencję krucjaty przeciwko katarom i taka sama ideologia pojawiała się raz po raz na przestrzeni historii, i jest obecna nawet obecnie w salach rządowych USA i Francji. W USA przybrała formę „wojny z terrorem”, a we Francji jest to krucjata MIVILUDES w celu wyeliminowania jakiejkolwiek konkurencji wobec Kościoła katolickiego i wielkich korporacji. Różnica między nimi niewielka, poza tym, że w USA jest to „Kościół” protestancki zamiast katolickiego. Ciekawym byłoby wyobrazić sobie, do czego ta opozycja „protestancki vs. katolicki” – pomiędzy Europą, gdzie przewodzi Francja, a Stanami Zjednoczonymi – mogłaby w ostatecznym rozrachunku doprowadzić! W każdym razie konsekwencje zawsze i wszędzie są takie same, czego rządy USA i Francji zdają się nie być świadome, dowodząc raz jeszcze, że ci, którzy zapominają lekcje historii, skazani są na ich powtarzanie.

10 marca 1208 r. papież Innocenty III rozesłał wezwanie do wszystkich narodów chrześcijańskich, aby wyruszyły zbrojnie przeciwko chrześcijańskim bliźnim. Oświadczył, że zniszczenie tych heretyków nie tylko jest usprawiedliwione, ale jest wręcz niezbędną koniecznością, ponieważ heretycy, którzy zamieszkiwali na rzekomo chrześcijańskich ziemiach byli „gorsi od samych Saracenów”. Ten apel został wystosowany cztery lata zdobyciu i obrabowaniu przez armię krzyżowców Konstantynopola – kolejnej chrześcijańskiej ziemi, mieniącej się prawdziwą kolebką pierwotnego chrześcijaństwa. Kościół wschodni uważał Kościół rzymski za odszczepieńca, czyli frankoński wynalazek germańskich najeźdźców z północy, który nie miał nic wspólnego z chrześcijaństwem historycznego Jezusa. Współczesne studia nad religią wskazują na to, że mieli prawdopodobnie rację, ale nie chcemy się tu zajmować tą Prawdą.

Posąg w Tuluzie, Francja, przedstawiający Rajmonda VI obwieszczającego śmierć Simona de Montforta

Nowym wrogiem Kościoła rzymskiego był jeden z najznakomitszych książąt w chrześcijaństwie, hrabia Rajmond VI z Tuluzy. Rajmond byl feudalnym zwierzchnikiem, którego władza rozciągała się na znaczną część obecnego terytorium Francji, a ówczesnej Langwedocji. Zbrodnią Rajmonda było to, że rządził krajem, w którym autorytet Kościoła upadał, a on nie próbował temu zapobiec. To całkiem jak w dzisiejszych czasach, kiedy ludzie zaczynają się budzić w obliczu korporatyzmu, który zawładnął naszym światem, i szukają alternatyw we wszystkich dziedzinach, a ktoś musi coś z tym zrobić! I wtedy na scenę wkracza MIVILUDES oraz CIA i „wojna z terrorem”!

Deklarowanym celem krucjaty było więc obalenie prawowitego księcia o niepodważalnym statucie, który był bardziej skłonny wspierać swój lud niż Kościół. Kościół w Rzymie zobaczył, że jego dalsze istnienie w środkowej Francji zależało od narzucenia jej kontroli z zewnątrz – przez obcy rząd, zdecydowany zdusić bunt i sam nie buntujący się przeciwko Kościołowi. (Nie będę ponownie wskazywać, w jak znacznym stopniu odzwierciedla to nastawienia MIVILUDES we Francji i CIA w USA, sądzę bowiem, że Czytelnik sam potrafi dokonać porównań.)

Krótko mówiąc, cele Kościoła były wyraźnie imperialistyczne. Imperializm to zawsze zły znak. Główną cechą charakterystyczną patologicznych dewiantów, psychopatów w szczególności, jest to, że zawsze pragną dokonać „wielkiej kontry”, aby zagarnąć to, co należy do innych, co zostało przez tych innych uczciwie zarobione lub ciężko wypracowane, i dewianci robią to bez większego wkładu pracy, przy pomocy psychologicznych i emocjonalnych manipulacji innymi, aby uzyskać to dla siebie lub zagarnąć siłą. Na wielkich arenach, takich jak polityka, jest to nazywane „imperializmem”.

Katarzy byli pacyfistami, zwolennikami tolerancji w okresie, kiedy to nie tolerancji Kościół potrzebował dla swoich przerośniętych ambicji rządzenia zachodnim światem. Innowierstwo (herezja) wyrosło w okresie zmian i eksperymentów z poszerzaniem horyzontów – czyli naturalnej restauracji cywilizacji po Wiekach Ciemnych. Uczestnicy krucjat do Ziemi Świętej powrócili, sprowadzając nowe idee, pojmując, że życie można by zorganizować na inny sposób i że ci, którzy żyli i chwalili Boga inaczej, nie tylko również są ludźmi, ale i interesującym i cennym elementem eklektycznego społeczeństwa. Rozprzestrzenianie się takich idei prowadziło do skrajnego niezadowolenia w średniowiecznym Kościele katolickim, który został wzniesiony na fundamencie wielkich korporacji zakonnych i kościołów panujących nad uciskanymi masami biednych chłopów, a nawet arystokracji, pragnącej osiągnąć niebo. Kościół katolicki był zasadniczo wielką korporacją, sprzedającą zbawienie, a wszyscy inni mieli być trybikami w maszynie tej wielkiej, mechanicznej organizacji d/s “kontroli zbawienia”.

© n/a - Regiony zdominowane przez kataryzm (ciemniejsze kolory) i przez Kościół katolicki (jasne).

Kataryzm zaczął rozkwitać na terenach rozwijającej się demokracji – w kupieckich miastach Włoch i centrach handlowych Szampanii i Nadrenii, oraz w niezależnych miastach Langwedocji we Francji. Kataryzm idealnie odpowiadał tolerancyjnemu, protekcyjnemu feudalizmowi Langwedocji i z tego powodu musiał zostać zniszczony.

Na północy, zgodnie z prawem Franków Salickich, kobiety były wyłączone z dziedziczenia majątków i wszystko przechodziło na najstarszego syna. Młodsi synowie i córki, którym nie udało się zawrzeć odpowiednich małżeństw, stanowili narybek dla katolickiego przemysłu zakonnego, czyli systemu zaprojektowanego dla stopniowego wzmacniania potęgi Kościoła. Natomiast w Langwedocji kobiety posiadały prawa, mogły dziedziczyć i zarządzać własnymi majątkami, a lenno było dzielone pomiędzy dzieci. W naturalny sposób prowadziło to do bardziej demokratycznego podziału dóbr i zapobiegało skupianiu nadmiernej władzy w rękach pojedynczego człowieka lub grupy osób. Jednocześnie w pewien sposób osłabiało Langwedocję, ponieważ żadna jednostka ani mała grupa ludzi nie była w stanie zmobilizować wszystkich mężczyzn z danego regionu do pójścia na wojnę, wszczętą czy to wskutek personalnych ambicji, czy też z chciwości. (Zawsze i wszędzie jest to słabość prawdziwej demokracji w świecie, gdzie edukacja na temat psychopatologii nie jest powszechnie dostępna.)

To właśnie w języku oksytańskim (prowansalskim) rozkwitała poezja trubadurów. Na żyznych ziemiach Langwedocji zrodziła się miłość o duchowym odcieniu. Trubadurzy śpiewali o wytwornej miłości, wzniosłej sublimacji fizycznych pragnień, przeistaczanych w duchowe cele. Etos miłosnych tęsknot do szlachetnej damy serca ukazał inną formę umysłów Langwedocji.

W tym samym czasie, poza Loarą i Renem, wielmoże Północy śpiewali o mieczach ociekających krwią i rozczulali się nad rozrzucanymi wnętrznościami, maskując owo barbarzyństwo dziwaczną mieszaniną drapieżnej pobożności, podobnej nieco do zwyczajów dzisiejszych chrześcijan, zasilających prawicę różnej maści.

Miasta Langwedocji rządzone były przez konsulów, a podstawę wszelkich lokalnych legislacji stanowiło prawo rzymskie. Konsulów wybierano spośród miejscowej szlachty i burżuazji, zaś mieszczanin posiadał status równy rycerzowi. Hrabia Tuluzy nie dysponował autorytetem prawnym w swym własnym mieście i posłuszeństwo było mu należne jedynie wtedy, gdy szanował i podtrzymywał lokalne prawa zwyczajowe. Każdy mieszczanin miał prawo kupować, sprzedawać albo wymieniać towary bez opłacania jakichkolwiek ceł i podatków z tytułu tych transakcji. Nie istniały żadne ograniczenia w zakresie zawierania małżeństw, a cudzoziemcy tam zamieszkali cieszyli się takimi samymi prawami obywatelskimi, bez względu na swą narodowość czy wyznanie. Takie wolne miasta były ośrodkami życia społecznego kraju, a wybory konsula były wspaniałym publicznym wydarzeniem, z procesjami, pompą i celebracją.

Historyczny region Langwedocji na południu Francji

Rzeki Ren i Garonna służyły do transportu towarów i surowców w głąb kraju, a Marsylia, Tuluza, Awinion i Narbonne były głównymi portami morskimi. Nastąpiło rozluźnienie tradycyjnego systemu kastowego, więc Żydzi i Arabowie mieszali się swobodnie w tyglu ras i narodowości portowych miast Langwedocji. Duch niezależności od władzy książąt był silny w rejonie Midi.

Miasta Langwedocji, stanowiąc w większości centra handlowe, były bogate i nowoczesne w porównaniu z miastami Północy, takimi jak Paryż, Troyes czy Rouen. Miasta Południa miały uniwersytety, gdzie nauczano medycyny, filozofii, matematyki, astrologii i wielu innych przedmiotów. Dzieła filozofów arabskich były zakazane w Paryżu, ale łatwo dostępne w Tuluzie. Arabscy doktorzy i kupcy przybywali do Langwedocji i „niewiernych” nie uważano za „naturalnych wrogów”. Żydzi byli w pełni zintegrowani z życiem publicznym i otaczani szacunkiem przez miejscową ludność. W niektórych miastach bywali konsulami lub sędziami pokoju.

Jedno jest pewne, życie w Langwedocji było bardziej świeckie niż gdziekolwiek indziej, w następstwie czego samo życie rozkwitało w większym stopniu niż w tych miejscach, gdzie rządziła religijna nietolerancja. Miasta Langwedocji były centrami kultury, wielkiego przemysłu i prestiżu.

Poezja, literatura, muzyka również rozkwitły i stały się częścią codziennego życia zarówno burżuazji, jak i przeciętnego człowieka czy szlachcica. Poezja Langwedocji jest nie tylko najstarszą w historii Europy, ale również najbardziej wysublimowaną z punktu widzenia inspiracji. Odnosi się wrażenie, jakby język oksytański był par excellence językiem literatury. Nawet dzisiaj trudno jest myśleć o południu Francji bez wspomnienia trubadurów. Fenomen arystokracji namiętnie oddającej się duchowo inspirującej poezji, poświęcającej swoje życie wprowadzaniu ideałów tego wieku i środowiska, nie znajduje sobie równych w żadnej grupie społecznej ani okresie historycznym. Prozaiczni mieszkańcy północy mogli myśleć o południowcach jako o nieco pomylonych, jako że w tych czasach najwyższą ambicją szlachty na północy było pomaganie swemu królowi w zakładaniu bielizny.

Szlachta Langwedocji miała inną koncepcję honoru niż poświęcanie własnego życia za króla lub zawiązywanie sznurówek u jego butów. Pomimo całego bogactwa otoczenia,  południowy arystokrata przejawiał pogardę dla materialnych aspektów życia, co w połączeniu z wysokim szacunkiem, a nawet wysławianiem cnót osobistych, którymi był przeniknięty, dowodziło wielkiej i szlachetnej woli. Adoracja Pani była deklaracją wolnej woli; dowodem tego, że nawet wówczas, kiedy ktoś się jej oddaje i to oddaje całkowicie, jest to oddanie osobistemu bóstwu z własnego wolnego wyboru.

Jest bardzo prawdopodobne, że Pani Langwedocji stanowiła jedynie symbol czegoś o wiele głębszego, czegoś bezpośrednio związanego z wiedzą posiadaną przez katarskich doskonałych (perfecti). Pewnikiem jest to, że arystokracja Langwedocji nie tylko zezwalała na herezję, ale należała do jej najbardziej sławnych i oddanych uczestników, zwolenników oraz obrońców.

Choć początki kataryzmu wciąż otacza tajemnica, ostatnie badania wskazują na to, że był on związany z gnostycyzmem bogomiłów z Bizancjum. Owa tradycja mogła mieć powiązanie bezpośrednio z ezoterycznym odłamem chrześcijaństwa, ujawnionym przez G. Gurdżijewa, P. D. Uspieńskiego i Borysa Murawiewa, i może faktycznie być prawdziwą transmisją oryginalnych nauk człowieka, wokół którego uformowany został mit Jezusa. Sugeruje się, że był on tylko jednym z długiej linii wyznawców tej starożytnej tradycji, obecnej już w megalitycznych społeczeństwach. (zob. The Other God  Stojanowa jako wspaniałe studium dualizmu).

Faktem jest, że tzw. „herezja katarów” była w istocie konkurencyjną religią, która szybko nabierała znaczenia w Europie, utrzymując przy tym, że jest oryginalną wersją chrześcijaństwa. Ci wierzący nie byli dysydentami; mieli pełną świadomość przynależności do wiary o wiele bardziej starożytnej od samego Kościoła rzymskiego. Co więcej, to, co twierdzili, było prawdopodobnie Prawdą.

Niektórzy współcześni historycy snują teorię, że kataryzm nie był herezją, z tego prostego powodu, że stanowił całkiem odmienną religię, nie mającą kompletnie nic wspólnego z chrześcijaństwem, jakie znamy. Tzw. „herezja katarów” zasadzała się na kwestii Dobra i Zła. Najbardziej podstawową kością niezgody pomiędzy katarami a Kościołem katolickim była rola i potęga Zła w życiu ludzi. Dla katarów bóg judaizmu był złym archontem świata ciemności (Archon of Darkness). Odrzucali w całości Stary Testament, jako będący dziełem tego złego bóstwa. Ziemskie autorytety, oparte na tzw. „karze boskiej” (Divine Sanction) – jak to głosił Kościół – katarzy uważali za wielkie oszustwo.

Bóg katarów był bogiem światła, który panował nad niewidzialną świadomością i nie mieszał się w sprawy ludzkie. Bóg katarów po prostu nie dbał o to, czy ludzie sypiają ze sobą przed zawarciem małżeństwa, czy nie, czy wiążą się lub żenią z żydami czy Arabami, czarnymi czy białymi, i czy się jest kobietą, czy mężczyzną. Dla katarów kierowanie się w życiu rzeczami materialnymi, pogoń za dobrami materialnymi, jak pieniądze, władza i majętności, stanowiło jawną oznakę bałwochwalstwa.

Katarzy wierzyli, że jest wolnym wyborem każdego człowieka, czy wyrzeknie się, czy też nie, materialistycznego życia dla życia w samowyrzeczeniu, aby dokonać samooczyszczenia z materialnych pożądań, a tym samym „wznieść się” do innego świata – coś w rodzaju edenicznego stanu czystości. Jedyne „piekło” dla katarów jest wtedy, kiedy ktoś nie wybrawszy oczyszczenia się, będzie reinkarnować ponownie w tym samym ziemskim życiu dopóty, dopóki jego materialne pożądania i pasje nie zostaną wypalone w cierpieniach materialnego życia. Krótko mówiąc, być potępionym znaczyło żyć wciąż i wciąż od nowa w tym padole łez, który nazywamy ziemskim życiem.

Wielkie nieba! Któraż z religii nie próbuje wykorzystywać strachu przed piekłem i potępieniem dla celów sprawowania kontroli?

Taki gnostyczny dualizm nie jest niczym nowym – jest to kwestia nieobca innym wyznaniom na przestrzeni historii. Dla katarów jednakże to jedyne skrzyżowanie ścieżek wyboru leżało wewnątrz każdego człowieka. To właśnie w ludzkiej świadomości znajdywało się ową boską iskrę – to „ wewnętrzne Królestwo Niebieskie” – i ta iskra była pozostałością wcześniejszego, anielskiego stanu istnienia, potencjalnie możliwego do odzyskania. Ona była w każdym człowieku, czekając, aby zostać uwolnioną z cyklu reinkarnacji.

No i co było w tym takiego złego?

To powinno być oczywiste. Jeśli takie idee były prawdą, sakramenty Kościoła katolickiego traciły zupełnie swe umocowanie, a sam Kościół okazywał się być oszustwem, okrutnym żartem, odgrywanym przez tych, którzy szukali jedynie władzy (co za koncept!). Jeśli takie idee były prawdą, status istot ludzkich nigdy nie mógłby ponownie być postrzegany w ten sam sposób. Gdyby wszyscy wierzyli tak, jak katarzy, że król w jednym życiu mógł być sługą w następnym, żyd w jednym życiu w następnym mógł być Arabem i że kobiety mogą być wysoko ewoluowanymi istotami duchowymi – nawet wiodącymi – zupełnie inaczej przedstawiałoby się to, jak człowiek powinien się zachowywać względem swego bliźniego.

Jednym z poważniejszych oskarżeń przeciw katarom był ich wstręt do składania przysiąg. Trudno to dziś zrozumieć, ale można to porównać z ideą, że współczesny ziemski kontrakt nie ma siły wiążącej, kiedy w grę wchodzą względy moralności i etyki. Składanie przysiąg, a zwłaszcza przysięgi na wierność, było umowną podbudową społeczeństwa feudalnego. Nadawało ono „wagę świętości” kontrolerom hierarchii, czyli Kościołowi katolickiemu. Jeśli jednostka złamała przysięgę, mogła zostać skazana przez autorytet Kościoła na piekło. Królestwa, majątki, więzi poddaństwa, wszystko było stwarzane, przekazywane i podtrzymywane za pośrednictwem Kościoła. Można powiedzieć, że „składanie przysiąg” było średniowiecznym korporatyzmem, ustanowionym i narzuconym przez Kościół katolicki.

Płaskorzeźba przedstawiająca papieża Innocenta III, uhonorowanego w Kongresie USA

Katarzy wierzyli, że łączenie działalności biznesowej i rządzenia z tym, co boskie z natury, było praktykowaniem myślenia życzeniowego, jeśli już nie najczystszym bluźnierstwem. Z ich punktu widzenia, Bóg był oddzielny od takich spraw i wszelka myśl, że mógłby on być zainteresowany lub przejawiać dbałość o sprawy biznesowe i rządowe ludzi była wyimaginowanym domkiem z kart. Czyjeś twierdzenie, oparte wyłącznie na własnych ustaleniach, że się posiada władzę kontrolowania ludzkich spraw, grożąc przy tym gniewem bożym, jest skrajnym przejawem pychy.

Kataryzm uczył, że mężczyzna i kobieta są jednym. Człowiek reinkarnował wiele razy – jako chłop, król, chłopiec, dziewczyna, pan, służący – lecz to, co faktycznie miało znaczenie, to boska, niematerialna, bezpłciowa istota – duchowa jaźń. Wyrządzało to zatem niepowetowane szkody naukom Kościoła katolickiego o grzesznym stanie kobiet, wykluczeniu kobiet z dziedziczenia, „upadku człowieka” wskutek skuszenia Ewy, itd., itd.

Mówiąc krótko, kataryzm stanowił dla Władzy Realnej jedno z największych zagrożeń, jakie kiedykolwiek zaistniały – wówczas i od tamtego czasu. (Zauważyliśmy, że raport MIVILUDES z 2010 roku wskazuje na wierzenia dualistyczne jako szczególnie „niebezpieczne”.) Kościół, królowie i władcy, którzy polegali na Kościele, żeby kontrolować ludzi i nadawać wagę swoim umowom, nie mogli dopuścić, żeby taka herezja się rozprzestrzeniła. Napędzani przez Kościół katolicki w swym nieświętym przymierzu z szukającymi wpływów arystokratami, całą potęgą feudalnej Europy, spadli na Langwedocję z faryzejską furią. W pewnym sensie można powiedzieć, że była to wojna pomiędzy duchową wolnością, a duchowym korporatyzmem.

Zachodnia cywilizacja stanęła na rozdrożu podobnym do tego, o którym katarzy mówili, że znajduje się w sercach poszczególnych ludzi – powrót do świadomości anielskich światów lub nowy cykl powtarzania wciąż od nowa bólu i cierpienia egzystencji na tym padole łez, zwanym Ziemią.

Historyk R. I. Moore odnotował, iż okres około 1200 roku były punktem zwrotnym, który doprowadził do “uformowania się społeczeństwa prześladowczego”. Dokonane wówczas wybory wciąż rozbrzmiewają echem wśród ludzkiej społeczności.

I staje się sprawą jasną, jakiego to wyboru wówczas dokonano.

Przed tym samym wyborem stoimy i dzisiaj.

Wieki Ciemne i inkwizycje, starożytne i współczesne, część 2
Wieki Ciemne i inkwizycje, starożytne i współczesne, część 3

– –

Ten artykuł jest przekładem oryginału zamieszczonego w języku angielskim na stronie:

nadesłanym i powierzonym polskim tłumaczom z grupy QFG – edytorom blogu PRACowniA.

Materiał ten został opublikowany przez SOTT.NET – projekt Quantum Future Group, Inc – i jest jego własnością. Zezwala się na kopiowanie i publiczne rozpowszechnianie pod warunkiem podania oryginalnego źródła i autora oraz żródła przekładu.

Dodatkowe informacje uzyskasz pisząc na adres: pracownia-iv@o2.pl

Reklamy

2 Komentarze »

  1. Och, Lauro – DZIĘKI WIELKIE składam za ten znakomity tekst!
    Jakże brakuje współczesnym ludziom takiego ponadczasowego spojrzenia…
    I refleksji, wniosków.

    Komentarz - autor: Nordzom — 25 marca 2012 @ 03:19

  2. @ Nordzom
    Dziękuję. W imieniu Laury i swoim, bo uważam, ze trafiłeś w samo sedno. 🙂

    Komentarz - autor: iza — 27 marca 2012 @ 22:10


RSS feed for comments on this post. TrackBack URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: