PRACowniA

10 stycznia 2012

Korupcja nauki w Ameryce

dr J. Marvin Herndon
Dot Connector Magazine / Sott.net
30 sierpnia 2011

Prawda jest fundamentem cywilizacji. W Biblii Króla Jakuba słowo „prawda” pojawia się 224 razy. Świadkowie zeznający przed amerykańskimi sądami i Kongresem składają przysięgę mówienia prawdy; rozporządzenia prawne i kodeks cywilny narzucają obowiązek działania w zgodzie z prawdą w reklamie i biznesie – by podać tylko kilka przykładów.

Celem nauki jest poznanie prawdy o Ziemi i Wszechświecie oraz przekazanie tej wiedzy – zgodnie z prawdą – ludziom. Nauka zrodziła technologię, dzięki której nasze życie jest łatwiejsze i lepsze. Nauka zapewnia nam lepsze zdrowie i pozwala nam widzieć świat w sposób wcześniej nie do pomyślenia. To ona nas uskrzydla i napawa optymizmem. Do tego nauka dostarcza standard prawdy, bezpiecznie i trwale związany z właściwościami materii, co umożliwia wykrycie i zdemaskowanie szarlatanów i pseudonaukowych barbarzyńców, którzy kłamią, kradną i tyranizują pod pozorem naukowości.

Przed drugą wojną światową rządy nie wspierały nauki wysokimi dotacjami. Niemniej jednak XX wiek zasiał nadzieję na nadejście czasów oświecenia i rozumu na niespotykaną dotąd skalę. Dorabiając w szwajcarskim urzędzie patentowym, Albert Einstein objaśnił ruchy Browna, efekt fotoelektryczny i opracował szczególną teorię względności. Niels Bohr, którego dotował browar Carlsberga, dokonał fundamentalnych odkryć w zakresie struktury atomu, był także siłą sprawczą i napędową dla grupowego wysiłku stworzenia mechaniki kwantowej – gałęzi nauki, bez której nie byłoby technologii opartej na elektronice ciała stałego, a więc dzisiejszej komunikacji czy komputerów. Był to czas żywych dyskusji nad nowymi obserwacjami. Płodne umysły tworzyły idee, które podważały obowiązujące wówczas poglądy. Wypływać zaczęły nowe poglądy i teorie, czasem trafne, czasem niedoskonałe, ale dążące do prawdy, przez co inspirowały do następnych przemyśleń i do nowej dyskusji. Wyobraźnia i pomysłowość, pobudzane dążeniem do poznania prawdy o Ziemi i Wszechświecie, rodziły entuzjazm i ekscytację, a nowe teorie i odkrycia oświecały społeczeństwo, rozbudzały wyobraźnię młodych. Zapanowała atmosfera optymizmu.

Mimo że brakowało wówczas pieniędzy na naukę, naukowcy zachowali pewną samodyscyplinę. Po doktorancie oczekiwano, by w ramach swojej dysertacji dokonał nowego odkrycia, nawet jeśli oznaczało to rozpoczęcie – po latach pracy – nowych badań, gdy okazywało się, że ktoś inny zdążył już dokonać danego odkrycia. Samodyscyplina była także częścią systemu publikacji naukowych. Przed drugą wojną światową, kiedy naukowiec chciał opublikować swoją pracę, po prostu wysyłał ją do redaktora danego czasopisma naukowego. Zaś młody badacz, który nic jeszcze nie opublikował, musiał zyskać aprobatę starszych kolegów, zanim mógł wysłać manuskrypt artykułu do wydawcy. Idea anonimowej recenzji naukowej (peer review) jeszcze się nie zrodziła.

Jednak w ostatnich dekadach XX wieku sytuacja zaczęła się zmieniać. Z jednej strony wydawało się, że nastał kolejny renesans – wraz z nowoczesnymi komputerami, obrazami satelitarnymi, sieciami komputerowymi i globalną komunikacją. Ale z drugiej strony stało się coś niedobrego, co umknęło niemal wszystkim. Otóż całe te nowinki przesłoniły skorumpowany system, który zaczął wspierać „poprawne politycznie” poglądy na naszą planetę i Wszechświat, zarazem odpychając, ignorując i tłumiąc postępowe i odważne działania indywidualnych badaczy.

Przed wojną rząd niewiele łożył na naukę, to jednak się zmieniło ze względu na zapotrzebowania wojenne. W 1951 r. utworzono amerykańską National Science Foundation (NSF), która miała wspierać powojenne badania cywilnych naukowców. System zarządzania funduszami, wymyślony na początku lat 50. przez NSF, przejęły w prawie niezmienionej formie wszystkie rządowe agencje dotujące naukę, takie jak NASA czy Departament Energetyki (DOE).

Jak odkryłem, problem w tym, że system dotacji, wymyślony przez NSF i przekazywany innym agencjom rządowym, ma poważne fundamentalne błędy. W konsekwencji, od ponad pół wieku NSF robi coś, czego nie zdołały dokonać ani obce rządy, ani organizacje terrorystyczne – powoli i niepostrzeżenie niszczy amerykańskie zaplecze naukowe, prowadząc do tego, że  w dziedzinie nauki i edukacji Ameryka stanie się państwem trzeciego świata, korumpując jednostki i instytucje, faworyzując kłamców i instytucje, którym służą, hamując rozwój nauki oraz zaszczepiając w środowisku naukowym błędne, antynaukowe praktyki, oparte na nieracjonalnym obrazie ludzkiego zachowania. Oto główne błędy NSF:

Błąd nr 1: Projekt ubiegający się o dotację jest zwykle oceniany przez anonimowych recenzentów. „Peer review” to wytwór NSF, w ramach którego naukowcy, często konkurenci autora bądź autorów artykułu, anonimowo recenzują i oceniają dany wniosek. Pomysł anonimowej recenzji musiał wydać się efektem przypływu geniuszu, ponieważ przyjęły go praktycznie wszystkie rządowe agencje dotujące naukę i w efekcie niemal wszystkie czasopisma naukowe. Jednak wygląda na to, że nikt nie wyciągnął nauk z lekcji historii w zakresie tajności. Oczywiście tajność jest konieczna w sprawach bezpieczeństwa narodowego i obrony. Ale czy w cywilnej nauce tajemnica i towarzyszące temu zwolnienie od odpowiedzialności rzeczywiście działa na korzyść obiektywizmu? Jeśli tajemnica istotnie służyłaby prawdzie, miałaby uprzywilejowaną pozycję w sądach. Sądy stosowały już zasadę tajemnicy – było tak w czasach niesławnej hiszpańskiej Inkwizycji i w praktycznie każdym totalitarnym reżimie – a skutek był zawsze ten sam: fałszywe oskarżenia ze strony pozbawionych skrupułów obywateli oraz rozwój korupcji. Zasada anonimowości i brak odpowiedzialności za słowa, obecne w systemie peer review, zapewnia niesprawiedliwe przywileje tym, którzy chcą udaremnić konkurentom otrzymanie grantów na swój projekt i publikację wyników badań. Anonimowa recenzja stała się główną metodą hamowania rozwoju nauki stosowaną przez pseudonaukowców. Co więcej, sama świadomość – słuszna lub nie – że niektórzy mogą posunąć się do takiego kroku, jest przytłaczająca i zmusza naukowców do pasywności i przyjmowania tylko poprawnych politycznie, powszechnie uznanych poglądów oraz do powstrzymywania się od dyskusji nad czymkolwiek, co podważałoby badania innych albo nie zgadzało się z programem agencji udzielającej dotacji. A to całkowicie przeczy celom nauki. Nie dziwi więc powszechna obecnie opinia, że podważenie wyników badań wspieranych przez którąś z rządowych agencji oznacza utratę poparcia dla własnych badań.

Błąd nr 2: Pomysł NFS, by naukowcy zgłaszali swoje projekty dla uzyskania dotacji, doprowadził do trywializacji i biurokratyzacji nauki. Dlaczego? Otóż problem w tym, że absolutnie niemożliwe jest określenie przed rozpoczęciem badań, co nowego się odkryje i co się zrobi, by doprowadzić do tego odkrycia. W konsekwencji proponuje się banalne projekty z nienaukowymi wynikami, czego przykładem jest powszechna praktyka tworzenia modeli opartych na domysłach, zamiast dokonywania odkryć. Co więcej, to biurokraci – kierownicy projektu i anonimowi recenzenci – decydują, który projekt pasuje do ich programu. Natomiast „ocena” projektu jest zwykle przykrywką dla nieetycznych praktyk „recenzentów” i biurokratów zwalczających konkurencję. Stąd naukowcom brak motywacji do dokonywania ważnych odkryć lub podważania istniejących teorii.

Błąd nr 3: NSF zapoczątkowało powszechną obecnie praktykę dotowania uniwersytetów i innych instytucji non-profit, których naukowcy, zwykle pracownicy wydziałów, są uznawani za „pierwszoplanowych badaczy”. Skutkiem tej metodologii jest brak odpowiedzialności prawnej i osobistej za działania naukowców. Nader często naukowcy z bezkarnością wypaczają stan wiedzy naukowej i stosują praktyki dławiące współzawodnictwo, jak choćby oczernianie innych, zdolnych i doświadczonych, naukowców. Z własnego doświadczenia wiem, że władze uniwersytetów i instytucji, powiadomione o takim procederze, nie robią nic, by zmienić tę sytuację, nie mając ani doświadczenia, ani też, z racji kadencyjności ich stanowisk, nie znają prawdziwego pojęcia autorytetu i odpowiedzialności. To powoduje, że pieniądze amerykańskich podatników idą w błoto, i to na wielką skalę, zaś nauka w marnym stopniu odzwierciedla swój potencjał.

Błąd nr 4: NSF zapoczątkowało obecnie powszechną praktykę, w ramach której rząd opłaca koszty publikacji artykułów naukowych w czasopismach należących do organizacji nastawionych na zysk bądź naukowych grup interesu. Ze względu na posiadane prawa autorskie, wymuszone przez tych wydawców, podatnicy, chcąc uzyskać elektroniczną kopię artykułu, muszą zwykle zapłacić 40 dolarów, mimo że koszty badań i publikacji tego artykułu zostały już opłacone z ich podatków. Co więcej, komercyjne i protekcjonistyczne praktyki często dławią darmową wymianę informacji, która powinna być jednym z celów nauki, co powoduje, że publikacja krytycznych i nowatorskich badań jest bardzo trudna. Nie dość na tym, wydawcy ani nie dysponują właściwymi procedurami, ani nie są skorzy do obstawania przy rzetelnym cytowaniu. Na przykład, zgodnie z etyką naukową opublikowane już badania, krytycznie odnoszące się do jakiejś kwestii, powinny być cytowane przez naukowców, jednak obecnie powszechną praktyką jest ignorowanie takich artykułów, które mogą podważyć rzetelność danej publikacji. W efekcie, nieetyczni naukowcy nieustannie zwodzą społeczeństwo i środowisko naukowe oraz trwonią pieniądze podatników na dyskusyjne badania.

Opisałem te cztery fundamentalne błędy NFS, które obecnie przeniknęły praktycznie wszystkie cywilne programy amerykańskich dotacji rządowych, i zaproponowałem praktyczne metody ich naprawy [1], i przedstawiłem to dwóm kierownikom NSF, jednak obaj woleli moją analizę zignorować. W kompleksie rządowo-uniwersyteckim zdaje się istnieć powszechna wizja „nieomylności”, gdzie żadnemu działaniu, bez względu na wagę jego konsekwencji, nie można nic zarzucić.

16 grudnia 2004 roku pewien człowiek w Białym Domu, na ręce którego złożyłem skargę na stronniczość anonimowego recenzowania, przesłał mi kopię dotyczącego tej kwestii (peer review) biuletynu Prezydenckiego Biura ds. Budżetu z 15 grudnia 2004 roku. 26 grudnia wysłałem do Białego Domu krytykę owego biuletynu wraz z propozycjami jego gruntownych zmian, co jednak nie spotkało się z żadną reakcją urzędników [2]. Po sześciu latach rząd amerykański nadal stosuje system anonimowego recenzowania zgodnie ze wspomnianym biuletynem, który: (1) Obejmuje ciche założenie o niezmiennej rzetelności anonimowych recenzji, nie dając przy tym żadnych instrukcji postępowania i wymogów, które by zapobiegały nieuczciwości recenzji albo stawiały w stan oskarżenia osoby podejrzane o napisanie recenzji niezgodnej z prawdą; (2) Zatwierdza zasadę anonimowości, a nawet promuje rzekome walory tej metody, takie jak „zachowanie bezstronności”; (3) Daje ciche przyzwolenie dla sytuacji sprzyjających konfliktowi interesów, jednocześnie nie dopuszczając do unikania takiej sytuacji; i wreszcie, (4) milczy na temat fatalnych skutków, do jakich doprowadzi długofalowe stosowanie praktyk przezeń zaakceptowanych.

Jedną z konsekwencji anonimowego recenzowania – czytaj: wymysłu NFS – jest opóźnianie publikacji naukowych o lata albo ich wstrzymanie, kiedy tzw. recenzenci chcą osłabić konkurencję lub się jej pozbyć. W latach 90. National Science Foundation sfinansowała stworzenie samodzielnego i autorskiego archiwum publikacji w Los Alamos National Laboratorium, gdzie fizycy i matematycy mogli zamieszczać preprinty swoich artykułów wolne od ingerencji konkurentów, które momentalnie stawały się dostępne dla całego świata. Po wielu zmianach archiwum ostatecznie przyjęło nazwę arXiv.org.

Od samego początku arXiv.org stało się najważniejszym środkiem komunikacji w dziedzinach nauki, jakie obejmuje. Zamiast grzebać w setkach czasopism, nierzadko udostępniających większość treści za opłatą, naukowcy mogą otrzymywać mailem dzienną listę artykułów z różnych dziedzin, pojawiających się na arXiv.org, i ściągać je za darmo. Samodzielne archiwum autorskie mogło stać się perłą w koronie NSF, jednym z jej największych osiągnięć. Zamiast tego, fatalna administracja NSF pozwoliła, by archiwum zostało narzędziem do walki z nauką i posłużyło do oczerniania i dyskryminacji kompetentnych, dobrze przygotowanych naukowców z całego świata.

W okolicach 2001 roku kluczowa obsada, odpowiedzialna za rozwój samodzielnego archiwum autorskiego, opuściła Los Alamos National Laboratory, zatrudniając się w Cornell University. Przypuszczalnie w ramach skoordynowanych działań, które doprowadziły do przyjęcia przez National Science Foundation wniosku [NSF # 0132355 z dn. 16 lipca 2001 r.], Cornell University przejął kontrolę nad arXiv.org i przypuszczalnie otrzymał kwotę 958,798 tys. dol., niezbędą do zrealizowania swojego zamiaru. Wspomniany wniosek zawiera następującą argumentację CU za przyjęciem „sędziowskiego mechanizmu”: „Archiwa badawcze tracą swą użyteczność, kiedy są zalewane pomysłami ekscentrycznych ‚amatorów’, promujących swoje cudowne wynalazki”.

Strona archivefreedom.org zamieściła historie niektórych osób, które padły ofiarą cenzury ze strony władz arXiv.org oraz jego „tajnych moderatorów”. Zawarto tam również wypowiedź naukowca-heretyka, noblisty Briana D. Josephsona, który wyjaśnił znaczenie cenzury stosowanej przez arXiv.org [3]. Bycie na czarnej liście arXiv.org oznacza, że twoje artykuły nie zostaną przyjęte do archiwum albo są „zagrzebywane”, tzn. umieszczane w takich kategoriach, jak fizyka czy matematyka ogólna, gdzie naukowcy lub matematycy zajmujący się wąskim zakresem badań ich nie odnajdą. W rezultacie, urzędnicy rządowych agencji dotacji naukowej oraz naukowcy prowadzący badania i wykładający na uczelniach nie są na bieżąco z nowymi teoriami i odkryciami. Poza finansowym i naukowym uszczerbkiem dotykającym naukowców z czarnej listy, jest jeszcze ludzki czynnik, o którym wspomniał jeden z ocenzurowanych: „Naukowcy z czarnej listy stają się obiektem drwin, ignorancji, wyzwisk, kłamstw, pomówień, ataków osobistych, przekłamań dotyczących ich badań, kultury, wiary, itd.”

Setki tysięcy prac naukowych umieszczonych na arXive.org zdołały obejść się bez niczyjej interwencji. Taka interwencja, ale nie anonimowa recenzja, ma miejsce jedynie wtedy, gdy na kogoś „doniesiono”, czyli celowo wskazano do nierównego traktowania za pomocą stosowania niesprawiedliwych, arbitralnych i kapryśnych standardów. Do dyskryminacji dochodzi z wielu, nigdy nie sprecyzowanych, przyczyn. Takie praktyki stosowane są przez administratorów arXiv.org we współpracy z niewielką grupką „insiderów”, czasem określających się moderatorami, którzy po cichu i bezkarnie dyskryminują wybrane osoby. I nie ma przed tym ratunku – z własnego doświadczenia wiem, że ani bibliotekarz Cornell University, ani dziekan, ani rektor nie biorą żadnej odpowiedzialności za zachowania arXiv.org, odsyłając skargi do administratorów archiwum, którzy najczęściej sami są obiektem tych skarg. Istnienia tajnych „donosicieli” można się spodziewać po byłym Związku Radzieckim czy Rumunii z czasów Ceausescu. Ale to się dzieje w Ameryce, za pieniądze National Science Foundation. Jako obywatel amerykański, weteran wojenny i podatnik, mam prawo być oburzony!

Moim zdaniem jest coś zasadniczo niewłaściwego w tym, że Cornell University otrzymuje rządowe dotacje i kontrakty na prowadzenie badań, a następnie okłamywanie społeczności naukowej poprzez arXiv.org, ukrywając postępy badań czy kontrowersyjne teorie, zwłaszcza w tych przypadkach, które mogą podważyć finansowane przez rząd badania, prowadzone na tym uniwersytecie. Cornell University otrzymuje od rządu dotacje i kontrakty na miliony dolarów rocznie, przez co stał się miejscem rywalizacji o rządowe pieniądze. Uważam, że National Science Foundation popełniła instytucjonalną pomyłkę przekazując w ręce Cornell University potężne narzędzie (arXiv.org), którego uczelnia ta może użyć przeciwko swoim konkurentom. Postępując tak, National Science Foundation pogwałciła prawo, które ją stworzyło:

„W zakresie swoich upoważnień oraz spełniania czynności, których dotyczą kolejne podrozdziały, NSF ma dążyć do rozwoju badań i kształcenia w zakresie nauk ścisłych oraz inżynierii w Stanach Zjednoczonych, obejmując niezależne badania indywidualnych naukowców, a także zapobiegać nierównej koncentracji tych badań”. [42 United States Code 1862 (e)]

Zamiast przestrzegać tego prawa, NFS przekazała potężne narzędzie (arXiv.org) w ręce wiodącego, dobrze opłacanego konkurenta, który nie tylko może go stronniczo używać przeciwko swoim rywalom, ale i prowokować strach przed potajemnym „donosem” i umieszczeniem na czarnej liście, co skutkuje umocnieniem poprawnego politycznie konsensusu i dławieniem postępu nauki. Co zatem należy uczynić?

Moim zdaniem Kongres USA powinien wszcząć śledztwo w sprawie oskarżeń o nadużycia i możliwe popełnienie przestępstwa w kwestii przejęcia i funkcjonowania arXiv.org pod szyldem Cornell University, włączając w to ewentualny współudział lub zgodę (bądź jedno i drugie) pracowników innych uniwersytetów oraz instytucji rządowych, w tym Departamentu Sprawiedliwości i Prokuratury Generalnej stanu Nowy Jork. Jeżeli dowody okażą się wiążące, rząd Stanów Zjednoczonych powinien rozpatrzyć kwestię wszczęcia postępowania karnego w celu odzyskania arXiv.org i przekazania go w ręce neutralnej organizacji, jak National Archive czy Library of Congress – co powinno zostać zrobione już na samym początku.

Znany ekonomista George E.P. Box tak się wypowiedział o modelach: wszystkie modele są złe, ale niektóre są użyteczne. Zasadniczo modele mają odtwarzać rzeczywiste lub hipotetyczne zdarzenia czy procesy i prowadzić do uzyskania wyniku zgodnego z oczekiwaniami twórcy – oczekiwaniami opartymi na subiektywnych założeniach i dopasowanych zmiennych; modele te nie muszą być poprawne, a do tego można je zastąpić kolejnymi. Dla mnie jednak ważniejsze jest odkrycie prawdy o Ziemi i Wszechświecie, niż tworzenie takich modeli.

Astronomowie dokonali do chwili obecnej niezwykłych obserwacji. Astrofizycy usiłują zrozumieć fizyczne podstawy kryjące się za tymi obserwacjami, tworząc modele oparte na jakichś założeniach lub na innych modelach opartych na innych założeniach. W latach 20. naukowcy dokonali syntezy jądrowej – złączenia dwóch bardzo lekkich jąder atomowych, skutkującego wydzieleniem potężnej energii. Proces ten nazwano termojądrowym z racji temperatury około miliona stopni Celsjusza, potrzebnej do zainicjowania reakcji. W latach 30. rozpracowano reakcje termonuklearne, które miały być odpowiedzialne za zasilanie Słońca i innych gwiazd. Ale skąd się wziął milion stopni „na rozruch”? Zakładano, że taką temperaturę wygenerowało zapadnięcie się pyłu i gazu podczas formowania się gwiazd. Istnieją jednak poważne problemy, o czym się później przekonałem, z osiągnięciem tym sposobem temperatury rzędu miliona stopni.

Gwiazda przypomina bombę wodorową trzymaną w jednym kawałku przez grawitację. Reakcję syntezy jądrowej każdej bomby wodorowej inicjuje rozszczepienie jądra atomowego w niewielkim ładunku atomowym, pełniącym rolę zapalnika. W 1994 roku, w swoim artykule opublikowanym w Proceedings of the Royal Society of London, zaproponowałem, że gwiazdy, podobnie jak bomby wodorowe, odpalane są przez rozszczepienie jądra atomowego – rozpad jąder uranu i cięższych jąder atomowych [4]. Niesie to ze sobą poważne konsekwencje – gwiazdy nie rozbłyskują podczas formowania się, jak myślano poprzednio, ale potrzebują rozszczepialnego zapalnika. Moja teoria termojądrowego rozbłysku gwiazd za pomocą rozszczepienia jądra atomowego została całkowicie zignorowana przez modelujących astrofizyków. Ignorowanie teorii podważających politycznie poprawny konsensus jest powszechną praktyką, a wszystko dzięki strachowi przed anonimowymi recenzentami albo przed „donosami” i trafieniem na czarną listę.

W 2006 roku złożyłem do publikacji w Astrophysical Journal Letters krótki manuskrypt artykułu o termojądrowym zapłonie ciemnych galaktyk. Podpisałem wymagany formularz o przeniesieniu praw autorskich i mój artykuł powędrował do anonimowego zrecenzowania, został jednak odrzucony bez przedstawienia rzeczowej krytyki. Wysłałem więc dwa kolejne – krótkie, ale też ważne – manuskrypty. Sam fakt, że nie musiałem podpisać formularzy o przeniesieniu praw autorskich do obu tych manuskryptów przed oddaniem do recenzji, co było przecież wymogiem, stanowiło oczywisty dowód na brak zasady bezstronności, rzekomo nieodłącznego elementu Amerykańskiego Towarzystwa Astronomicznego (AAS), finansującego to czasopismo. Nic więc dziwnego, że oba manuskrypty zostały odrzucone bez podania jakichkolwiek naukowych podstaw. Złożyłem skargę do władz AAS, którzy do tej pory nie zareagowali, mimo że statut Towarzystwa wyraźnie stwierdza: „Jako profesjonalne towarzystwo AAS ma obowiązek zapewnić atmosferę sprzyjającą swobodnemu głoszeniu i wymianie poglądów naukowych”. Odrzucając te manuskrypty, Amerykańskie Towarzystwo Astronomiczne uciekło przed własnymi członkami, środowiskiem naukowym i urzędnikami finansującymi naukę; uciekło przed zupełnie nowymi poglądami na Wszechświat, w tym kwestią powstawania charakterystycznych cech wizualnych galaktyk [5].

Niedługo po incydencie z Astrophysical Journal Letters okazało się, że figuruję na czarnej liście arXiv.org. Przedtem mogłem nie tylko zamieszczać tam artykuły, ale nawet zatwierdzać prace innych badaczy w następujących kategoriach: astrofizyka, nauczanie fizyki, fizyka ogólna, geofizyka, historia fizyki oraz fizyka kosmosu. A teraz, zupełnie bez powodu, zostałem napiętnowany, pozbawiony możliwości popierania prac innych, zaś moje prace zostały „pogrzebane” w dziale fizyki ogólnej, gdzie nikt ich nie zauważy, o ile oczywiście w ogóle zostaną wpuszczone. Nawet moje naukowe rozprawy, które kwestionowały finansowane przez rząd badania na Cornell University, albo zagrzebano, albo nie wpuszczono do archiwum – miejsca, gdzie zamieszczono już setki tysięcy artykułów bez niczyjej interwencji.

Pół wieku stosowania anonimowej recenzji przez naukowych rywali – w National Science Foundation i innych agencjach, takich jak NASA – narzuciło mentalność „nigdy nie krytykuj nauki” osobom otrzymującym granty. A przecież nauka jest po to, aby wykrywać błędy w dzisiejszym myśleniu i poprawiać je. Amerykański system kształcenia został zahamowany przez tę mentalność. Organizacje oświatowe finansowane prze NSF czy NASA prawie nigdy nie uczą studentów czy nauczycieli postępowania, które podważałoby „polityczną poprawność” w sprawie panujących dogmatów. To samo dotyczy organizacji zajmujących się informowaniem o postępach w nauce, które rzadko donoszą o wynikach badań kwestionujących ów „politycznie poprawny” paradygmat. Korupcja amerykańskiej nauki jest wszechobecna i przytłaczająca, a odbija się to w skali globalnej – przykładem jest choćby niedawna afera „Climategate”.

Niegdyś naukowcy sądzili, że planety nie wytwarzają energii poza niewielkimi ilościami powstałymi z rozpadu radioaktywnego – planety po prostu otrzymują energię od Słońca i odbijają ją w przestrzeń. Pod koniec lat 60. astronomowie zaobserwowali, że Jowisz, Saturn i Neptun wysyłają w przestrzeń kosmiczną niemal dwukrotnie większą ilość energii, niż otrzymują od Słońca. Przez dwadzieścia lat owo źródło wewnętrznej energii stanowiło zagadkę dla naukowców finansowanych przez NASA, którzy błędnie myśleli, że rozpatrzyli już i odrzucili wszystkie możliwości. W 1991 roku przesłałem do niemieckiego Naturwissenschaften pracę, w której jako prawdopodobne źródło tej energii wskazałem naturalne reaktory jądrowe, znajdujące się w jądrach planet. Użyłem tej samej metody badawczej co Paul K. Kuroda w 1956 roku, który przewidział występowanie naturalnych mini-reaktorów nuklearnych w prehistorycznych złożach uranu, których pozostałości odnaleziono w 1972 r. w Oklo w Gabonie.

Po przyjęciu artykułu do publikacji [6], wysłałem do Planetary Geophysics Program przy NASA przekrój moich badań. Paul K. Kuroda przyjął moją propozycję współpracy, jednak podkreślił, że badania prowadzi pro bono, bo „nie potrzebuje pieniędzy”.

Universities Space Research Association, stowarzyszenie głównych instytucjonalnych odbiorców funduszy NASA, sprawuje kontrolę nad Lunar and Planetery Institute, który zorganizował panel dyskusyjny akurat w czasie, gdy przesłałem moje zgłoszenie. Panel przysłużył się NASA, nawołując do anonimowego recenzowania nadesłanych wniosków, a następnie oceniając je na potajemnym spotkaniu na podstawie wystawionych recenzji, oraz tworząc ich ranking, co miało ułatwić ludziom z NASA decyzję, kogo dofinansować. Panel, złożony z czołowych odbiorców grantów od NASA, otrzymujących je poprzez Planetary Geophysics Program albo Planetary Geology Program, w tajemnicy dokonał rankingu wszystkich wniosków przesłanych do obu tych programów. Innymi słowy, moje zgłoszenie walczyło o te same ograniczone środki, co zgłoszenia instytucji, których personel obsługiwał powyższy panel. Ówczesny przewodniczący panelu związany był z Laboratorium Napędu Odrzutowego przy NASA, którym kieruje California Institute of Technology (Caltech), i który pochłonął ponad 40% budżetu z Planetary Geophysics Program.

Nie muszę wspominać, że mój wniosek został odrzucony. Normalnie, każdy ranking wniosków stworzony przez ten panel jest poufny, jednak dzięki nadzwyczajnym staraniom uzyskałem informację od kongresowego General Accounting Office (od 2004 roku Government Accountability Office), że pod względem technicznym panel ocenił mój wniosek najniżej spośród 120 innych zgłoszonych do Planetary Geophysics Program. Można by mieć poważne zastrzeżenia co do spójności tego rankingu, jako że później samodzielnie przeprowadziłem wszystkie badania zawarte w moim wniosku, a nawet więcej, łącznie z wykazaniem możliwości istnienia reaktora nuklearnego w jądrze Ziemi, zwanego georeaktorem, będącego źródłem energii oraz mechanizmem tworzącym ziemskie pole magnetyczne [4, 7-11]. Rozszerzyłem tę teorię również na inne planety i duże księżyce [12]. Koncepcja wewnątrzplanetarnych reaktorów jądrowych spotkała się z dość sporym zainteresowaniem wśród międzynarodowej społeczności naukowej. A jaka była odpowiedź NASA?

W ciągu dwudziestu lat od fiaska mojego wniosku naukowcy finansowani przez NASA – o ile mi wiadomo – nigdy nie wspomnieli o teorii naturalnych reaktorów ani nie zacytowali żadnej mojej publikacji. A jednak dyskutowali – bo należało – nad licznymi obserwacjami „tajemniczej” produkcji wewnętrznego ciepła czy generowania pola magnetycznego planet,  np.: (1) Wytwarzanie wewnętrznego ciepła na Jowiszu, Saturnie czy Neptunie; (2) Miękki lub płynny rdzeń Księżyca; (3) Posiadanie pola magnetycznego przez malutkiego Merkurego; (4) Dowody na istnienie w przeszłości globalnego pola magnetycznego na Marsie; (5) Dowody na istnienie w przeszłości podobnego pola na Księżycu; (6) Księżyc Jowisza, Ganimedes, posiada wewnętrznie generowane pole magnetyczne; (7) Dowody na wewnętrzną produkcję ciepła przez księżyc Saturna, Enceladusa; (8) Dowody na identyczne zjawisko wewnątrz księżyca Plutona, Charona. Otrzymuję wiele emaili od osób z całego świata, które przeczytały raporty NASA w tej kwestii, i dziwią się, dlaczego nie wspomniano tam moich prac, skoro oferowałem w nich wiarygodne wyjaśnienie tych problemów.

Podobnie jak astrofizycy, amerykańska społeczność geofizyków uparcie ignoruje moje naukowe wyzwania, obstając przy przestarzałych, bo z lat 40., poglądów stanowiących podstawę ich wydumanych modeli. Nauka nie ma prezentować „politycznie poprawnych” poglądów i ignorować innych. Zadaniem nauki jest wykrywanie błędów w obecnych teoriach i korygowanie ich. Amerykańscy geofizycy roztrwonili grube miliony dolarów podatników na zupełnie niepotrzebne rzeczy, zamiast poświęcić je na rokujące badania. Publikuję w światowej klasy czasopismach ważne i dobrze udokumentowane prace, wskazujące sprzeczności w obecnej myśli naukowej. Etycznym obowiązkiem środowiska naukowego jest podjęcie próby potwierdzenia lub obalenia idei zawartych w tych pracach. W każdym razie, sprzeczności te powinny być cytowane [13].

W 1936 roku Inge Lehmann dokonała odkrycia jądra wewnętrznego Ziemi, rozmiarami zbliżonego do Księżyca i około 3 razy od niego cięższego, co około 1940 roku skłoniło naukowców do przekonania, że jest to zastygające płynne żelazo. W 1979 roku opublikowałem całkowicie odmienną teorię dotyczącą składu jądra wewnętrznego. Do artykułu odniósł się laureat Nagrody Nobla, Harold C. Urey, w Proceedings of the Royal Society of London [14], otrzymałem także pochlebny list od Inge Lehmann. Jednak zamiast debaty, dyskusji oraz eksperymentalnego i/lub teoretycznego potwierdzenia bądź obalenia mojej teorii, napotkałem ścianę milczenia ze strony środowiska geofizyków nie tylko w tym przypadku, ale też w całej serii kolejnych odkryć [15]. Prawdziwy naukowiec wita nowe teorie i odkrycia z otwartymi ramionami, gdyż prowadzą one do dalszych postępów. Pseudonaukowy barbarzyńca przeciwnie – ignoruje to, czego nie lubi, a tym samym okłamuje społeczność naukową, szerszego odbiorcę oraz rząd USA, który finansuje te jego wątpliwej wartości wypociny.

W 1838 roku, w trakcie swojej przemowy w Męskim Liceum w Springfield (Illinois), Abraham Lincoln oświadczył: „Kiedy zatem mamy się spodziewać nadejścia zagrożenia? Odpowiem tak: jeżeli kiedykolwiek nas ono dosięgnie, będzie musiało zrodzić się wśród nas. Nie może przybyć z zagranicy. Jeżeli zniszczenie ma być nam pisane, musimy sami być jego twórcami i wykonawcami”. Później, już jako prezydent, Lincoln nieświadomie pomógł zasiać owe nasiona samozniszczenia, gdy w 1863 roku podpisał ustawę o powołaniu National Academy of Sciences (Narodowej Akademii Nauk, NAS), mówiącą: „National Academy of Sciences… na wniosek dowolnego departamentu rządu ma przeprowadzić badania i eksperymenty, a także zdać relację na temat dowolnego przedmiotu z zakresu nauki i sztuki”.

Czy National Academy of Sciences kiedykolwiek wskazała amerykańskiemu rządowi błędy istniejące w obecnych procedurach agencji dotujących naukę, jak te, które sam ujawniłem [1,2], a które korumpują i trywializują amerykańską naukę? Czy kiedykolwiek ujawniła zjawisko zorganizowanego dławienia postępu naukowego, kryjącego się pod nazwą anonimowej recenzji, praktykowane przez tak zwane profesjonalne środowiska – łącznie z kręgami wewnątrz NAS, na temat których przesłałem dokumentację prezesowi Akademii – a co będzie kosztować amerykańskich podatników wiele milionów dolarów wyrzuconych w błoto? Wątpię. Pomimo stale rosnących budżetów amerykańska nauka i edukacja kontynuują wieloletnią tendencję spadkową, zbliżając się do poziomu krajów Trzeciego Świata. W sprawach prywatnych, zdrowotnych, prawnych czy biznesowych czymś powszechnym jest korzystanie z usług doradcy. Wszyscy tak robimy. A jeśli porada okazuje się błędna, rezygnujemy z tego doradcy i wynajmujemy drugiego. Moim zdaniem Kongres USA powinien rozwiązać National Academy of Sciences i znaleźć inne źródło naukowych i edukacyjnych porad.

Hamowanie oraz ignorowanie postępu nauki może mieć poważne, realne konsekwencje. Ziemia jest nieustannie bombardowana przez wiatr słoneczny – zjonizowaną i przewodzącą elektryczność plazmę, podgrzaną do około 1 mln ºC. Na szczęście ziemskie pole magnetyczne odchyla główne uderzenie wiatru słonecznego, powodując, że bezpiecznie omija on naszą planetę, chroniąc ludzkość przed nieustającym słonecznym szturmem. Jednak przebiegunowanie lub zanik pola geomagnetycznego niewątpliwie będzie katastrofą o niewyobrażalnych konsekwencjach dla naszej, uzależnionej od technologii, cywilizacji.
W razie utraty pola geomagnetycznego ogromne masy ludzi zostaną pozbawione elektryczności. Sieci elektryczne będą przypominać niekontrolowane generatory, kiedy naładowana elektrycznie fala szalejącego wiatru słonecznego indukuje samobójcze przepływy prądu na liniach przesyłowych, doprowadzając do zwarć i eksplozji kluczowych elementów sieci. Potężne i destrukcyjne przepływy prądu zostaną także wywołane w gazociągach i ropociągach, prowadząc do eksplozji i pożarów. Na wszelkich powierzchniach gromadzić się będą ładunki elektryczne, osiągając niebezpiecznie wysoki potencjał na krawędziach i spiczastych punktach, grożąc porażeniem i pożarem. Satelity przestaną działać wskutek  spalenia całej ich elektroniki przez podmuch plazmy. Dojdzie do globalnego załamania systemów komunikacji i nawigacji. I, co gorsza, katastrofa ta będzie miała poważny, długofalowy i z pewnością niszczący wpływ na nasze zdrowie.

Do niedawna przebiegunowanie pola geomagnetycznego lub jego całkowity zanik uważano za wydarzenia czekające nas w odległej przyszłości, które do tego będą zachodzić bardzo powoli. Ten pogląd może się jednak radykalnie zmienić.

Zauważcie, że w wodzie gotowanej na kuchence, przed procesem wrzenia dochodzi do cyrkulacji z dołu do góry i z góry na dół. Jest to zjawisko konwekcji, które można lepiej zaobserwować, dodając kilka liści herbaty, nasion selera, itp., które będą się przemieszczać dzięki zachodzącej cyrkulacji. Dzieje się tak, ponieważ ciepło na dnie sprawia, że woda nieco się rozszerza, stając się lżejszą, mniej gęstą, aniżeli zimniejsza woda w górnej części naczynia. Proces konwekcji jest niestabilnym, przeciążonym od góry układem, dążącym do odzyskania równowagi poprzez ruch cieczy.

W 1939 roku Walter Elsasser zaproponował teorię, zgodnie z którą ziemskie pole magnetyczne jest tworzone przez ruchy konwekcyjne w płynnym jądrze Ziemi, odchylane przez obrót planety, w wyniku czego powstaje rodzaj dynama. Przez siedemdziesiąt lat środowisko geofizyków zakładało, że konwekcja „musi” zachodzić w jądrze. Niezliczone miliony dolarów wydano na modelowanie procesu konwekcji i jego roli w płynnym jądrze ziemskim.

27 stycznia 2009 r. przesłałem do Physical Review Letters krótką, ale ważną notkę, w której wykazałem, że konwekcja zachodząca w jądrze ziemskim jest fizycznie niemożliwa, ponieważ: (1) Jądro jest zbyt ciężkie u dołu z powodu zagęszczenia przez masę znajdującą się powyżej; (2) Dno jądra nie może być gorętsze od górnych warstw, co jest wymagane w procesie konwekcji, jądro jest bowiem otoczone izolującą powłoką; oraz (3) liczba Rayleigha została błędnie zastosowana w celu potwierdzenia teorii konwekcyjnej. Zaproponowałem teorię, że ziemskie pole magnetyczne wytwarzane jest przez działanie mechanizmu Elsassera w podpowłoce nuklearnego georeaktora. Przez cały proces recenzowania ani Physical Review Letters, ani jego sponsor, American Physical Society, nie przedstawiły rzetelnej, naukowej krytyki, a jedynie negatywne opinie i przekręcanie faktów, czego dopuścił się także co najmniej jeden z członków National Academy of Sciences. Rzecz jasna, artykuł został odrzucony przez Physical Review Letters, a jego preprint „pogrzebany” przez arXiv.org w kategorii Fizyki Ogólnej [16], skutecznie ukrywając go przed urzędnikami rządowych agencji dotujących naukę, a tym samym niemal gwarantując, że pieniądze podatników nadal będą marnowane na bezowocne, fizycznie niemożliwe modele oparte na płynnym jądrze ziemskim. Bezzasadne odrzucenie i ukrywanie tego artykułu może mieć jednak bardzo poważne konsekwencje.

Płynne jądro Ziemi to około 30% całkowitej masy planety. Masa nuklearnego georeaktora wynosi zaledwie jedną milionową tej wartości, co oznacza, że zaburzenie w nim konwekcji może prowadzić do bardzo gwałtownych zmian, w tym do nagłego przebiegunowania pola magnetycznego. Wyobraźcie to sobie w ten sposób: kierunek i prędkość małego elektrycznego pociągu-zabawki można zmienić szybciej i przy użyciu mniejszej siły, niż prawdziwego pociągu z pełnym ładunkiem i kompletem wagonów. Badając zaschnięte strumienie lawy naukowcy potwierdzili niedawno, że nagłe zmiany pola magnetycznego – sześć stopni dziennie dla jednego przebiegunowania i stopień tygodniowo dla kolejnego – miały już miejsce w przeszłości [17,18]. Stosunkowo niewielka masa georeaktora zgadza się z możliwością bardzo szybkiego odwrócenia biegunów – trwającego od miesiąca do kilku lat. Obserwowane od niedawna szybsze niż zwykle przesuwanie się bieguna północnego ku Syberii niektórzy naukowcy uważają za oznakę bliskiego przebiegunowania, chociaż nie ma co do tego żadnej pewności.  Z uwagi na globalne konsekwencje, hamowanie badań związanych z teorią nagłych zmian ziemskiego pola magnetycznego jest moim zdaniem równoznaczne z  nadużyciem zaufania i zdradą wobec ludzkości.

Dla dobra nas wszystkich, najwyższy czas, by usunąć szarlatanów i pseudonaukowych barbarzyńców i stworzyć środowisko, w którym nauka będzie mogła rozwijać się w zgodzie z prawdą, a naukowcy pracować bez strachu przed zemstą i donosem za nowatorskie teorie lub niedostosowanie się do obowiązujących, „politycznie poprawnych” poglądów. Opisałem cztery główne, szkodzące nauce błędy, zapoczątkowane przez National Science Foundation pół wieku temu, które istnieją do dziś także w wielu innych rządowych agencjach dotujących naukę, oraz przedstawiłem praktyczne sposoby ich naprawy [1]. Wdrożenie tych metod nie będzie zbyt trudne – wymaga jedynie odwagi i uczciwości.

O autorze:

J. Marvin Herndon posiada gruntowne wykształcenie: tytuł B.A. z fizyki (UCSD), doktorat z chemii jądrowej (Texas A&M), odbyte stanowisko adiunkta na przedmiotach geochemii i kosmochemii pod opieką Hansa E. Suessa i Harolda C. Ureya. Nazwany przez Washington Post „niepokornym geofizykiem”, ten interdyscyplinarny naukowiec zidentyfikował skład ziemskiego jądra wewnętrznego – jako niklowo-krzemkowe – oraz przedstawił argumenty na rzecz teorii o naturalnym reaktorze jądrowym w jądrze ziemskim jako źródle energii i miejscu powstawania pola magnetycznego. Swoją karierę naukową poświęcił na wykrywanie utrwalonych fundamentalnych błędów w nauce, obecnie zaś ujawnia błędy administracyjne, które od dziesięcioleci niszczą i korumpują amerykańską naukę i oświatę.

Przypisy:

1. Herndon, J. M., American Science Decline: The Cause and Cure http://www.bestthinking.com/articles/law/government_law/federal_regulation/american-science-decline-the-cause-and-cure

2. Herndon, J. M., Peer Review Folly: Independent Critique and Recommendations http://www.bestthinking.com/articles/law/government_law/federal_regulation/peer-review-folly-independent-critique-and-recommendations

3. Josephson, B. D., Covert censorship by the physics preprint archive. http://www.tcm.phy.cam.ac.uk/~bdj10/archivefreedom/main.html

4. Herndon, J. M., Planetary and protostellar nuclear fission: Implications for planetary change, stellar ignition and dark matter. Proceedings of the Royal Society of London, 1994. A455: p. 453-461.

5. Herndon, J. M., New concept for internal heat production in hot Jupiter exo-planets, thermonuclear ignition of dark galaxies, and the basis for galactic luminous star distributions. Current Science (India), 2009. 96: p. 1453-1456. http://nuclearplanet.com/Herndon%20Current%20Science%2090610.pdf

6. Herndon, J. M., Nuclear fission reactors as energy sources for the giant outer planets. Naturwissenschaften, 1992. 79: p. 7-14.

7. Herndon, J. M., Feasibility of a nuclear fission reactor at the center of the Earth as the energy source for the geomagnetic field. Journal of Geomagnetism and Geoelectricity, 1993. 45: p. 423-437. http://nuclearplanet.com/Herndon%20JGG93.pdf

8. Herndon, J. M., Sub-structure of the inner core of the earth. Proceedings of the National Academy of Sciences (USA), 1996. 93: p. 646-648. http://nuclearplanet.com/pnas-1996.pdf

9. Herndon, J. M., Nuclear georeactor origin of oceanic basalt 3He/4He, evidence, and implications. Proceedings of the National Academy of Sciences (USA), 2003. 100(6): p. 3047-3050. http://nuclearplanet.com/pnas%202003.pdf

10. Herndon, J. M., Nuclear georeactor generation of the earth’s geomagnetic field. Current Science (India), 2007. 93(11): p. 1485-1487. http://nuclearplanet.com/Herndon%20Current%20Science%2071210.pdf

11. Hollenbach, D. F. and J. M. Herndon, Deep-earth reactor: nuclear fission, helium, and the geomagnetic field. Proceedings of the National Academy of Sciences (USA) , 2001, 98(20): p. 11085-11090. http://nuclearplanet.com/pnas%202003.pdf

12. Herndon, J. M., Nature of planetary matter and magnetic field generation in the solar system. Current Science (India), 2009. 96: p. 1033-1039. http://nuclearplanet.com/Herndon%20Current%20Science%2090425.pdf

13. Herndon, J. M., Inseparability of science history and discovery. History of Geo- and Space Science, 2010. 1: p. 25-41. http://nuclearplanet.com/hgss-1-25-2010.pdf

14. Herndon, J. M., The nickel silicide inner core of the Earth. Proceedings of the Royal Society of London, 1979. A368: p. 495-500.

15. Herndon, J. M., Brief Biography. http://nuclearplanet.com/JMH%20Biography.html

16. Herndon, J. M., Uniqueness of Herndon’s georeactor: Energy source and production mechanism for Earth’s magnetic field. arXiv.org/abs/0901.4509, 2009. http://nuclearplanet.com/Herndon%20Uniqueness.pdf

17. Bogue, S. W., Very rapid geomagnetic field change recorded by the partial remagnetization of a lava flow. Geophysical Research Letters, 2010. 37: p. doi: 10.1029/2010GL044286.

18. Coe, R. S. and M. Prevot, Evidence suggesting extremely rapid field variation during a geomagnetic reversal. Earth and Planetary Science Letters, 1989. 92: p. 192-198.

Dodatkowa lektura

Ogrin, S., Ghost in the Machine. The Dot Connector Magazine, 2010(11): p. 38-40.

Perelman, C. C., The Trouble with Physicists. The Dot Connector Magazine, 2010(11): p. 41-43.

– –

Ten artykuł jest przekładem oryginału zamieszczonego w języku angielskim na stronie:
The Corruption of Science in America

dokonanym przez polskich tłumaczy z grupy QFG – edytorów blogu PRACowniA.

Materiał ten został opublikowany przez SOTT.NET – projekt Quantum Future Group, Inc – i jest jego własnością. Zezwala się na kopiowanie i publiczne rozpowszechnianie pod warunkiem podania oryginalnego źródła i autora oraz żródła przekładu.

Dodatkowe informacje uzyskasz pisząc na adres: pracownia-iv@o2.pl

Reklamy

3 Komentarze »

  1. [link usunięty, to jest piractwo]-Inside-Job-2010-Lektor-PL.html

    to niezły suplement o korupcji w ekonomii, ale poza tym ciekawy film

    Komentarz - autor: kontras — 10 stycznia 2012 @ 22:58

  2. Domena arxive.org jest na sprzedaż. Nie od dziś wiadomo, że pieniądz niszczy nie tylko przyjaźń, ale zaburza zdrowy rozsądek i pozbawia człowieczeństwa. To wynalazek diabła. Będący w posiadaniu niewłaściwych grup – staje się hamulcem, tyranem i despotą, przyczyną ludzkich tragedii. Wynalazki i korekty teorii zalegają w przepastnych archiwach jedynie po to, by w przyszłości posłużyć grupom posiadającym największe wpływy na światowej arenie przemysłu i kontroli społeczeństw. Wdrażanie nowoczesnej myśli technicznej następuje dopiero po śmierci jej autora – jeśli ten nie przystąpi do kręgu milczenia i nie da się skorumpować. Wielu naukowcom nadal zależy na szerzeniu nauki na zasadach otwartych i ogólnie dostępnych (co bardzo mnie cieszy), jednak taka postawa stoi w opozycji do interesów (geszeftów) klanów które postanowiły zawładnąć światem na każdej płaszczyźnie – od dostępu do technologii, po mentalność i postrzeganie podległej (a może zniewolonej) ludzkości.

    Komentarz - autor: Open_klozet — 16 stycznia 2012 @ 06:04

  3. Usuwanie pojęć prawdy i fałszu z logiki a destrukcja nauki

    Społeczne funkcjonowanie pojęć prawdy i piękna w różnych cywilizacjach
    https://forum.wybudzeni.com/index.php?topic=1672.0

    Kluczowe znaczenie ma tu charakterystyczne dla danej cywilizacji rozumienie samych terminów prawda, prawdziwy, prawdziwa informacja, prawdziwe twierdzenie, fałsz, fałszywy, fałszywa informacja, fałszywe twierdzenie. Sposób rozumienia tych pojęć w społeczeństwach o różnych cywilizacjach nazywamy ich socjoznaczeniem, jest on podstawą sposobu kodowania informacji w danym społeczeństwie.
    Na bazie socjoznaczeń charakterystycznych dla danej cywilizacji powstają stereotypy – jako słowa-klucze, które obok elementów poznawczych (najczęściej zawężonych) zawierają silne, wręcz dominujące, elementy oceniająco-decyzyjne. W masowym procesie społecznej wymiany informacji wypierają one pojęcia związane z tymi samymi słowami-kluczami, lecz zawierające wyłącznie w miarę precyzyjne treści poznawcze4. Ewolucja społecznego procesu przetwarzania i upowszechniania informacji przebiega w ten sposób, że stereotypy charakterystyczne dla danej cywilizacji najpierw dominują, a następnie wypierają i zastępują pojęcia. Często też bywa tak, że stereotypy od razu powstają zamiast pojęć.
    W starożytnej cywilizacji ateńskiej i niektórych kulturach należących do cywilizacji łacińskiej prawdziwość informacji jest rozumiana jako ich zgodność z rzeczywistością – rozumianą jako stan świata, który istnieje niezależnie od tego czy i jak dany system go poznaje i ocenia (w związku z tym dla określenia tego stanu używa się też często terminu obiektywna rzeczywistość)5 – fałszywość zaś jako niezgodność z nią. Takie jest w tej cywilizacji socjoznaczenie pojęć prawda i fałsz. Kryteria prawdy, metody oceny prawdziwości lub fałszywości wszelkich informacji – w tym również twierdzeń naukowych – w tej cywilizacji polegają na konfrontacji tych informacji z rzeczywistością. Dzięki temu mogły w niej powstać postulaty swobodnego obiegu informacji, prawdomówności – zarówno w sprawach prywatnych jak i publicznych, wreszcie mogła się narodzić nauka jako metodyczne dochodzenie prawdy obiektywnej prowadzące do formułowania ogólnych definicji i twierdzeń, publikowanych i ogólnie dostępnych wydawnictwach.
    W tej cywilizacji powstało pojęcie prawdy (zwanej też prawdą obiektywną lub prawdą materialną), nie zaś jej stereotyp. Pojęcie to stało się w tej cywilizacji podstawą procesów kodowania i przetwarzania informacji, przy których zasadnicze, decydujące znaczenie ma ich wartość poznawcza.
    (…)
    W cywilizacjach sakralnych socjoznaczenie pojęć prawda, fałsz itp. jest odmienne niż w cywilizacji łacińskiej. W tego typu cywilizacjach prawdziwość informacji jest rozumiana jako ich zgodność z obowiązującą i społecznie uznawaną ideologią (rozumianą jako zbiór norm wytyczających zasadnicze cele działalności społeczeństwa jako układu zorganizowanego), fałszywość zaś jako niezgodność z nią; zgodność informacji i twierdzeń z obiektywną rzeczywistością ma mniejsze znaczenie.
    (…)
    W cywilizacji bizantyńskiej socjoznaczenie słów prawda i fałsz to prawomocność i nieprawomocność; podstawowym kryterium prawdy jest właśnie prawomocność; prawdziwość informacji oceniana jest przez pryzmat jej zgodności z normami prawnymi (prawem) i twierdzeniami głoszonymi przez biurokratyczne urzędowe autorytety, w wypadku zaś gdy jest ona z nimi niezgodna oceniana jest jako fałszywa. Tak rozumiane pojęcie prawdy można nazwać prawdą formalną. Kryteria prawdy, metody oceny prawdziwości lub fałszywości informacji – w tym również twierdzeń naukowych – w tym systemie polegają na ich formalno-prawnej ocenie, dokonywanej przez powołane do tego autorytety urzędowe.
    (…)
    W niektórych społeczeństwach, które wyrosły na bazie cywilizacji łacińskiej, w XIX i XX wieku zaczęło funkcjonować socjoznaczenie słów prawda i fałsz jako efektywność i nieefektywność – przede wszystkim gospodarcza; podstawowym kryterium prawdy są przy tym rezultaty – głównie ekonomiczne; prawdziwość informacji oceniana jest przez pryzmat efektów jej zastosowania – gdy przynosi pozytywne rezultaty jest oceniana jako prawdziwa w przeciwnym razie oceniana jest jako fałszywa. Kryteria prawdy, metody oceny prawdziwości lub fałszywości informacji – w tym również twierdzeń naukowych – w tych społeczeństwach polegają na ocenie efektów (przede wszystkim ekonomicznych) jej wykorzystania.
    Obieg informacji jest tu podporządkowany wymogom ekonomii. Wszystkie rodzaje norm społecznych – w tym również etyka, prawo i prawda – a także wszystkie dziedziny życia są tu podporządkowane gospodarce, oznacza to zasadę oceny wszelkich decyzji w pierwszym rzędzie przez pryzmat ich efektów ekonomicznych.
    W tych społeczeństwach pojęcie prawdy jest zastępowane przez stereotyp, który jest syntezą pojęcia prawdziwości i efektywności (przede wszystkim ekonomicznej), przy czym decydujące znaczenie ma ta druga część, oznacza to, że prawda materialna jest tu ważniejsza niż prawda formalna. Stereotyp ten stał się w tym systemie podstawą procesów kodowania i przetwarzania informacji, w których zasadnicze, decydujące znaczenie mają korzyści, które może przynieść ich wykorzystanie.</i?

    Komentarz - autor: bladymamut — 30 marca 2015 @ 10:36


RSS feed for comments on this post. TrackBack URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: