PRACowniA

26 Lipiec 2011

Fascynująca historia kłamstw, którymi amerykańska prawica zdominowała politykę

Filed under: Polityka,Świat wokół nas — iza @ 12:16

Rick Perlstein
AlterNet
26 maja 2011 00:00 CDT

Od “Hydraulików” Nixona do prowokacji Jamesa O’Keefe: Jak polityczne kłamstwa stały się codziennością.

Do urzeczywistnienia politycznego kłamstwa potrzeba dwóch rzeczy: wpływowej osoby lub instytucji, która by je wypowiedziała, oraz grupy innych wpływowych instytucji, potwierdzających to kłamstwo. Pierwszy składnik zawsze był gotowy – królowie, prezesi korporacji, politycy czy ideolodzy z obu stron barykady chętnie naginali fakty z „konieczności” lub w imię własnych interesów. Dlaczego w takim razie odnosimy wrażenie, że żyjemy w czasach wyjątkowo zdominowanych przez tak rażące i nagminne oszustwa? Co się zmieniło?

Dzisiejsze krętactwa niemal zawsze rozwijają się podobnie: Najpierw pojawia się iskra – przykładowo, ktoś twierdzi, że Saddam ma „broń masowego rażenia” albo że Barack Obama knuje diabelski plan postawienia obywateli starszej daty przed komisją decydującą o ich życiu lub śmierci [termin „komisja śmierci” został ukuty w 2009 r. przez Sarę Palin, krytykującą projekt ustawy o opiece zdrowotnej – przyp. tłum.]. Następnie siatka medialna pomaga rozplenić się tym wieściom, aż uwierzy w nie wystarczająco dużo ludzi – w konsekwencji kłamstwo staje się aktywną częścią życia politycznego.

Ostatnie 15 lat poświęciłem badaniu trzech okresów w historii polityki: narodzin współczesnego ruchu konserwatywnego, skupionego wokół Barry’ego Goldwatera, ery Nixona oraz lat Reagana; te trzy nurty ukształtowały dzisiejsze kłamstwo polityczne. Oto, jak do tego doszło.

Prolog: Po prostu zmyślaj  

Gdy 15 lutego 1898 r. u wybrzeży Kuby zatonął w wyniku eksplozji krążownik USS Maine, po dwóch dniach New York Journal podał: „Maine zniszczony przez Hiszpanów: Dziura po torpedzie niezbitym dowodem”. Jednak nie było żadnej dziury po torpedzie. Według wcześniejszych doniesień gazety, hiszpański krążownik opancerzony „zdolny, jak twierdzą marynarze, zniszczyć pokaźną część Nowego Jorku w niespełna dwie godziny”, był już w drodze. Nagłówek krzyczał „TO PEWNE! WOJNA!”

Odpowiedzialny za to był wydawca o politycznych ambicjach, William Randolph Hearst. Wyrzucony z Harvardu za imprezowanie, pałający do tego chęcią zdobycia sławy i wyjścia z cienia ojca, magnata branży górniczej, Hearst znalazł się w Nowym Jorku, gdzie wybił się nowym stylem  gazetowego dziennikarstwa, odznaczającym się sensacjonalizmem i znanym jako „żółte dziennikarstwo” (yellow journalism). Rywalizując z Josephem Pulitzerem, Hearst poszedł pod rękę z imperializmem, co spotkało się z aprobatą ówczesnych władz w Waszyngtonie – chociaż nie tak dużą, na jaką liczył. „Pan zapewni zdjęcia, a ja wojnę”, miał zatelegrafować do pewnego reportera. Innymi słowy, wywrócił do góry nogami świat dziennikarstwa. Bowiem w czasach, gdy jedyną drogą szybkiej komunikacji na znaczną odległość był telegraf, zmyślanie faktów nie było trudne.

Wygląda na to, że nic się nie zmieniło po przeszło sześćdziesięciu latach. „Nasi chłopcy się potopią”, tak Lyndon Johnson popędzał kongresmenów do przyjęcia Rezolucji ws. Zatoki Tonkińskiej, zatwierdzającej wojnę w 1964 r., po rzekomym ataku na amerykański okręt wojenny. „Cholera, ci głupi marynarze strzelali do latających ryb”, stwierdził później Johnson, już po fakcie. Wspomniana rezolucja inaugurowała dekadę oficjalnego udziału sił zbrojnych USA w Azji Południowo-Wschodniej (a nieoficjalnie, prowadziliśmy tam potajemne działania wojenne od lat). Wojna powietrzna na pełną skalę wybuchła w lutym następnego roku po tym, jak wróg dokonał ostrzału koszar z 23 tysiącami amerykańskich „doradców” w mieście Pleiku na południu Wietnamu. Był to jedynie pretekst. „Mieszkańcy Pleiku są jak tramwaje – powiedział doradca Johnsona ds. bezpieczeństwa narodowego McGeorge Bundy – jeśli któregoś przegapisz, zawsze możesz złapać innego”. Plany bombardowań były gotowe od miesięcy, mimo zapewnień Johnsona w czasie kampanii wyborczej, że: „Nie wyślemy amerykańskich chłopców 9 czy 10 tysięcy mil od domu, żeby zrobili to, co azjatyccy chłopcy powinni zrobić sami.”

Nic nie stało na przeszkodzie, by jakiś niepokorny duch wyłamał się z szeregu. Wielu przecież znało lub domyślało się prawdy, jednak w obliczu tak strasznego wroga, jakim był komunizm w czasie Zimnej Wojny, zaprzeczanie faktom wydawało się być koniecznym przejawem patriotyzmu.

A potem wszystko się zmieniło.

Lata 70. i podważanie autorytetu władzy

Walter Cronkite, który udał się do Sajgonu po ofensywie Tet z 1968 r., widział wszystko na własne oczy i powiedział prawdę o wojnie: wbrew oświadczeniom rządu, wojna wietnamska znalazła się w poważnym impasie. To był punkt zwrotny. Przed 1969 rokiem nie kto inny jak były dowódca marynarki David M. Shoup spopularyzował książkę Truth Is the First Casualty (Prawda jest pierwszą ofiarą wojny). Następnie w 1971 r. Daniel Ellsberg upublicznił dokumenty Pentagon Papers, stanowiące studium Departamentu Obrony, które jasno wskazywały, że wszystko co Amerykanie słyszeli o Azji Południowo-Wschodniej było kłamstwem. Kiedy administracja Nixona zakazała gazetom publikacji tych dokumentów, sędzia Sądu Najwyższego Hugo Black ostro skrytykował decyzję, stwierdzając: „Po raz pierwszy w ciągu 182 lat istnienia Republiki sądom federalnym każe się negować treść Pierwszej Poprawki”. Kolejne kłamstwa Nixona wyszły na jaw podczas śledztwa w sprawie afery Watergate.

Ameryka, jak się wydaje, miała dość. W połowie lat 70. komisja złożona z senatora Franka Churcha i członka Izby Reprezentantów Otisa Pike’a ujawniła opinii publicznej, że CIA po cichu zgładzało zagranicznych przywódców, a FBI szpiegowało własnych obywateli. Ralph Neder stał się swego rodzaju gwiazdorem, ujawniając korporacyjne oszustwa. Wtedy też Zimna Wojna nabrała charakteru amerykańskiej wyjątkowości – wszystkie działania Ameryki były wzniosłe, ponieważ były jej dziełem. Jednakże okazało się, że ta Ameryka może być równie podatna na korupcję, jak wszystkie inne imperia w historii. Tym sposobem mówienie prawdy stało się czynem patriotycznym, a im wyżej w hierarchii stał kłamca, tym większym bohaterem stawał się ten, kto ujawniał jego oszustwa.

Dziennikarz śledczy stał się atrakcyjnym typem nowego bohatera – samotnik o skudlonych włosach, zbyt wścibski, by go zostawiono w spokoju, a wykreowali go Warren Beatty, Robert Redford i Dustin Hoffman. Jimmy Carter, plantator orzeszków ziemnych w Plains, pojawił się znikąd i przejął Biały Dom dzięki skromnemu sloganowi „Nigdy was nie okłamię”. I za jego prezydentury jedno z największych i tkwiących u podstaw zachodniej cywilizacji kłamstw –że dominacja człowieka na Ziemi ma być nieograniczona – było kwestionowane jak nigdy przedtem.

Prawda bolała, jednak co niewiarygodne, obywatele zdawali się akceptować ten ból. Wszelkie instytucje amerykańskie – Kongres, lokalne władze, nawet organa wywiadowcze (do bólu szczere zeznania dyrektora CIA Williama Colby’ego o dawnych grzechach agencji popchnęły Churcha i Pike’a do wszczęcia śledztwa w tej sprawie) – zaczęły powracać do normalnych metod robienia interesów. Obok stylu disco, porwań dziedziczek fortun [autor nawiązuje do głośnego porwania Patty Hearst w 1974 r., następczyni wspomnianego wyżej Williama Hearsta – przyp. tłum.] i makramów, kolejny symbol kultury lat 70. był już bardziej dojrzały: gotowość zaakceptowania faktu, że Ameryka nie jest już niezwyciężona, a realistyczne planowanie naszego rozwoju i dobrobytu w przyszłości nie obejdzie się bez uwzględnienia tej trudnej lekcji.

Wtedy pojawił się Reagan.

Lata 80-te: Don’t worry, be happy

Kiedy badałem ten okres, zaskoczyło mnie, z jaką bezpośredniością Ronald Reagan apelował o zaprzestanie krytyki władzy. Górę wziął nowy rodzaj kłamstwa: wrogami stali się nie ci, którzy oszukują naród, ale ci, którzy ujawniają te oszustwa – a według słów Reagana z przemowy akceptacyjnej w 1980 r., ci, którzy „twierdzą, że Stany Zjednoczone miały już swój dzień, że szczyt mają już za sobą”. Tacy byli krytyczni. Jak uporczywie twierdził Reagan, afera Watergate nie ujawniła niczego istotnego na temat amerykańskich polityków i instytucji, a konspiratorzy „nie byli urodzonymi przestępcami”. W 1975 r., po upokarzającej klęsce w Sajgonie, sparafrazował papieża Piusa XII, aby podkreślić, że wojna wietnamska była wzniosłą sprawą: „Ameryka ma talent do wielkich i bezinteresownych czynów. W ręce Ameryki Bóg oddał los cierpiącej ludzkości.”

Inaugaracja “Gippera” [czyli Reagana – przyp. tłum.] stanowiła zapowiedź ery „don’t worry, be happy” w polityce. Potrzeba było jednak czegoś głębszego, by przyspieszyć kulturowe przejście od patriotycznego ujawniania prawdy do mody na poufne liściki – kompletnej epistemologicznej implozji, czyli odwrócenia wszystkiego do góry nogami.

Obejmującemu stanowisko Reaganowi towarzyszyło pokolenie konserwatywnych popleczników, wierzących, że bronią cywilizacji przed barbarzyńcami. I jak wielu rewolucjonistów, do prawdy mieli stosunek instrumentalny – kłamstwa bywają konieczne i na miejscu, jeśli tylko służą tej dobrej stronie barykady.

Złośliwa odmiana politycznego utylitaryzmu dawała się wyraźnie zauważyć już wtedy, gdy Hydraulicy włamywali się do siedziby Krajowego Komitetu Partii Demokratycznej: „Chociaż wiedziałem, że te działania są nielegalne – powiedział urzędnik Białego Domu, Jeb Stuart Magruder, komisji śledczej zajmującej się aferą Watergate – jakoś weszły nam w zwyczaj pewne posunięcia, które, jak uważaliśmy, miały nam pomóc w osiąganiu słusznej sprawy.”

Nawet ci konserwatyści, którzy nie byli spoufaleni z Białym Domem, nauczyli się myśleć jak architekci Watergate. Ich zdaniem, dobrą stroną skandalu był właśnie fakt, że Nixon wyraził chęć łamania zasad dla sprawy. Pionier Nowej Prawicy, M. Stanton Evans, wyznał mi kiedyś: „Nie lubiłem Nixona aż do Watergate.”

Mimo że wielu z Nowej Prawicy wyrażało pogardę dla Richarda Nixona, niektórzy spośród jej kierownictwa i rzeczników wywodzili się właśnie ze środowiska Watergate. Dwie pomniejsze postacie z tej afery, komiwojażer Kenneth Rietz (który prowadził kampanię prezydencką Freda Thompsona w 2008 r.) oraz sabotażysta Roger Stone (ostatnio było o nim głośno, kiedy poparł kandydaturę na fotel gubernatora stanu Nowy Jork kobiety z otoczenia Eliota Spitzera, która miała być zamieszana w sutenerstwo) przywrócono do łask w świecie polityki, dając im posady w kampanii prezydenckiej Reagana z 1976 r. Natomiast G. Gordon Liddy stał się radiowym gwiazdorem prawicy.

„Powinno być jasne, że cel jednak uświęca środki”, napisał w 1981 r. kaznodzieja C. Peter Wagner. „Jeżeli użyta metoda prowadzi mnie do zamierzonego celu, dowodzi to, że jest ona w istocie dobra”. Jerry Falwell powiedział kiedyś, że jego celem jest zlikwidowanie szkół publicznych. W 1998 r., kiedy przedstawiono mu tę wypowiedź, zaprzeczył jej, twierdząc, że nie ma nic wspólnego z książką, w której znalazły się te słowa. Autorem książki był… Jerry Falwell.

Guru pocztowych reklam, Richard Viguerie, zbił fortunę na bombardowaniu aktywistów listami z krzykliwymi hasłami typu „Program planowania rodziny oznacza selekcję i sprzedaż dzieci na czarnym rynku”. Jak powiedział Richard Nixon swojemu szefowi sztabu w Niedzielę Wielkanocną 1973 r., „Pamiętaj, odwalasz dobrą robotę. Tak zwykłem myśleć za każdym razem, gdy w Hanoi ginęły niewinne dzieci”.

Od 1990 do czasów obecnych: Fałszywe równoważniki

Rzecz jasna, konserwatyści nie mają monopolu na wykręty – przykładem są słowa “Nie utrzymywałem kontaktów seksualnych z tą kobietą”. Odpowiedź postępowców zawsze jest taka, że zakłamanie prawicy – ukrywanie aktów pogwałcenia konstytucji, jak choćby sprawa Iran-Contras; zinstytucjonalizowana taktyka wygryzania prawdy, jak na przykład akcja Narodowego Komitetu Republikanów, który wypuścił w obieg ulotki oskarżające Demokratów o zamiar zdelegalizowania Biblii – jest bardziej konsekwentne. Poważniejszy problem stanowi tutaj zupełne przedefiniowanie moralności politycznej –  zamiast być czynem chwalebnym, ujawnianie kłamstw staje się obecnie „naganne”. Jak do tego doszło?

W czasach, kiedy dzienniki telewizyjne były jedynym źródłem informacji, komentatorzy o kamiennych twarzach, jak David Brinkley i Eric Sevareid – a przy nadzwyczajnych okazjach osoby typu Waltera Cronkite’a – swoim grobowym głosem mówili ludziom, co mają sądzić o wydarzeniach mijającego dnia. Przeważnie ci uprzywilejowani panowie bezkrytycznie przekazywali oficjalnie przekręcone wersje rządowe. Zdarzało im się jednak wykorzystać swoją pozycję i wydobyć kłamstwo na światło dzienne, niemal ze starotestamentową władczością (przykładem relacja Cronkite’a z Sajgonu). Johnson stracił przez to Biały Dom, a prawica dostała furii.

3 listopada 1969 r. Richard Nixon wygłosił przemowę, w której zapewniał o gotowym planie zakończenia wojny. Zaraz po nim na antenę weszli komentatorzy i stwierdzili fakty: Nixon nie powiedział nic nowego. Dziesięć dni później Biały Dom ogłosił, że wiceprezydent Spiro Agnew wygłosi przemówienie, które mają relacjonować wszystkie trzy stacje – na żywo.

Przemówienie okazało się atakiem na owe stacje telewizyjne i ich nieugiętych białych prezenterów. „Ta grupka ludzi nie tylko nie zadowala się natychmiastowym podważeniem każdej prezydenckiej wypowiedzi, ale co ważniejsze, ma wolną rękę w wyborze, prezentowaniu i interpretacji ważnych dla naszego narodu kwestii… Amerykanie mieliby rację nie tolerując takiej koncentracji władzy w rządzie. Czy nie jest więc istotne i zasadne kwestionowanie takiego uprzywilejowania wąskiego i zamkniętego koła ludzi, których przecież nikt nie wybrał, a którzy cieszą się monopolem zapewnionym im przez rząd?” Wszyscy, którzy wyciągali na światło dzienne grzechy elit, przestali już być niezależnymi arbitrami – byli odtąd liberałami. Jak przekonywał Agnew, takie były odchyły „komentatorów i producentów, żyjących i pracujących w geograficznych oraz intelektualnych granicach Waszyngtonu lub Nowego Jorku”, którzy „rozkoszują się swoim prowincjonalizmem, swoją zaściankowością.”

Zwiastując erę Reagana, kiedy to postępowe głoszenie prawdy zyska opinię wpychania nosa w sprawy elit, Agnew skazał na potępienie ten rodzaj reportażu, który „w jedną noc robi z ‘głodu’ i ‘pylicy płuc’ sprawę narodową” (jego cudzysłowy). Telewizyjne reportaże z Wietnamu „jak żadne inne przekazy medialne udramatyzowały okropieństwa wojny”, co miało być kolejnym dowodem liberalnych odchyłów.

Komentarze Agnewa wzmocniły nastroje tworzące się co najmniej od Narodowej Konwencji Demokratów z 1968 r., kiedy wielu widzów uskarżało się na pokazywane przez media zdjęcia policjantów bijących demonstrantów. Do początku lat 80. ten trend był już oczywisty. Wiadomości przybrały łagodniejszy ton, a prezenterzy spokornieli – stracili swój autorytet moralny. (Mniej więcej w tym samym czasie dzienniki telewizyjne utraciły swoją wyjątkową pozycję w mediach – gdy już zostały uznane za „przegranego lidera”, próby odzyskania prestiżu kończyły się coraz większymi naciskami finansowymi.)

Zrodziła się nowa definicja przyzwoitości mediów, przedkładając „równowagę” nad prawdomówność, nawet gdy któraś strona kłamała. To znamienna przemiana, ale na wskroś oczywista, gdy przyjrzeć się panelom dyskusyjnym PBS z 1973 r., prowadzonym przez Billa Moyersa, który gościł redaktora National Review George’a Willa – obaj zasłynęli z ostrej krytyki „moralności Watergate”. Dziś taki panel, powiedzmy na temat globalnego ocieplenia, nie obejdzie się bez konserwatystów, zapewne z George’m Willem w składzie, wieszających psy na poglądach „liberałów”, że wnioski naukowców są faktami – a każdego, kto ośmieli się wytknąć im kłamstwo, z miejsca potraktują cenzurą. Spotkało to kilka razy i mnie, do tego w publicznym radio.

W tym samym stylu waszyngtońscy dziennikarze napomnieli Biały Dom, kiedy administracja Obamy oskarżyła Fox News o brak wiarygodności. O ile w słusznej sprawie bronili przy tym Majora Garretta, korespondenta stacji i zarazem solidnego dziennikarza, wyrzuconego z Białego Domu, mało kto przyznał, że za czasów Rogera Ailesa, kolejnego weterana ery Nixona, kierownictwo stacji narzuciło ideologiczne podejście całej swojej obsadzie.

Ochronna bańka w postaci mandatu „przyzwoitości” wydaje się obejmować także propagandzistów, których zmyślone do granic absurdu historie i filmy nieprzerwanie nabierają masmedia. Od blogerki Pameli Geller, pomysłodawczyni bojkotu budowy meczetu w Strefie Zero, przez nagrania wideo Andrew Breitbarta, atakującego Shirley Sherrod – która straciła pracę po tym, jak zmieniono treść jej antydyskryminacyjnej przemowy tak, by brzmiała rasistowsko – aż po oszukańcze prowokacje Jamesa O’Keefe’a przeciwko National Public Radio. Prawicowym ideologom „kłamstwa uchodzą na sucho” – napisał zdesperowany Vincent Foster przed popełnieniem samobójstwa niemal dwadzieścia lat temu. Udaje im się to tylko dzięki wsparciu „wyśrodkowanych” mediów, traktujących każde podobne oszczerstwo jako „kontrowersyjne” plotkarstwo.

Tutaj zasadza się różnica między kłamstwami Williama Hearsta, Lyndona Johnsona, a tymi, które zalewają nas obecnie. Dziś kłamstwo uchodzi na sucho już nie tylko wpływowym ludziom; dziś dotyczy to wszystkich – niedoszłego kongresmena, przepojonego ideologią pismaka, kolesia z kamerą – którzy potrafią włączyć to kłamstwo w obieg informacji albo wszczepić do politycznej dyskusji.

Jasne, zawsze znajdż się kłamcy na wpływowych stanowiskach; są przewidziani w umowie, jak by to ujęli prawnicy. A co do mediów, nigdy nie były przykładnymi strażnikami obiektywizmu – mogą to potwierdzić okręty wojenne, które wypłynęły na pełną wodę, aby pomścić zatopienie Maine. Za to nowością jest, że kłamcy i ich prowodyrzy działają teraz w białych rękawiczkach. Nazywam to mendokracją [rządami kłamców – przyp. tłum.] i jest to aktualnie rządzący nami reżim.

Ten artykuł oryginalnie pojawił się na Mother Jones.


źródło: US: The Fascinating Story of How Shameless Right-Wing Lies Came to Rule our Politics
przekład: PRACowniA

Advertisements

Dodaj komentarz »

Brak komentarzy.

RSS feed for comments on this post. TrackBack URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.

%d bloggers like this: