PRACowniA

1 lipca 2011

Globalna rewolucja

Sott Editors
Sott.net
27 kwietnia 2011 11:11 CDT

Kontynuacja poprzedniej części Łączenie punktów: Nadchodzą zmiany na Ziemi [czyli ciąg dalszy podsumowania ubiegłego roku i pierwszych miesięcy bieżącego].

© Unknown

Jak w górze, tak i na dole.

Ziemia przechodzi dramatyczne zmiany. Pełno jest burz śnieżnych i powodzi, tornad i przedwczesnych upałów; serie potężnych trzęsień nawiedzają społeczeństwa; technologiczne osiągnięcia zwracają się przeciwko nam wskutek chciwości i zaniedbań, zaś na niebie co i rusz pojawiają się cuda i dziwy, o jakich czytaliśmy w relacjach z dawnych epok.

Masy ludzkie są jednym z elementów składających się na pełny obraz kosmosu i jako takie odgrywają swoją w tym rolę, idącą zresztą w parze z „wojną bogów” toczoną na górze. Czy jest tak dlatego, że ludzie instynktownie czują, iż dzieje naszej planety zbliżają się do punktu zwrotnego? Czy może zostali sprowokowani przez swoich przywódców, którzy uznali, że czas zacieśnić pętlę kontroli w obawie utraty zasobów i przywilejów u progu czasu próby?

Victor Clube, autor książek The Cosmic Serpent i The Cosmic Winter, stwierdził podczas swojego wykładu:

Pragnę zwrócić państwa uwagę na to, że jeden z tych momentów szczytowych [aktywności kometarnej], który tu państwo widzicie, 1601, pojawia się około roku 1640 i trwa do 1680, co zbiega się z Wojną Trzydziestoletnią na kontynencie europejskim i wojną domową w Anglii. Krótko wspomniałem już o tym zeszłego wieczoru. Otóż Cromwell, jak i inne postaci tamtego okresu – wymieniłem tylko Cromwella, ponieważ jest on państwu znany, niemniej było tych osób więcej – opisał ówczesne wrzenie millenarystycznym językiem, używając terminu „rewolucja boska”, zaledwie sto lat po wydaniu De Revolutionibus… Kopernika.

Zmierzam do tego, że obecnie słowa „rewolucja” używa się w sensie społecznym. Za Kopernika nie miało takiego zabarwienia, nabyło je w czasach angielskiej wojny domowej. A przyczynił się do tego pogląd, że zjawiska na niebie napędzały okropne rzeczy na ziemi. Tak więc jeszcze trzysta pięćdziesiąt lat temu ludzie nadal wierzyli w niewidzialnego boga w niegdyś widzialnych niebiosach, kojarzonych z aniołami, upadłymi aniołami i niebezpiecznymi demonami ciskającymi pioruny.

Musimy pozbyć się przekonania, że nasi przodkowie wierzyli w pustą przestrzeń kosmiczną. Nie dysponowali fachową astronomiczną wiedzą, która mnie pozwala odtworzyć kompleks Taurydów; po prostu wiedzieli, że Taurydy istnieją. To dość niezwykłe. Przez trzysta pięćdziesiąt lat musieliśmy oduczyć się tej wiedzy, a teraz przyszło nam ponownie ją odkrywać.

©Samuel Coccius – Bazylea, Szwajcaria, 1566

Na czym zatem polegało Oświecenie, wyrosłe jedynie czterdzieści lat po Cromwellu? Było pragmatyczną decyzją pozbycia się wszystkich aniołów i demonów, niewidzialnych bóstw niebiańskich, wraz z niegdyś widzialnymi niebiosami. Ta decyzja miała przerwać lęk przed obserwowanymi bolidami i osobliwym zachowaniem komet. Postanowiono przebudować kosmos, usuwając raj z Układu Słonecznego i umieszczając go w eterze lub zupełnie poza kosmosem, w nieskończoności w stylu G. Bruna. Była to decyzja stworzenia oczyszczonego, mniej przerażającego kosmosu, podobnie jak uczynił to Arystoteles po Platonie. W obu przypadkach nastąpiło odejście od astrologii do fizyki, od nieba złych przeczuć do nieba będącego źródłem inspiracji, od więzienia i terroru do wolności i nadziei.

Istotnie, krzyk rewolucyjny z lat 1640-1680 i 1760-1800, okresu Wojny o Niepodległość Stanów Zjednoczonych, był krzykiem wyzwolenia z niebiańskiego ucisku, od demonów i ognistych kul.

Przez ostatnich dwieście lat Oświecenia spisywano historię od nowa i teraz ów dawny krzyk wolności zwrócony jest przeciwko ziemskim ciemiężcom. Nic dziwnego więc, że świat nie ma pojęcia o faktach i prawdzie, a astrofizycy nie są zgodni co do torusa Taurydów. Nie mam tu na myśli problemów li tylko z astrofizycznymi odkryciami. Przyznanie, że przekłamano nie tylko historię starożytną, ale całą historię, pociąga za sobą rewolucję w naukowym paradygmacie.

Jak zobaczyliśmy w części poprzedniej, Nadchodzą Zmiany na Ziemi, „anioły, demony i niewidzialni bogowie” powracają w postaci ziemskich i kosmicznych zmian. Jednocześnie nasz świat znamionują ucisk, rewolty i wojny. Nie uważamy tego bynajmniej za zbieg okoliczności. Niezależnie od tego, czy elita wiedziała co się święci a masy to przeczuwały, czy też nie, chcielibyśmy nakreślić przebieg ostatnich wydarzeń na poziomie społecznym, politycznym i gospodarczym. To historia, której początki można by dostrzec w atakach z 11 września 2001 (jeśli nie wcześniej), czyli biegnąca od stworzenia Wojny z Terrorem™ – diabolicznego fortelu polegającego na odwróceniu uwagi, terrorze i ucisku, mających nie dopuścić, by ludzie dostrzegli znaki kosmicznego zagrożenia – po wyniszczanie całych narodów i zaplanowany kryzys gospodarczy, które to zjawiska Sott.net dokładnie obserwował. W tej kontynuacji Części I postaramy się przybliżyć czytelnikom wszystkie zeszłoroczne wydarzenia, które złożyły się na sztucznie wywołany chaos obejmujący dziś całą planetę.

2010: Totalitarny szybkowar

Ledwie minęły pierwsze trzy miesiące 2011 roku a już mamy wrażenie, że kolejny znaczący próg został przekroczony. Sporadyczne niepokoje społeczne na Bliskim Wschodzie z ostatnich lat w końcu wybuchły z pełną siłą. Arabowie są niewątpliwie jedną z najbardziej uciskanych w XX wieku grup. Dzięki wewnątrzkulturowej solidarności ogień rewolucji niesie się po całym regionie. Natomiast przebieg rewolucji w poszczególnych krajach stanowi trudniejszą kwestię. Ruchy społeczne są podatne na infiltrację i korupcję, a reakcja patokratów może przybierać formę od negocjacji i ustępstw po represje i ludobójstwo. Jak uczy historia, rewolucjami można sterować i można ich używać jako broni. Mogą też wymknąć się spod kontroli obrońców status quo, czego przykładem jest Egipt, Libia i Bahrajn. Dla elity wszystko sprowadza się do teorii gier. I pomimo jej starań, rewolucyjne wstrząsy rozprzestrzeniają się do samego serca zachodniej cywilizacji, bowiem ludzie dochodzą do granic pawłowskiej wytrzymałości także w Zjednoczonym Królestwie czy USA.

Przyjrzyjmy się zatem kilku społecznym i gospodarczym wątkom, żeby zrozumieć, co tak nadwyrężyło ludzką cierpliwość.

Zamykanie nieba

© Nordic Photos/Getty Images

W kwietniu ubiegłego roku w spektakularny sposób wybuchł islandzki wulkan Eyjafjallajokull, wypuszczając chmurę pyłu, która miała rzekomo zakryć znaczną część północnej Europy. W akcie histerycznej reakcji władze linii lotniczych wstrzymały na sześć dni loty na połowie kontynentu, tłumacząc to tym, że pył może uszkodzić silniki maszyn. Odwołano blisko 63 tysiące lotów, narażając linie lotnicze na straty rzędu 1,5 do 2,5 miliardów euro, ponadto pył zamknął szlaki międzynarodowego handlu, od Chin po Kenię i USA. Co dziwne, niebo nad północną Europą było owego tygodnia czyste i niebieskie, bez najmniejszego śladu niebezpiecznego pyłu, poza wąskim pasem uchwyconym na zdjęciach satelitarnych, które zresztą zostały mocno podrasowane przez modele komputerowe. Nie koniec na tym. Podczas gdy samoloty pasażerskie zostały uziemione – wbrew protestom pracowników linii lotniczych, świadomych nieistnienia zagrożenia – NATO prowadziło na europejskim niebie swoje gry wojenne. Brało w nich udział co najmniej 60 samolotów z jedenastu państw.

Całe zajście było na tyle nadzwyczajne, że należałoby zapytać, czy prawdziwym celem nie było sprawdzenie reakcji mas na przyjęcie dalszych ograniczeń w podróżowaniu. Szłoby to zresztą w parze z aspiracjami patokratów do kontroli wszystkiego i wszystkich. Jak na paranoję przystało, naszych chorobliwych przywódców przeraża myśl, że szara masa wreszcie skojarzy fakty i ruszy na pałace z pochodniami w rękach. Ironia w tym jest taka, że ambicja kontroli totalnej może w istocie stać się bodźcem dla mas, by w końcu sięgnąć po te pochodnie. A może taki jest plan? Może rozwścieczone tłumy mają być pretekstem potrzebnym do podjęcia drastycznych środków?

Faszystowski system bezpieczeństwa

Szczególnie dobrze ma się faszyzm w USA, gdzie rada zarządu elity ogłosiła prawo do mordowania każdego, kogo uzna za zagrożenie, w tym obywateli amerykańskich. Tak, ów zarząd pozyskał sobie Obamę, postać, w którą wciąż ślepo wierzy wielu ludzi. To, że ludzie obdarzają kredytem zaufania człowieka, który usilnie próbuje naśladować George’a W. Busha, można tłumaczyć wyłącznie zabójczą mieszanką ignorancji i pobożnych życzeń. W końcu nie na pokaz prezydent Obama posiada listę amerykańskich obywateli przeznaczonych do odstrzału bez aresztowania, przedstawienia dowodów winy, zarzutów ani procesu. Cisza Amerykanów w tej materii jest wprost ogłuszająca.

Na domiar złego, w zeszłym roku na lotniskach pojawiły się maszyny rozplatające DNA, znane też jako „pornoskanery”. Głównym ich celem najwyraźniej jest poniżenie podróżujących za pomocą „zaawansowanych technik przeszukiwania”. Jednak jawne upokorzenie byłoby nie do przyjęcia bez żałosnych i sztucznych „aktów terroru” w postaci bomby w gaciach, wybuchowych kaset z tonerami czy bandy małolatów wrobionych przez FBI w „terrorystyczny” spisek.

© unknown

Działań Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego USA (DHS) na rzecz „bezpieczeństwa” można porównać jedynie do praktyk Gestapo. Kontrolujący ten organ psychopaci zrobili z Karty Praw zupełną kpinę, rozkoszując się coraz to nowymi sposobami na pozbawienie Amerykanów wszelkich praw.

Odgałęzieniem tego departamentu jest Urząd Bezpieczeństwa Transportu (TSA). Pod przykrywką „ochrony” i „bezpieczeństwa” TSA konsekwentnie odziera ludzi ze swobód obywatelskich od czasu zamachów z 11 września, zmieniając podróż lotniczą w żywy koszmar wszystkich pasażerów.

W grudniu 2001 roku, po błazenadzie Richarda Reida z bombą w bucie, do listy potencjalnej broni terrorystów dodano obuwie, przez co pasażerowie musieli je zdejmować do prześwietlenia. Następnie, po niedorzecznych zapewnieniach, jakoby udaremniono próbę wysadzenia samolotu pasażerskiego za pomocą płynnego ładunku wybuchowego w plastikowych butelkach, w grudniu 2009 roku naszą cierpliwość wystawił na próbę Umar Faruk Abdul Mutallab vel „bieliźniany zamachowiec”. Pozwoliło to TSA rozpocząć krucjatę przeciwko potencjalnym zamachowcom z wybuchowymi majtkami i uruchomić skanery z „rozpraszanymi wstecznie” promieniami rentgenowskimi, czyli tzw. skanery całego ciała.

Zarówno obuwniany, jak i bieliźniany zamachowiec usiłowali podczas swojego lotu odpalić PETN (rodzaj ładunków wybuchowych używanych przez wojsko). Problem w tym, że ładunków PETN, nieważne czy ukrytych w butach, czy gdziekolwiek na ciele, nie wykrywają lotniskowe skanery. Potrzebny jest test chemiczny. Dopóki jednak władze nie zarządzą drastycznych zmian w liczbie oraz intensywności lotów międzynarodowych, nie ma szans przeprowadzenia testu chemicznego na każdym pasażerze. Tak więc miliardy par butów i części bielizny, które przeskanowano na lotniskach od 2001 roku, nie mają nic wspólnego z bezpieczeństwem czy zapobieganiem terroryzmowi.

Według badań państwowego laboratorium w Los Alamos, skanery całego ciała są bardzo szkodliwe dla DNA i mogą wywołać raka. Badania wskazują, że skanowanie może… “rozplątać podwójną helisę DNA, tworząc tam pęcherzyki mogące poważnie naruszyć procesy takie jak ekspresja genów i replikacja DNA”. Nie ma chyba nic gorszego od majstrowania przy DNA po to, by następnie psychologicznie wymóc na ludziach posłuszeństwo. Ale kto wie – być może źle odczytaliśmy ich zamiary, a ich głównym celem jest właśnie rozplątać nasze DNA! Zresztą nie byłby to pierwszy raz, kiedy świadomie niszczyliby nasze zdrowie, czyż nie?

Obok szkodliwych efektów skanerów ciała, dochodzi jeszcze jedna kwestia w postaci gromadzenia i udostępniania nagich zdjęć pasażerów w bazie danych TSA. Nikt o zdrowych zmysłach nie czułby się dobrze z myślą o przechowywaniu takich zdjęć w rządowej bazie danych. Toteż celem stworzenia iluzorycznego wyboru, TSA umożliwiło „szczegółowe przeszukanie ciała” wszystkim, którzy nie chcą skanowania, prowadząc do iście kafkowskich sytuacji. Przykładowo:

Przynajmniej w tej dotkliwej kwestii ludzie zaczęli kwestionować i krytykować TSA, które w odpowiedzi zdusiło wszelkie protesty, grożąc grzywną i aresztowaniem wszystkich, którzy odmówią poddania się skanowaniu i przeszukaniu.

TSA wydało już 80 milionów dol. na skanery ciała, z czego 73 miliony otrzymało z „pakietu pomocowego”, i ani myśli przerywać tę szaradę, zamierzając swoim wpływem objąć stacje metra i dworce autobusowe, oraz inne miejsca.

Często zastanawiamy się, czy celem tego wszystkiego nie jest całkowity zakaz lotów międzynarodowych, wprowadzany krok po kroku. Izrael właśnie usprawnił „bezpieczeństwo” podróży międzynarodowych na swoich lotniskach za pomocą systemu zaawansowanego skanowania biometrycznego, który wymaga odcisków palców i skanowania twarzy, zastępując ponadto papierowe karty pokładowe „inteligentnymi kartami”. Pomysłowi Izraelczycy rozwijają także system projekcji obrazów i symboli na dużych ekranach, na które rzekomo zareagują wyłącznie „terroryści”, niewielkimi zmianami w zachowaniu zdradzając swoje „terrorystyczne” zamiary. Sens tego jest taki, że pomimo zupełnego braku podejrzeń co do osób odwiedzających lotnisko, system i tak wykaże, że ich myśli mówią co innego! Ale gdy obsługa lotnisk zapewnia nam powody do zdenerwowania, ta technologia wyłapie oczywiście wyłącznie osoby zdolne do współczucia, ponieważ tylko bezduszni psychopaci zdołają oszukać skanery myśli. Ciekawe, że nazwa firmy tworzącej ową technologię brzmi WeCU Technologies… We see you (widzimy was). Łapiecie? Jakże sprytnie.

Rosnące Imperium

Bezrobotny, bez wykształcenia i nafaszerowany narkotykami, nastoletni Amerykanin pilnuje imperialnej heroiny na polu gdzieś w Afganistanie

Systematyczne niszczenie Afganistanu, Pakistanu i Iraku toczyło się w 2010 roku w stałym tempie. Pomimo obietnic Baracka Barbarzyńcy złożonych w West Point, w 2011 roku do Afganistanu poleci około 36 000 żołnierzy amerykańskich. Co prawda odbędzie się to w ramach wymiany kontyngentu, wygląda jednak na to, że redukcja sił wyniesie jedynie 9 do12 tysięcy żołnierzy. Matt Southworth pyta:

Czy może to oznaczać, że USA planują dłuższy pobyt w Afganistanie?

Istotnie, zważywszy na listopadowe oświadczenie NATO zapowiadające zakończenie operacji w Afganistanie przed grudniem 2014, wojsko zdaje się wycofało się z terminu lipca 2011 [pierwotna data wycofania wojsk]. Wiceprezydent Joe Biden, orędownik bardziej scentralizowanej strategii walki z terrorem, nie podał konkretów ani o lipcu 2011, ani grudniu 2014. Niedawno Biden ogłosił, że „jeśli Afgańczycy będą chcieli”, wojska USA “nie wyjdą z Afganistanu” w 2014 roku.

Jak długo w takim razie USA pozostaną w Afganistanie, panie Biden? […]

Jeszcze bardziej alarmująca jest prośba Pentagonu o znaczne zwiększenie funduszy na rok fiskalny 2011. Według niezależnego Biura Kongresu ds. Budżetu (CBO) wydatki Departamentu Obrony osiągnęły we wrześniu 2010 miesięczną średnią 5,7 mld dol., co oznacza 63-procentowy wzrost w stosunku do września 2009. Przy takim tempie, w roku fiskalnym 2011 podatnicy zapłacą 68 miliardów dolarów, Pentagon natomiast poprosił o 119 miliardów na Afganistan na rok fiskalny 2011.

W grudniu Kongres zatwierdził prośbę. W świetle obecnych miesięcznych wydatków, suma 119 miliardów dol. to o 40-50 miliardów więcej, niż potrzebuje gen. Petraeus. Jak CBO stwierdza w swoim raporcie, prośba na rok fiskalny 2011 jest „na wyrost”. Pewien członek Kongresu powiedział mi, że Kongres „rok rocznie przepłaca wojnę”.

(Podobnie jest z Irakiem. Jak powiedział amerykański Sekretarz Obrony Robert Gates, żołnierze USA mogą zostać tu na wiele lat.)

Ponownie wypada zapytać, co USA i NATO robią w Afganistanie? Na wypadek, gdyby ktoś nadal miał wrażenie, że bronią nas, ludzi Zachodu, przed terrorystycznym zagrożeniem, chcielibyśmy przypomnieć psychopatę, gen. Stanleya A. McChrystala, byłego dowódcę sił NATO w Afganistanie, który na temat codziennych obowiązków swoich żołnierzy na afgańskim poligonie powiedział:

Zastrzeliliśmy już ogromną liczbę ludzi, jednak z tego co mi wiadomo, żaden z nich nie stwarzał zagrożenia.

Macie teraz dowód, i to prosto z ust dowódcy. Jeśli mimo to nadal macie kłopot z przełknięciem tego, odsyłamy was do raportu londyńskiego Międzynarodowego Instytutu Studiów Strategicznych (IISS), „wiodącego na świecie think tanku” w sprawach wojskowych:

Raport, któremu przewodził były zastępca dyrektora brytyjskiej agencji wywiadowczej MI6, stwierdza, że zagrożenie ze strony Al Kaidy i talibanu zostało „wyolbrzymione” przez zachodnie siły. Kierowana przez USA misja w Afganistanie rozrosła się ponad miarę, gubiąc po drodze swój pierwotny cel, jakim było pokonanie Al Kaidy. Wojna w Afganistanie – stwierdza się raporcie, używając wyjątkowo bezceremonialnego języka jest „przedłużającą się katastrofą”.

Choćby niedawno, szef CIA Leon Panetta przyznał, że w Afganistanie nie ma więcej niż 50 członków Al Kaidy. Mimo to jednak, prezydent USA Barack Obama potroił liczbę stacjonujących tam żołnierzy do 120 tysięcy w celu zwalczenia Al Kaidy.

Raport następnie przyznaje, że obecność zachodnich żołnierzy w Afganistanie tylko wzmaga narodowy opór. To samo zjawisko obserwowaliśmy w latach 80., podczas sowieckiej okupacji Afganistanu.

Co ciekawe, wspomniana część raportu nadzorowana przez byłego wiceszefa MI6, Nigela Inskstera, znajduje niewielką część Al Kaidy obecną także gdzie indziej, głównie w Somalii oraz Jemenie. Waszyngtonowi to wystarczyło, by nasilić ataki na oba niespokojne kraje.

Faktycznie, Al Kaida™ stanowi niewielkie zagrożenie na świecie, jest bowiem tak samo prawdziwa jak nemezis Austina Powersa, Doktor Zło. Gdzie do diabła była „Al Kaida”, gdy mieszkańcy Egiptu potrzebowali grupki mudżahedinów na koniach, by uratowali ich przed despotami służącymi Zachodowi? Nasuwać się powinno pytanie, dlaczego światowa organizacji terrorystyczna nawet nie usiłowała skorzystać na sytuacji. Z drugiej strony, trudno cokolwiek zdziałać, gdy masz 50 bojowników chowających się po afgańskich górach, a twój przywódca nie żyje od kilku lat.

Podniebni terroryści: Ponad 1100 Pakistańczyków zginęło w zeszłym roku w nielegalnych atakach amerykańskich dronów.

Sąsiedni Pakistan, teren łowiecki dla amerykańskich dronów, również musiał znosić gry i zabawy CIA i Mossadu, które przez mainstreamowe media opisywane były jako okazjonalne ataki terrorystyczne. W obecnych, jak i zeszłych wydarzeniach można jednak dostrzec cień niewidzialnej ręki. Tak było w incydencie ze stycznia 2011, kiedy 36-letni najemnik CIA Raymond Davis w przypływie kowbojskiego nastroju zastrzelił z zimną krwią dwóch Pakistańczyków. Davis jest byłym członkiem amerykańskich sił specjalnych, który znalazł zatrudnienie w niechlubnej firmie „ochroniarskiej” XE Services, wcześniej znanej jako Blackwater. Robi się jeszcze ciekawiej, gdy przeczytamy relację CNN (choć dla wielu nie będzie to żadną niespodzianką):

Kilka gazet cytowało anonimowe źródła, łączące Davisa z „działalnością terrorystyczną” i pakistańskim talibanem.

„Agent CIA Davis miał powiązania z lokalnymi rebeliantami”, brzmi tytuł artykułu w The Express Tribune.

Tribune zacytował anonimowego „wysokiego przedstawiciela policji”, który miał oznajmić, że Davisa podejrzewano o przygotowywanie zamachów terrorystycznych.

Jak twierdzi źródło, „W trakcie śledztwa ujawnione zostały jego ścisłe powiązania z TTP (pakistańskim talibanem). Davis odgrywał kluczową rolę w rekrutowaniu do talibanu młodych mieszkańców Pendżabu, którzy mieli podtrzymywać rebelię.”

Star dodaje:

We wtorkowym artykule angielskojęzyczny Express Tribune cytował pendżabskiego przedstawiciela policji twierdzącego, jakoby Davis aktywnie współpracował z pakistańskimi talibami w celu ożywienia rebelii w Pakistanie oraz umocnienia argumentacji, że tamtejsze składy z bronią atomową nie są bezpieczne.

Wspomniane źródło podało, że zapisy rozmów dokonanych z telefonu komórkowego Davisa mają potwierdzać jego związek z 27 talibskimi rebeliantami, a także sekciarskim ugrupowaniem Laszkar-e-Dżangwi.

Z kolei inne doniesienia podają, że Davis dostarczał Al Kaidzie „materiały rozszczepialne do budowy broni nuklearnej” oraz „środki do budowy broni biologicznej”. Jednak nie to powinno stanowić powód do niepokoju dla wszystkich tych, którzy wierzą w „Al Kaidę”. Niepokojące tutaj jest to, że Al Kaida okazuje się przykrywką dla brudnych interesów CIA i Mossadu – na co dobitnie wskazuje sprawa Davisa. Miał on bowiem dostarczać materiały do bomb nuklearnych i biologicznych dla przebieranych terrorystów – koleżków obu tych agencji – w celu „użycia ich przeciwko Stanom Zjednoczonym po to, aby rozdmuchując wojnę odbudować hegemonię Zachodu nad światową gospodarką, którą tylko miesiące dzielą od upadku”. Kolejne intrygujące rewelacje padły z ust byłego szefa pendżabskiej sekcji ISI (pakistańskiego wywiadu), Mohammada Aslama Ghumana, który powiedział, że rebelianci z Beludżystanu to Hindusi współpracujący z Blackwater, tj. Xe.

Jak podał, zaraz po upadku Związku Radzieckiego amerykańska Centralna Agencja Wywiadowcza (CIA), razem z indyjskim Wydziałem Badań i Analiz (RAW) oraz izraelskim Mossadem przeprowadziły dokładną analizę, zalecającą podjęcie szerokich działań w Pakistanie, a zwłaszcza w Beludżystanie, w celu rozbicia tego państwa od wewnątrz.

„Tak, CIA w spółce z RAW i Blackwater działają w Beludżystanie i innych prowincjach”, podało źródło, dodając, „Nie zdołają jednak podporządkować sobie żadnego islamskiego kraju”.

© Kate Geraghty – Międzynarodowe wody… Aktywiści na pokładzie Mavi Marmara przyglądają się zbliżającym łodziom izraelskim.

Tymczasem dla syjonistycznego Izraela w Palestynie czas wypełnia ta sama rutyna, gdzie każdego tygodnia dochodzi do nalotów bombowych, strzelani do cywilów jest na porządku dziennym, a wszystko okraszone jest faszystowską mową. Najgłośniejszym przykładem syjonistycznych zbrodni przeciwko ludzkości była zeszłoroczna masakra wolontariuszy na pokładzie Mavi Marmara – statku płynącego do oblężonej Strefy Gazy z zapasami żywności i lekarstw. To wprost niewiarygodne, by pogardzanie podstawowymi wartościami mogło jakiemukolwiek państwu na świecie ujść na sucho – a jednak Izraelowi to się udało.

Syjoniści wierzą, że ich przywilejem – nadanym im przez Jahwe – jest wyłączenie z konieczności stosowania się do jakichkolwiek zasad i prawo stanowienia własnych reguł. Jaki inny kraj spotkałyby tak niewielkie konsekwencje, zwłaszcza po ujawnieniu informacji, że za zabójstwem członka Hamasu Mahmuda al-Mabhuha, do którego doszło w dubajskim hotelu w styczniu 2010 r., stał oddział Mossadu?

Niedawno można było usłyszeć o planowanym zawieszeniu broni między Izraelem i Hamasem. Nie stanowiło zaskoczenia, że istota porozumienia wyszła na jaw już po dwóch dniach, kiedy izraelskie źródła przekazały dziennikowi Ynet, że „gdyby zrealizowano decyzję o zawieszeniu broni na południu, doszłoby do otwartego konfliktu. «Hamas od dwóch lat prężnie odbudowuje swoje siły, co może jedynie oznaczać konflikt na pełną skalę», powiedział pewien wysoki oficer”. Chociaż ów anonimowy oficer obwinia Hamas o przyszły konflikt, zanim ten się rozpoczął, idziemy o zakład, że jeđli są tak pewni jego wybuchu, to dlatego, że nowa eskalacja walk będzie efektem ich długo opracowywanego planu. W tym kontekście wszelkie rozejmy są tylko propagandowymi chwytami i grą na czas.

Złodziejska gospodarka

W 2010 roku schemat złodziejskiej gospodarki, który umocnił się w ostatnich latach, rozwijał się prężnie na całym świecie, obejmując kłopoty kredytowe w strefie euro; stagnację w Stanach, gdzie gospodarka jeszcze nie runęła, ale też nie podniosła się na tyle, by zmniejszyć bezrobocie; narzucenie przez ekonomistów z Władzy Realnej polityki oszczędnościowej, przeciwko której wybuchły protesty w Europie (i tylko tam, ponieważ społeczeństwo amerykańskie jest już zbyt ogłupione, by świadomie ocenić, przeciwko czemu i komu skierować swój gniew); niebotyczne zyski korporacji, wielkich banków i bogaczy; oraz dziwną mieszankę deflacji i inflacji, spowodowaną dewaluacją głównych walut, obniżeniem kosztów pracy i wzrostem cen towarów. Część obserwatorów przewiduje, że dolar amerykański straci niebawem pozycję światowej waluty rezerwowej, co potwierdzają wydarzenia poza sceną, takie jak porozumienie chińsko-rosyjskie co do rozpoczęcia wymiany handlowej we własnych walutach i rezygnacji z dolara. Dług narodowy USA osiągnął niewyobrażalną sumę 14 bilionów dolarów.

Podczas gdy najbogatsi i najbardziej wpływowi pomnażają swoje zyski, zwykłym ludziom pozostaje coraz mniejszy kawałek wspólnego chleba. Według najnowszych badań najbogatsze 5% amerykańskiego społeczeństwa posiada 75% całości majątku. Oznacza to, że do podziału między całą resztę – 95% społeczeństwa pozostaje 25%. Sytuacja wygląda podobnie i w Europie, jak zresztą na całym świecie. Wystarczy przelotne spojrzenie, by stracić cały optymizm co do zapewnień amerykańskiego rządu o „podnoszeniu się gospodarki”: ponad 60 procentom Amerykanów z zasiłkiem dla bezrobotnych płaci teraz rząd federalny, ponieważ przeszło połowa stanów oficjalnie zbankrutowała. Skutkiem tego gubernatorzy Kalifornii, Nowego Jorku i wielu innych stanów wychodzą z projektami drastycznych cięć budżetowych na rok fiskalny 2011. Nowo wybrani do Waszyngtonu Republikanie już zaczęli zabierać się za związki zawodowe, opiekę zdrowotną i reformy socjalne w celu „załatania dziur w budżecie”. Przemilczano za to słonia w pokoju: rosnące imperialne interesy Ameryki. Gdzie są powszechne krzyki oburzenia? Jak długo jeszcze ludzie będą się godzić na pańszczyznę, gdy obok nieograniczone fundusze dla przemysłu wojskowego znajdują „nowe rynki”?

© neopren @deviantart.com — „Gospodarka Wojenna”

Oblicza się, że około jedna trzecia światowego bogactwa znajduje się w prywatnych, nieopodatkowanych bankach „pod palmami”, gdzie ogromna większość transakcji międzynarodowych zawierana jest w tajemnicy. Tajemnica to kluczowe słowo zawsze, kiedy mowa o finansowym terroryzmie. Elity, które kontrolują większość światowych zasobów, nie lubią ujawniać tłumom swoich planów. Przykładem z zeszłego roku, ukazanym przez Wall Street Journal, była bardzo szczególna i prywatna „kolacja”, jaka odbyła się 8 lutego na Manhattanie. Na liście gości znaleźli się nowojorscy przedstawiciele funduszy hedgingowych z SAC Capital Advisors, Soros Fund Management, Greenlight Capital i Brigade Capital. Na owej kolacji czołowi spekulanci mieli „przewidzieć” spadek euro i jego możliwe wyrównanie do poziomu dolara. Euro faktycznie znalazło się w dołku z powodu kryzysu kredytowego Grecji, jak też podobnych bolączek finansowych w Portugalii, Włoszech, Hiszpanii i Irlandii („PIIGS” w żargonie finansistów – jak pomysłowo, nie sądzicie? [pigs, czyli świnie – przyp. tłum.]). Jednak za osłabienie euro odpowiadają także pewne fundusze hedgingowe, które wyłożyły grube pieniądze na złą prognozę dla euro, co mogło przynieść spekulantom setki milionów zysku. Innymi słowy, przewidywanie osłabienia euro jest rodzajem proroctwa, które finansowa mafia chętnie urzeczywistnia. Goldman Sachs, Bank of America-Merill Lynch i londyński Barclays także brały udział w zabawie „eurobiznes”, wzbogacając się na spadku tej waluty. Na tej samej kolacji zapadła decyzja, by zaatakować najsłabsze ogniwo strefy euro, którym okazała się Grecja, a dokładniej obligacje jej rządu. Spekulując na ich niekorzyść, spodziewano się wybuchu kryzysu, który negatywnie wpłynie na euro – co ostatecznie odczują ludzie na całym świecie (nie wyłączając USA).

I powiodło im się. Jak to zwykle bywa, za cały bałagan musi zapłacić społeczeństwo w postaci programów oszczędnościowych, co odbywa się kosztem świadczeń społecznych – dlatego jest to niepopularna kwestia. Nie dziwi zatem, że program oszczędnościowy Grecji będzie ściśle nadzorować Komisja Europejska. Przeanalizowanie planu zajęło biurokratycznej machinie Unii Europejskiej trzy tygodnie, do tego zapowiedziała kontrolę jego wprowadzania raz na miesiąc-trzy miesiące. Jeśli grecki rząd odejdzie od założeń programowych, Bruksela ukarze Grecję dodatkowymi obciążeniami finansowymi.

Grecy zareagowali na plan oszczędnościowy masowymi protestami i powszechnym strajkiem sektora publicznego. Przewijające się przez luty 2011 strajki uziemiły samoloty, doprowadziły do zamykania szkół, zaś szpitale zaczęły przyjmować tylko w przypadkach bezpośredniego zagrożenia życia. Do strajków przyłączył się także sektor prywatny, na dodatek rolnicy przystąpili do całomiesięcznej blokady głównych dróg w kraju, żądając dotacji od rządu.

Pod koniec 2010 r. zamieszki i masowe demonstracje były na porządku dziennym. Wybuchały m.in. w Tajlandii, Toronto (podczas szczytu G20), Niemczech, Francji, Wielkiej Brytanii (w reakcji na podniesienie studentom czesnego), Irlandii (w związku z krachem systemu bankowego) i Włoszech (wobec rażącej korupcji naczelnego złodzieja, Berlusconiego).

Kolejnym dobrym przykładem bezkarności elit, która (przypadkowo?) wyszła na światło dzienne, była zeszłoroczna giełda. Jak się okazało, rynkami można sterować za pomocą programów High Frequency Trading (HFT), obejmujących obecnie 70 procent operacji rynkowych. Niekwestionowanym liderem w tej nowej technologii jest Goldman Sachs. Matt Taibbi twierdzi, że Goldman Sachs „odpowiada za każdą manipulację rynku, jaka miała miejsce od Wielkiego Kryzysu”. Kiedy coś nie idzie po ich myśli, Goldman w przypływie szału wykrzykuje pogróżki o zdławieniu rynku. Byliśmy świadkami takiego zachowania podczas incydentu „flash crash” z 6 maja 2010 r., kiedy to indeks na Dow Jones odnotował największy jednodniowy spadek w historii – 999,5 punktów. Tylko kto jej dokonał? Kto stał za tak zwanym tąpnięciem “flash-crash”? Aby znaleźć odpowiedź, musimy sprawdzić, co jeszcze działo się w tym czasie. I tak, administracja Obamy naciskała na Senat, by zmienił klauzulę senatora Berniego Sandersa, która unieważniłaby niemal całą treść ustawy sprzed 32 lat, chroniącej politykę monetarną Systemu Rezerwy Federalnej przed kongresowymi audytorami. Fed batalię tę wygrał, kiedy bankierzy zmusili Senat do zgody na kompromis. Szef Fed, Ben Bernanke, napisał w liście do Kongresu, że decyzja ta (przyjęcia klauzuli Sandersa-przyp.) „poważnie zagroziłaby niezależności polityki monetarnej, zwiększyła stopy procentowe i obawy związane z inflacją, a także zachwiała stabilnością ekonomiczną i ograniczyła tworzenie miejsc pracy”. Chyba dość jasno im to wyłożył. Jak  zauważył David DeGraw, od początku kryzysu Fed wpompował prawie 4,3 biliona dolarów w akcję ratowania systemu bankowego. Nie bardzo też wiadomo, do kogo trafiły te sumy, przy czym od tamtego czasu wyszło na jaw, że wśród beneficjentów pakietów ratunkowych było wiele zagranicznych banków. Poprawka Sandersa doprowadziłaby do ujawnienia wszystkich szczegółów związanych z tymi operacjami Wall Street. Projekt Sandersa miał wreszcie ujawnić szczegóły wszystkich operacji Wall Street, dotyczące ratowania banków. Jeszcze tego samego dnia Kongres odrzucił w głosowaniu poprawkę, która wymusiłaby rozbicie sześciu największych finansowych gigantów USA – włącznie z Goldman Sachs – na mniejsze banki, których ewentualny upadek nie pociągałby za sobą automatycznie katastrofy w gospodarce. Jak pisze DeGraw, Stany Zjednoczone przejęła siatka finansowych terrorystów. Są oni nie tylko przyjaciółmi przestępców, sami są przestępcami.               

Innym zjawiskiem nabierającym tempa w 2010 r. był zupełny brak konsekwencji wobec tych, którzy dopuszczają się przekrętów, oszustw, kłamstw i terroru na coraz większą skalę. W pewnych kręgach od lat było wiadomo, że wielcy gracze jak JP Morgan czy Goldman Sachs manipulują rynkami metali szlachetnych dla własnego zysku. Były finansista Andrew McGuire przedstawił w marcu 2010 r. niepodważalny dowód na ów proceder. Bill Murphy, dyrektor Gold Anti-Trust Action Committee (GATA) upublicznił te rewelacje na otwartym posiedzeniu komisji CFTC (niezależnej agencji nadzorującej rynek kontraktów terminowych, tzw. futures, w USA – przyp. tłum.), jednak dziwnym trafem kamera nagrywająca przebieg posiedzenia przestała działać, kiedy zabrał głos Murphy (i odzyskała sprawność po skończonym wystąpieniu Murphy’ego). Inny członek GATA wyznał poźniej, że rynek złota jest niczym innym jak kolejnym schematem Ponziego, ponieważ ilość kruszcu na papierze nie ma pokrycia w rzeczywistości. Z tej racji papierowe złoto również powinno było podrożeć, jednak nie dzieje się tak za sprawą nacisków banków inwestycyjnych. Następnego dnia, 26 marca, wspomniany eks-finansista McGuire wraz z żoną udał się na zakupy, gdy nagle z bocznej drogi wyjechało auto, zderzając się z ich pojazdem. Próbując uciec, kierowca dodał gazu i niemal potrącił świadka, który chciał go zatrzymać, jednak ten zdążył uskoczyć. Sprawca rozbił jeszcze dwa samochody, po czym został zatrzymany przez londyńską policję. McGuire’a i jego żonę odwieziono do szpitala z niewielkimi obrażeniami. O kierowcy nie było odtąd żadnego słowa. Media ledwie napomknęły o tym zdarzeniu, a komisja CFTC, co wcale nie dziwi, ostatecznie nie podjęła żadnych działań. Po posiedzeniu komisji Murphy otrzymał propozycję wywiadu od kilku kanałów telewizyjnych, jednak w przeciągu 24 godzin wszystkie spotkania odwołano.

W listopadzie 2010 r., kiedy irlandzki rząd naciskano na przyjęcie warunków pomocy finansowej od MFW i Unii, przeważało nastawienie, że brak tej decyzji doprowadzi do katastrofy w gospodarce zarówno Irlandii, jak i całej strefy euro. Ówczesny rząd krok ten przypłacił klęską w nowych wyborach, za to były już minister finansów ujawnił niedawno, że Europejski Bank Centralny niemal dosłownie przystawił mu do głowy pistolet, grożąc sabotażem – nakręceniem runu na irlandzkie banki – jeśli nie podpisze papierka. To nie kapitalizm ani socjalizm – to garstka psychopatów umyślnie zadłużających państwa w celu ich kontroli, powodująca przy tym powszechne cierpienie.

Mając wszystko to na uwadze, niby jak mamy zareagować na niedawne ostrzeżenia prezesa Banku światowego Roberta Zoellicka, wedle którego świat „stoi u progu wielkiego kryzysu”? Otóż drogi panie Zoellick, świat już pogrążył się w głębokim kryzysie. Oczywiście Zoellick jest świadom swoich słów – w końcu siedzi w biznesie tworzenia kryzysów gospodarczych.

„Przecież nie zjem iPada!”

W kwestii żywności bijemy na alarm od co najmniej dwóch lat (zresztą nie tylko my). Jak zauważono w poprzednim odcinku tego cyklu, fala upałów i pożarów w Rosji zmusiła ją do wstrzymania eksportu zbóż, co jest złą wiadomością dla pozostałych krajów, jako że Rosja jest jednym z największych światowych producentów pszenicy. Nie uważamy bynajmniej, że pszenica służy zwierzętom i ludziom, jednak nie o to tu chodzi. Należy bowiem pamiętać, że stanowi ona jeden z podstawowych składników żywieniowych świata.

Katastrofalne zbiory zbóż w Rosji [i kolejne wielkie pożary – przyp. tłum.] oznaczają nowy etap w trwającym kryzysie żywnościowym. Abdolreza Abbasian, ekonomista oenzetowskiej Organizacji ds. Wyżywienia i Rolnictwa (FAO), wyjaśniał niedawno, że  w styczniu 2011 r. ceny żywności osiągnęły najwyższy poziom od czasu założenia FAO. Indeks cen żywności FAO rośnie już siódmy miesiąc z rzędu, w styczniu b.r. osiągnął wynik 231 punktów, przewyższając tym samym rekordowe 224,1 punktów z czerwca 2008 r. „Takie wysokie ceny najpewniej utrzymają się w nadchodzących miesiącach”, ostrzegł ekonomista. I utrzymały się, bo już w lutym indeks osiągnął 236 punktów, co było częściowo spowodowane większymi cenami paliw. Bank Światowy przewiduje „szerszy trend wzrostu cen towarów, włącznie z cenami żywności”. Według obliczeń FAO, ceny zbóż w ciągu jednego tylko roku wzrosły o 70%.

W swoim niedawnym artykule Michael Snyde stworzył listę dwudziestu zachodzących obecnie czynników, które mogą tylko pogorszyć kryzys żywnościowy (nazwany przez autora artykułu „przerażającym”):

1. Według Banku Światowego, od czerwca ub.r. 44 miliony ludzi na świecie popadły w skrajne ubóstwo, wywołane rosnącymi cenami żywności.

2. Świat w zastraszającym tempie traci żyzne gleby. Zdaniem Lestera Browna, „na jednej trzeciej powierzchni pól uprawnych świata żyzna gleba wyjaławia się w tempie, które nie pozwala na odbudowę jej składników mineralnych”.

3. Z powodu rządowych subsydiów na etanol, prawie jedna trzecia upraw kukurydzy w Stanach Zjednoczonych przeznaczana jest na paliwo. To z kolei negatywnie odbija się na cenie kukurydzy.

4. Z powodu braku wody niektóre kraje Bliskiego Wschodu zmuszone są niemal całkowicie polegać na pomocy z zewnątrz w kwestii dostaw podstawowej żywności. Przewiduje się na przykład, że do 2012 roku zniknie produkcja zbóż w Arabii Saudyjskiej.

5. Poziom wód gruntowych na świecie zmniejsza się w zastraszającym tempie w wyniku „nadmiernej eksploatacji”. Według Banku Światowego, 130 milionów Chińczyków i 175 milionów Hindusów żywi się zbożami, których nawodnienie uszczupla zasoby rzek i cieków podziemnych szybciej, niż te zdołają odnowić swój poziom. A co będzie, gdy zniknie reszta tej wody?

6. Natomiast w Stanach, nieprzerwane kurczenie się zasobów Zbiornika Ogallala [mieszczącego się pod Wielkimi Równinami – przyp. tłum.] może doprowadzić do tego, że „spichlerz Ameryki” z powrotem zmieni się w „Dust Bowl„”.

7. Choroby takie jak rdza zbożowa (UG 99) dziesiątkują światowe uprawy.

Ryzyko skażenia: W sklepie przy tokijskim targu rybnym sprzedawane są różne gatunki ryb. USA wstrzymały wszystkie dostawy nabiału z Japonii, reszta żywności będzie poddana kontroli przed wpuszczeniem jej na teren kraju.

8. W wyniku tsunami i kryzysu nuklearnego duże obszary rolnicze Japonii stały się nieużytkami. Ponadto wielu uważa, że znaczna część północnej Japonii w przyszłości okaże się strefą nie nadającą się do zamieszkania. Mało tego, pojawia się wiele opinii, że japońska gospodarka, trzecia na świecie, najprawdopodobniej całkowicie się w efekcie załamie.

9. Największą rolę na tej liście może odgrywać cena ropy, w ogromnym bowiem stopniu wpływa ona na produkcję żywności. To samo dotyczy transportu żywności. Kiedy ceny ropy szybują w górę, cały system produkcji żywności robi się coraz droższy. Jeżeli sytuacja na rynku ropy utrzyma się, spodziewajmy się jeszcze wyższych cen żywności, przy czym niektóre sposoby produkcji żywności zupełnie przestaną być opłacalne.

10. W pewnym momencie świat odczuje bardzo poważny niedostatek nawozów. Według naukowców z Global Phosphorus Research Initiative, za 30-40 lat świat nie zdoła zapewnić wystarczającej ilości fosforu pod uprawy.

11. Inflacja wywołana rosnącymi cenami żywności już wyniszcza wiele gospodarek na świecie. Przykładowo, Indie borykają się z  18-procentowym wzrostem inflacji w skali roku.

12. Jak podaje ONZ, w lutym b.r. światowe ceny żywności pobiły wszelkie dotychczasowe rekordy

13. Według wyliczeń Banku Światowego, globalne ceny żywności  wzrosły o 36% w ciągu ostatnich 12 miesięcy.

14. Cena pszenicy wzrosła dwukrotnie od minionego lata.

15. Blisko dwukrotnie wzrosła także cena kukurydzy.

16. Cena soi wzrosła niemal o połowę w porównaniu do czerwca ub.r.

17. Cena soku pomarańczowego wzrosła dwukrotnie w porównaniu z 2009 r.

18. Na świecie są 3 miliardy ludzi, którzy muszą wyżyć za równowartość 2 dolarów dziennie lub mniej, zaś globalna gospodarka stała na krawędzi katastrofy na długo przed początkiem tego roku.

19. 2011 już zdążył zyskać miano jednego z najbardziej szalonych lat od czasu II wojny światowej. Bliski Wschód opanowały rewolucje, Stany Zjednoczone wmieszały się w wojnę domową w Libii, Europie grozi finansowa zapaść, a dolar amerykański dogorywa. Żadne z tych zdarzeń nie sprzyja globalnej produkcji żywności.

20. Krążą uporczywe pogłoski o brakach w asortymencie u największych amerykańskich dostawców żywności długoterminowej. Poniżej jest fragment najnowszego „raportu specjalnego” rozgłośni Raiders News Network:

Rozejrzyjcie się. Przeczytajcie nagłówki gazet. Dowiecie się, że najwięksi producenci żywności długoterminowej, jodku potasu i innych artykułów pierwszej potrzeby dosłownie zamykają swoje sklepy internetowe i umieszczają informację, jak ta na stronie Mountain House czy Thyrosafe, tłumaczącą, że w związku z ogromnym zapotrzebowaniem wstrzymują sprzedaż, zapowiadając ponowne otwarcie w bliżej nieokreślonej przyszłości.

Powszechnie wiadomo, że za wzrost cen żywności częściowo odpowiedzialne są burze śnieżne w USA, powodzie w Australii oraz inne anomalie pogodowe. Nie jest też tajemnicą, że anomalie te w znacznym stopniu przyczyniają się do rewolucji, czy to na Bliskim Wschodzie czy gdzie indziej, dlatego też niektóre rządy wykupują pszenicę i ryż w celu uniknięcia ich deficytu (Algieria, Indonezja), stabilizacji ich cen na rynkach lokalnych (Honduras) oraz zasilania programów zwalczania ubóstwa (Salwador). Niektóre rządy zdają się pamiętać o obowiązku, jakim jest dbanie o obywateli, jednak tylko wtedy, gdy istnieje obawa, iż obywatele są w stanie dokonać rewolty. Inni rządzący uciekają się do środków w stylu „niech jedzą ciastka” – czy raczej, „dajmy im tanie iPady” – prowokując katastrofę. Dobrym tego przykładem jest Zjednoczone Królestwo. Najwyraźniej ani supermarkety, ani też władze, nie widzą żadnego problemu w cenach żywności w Wielkiej Brytanii, rosnących w tempie trzykrotnie większym niż w siedmiu innych krajach – światowych potęgach gospodarczych. Zdaniem wieloletniego ekonomisty banku HSBC, spowoduje to niepokoje społeczne i demonstracje. Rodzina królewska lepiej  niech urządzi rychło kolejny ślub, żeby oderwać myśli Brytyjczyków od widma głodu, w przeciwnym razie sytuacja zrobi się wkrótce nieciekawa.

Kolejnym wydarzeniem, które jeszcze bardziej pogłębi kryzys żywnościowy, jest katastrofa nuklearna w Japonii. No bo kto zechce dzisiaj kupić japoński ryż albo ryby? Pytanie, jak duży efekt domina spowoduje załamanie japońskiej gospodarki i jak się to odbije na reszcie świata?

Nie da się już uciec od rzeczywistości, w której ludzie coraz bardziej dają upust swej złości. Czego powinniśmy się spodziewać? Jeden z możliwych scenariuszy został przedstawiony na poniższym wideo:

Faktycznie, takie sytuacje mogą rozbudzić w ludziach zwierzęce instynkty. Jednak co będzie, jeśli masy (słusznie) zorientują się, że problem stanowią ich przywódcy lub niesprawiedliwy system społeczno-ekonomiczny? Przypuśćmy, że niedostatek żywności nie osiągnął jeszcze punktu, kiedy nasi sąsiedzi zmienią się w szabrowników. Być może sytuacja dojrzała już do tego, by wyjść na ulice i wyrazić wolę politycznych zmian…

2011: Przez rewolucję do wolności

Z początkiem roku fala protestów i rewolucyjnych nastrojów rozlała się od Afryki Północnej po Bliski Wschód, obejmując bogate w ropę arabskie państwa w rejonie Zatoki Perskiej, a zaczęło się od niepokojów w Tunezji w grudniu 2010. Ludność arabska należy do najbardziej uciskanych we współczesnej historii. Fakt ten niewątpliwie przyczynił się do tego, że zarzewie globalnej rewolucji ma miejsce na Bliskim Wschodzie, a nie gdzie indziej.

Gdy fala ta rozszerzała się na Afrykę Północną i Półwysep Synaj, mogliśmy zobaczyć przejawy prawdziwej inicjatywy społecznej, ale też działań prowokatorów, lokalnych represji, propagandy oraz obcej interwencji („gry i zabawy” zagranicznych służb) – a wszystko to razem tworzyło mieszanki, które w różnych krajach przynosiły różne rezultaty. Choć panuje tam spore zamieszanie, spróbujmy wyciągnąć z tych wydarzeń jak najwięcej prawdy. Szczególnie interesująca i zarazem dramatyczna jest sytuacja w Egipcie i Libii. Swoją drogą ciekawie jest przyglądać się dwulicowym reakcjom amerykańskiego i europejskich rządów, które zmieniają strony zależnie od tego, co jest w danej chwili bardziej na rękę Imperium.

Przyjrzyjmy się tym państwom w jako takim porządku chronologicznym i terytorialnym:

Tunezja

© Unknown – Na zdjęciu opublikowanym w grudniu przez tunezyjski rząd prezydent Ben Ali w trakcie wizyty u Tunezyjczyka Mohameda Al Buaziziego, który w ubiegłym miesiącu podpalił się w proteście przeciwko bezrobociu. Śmierć Buaziziego sprowokowała rozruchy, w wyniku których Ben Ali uciekł z kraju po 23 latach prezydentury.

Tunezja jest popularnym miejscem wypoczynkowym basenu Morza Śródziemnomorskiego, „przyjacielem cywilizowanej Europy”, a przez to całkiem niespodziewanym źródłem bliskowschodniej zawieruchy. „Jaśminowa rewolucja” rozpoczęła się, gdy zdesperowany sprzedawca owoców, któremu zabroniono prowadzić handel, dokonał samospalenia w grudniu 2010 r. Jego czyn był zdaje się iskrą, która rozpaliła rewolucję w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie, zagrażając istniejącycm reżimom politycznym. Za tunezyjskimi zamieszkami stoi ubóstwo, korupcja i polityczny ucisk, a także bogactwo rodziny panującej, nagromadzone po latach prezydentury Zin al-Abidin Ben Alego. Zamieszki przeciągnęły się do miesiąca, prowadząc do śmierci dziesiątek osób, zaś sam prezydent w pośpiesznie przygotowanym orędziu przystał na żądanie protestujących, znosząc ścisłą rządową cenzurę. Odrzucił jednak apel o zakończenie swoich 23-letnich rządów. Dla wielu ludzi na ulicach jego słowa nic nie znaczyły; słyszeli to już wiele razy. Następnego dnia Ben Ali rozwiązał rząd i ogłosił wcześniejsze wybory. Dzień później odleciał do Arabii Saudyjskiej.

Rząd „jedności”, utworzony przez Mohameda Ghannouchiego – satrapę Ben Alego przez blisko 20 lat – miał stanowić sygnał dla kolonialnych władców, że Tunezja znajdzie się w bezpiecznych rękach; że nadal będzie sprzyjała interesom elit a nie własnych obywateli. Tunezję zawsze chwalono jako „przyjaciółkę Europy” za trzymanie muzułmanów w ryzach, co częstokroć wiązało się z pogwałceniem praw człowieka i obejmowało tortury. Czy możliwa jest demokracja w kraju, gdzie znaczna część dorosłych mieszkańców pracuje w taki czy inny sposób dla tajnej policji?

Demonstranci powrócili na ulice, a Ghannouchi musiał wkrótce potem ustąpić, gdy wyszło na jaw, że był wplątany w spisek polityków związanych ze starą administracją, mający przywrócić dawny ład. Afera dosięgła też Francji, gdzie po tygodniach krytyki minister spraw zagranicznych Michele Alliot-Marie ogłosiła swoją dymisję w związku z utrzymywaniem kontaktu z byłym reżimem Tunezji. Ów reżim jednak nie daje za wygraną – policjanci dalej strzelają w tłumy demonstrantów, a wojsko powołuje rezerwistów w celu utrzymania porządku.

Kuwejt

© Unknown – Beduini, Arabowie bez państwa, atakowani przez uzbrojonych funkcjonariuszy z dala od stolicy Kuwejtu.

Licząc na uniknięcie rewolucyjnej zawieruchy w swoim kraju, emir Kuwejtu nadał w styczniu wszystkim poddanym bony pieniężne i żywnościowe: po tysiąc dinarów (3559 USD) i talony na żywność dla każdego Kuwejtczyka, łącznie z dziećmi urodzonymi w lutym 2011 r. Program darmowej żywności ma obejmować takie podstawowe produkty, jak ryż, jajka i mleko, a potrwać ma do marca 2012 r. Jednak łapówka to łapówka, i jak każdy psychopatyczny osobnik u władzy, emir Kuwejtu przejawia syndrom nieuleczalnego myślenia życzeniowego; kartki na żywność nie zastąpią bowiem wolności. Nawet piaskowe tsunami, które pokryło wówczas Kuwejt, nie powstrzymało ludzi przed rozpoczęciem protestów, po raz pierwszy w tym kraju, w których udział wzięło ponad 1000 bezpaństwowych Arabów – w głównej mierze potomków nomadów. Demonstracje objęły Al Dżahrę, leżącą na zachód od Kuwejtu (stolicy). Żądano nadania Beduinom obywatelstwa, bezpłatnej edukacji i opieki zdrowotnej, oraz miejsc pracy – dotychczasowych przywilejów rodowitych Kuwejtczyków. Siły bezpieczeństwa użyły granatów dymnych i armatek wodnych w celu rozproszenia demonstrantów, których nie objął program masowych łapówek. Przynajmniej nie użyto ostrej amunicji. Na marginesie, w Kuwejcie mieszczą się kluczowe w regionie bazy amerykańskie, będące ważnymi miejscami wypadowymi dla imperialnego podboju na Bliskim Wschodzie.

Oman

Antyrządowe protesty w stolicy Omanu, Maskacie

Pokojowy, godzinny marsz ze stycznia, na którym protestowano przeciwko niskim zarobkom i rosnącym cenom żywności, miesiąc później przybrał bardziej dramatyczny obrót, gdy policyjne siły bezpieczeństwa Omanu zaczęły bić ludzi z dwutysięcznego tłumu antyrządowych demonstrantów. Próbując uniknąć dalszych protestów, rządzący Omanem sułtan Kabus odwołał sześciu ministrów i podwyższył stypendia studenckie (!), jednak następnego dnia budynki rządowe stanęły w płomieniach, po czym w tłum wystrzelono gumowe pociski, skutkiem czego dwie osoby zginęły a pięć zostało rannych.

Egipt: Saladyn ponownie rusza do walki

Egipt jest głównym sojusznikiem USA w Afryce Północnej, ustępując tylko Izraelowi pod względem zbrojnego wsparcia, do tego jest naturalnym przywódcą świata arabskiego i największym w regionie krajem z 80 milionami mieszkańców. Stanowi zarazem plac zabaw dla dyktatora Hosni Mubaraka, sprawującego rządy od 1981 r. Ponadto Egipt zawarł pakt z Izraelem, zaś USA tolerują jego niedemokratyczne ekscesy, mające utrzymać stabilność reżimu. Innymi słowy, dopóki Egipt będzie wypełniał rolę korzystnego buforu dla południowej granicy Izraela i otwierał dlań Kanał Sueski, kogo obchodzą jego mieszkańcy? Około 60% Egipcjan to ludzie przed trzydziestką, a stanowią oni 90% bezrobotnych.

W styczniu setki Egipcjan stanęły pod tunezyjską ambasadą w Kairze w geście solidarności z Tunezyjczykami, a jako że sami przeżywają podobne trudności, także nawoływali do protestów. Zostali przez to otoczeni silnym kordonem policyjnym – pamiętajmy, że Egipt pozostaje w „stanie wyjątkowym” już od trzydziestu lat. Tydzień później rewolucja ruszyła pełną parą, wraz z manifestacjami przeciwko prezydentowi Mubarakowi, w których zginęła dwójka demonstrantów w Suezie i jeden policjant w Kairze. Całodniowe protesty były wyrazem sprzeciwu wobec tortur, ubóstwa, bezrobocia, korupcji i ucisku, wszechobecnych podczas trzydziestoletniej dyktatury.

Kair, 25 stycznia 2011: Jeden z protestujących, otoczony przez policjantów, trzyma plakat z napisem w języku francuskim „Mubarak, odejdź”, zrobiony na podobieństwo transparentów z zeszłotygodniowych demonstracji w Tunezji.

Protesty wkrótce rozprzestrzeniły się po całym kraju, wybuchając przynajmniej w sześciu miastach. W samym Kairze policja użyła armatek wodnych i gazu łzawiącego na Placu Tahrir. Zamknięto Twittera. Demonstranci żądali, by Mubarak, jego syn i zarazem prawdopodobny następca Gamal, oraz minister spraw wewnętrznych Habib al-Adly, zostali odsunięci od władzy; domagano się także należnych praw oraz zlikwidowania bezrobocia, ubóstwa i tortur.

W międzyczasie syn Mubaraka i najpewniej jego następca, razem z rodziną uciekł do Londynu. Trzeciego dnia protestów pojawiły się relacje o niesłabnącej brutalności policji i próbach wprowadzenia ciszy medialnej. Wnioskując z nastrojów demonstrantów, wydarzenia te powszechnie uważano za kluczowy moment w historii Egiptu; ich zdaniem, pragnienie wolności osiągnęło punkt, od którego nie ma odwrotu. Inny pogląd na sprawy miała natomiast Hilary Clinton w noc pierwszych demonstracji:

”Według naszej oceny, rząd egipski jest stabilny i szuka sposobu, by odpowiedzieć na uzasadnione żądania narodu.”

To zwykła dwumowa, która znaczy tyle co: „Będziemy dalej wspierać tyranię i dyktaturę zamiast demokracji i wyzwolenia”. Ta postawa zmieniła się (nieco), gdy prezydent Barack Obama powiedział:

„To bardzo ważne, żeby ludzie mieli możliwość wyrażenia swojej złości.”

oraz:

„Zawsze powtarzałem [Mubarakowi], że droga w kierunku reform, politycznych i gospodarczych, jest absolutnie niezbędna do utrzymania w Egipcie dobrobytu na dłuższą metę.”

„Właśnie dlatego [tj. z braku reform] to tłumione niezadowolenie w końcu znalazło ujście na ulicach.”

Niedługo potem zablokowano Internet, a rząd wysłał do Kairu jednostkę specjalną, wyprzedzając oczekiwany wybuch nowej fali protestów antyrządowych. Oddział antyterrorystyczny, rzadko wcześniej widziany na ulicach, zajął pozycje w strategicznych miejscach, w tym na głównym Placu Tahrir, będącym sceną największych demonstracji. Poparcie dla protestujących wzrosło wraz z powrotem do Egiptu laureata Pokojowego Nobla Mohameda ElBaradei (a może był tam od samego początku?), za tłumami opowiedziało się także największe stronnictwo opozycyjne, Bractwo Muzułmańskie, po tym, jak siły bezpieczeństwa aresztowały co najmniej pięciu przywódców Bractwa i pięciu byłych członków Parlamentu, oraz wielu członków Bractwa. Jak można się było spodziewać, przemoc rozrosła się poza stolicę. Podczas popołudniowych modlitw w piątek pierwszego tygodnia protestów, tysiące osób, które wyszły na ulice, miały przeciwko sobie uzbrojonych po zęby policjantów i egipskie oddziały wojskowe.

Lekceważąc godzinę policyjną, ludzie coraz śmielej gromadzili się na ulicach. W kilku miastach zdemolowano siedziby rządowe, zaś w Suezie tłum opanował tamtejszy posterunek policji. Przez cały, wypełniony protestami, tydzień nie było słychać o Mubaraku. Co ciekawe, także izraelski rząd siedział cicho i to pomimo obaw, że Bractwo Muzułmańskie może zdobyć władzę w Egipcie i unieważnić traktat pokojowy z 1979 r. Czyżby Izrael kusiło zajęcie utraconej niegdyś części Synaju, z której mógłby stworzyć strefę buforową? Tymczasem  demonstranci po sześciu dniach protestów zaczynali coraz głośniej zarzucać USA i innym państwom brak reakcji na wydarzenia w Egipcie, kierując swój gniew przeciwko amerykańskim i izraelskim władzom. Tego samego dnia egipski rząd złożył oficjalną dymisję z polecenia Mubaraka. Do pierwszego oświadczenia Izraela doszło dzień po lądowaniu na kairskim lotnisku trzech izraelskich samolotów z niebezpiecznymi materiałami, przeznaczonymi do tłumienia protestów. Wtedy to premier Benjamin Netanjahu powiedział: „Nasze starania mają na celu utrzymanie w regionie stabilności i bezpieczeństwa.”

W odpowiedzi na masowe protesty Mubarak wyznaczył pierwszego wiceprezydenta w swoich 30-letnich rządach, którym został Omar Sulejman, człowiek „szanowany” przez polityków amerykańskich za współpracę w ich programie zatrzymań i tortur, nie licząc innych działań. Pomimo tej decyzji protesty trwały nadal w Kairze i Aleksandrii. W ramach kolejnego ustępstwa Mubarak ogłosił, że nie będzie ubiegał się o fotel prezydencki w przyszłych wyborach. Niczego tym jednak nie wskórał, ponieważ starcia między jego zwolennikami a przeciwnikami – coraz brutalniejsze – nie ustawały, a ponad 250 tysięcy ludzi ruszyło na Plac Tahrir (przemianowany na Plac Wyzwolenia). Nigdzie w pobliżu nie było policji, było za to wojsko. Zagraniczni dziennikarze stali się ofiarami pobić – często brutalnych – szykan i aresztowań, z rąk ludzi związanych w większym lub mniejszym stopniu z Mubarakiem: członków tajnej policji, cywilnych zwolenników czy żołnierzy. W kilku przypadkach dziennikarzy oskarżono o „szpiegostwo dla obcych państw”. Trzeba przy tym zaznaczyć, że nie było kogoś takiego, jak „prawdziwi” zwolennicy Mubaraka; byli to albo policjanci czy funkcjonariusze tajnych służb, którzy ulotnili się po skończonej robocie, albo tysiące więźniów zwolnionych w trakcie całego tego chaosu, lub też młodzież, której płacono po 50 dolarów za napadanie tłumów.

© Getty Images – Plac Wyzwolenia, Kair.

Obama musiał zrozumieć, że od zmian politycznych nie da się już uciec, dlatego podkreślił konieczność „natychmiastowego” utworzenia reprezentacyjnego rządu, stwierdzając przy tym, że protesty „to moment transformacji” w Egipcie, i że „obecne status quo jest niestabilne”. To niemal zabawne, z jaką pasją politycy potrafią zmieniać poglądy, w zależności od planu gry. W połowie drugiego tygodnia demonstracji grupy manifestantów połączyły się, aby wspólnie przygotować cele polityczne – w myśl hasła: lepiej zjednoczeni niż podzieleni – i to radykalniejsze od wcześniejszych propozycji grupy sędziów, dyplomatów i biznesmenów, przedstawionych w egipskim dzienniku Al Shorouk. Wiceprezydent Egiptu spotkał się z liczną reprezentacją głównych grup opozycyjnych, obiecując kolejne ustępstwa, w tym wolność prasy, zwolnienie osób aresztowanych od rozpoczęcia protestów, trwających już prawie dwa tygodnie, a także zniesienie znienawidzonej decyzji o stanie wyjątkowym. Wśród grup opozycyjnych byli młodzi zwolennicy ElBaradei, stanowiący jedną z głównych sił sprawczych protestów, było także Bractwo Muzułmańskie oraz kilka mniejszych grup lewicowców i liberałów. Dwunastego dnia protestów Mubarak ustąpił ze stanowiska przewodniczącego Narodowej Partii Demokratycznej. Do tego czasu, jak podaje ONZ, zginęło co najmniej 300 osób, a tysiące zostało rannych.

Rozmowy między rządem egipskim a opozycją zakończyły się fiaskiem, kiedy reżim odmówił przekazania władzy w ręce tymczasowej administracji licząc, że masowe protesty wkrótce ucichną. Zamiast tego doszło do jeszcze większych demonstracji w głównych miastach, którym towarzyszyły strajki związkowców. Wśród wielu demonstrantów słychać było okrzyki, że nie wrócą do domów, dopóki Mubarak nie ustąpi. Siedemnastego dnia protestów na Placu Tahrir był już niemal milion ludzi, pomimo ostrzeżeń ministra spraw zagranicznych Ahmeda Gheita, że w razie dalszych demonstracji do akcji wkroczy wojsko. Odmówiwszy ustąpienia z urzędu i opuszczenia kraju, Mubarak przekazał dużą część swojej władzy w ręce wiceprezydenta-amatora tortur, kilka godzin po manewrze wojska, mającym wszelkie znamiona zamachu stanu, oraz po obietnicy dowódców wojskowych, że stan wyjątkowy zostanie zniesiony – ale pod warunkiem zakończenia „obecnych wypadków”.

Osiemnastego dnia protestów Mubarak w końcu przekazał władzę wojsku, opuścił Kair i czmychnął do swojej posiadłości w kurorcie Szarm el-Szejk nad Morzem Czerwonym. To istotnie zasłużony odpoczynek… tyle że dla Egipcjan.

Na tym skończyła się użyteczność Mubaraka, ale czy byłby zdolny do innych ustępstw? W każdym razie protesty trzeba było zakończyć, ponieważ ludzie nie byli zadowoleni z wyznaczonego przez wojsko czasu oddania władzy cywilom. Toteż armia zagroziła aresztowaniem osób, które nie opuszczą Placu Wyzwolenia, ogłaszając ponadto, że nie odda władzy do czasu nowych wyborów prezydenckich. Ostatecznie demonstrantów rozpędzono siłą. A jako zapowiedź przyszłych wydarzeń, niecały miesiąc później tymczasowy rząd Egiptu zatwierdził ustawę delegalizującą protesty i strajki. Niezbyt radosne to zakończenie, zwłaszcza w świetle doniesień o całkowitej kontroli USA i Izraela nad armią egipską. Próby wszczęcia nowych protestów w Kairze na początku kwietnia zakończyły się otwarciem ognia przez żołnierzy, skutkiem czego zginęło 6 osób a 71 przewieziono do szpitala z obrażeniami.

Poniższy fragment sesji Eksperymentu Kasjopeańskiego z 13 lutego 2011 r. może rzucić nieco światła na opisane wydarzenia. Chociaż dotyczy konkretnie Egiptu, można go odnieść równie dobrze do całego regionu, albo i jeszcze dalej.

P: […](L) Co następne? (Andromeda) Czy protesty w Egipcie zostały wywołane przez USA i Izrael?
O: Nie, ale kiedy się już zaczęło, z pewnością wprowadzili tam swoich ludzi. Globalna rewolucja jest  przez nie pożądana, dokładnie jak to opisał Reed.
P: (L) Douglas Reed? W jego „Kontrowersji Syjonu”? [nie wiem, czy potrzebny tu link, ale jakby co, oto polska wersja: http://www.controversyofzion.info/Controversybook_Polish/Controversybook_pol/Controversybook_pol_index.htm]
O: Tak.
P: (Andromeda) W związku z tym nasuwa się kolejne pytanie: Jak blisko syjoniści są spełnienia planu o biblijnym końcu świata?
O: Liczą, że wszystko będzie gotowe w ciągu dwóch lat.
P: (Perceval) Czy jest możliwe, że są to przygotowania do wojny na Bliskim Wschodzie między Izraelem i Arabami?
O: Możliwe, jednak nie tak, jak to sobie wyobrażasz.
P: (L) Jak się domyślam, Percevalowi wydaje się, że są to grupy pałające do siebie autentyczną nienawiścią. Ludziom narzuca się wzajemną wrogość, myślę jednak, że w przeciwieństwie do nich, ci u władzy, nawet w świecie arabskim, faktycznie są ze sobą w zmowie. (Perceval) Myślałem raczej o tym, gdzie na Bliskim Wschodzie mogłoby dojść do zarzewia wojny, która pochłonęłaby i Żydów, i Palestyńczyków, i całą resztę. W tym celu powinni [psychopaci u władzy – przyp. tłum.] wybrać jakieś miejsce, gdzie mógłby wybuchnąć panarabski nacjonalizm skierowany przeciwko Izraelowi… (L) To bardzo możliwe, ale jak mi się wydaje, oni liczą, że zdołają wywołać kontrolowany wybuch, jednak może się okazać, że nie wszystko przebiegnie po ich myśli.
O: Tak.
P: (L) Izrael to kraj skupiający chyba największą na świecie liczbę psychopatów, a ci z pewnością nie chcą wyniszczyć się nawzajem. Chcą za to zniszczyć Arabów. (Perceval) I ta ich pycha może doprowadzić ich do zguby. (L) Tak zwykle kończą. Jak powiedział Łobaczewski, bakteria nie rozumie, że zginie wraz ze śmiercią swojego żywiciela. Myślę też, że oni nie skupiają uwagi na obecnych zmianach na ziemi. Nie znaczy to, że nie przygotowują się na te rzeczy, bo przecież wiadomo, że część z nich działa pod tym kątem. Nie wydają się jednak w pełni rozumieć tych zjawisk; przygotowują co prawda plany na tego typu okoliczności, przykładowo gdy usłyszą od naukowców, że zbliża się kometa czy cokolwiek, budują bank nasion. Są to więc przygotowania. Jednak nie są oni w stanie zrozumieć znaczenia i skutków działań podejmowanych w związku z wydarzeniami, które, jak uważają, rozegrają się w określony sposób. Myślą, że te ich działania są w pełni racjonalne – zgodnie z zasadami teorii gier. Odkryli przy tym, że teoria gier nie w każdym przypadku się sprawdza! Sądzę, że jest tak, jak mówił Łobaczewski: Psychopaci próbują wyłowić z tłumu tych wszystkich, których reakcje będą pasowały do ich oczekiwań, i zawsze rozczarowuje ich niska liczba takich osób, gdy nadchodzi czas próby. Coś sprawia, że normalni ludzie nie reagują zgodnie z ich oczekiwaniami. (Perceval) Czyli nie potrafią przewidzieć reakcji normalnych ludzi, gdy ci zostaną przyparci do muru i znajdą się w sytuacji kryzysowej. (Ailén) Na przykład w razie braku żywności. (Perceval) Tak naprawdę sami nigdy nie byli w sytuacjach, jakie knują.

Jemen

Jemen jest najbiedniejszym państwem w świecie arabskim, z gwałtownie rosnącym bezrobociem, szczególnie wśród młodych, a około 40% populacji żyje za mniej niż 2$ (1.25£) dziennie. Jemen jest także strategicznym sojusznikiem USA, z planami wojskowymi obejmującymi wart 75 milionów dolarów program szkoleniowy z udziałem jemeńskiego oddziału antyterrorystycznego, co zwiększy zdolność prowadzenia walk w górzystym terenie kraju. Tamtejsza rewolta rozpoczęła się pod koniec stycznia, gdy tysiące ludzi wyległo na ulice żądając zmian. Wcześniej, przed dniem masowych protestów, prezydent Ali Abdullah Saleh oświadczył, że w 2013 roku, po ponad 30 latach rządów, ustąpi ze stanowiska i nie przekaże władzy synowi. Dodatkowo, Saleh poszedł na szereg ustępstw: zmniejszył o połowę podatek dochodowy, wprowadził regulowane ceny oraz zadeklarował podwyżki dla pracowników cywilnych i personelu wojskowego o około 47$ (29£) miesięcznie.

© Muhammed Muheisen/AP — Jemen, Sanaa, wtorek 1 marca 2011- Reakcja protestującego, gdy wraz z innymi wykrzykuje slogany w czasie demonstracji domagając się rezygnacji prezydenta Jemenu Ali Abdullah Saleha. Osaczony prezydent Jemenu oskarżył Stany Zjednoczone i Izrael o próbę destabilizacji jego kraju i świata arabskiego.

Ale to wszystko na nic, bo protesty i tak się odbyły, na przekór prośbom ze strony Saleha skierowanym do koalicji grup opozycji o zamrożenie wszystkich planowanych protestów, zjazdów i strajków okupacyjnych. Po sześciu dniach demonstracji, na południu kraju policja otworzyła ogień do protestujących, zabijając dwie osoby. Pomimo patronatu Seleha, rząd jemeński jest słaby, a jego kontrola sięga ledwo obrzeży stolicy, Sanaa; na odleglejszych terenach uzależniony jest od wątłych sojuszy z lokalnymi przywódcami plemiennymi. Na północy znajdują się szyiccy rebelianci, podczas gdy na południu kraju rezydują separatystyczne grupy rebelianckie. Jemen zjednoczył północ z południem w 1990 roku, czego wynikiem pięć lat później była wojna domowa, w której Saleh zmiażdżył południe, posiadające większość jemeńskich instalacji ropy naftowej. Południowcy skarżą się, że mieszkańcy północy uzurpują sobie ich zasoby, jednocześnie odmawiając im tożsamości narodowej i praw politycznych.

Zamieszki przerodziły się w wojnę domową, a konfrontacje obróciły w starcia pomiędzy zwolennikami rządowymi a prodemokratycznymi demonstrantami. Skala protestów osiągnęła takie rozmiary, że Saleh nie był w stanie otwarcie ich zmiażdżyć. Co ciekawe, Saleh oskarżył Izrael i USA o sprowokowanie protestów. USA podsyciły ogień, gdy James Jones, były doradca ds. Bezpieczeństwa Narodowego z Białego Domu, ostrzegł na konferencji w Waszyngtonie, że kryzys jemeński „może pogłębić obecną próżnię we władzy w Jemenie, dzięki której prosperuje Al Kaida”. Po utracie wsparcia najważniejszych wodzów plemiennych oraz w próbie uciszenia krytyków, Saleh zwolnił 5 z 22 gubernatorów prowincji.

Od początku protestów w styczniu, jemeńskie siły bezpieczeństwa zastrzeliły około 75 osób. W marcu demonstracje były tłumne, a siły bezpieczeństwa po raz kolejny strzelały do protestujących. Starcia się nasilały, a siły bezpieczeństwa urządziły przed świtem nalot na plac centralny w Sana’a, gdzie rozbiły obozowiska tysiące prodemokratycznych protestantów. Pomimo rezygnacji głównego dowódcy wojsk i co najmniej 18 innych wyższych oficerów, którzy przeszli na stronę opozycji żądając dymisji osaczonego jemeńskiego prezydenta, nadal dochodzi do eskalacji walk. Czołgi rozmieszczone na ulicach jemeńskiej stolicy stworzyły potencjalnie zapalną sytuację. Do wybuchu doszło po tym, jak armia rządowa podobno opuściła miasto Jaar po tygodniu śmiertelnych starć z uzbrojonymi ludźmi, którzy według rządu byli „członkami Al-Kaidy z Półwyspu Arabskiego”. Następnego dnia, w fabryce zbrojeniowej w Jaar doszło do serii wybuchów i zginęło ponad 120 osób. Jak zwykle, rząd obarczył winą „frakcje Al-Kaidy”. Rozlew krwi trwa, nie ma widoków na to, by Saleh zamierzał ustąpić przed końcem roku. Teraz, kiedy Zachód zaczyna się od niego odwracać, nasuwa się pytanie, czy Saleh przestał już być dlań przydatny?

Bahrajn: brutalność za aprobatą Ameryki

© Hamad I Mohammed / Reuters – Możemy sobie wyobrazić spotkanie pomiędzy głównodowodzącymi psychopatami Bahrajnu: „Więc ciągle spotykają się przy tym charakterystycznym pomniku… my do nich strzelamy, oni wracają… co możemy zrobić, żeby nie zmienił się w kolejny plac Tahrir?… Może go wysadzić?.. To genialny pomysł!…”

Mała wysepka Bahrajn jest domem dla Piątej Floty Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych Ameryki – częściowo po to, by zniwelować militarny zasięg Iranu. Jest ważnym sojusznikiem Stanów Zjednoczonych w walce z ‘terroryzmem’ i niwelowaniu wpływów irańskich w tym regionie, a także placem zabaw dla mieszkańców Arabii Saudyjskiej. Bahrajn ma niewiele ropy naftowej, ale jest centrum finansowym regionu. Przy ogromnych różnicach w dochodach i możliwościach zarobkowych, nie ma się co dziwić, że 70-procentowa większość szyicka twierdzi, że pod władzą mniejszości sunnickiej są obywatelami drugiej kategorii; czują się dyskryminowani w pracy, na rynku mieszkaniowym i edukacyjnym. Po masowych demonstracjach, które wymusiły rezygnacje egipskiego prezydenta, król Bahrajnu poszedł za przykładem kuwejckiego Emira i przed zaplanowanymi masowymi protestami antyrządowymi zdecydował się dać każdej bahrajńskiej rodzinie po 1000 bahrajńskich dinarów (2650 $). Za mało, za późno. Protestujący domagali się nie tylko pracy, ale także uwolnienia więźniów politycznych, zakrojonych na szeroką skalę reform konstytucyjnych i zniesienia rządzącej od ponad 200 lat monarchii.

Siły bezpieczeństwa brutalnie potraktowały do spokojnych demonstrantów, których liczba wzrosła do dziesiątek tysięcy. Protestujący zostali przywitani zaporą z gazu łzawiącego, wystrzałami, kartaczem i nikczemną brutalnością policji, wściekle próbującej zmiażdżyć solidarność wśród demonstrantów. Siły bezpieczeństwa, prawie w całości składające się z zagranicznych najemników, sprowadzonych, by służyć i niszczyć, dokładnie dlatego, że nie mają żadnych związków z lokalna ludnością, są całkowicie oddane rodzinie królewskiej i nie tylko chętni, ale wręcz gorliwie służą jej zamiarom. Uwaga mediów zwrócona była w inną stronę, władcy Bahrajnu wybrali więc opcję terroryzowania swoich własnych obywateli, niewątpliwie za aprobatą swojego większego sąsiada, Arabii Saudyjskiej. Protesty i nadużywanie siły względem protestujących trwały do kwietnia. Rząd Bahrajnu, jak można się było spodziewać, zwrócił się o ponad tysiąc saudyjskich żołnierzy i sprzęt do walki z powstaniem, co zostało w pełni usankcjonowane przez amerykańską Sekretarz Stanu, Hillary Clinton. Widzicie, dla Pani Clinton zabijanie cywili w Bahrajnie jest w porządku, ponieważ to terytorium Arabii Saudyjskiej. Zabijanie ich w Libii (czy też doniesienia o śmierci cywili w Libii – patrz poniżej) nie jest, ponieważ Libia posiada ropę naftową, a na Kaddafiego i tak nigdy nie można było liczyć.

Irański rząd wzywał do opanowania, na co amerykański Sekretarz Obrony Robert Gates zareagował insynuując, że Iran próbuje „wtrącać się w politykę Bahrajnu w czasie trwających napięć religijnych”. Olbrzymią ironią jest oczywiście to, że te napięcia na Bliskim Wschodzie są kulminacją dziesięcioleci „wtrącania” się USA.

Król Bahrajnu wprowadził trzymiesięczny stan wyjątkowy. To może doprowadzić do impasu pomiędzy Arabią Saudyjską a Iranem, z tym drugim oświadczającym, że wojskowa interwencja (Arabii Saudyjskiej) jest nie do przyjęcia. Pomimo tego, rzeź nadal trwa, obejmując serię brutalnych ataków i zniszczenie przez władze Bahrajnu Placu Pereł w Manamie, epicentrum antyrządowych protestów. Nie powstrzymało to protestujących od gromadzenia się w innym miejscu, więc rząd zmienił swoją brutalną taktykę i zaatakowane zostały dwa główne szpitale Bahrajnu, a lekarzy aresztowano, by nie mogli udzielać pomocy rannym. Pacjenci szpitala także znaleźli się na celowniku, w czasie gdy protestujący i przechodnie byli nękani lub bici.

Jak na tę brutalność i zniszczenia zareagowały Stany Zjednoczone? Oczywiście nakazując swoim mediom zachowanie milczenia w sprawie Bahrajnu! Przecież to nie do pomyślenia, by ktoś krzywo patrzył na bahrajńską rodzinę królewską w czasie królewskiego wesela Willa i Kate w Wielkiej Brytanii, które ma się odbyć pod koniec tygodnia.

Jordania

© Reuters – W Jordanii tysiące ludzi wyszło na ulice domagając się ustąpienia premiera

W Jordanii tysiące ludzi oburzonych wzrostem cen, inflacją i bezrobociem wyszło na ulice, domagając się zarówno ustąpienia premiera Samira Rifai z racji jego niepopularnej polityki, jak i zmian w sposobie rządzenia krajem. Podczas gdy król Abdullah II obiecał pewne reformy, mało prawdopodobnym wydawało się, że przychyli się do żądań społeczeństwa, ponieważ to on tradycyjnie wyznacza urzędników na takie stanowiska. Po raz kolejny, to klasa robotnicza ponosi ciężar wysokich podatków w kraju z rosnącym deficytem, podczas gdy elita pozwala sobie na rozrzutność. Abdullah –  kluczowy sojusznik USA i silnie uzależniony od USA i pomocy zagranicznej, pracował nad stworzeniem bardziej otwartej gospodarki rynkowej. Obstawał przy konieczności wprowadzenia „jasnych i przejrzystych programów reform politycznych i gospodarczych”. Gdzie już to słyszeliśmy? Na szczęście dla Abdullaha, Obama zapewnił go o poparciu USA, napomykając o „potrzebie reform w Jordanii”. Podczas rozmowy telefonicznej z Abdullahem, Obama powiedział: „Demokracja podniesie – a nie zmniejszy – stabilizację w regionie”.

Byłaby to demokracja w zachodnim stylu, jak w polityce zagranicznej USA, gdzie w rzeczywistości chodzi o sprawowanie kontroli poprzez prowadzenie wojny o sprawiedliwość społeczną. Przypuszczalnie stabilizacja ta będzie taka sama jak w innych krajach, gdzie USA wprowadziły swoje metody – jak choćby w Iraku. Co by lepiej przysłużyło się do zarządzania krajem, który leży na wyciągnięcie ręki od Izraela: zapewnienie i utrzymywanie twardą ręką „stabilności”, czy też doprowadzenie go do rozpadu wskutek wewnętrznych konfliktów? Przynajmniej Jordania ma nowego premiera, ale czy to wystarczy do przeprowadzenia demokratycznych przemian, położenia kresu korupcji i zerwania współpracy z Izraelem, czego domagają się protestujący?

Irak

© Unknown

Co najmniej dziewięć osób zginęło w antyrządowych protestach, kiedy w „dzień gniewu” na ulice wyszły tysiące ludzi, domagając się reform, ale nie zmiany reżimu. Około 4000 osób protestowało pod biurem gubernatora w drugim co do wielkości irackim mieście Basra, przewracając betonowe zapory i domagając się dymisji głównego prawodawcy. Wcześniej, w ciągnących się tygodnami demonstracjach, Irakijczycy dawali upust swojej frustracji złymi warunki życia, powszechną korupcją, nędznymi płacami i brakiem pracy. Jeszcze przed protestami premier Nouri al-Maliki nawoływał, by ludzie nie przyłączali się do protestów „ze względów bezpieczeństwa”, a organizatorów oskarżył o to, że są – domyślacie się? – „rebeliantami Al-Kaidy i lojalistami Saddama Husajna”. Brzmi znajomo? Implikuje to, oczywiście, że irackie bolączki nie mogą być konsekwencją piekła, w jakim żyje tamtejsze społeczeństwo, od kiedy przed ośmiu laty zachodnie wojska cofnęły ich do epoki kamiennej.

Iran

© AP – Kosz na śmieci podpalony w Teheranie.

W stolicy Iranu tysiące protestujących biorących udział w zakazanych demonstracjach starły się ze służbami bezpieczeństwa. Zwolennicy prodemokratycznego ruchu Zielonych protestowali w małych grupach, rozproszonych po centrum Teheranu i innych dużych miast.

Dowódca [sponsorowanych przez rząd cywilnych bojówek] Basidż (Basij), Mohammad Reza Naghdi, powiedział, że protesty w Teheranie sprowokowali „zachodni szpiedzy„. Cytowany przez pół-oficjalną agencję Fars podobno powiedział: „Zachodni wywiad szuka umysłowo upośledzonej osoby, która podpaliłaby się w Teheranie, żeby wywołać zmiany, takie jak w Egipcie i Tunezji”. I dodał: „Oni [Zachód] są bardzo ograniczeni i myślą, że mogą wyjść zwycięsko naśladując takie akcje.”

Mimo podejmowanych przez rząd wysiłków kontrolowania dostępu do Internetu, protestujący, wspomagani przez USA, udzielali się w serwisach społecznościowych. Nie mamy wątpliwości co do prawdziwych krzywd wyrządzonych przez teokratyczny rząd w Iranie, ale zawsze liczy się kontekst, a jest rzeczą wiadomą, że USA przyznały się, że aktywnie dążą do zmiany reżimu w Iranie, wykorzystując do tego media, operacje psychologiczne i sponsorowane grupy terrorystyczne. Rzeczywistość jest taka, że większość Irańczyków w pełni popiera swój rząd, czego nie można powiedzieć o większości krajów tu rozpatrywanych.

Algieria

© EPA – Protestujący Algierczycy śpiewają podczas demonstracji w Algierze

Algieria, kraj bogaty w gaz ziemny i ropę naftową, cierpi z powodu masowego bezrobocia, chronicznego braku mieszkań, wysokich cen i powszechnego ubóstwa, a także korupcji w polityce i represyjnego reżimu. W kraju od dawna panuje stan wyjątkowy, a w stolicy zakazane są demonstracje. Protesty zainspirowane wydarzeniami w Egipcie i Tunezji, odbyły się dzień po obaleniu autorytarnego przywódcy Egiptu. Podczas prodemokratycznych zamieszek, liczebność policji trzykrotnie przewyższała ilość demonstrantów, kiedy starano się zapobiec rozruchom przez zablokowanie ulic i ustawienie zapór bezpieczeństwa, strzelając gumowymi kulami i użuwając gazu łzawiącego, co doprowadziło do konfrontacji i ponad 400 aresztowań.

Protestujący dopominali się reform, w tym większych swobód demokratycznych, nowych miejsc pracy, końca państwa policyjnego i usunięcia prezydenta Abdelaziza Bouteflika. Po raz kolejny kij represji przyszedł razem z marchewką obniżki cen podstawowych produktów oraz obietnicą zniesienia 19-letniego stanu wyjątkowego w „niedalekiej przyszłości”. Wyciągnąwszy nauki z tego, co stało się w Egipcie, władze zamknęły Internet. Użyły również policji oraz sponsorowanych przez państwo bandytów przeciwko dziennikarzom, starając się zapobiec wyciekom informacji za granicę.

Libia – Fakty i akty

© Unknown

Czy pamiętacie, jak podczas kampanii poprzedzającej wybory prezydenckie w USA w 2008 roku prezydent Stanów Zjednoczonych, Obama, wyraźnie zapowiedział, że zakończy „kończenie wojny” i sprowadzi do domu amerykańskich żołnierzy z Iraku i Afganistanu? To nic, nie możemy winić was za to, że zapomnieliście. Oto człowiek, który zakończenie, a przynajmniej ograniczenie wojennej zabawy neokonserwatystów uczynił podstawą swojej kampanii. I co się stało? Ano przemieścił wojska amerykańskie do stałych garnizonów w Iraku, podwoił liczbę żołnierzy w Afganistanie, rozpoczął akcję bombardowania Pakistanu, zarządził bombardowanie Jemenu, a teraz przeprowadza bombardowanie Libii. Nigdy czyjeś słowa nie stały w większej sprzeczności z czynami.

Oczywiście nie ma żadnego znaczenia, czy jest Republikaninem, czy Demokratą. W epoce naukowej dyktatury dobrze dostrojona maszyna rządzi każdym aspektem naszego fizycznego życia na Ziemi. A zauważyliście może, że „szok i przerażenie” wtargnęły do Libii dokładnie 8 lat od dnia, kiedy rząd USA z przyjaciółmi zesłali piekło na Irak? Mówi się, że super-elita, Rothschildowie i Rockefellerowie świata, starannie wybierają daty wydarzeń. Fakt, że operacja „Odyssey Dawn” rozpoczęła się – co do dnia – po 8 latach, każe się zastanowić, czy inicjatorzy wydarzeń nie używają przypadkiem jakichś gwiazdowych wykresów lub czegoś w tym rodzaju do planowania realizacji swoich zamierzeń. W najgorszym razie można powiedzieć, że daty: 9/11, 7/7 i 3/19 co najmniej wskazują na słabość do numerologii i paranie się okultyzmem.

Zanim jednak przypiszemy im niezasłużone być może miano czarnoksiężników i „oświeconych”, którzy posiadają władzę nad żywiołami, rozpatrzmy ten jeden prosty wybór momentu ataku, który naprawdę rzuca się w oczy i powinien wprawić w zdumienie każdego myślącego i czującego człowieka: USA i państwa NATO rozpoczęły akcję masowych bombardowań Libii dokładnie 6 dni po jednym z największych współczesnych trzęsień ziemi i tsunami, które nawiedziło japońskie wybrzeże Pacyfiku, zabijając w ciągu kilku minut 20.000 osób i pozostawiając setki tysięcy bez domów. Dziesiątki milionów ludzi w rejonie Tokio i okolic żyją w strachu przed katastrofą nuklearną, jaka może być następstwem tego kataklizmu. Kataklizmu, który był ogromnym bilbordem zrzuconym przez Wszechświat jako świadectwo zmian zachodzących na Ziemi… To niesamowite zamanifestowanie się Natury nawet najbardziej bezdusznemu psychopacie uświadomiłoby, jak zbędne są w tym momencie wojny, i skłoniłoby wszystkich, nawet najoporniejszych, do przyłączenia się do ludzkiej rasy, połączenia strategii przetrwania i podjęcia współpracy.

© Unknown – Propaganda wojenna nieco się rozwinęła od czasu pierwszej wojny światowej, ale w istocie jest taka sama: „Musimy zabić tego szaleńca, zabijając jego ludzi, bo inaczej zabije on swoich ludzi”.

Ale nie, oni najwyraźniej nie są zdolni do logicznego myślenia. Nie tylko zignorowali Japończyków, ale i zrobili użytek z globalnego wstrząsu i dorzucili własne plany do rewolucyjnych rozgrywek na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej. Chcą śmierci Muammara Kaddafiego – przywódcy libijskiego od 40 lat – chcą libijskiej ropy i chcą sterroryzować w całym regionie muzułmanów, którzy potrząsali swoimi klatkami od początku 2011 roku. Co takiego? Że Kaddafi jest złym tyranem, który mordował swój naród na początku powstania, jak tylko rozprzestrzeniło się z Egiptu? Setki tysięcy ludzi uciekło z Libii z powodu brutalności jego armii? Większość Libijczyków od dziesięcioleci czekała na tę okazję? Tak, my też tak początkowo myśleliśmy. Ale cofnijmy się i prześledźmy ostatnie wydarzenia w Libii, aby sprawdzić, czy uda nam się zorientować, co się tam naprawdę dzieje. Pomysł, że amerykański i brytyjski rząd ni z tego ni z owego stały się „humanitarnymi” podżegaczami wojennymi jakoś nam nie pasuje.

Pierwszą sprawą, którą należy wziąć pod uwagę, jest fakt, że Kaddafi z zadowoleniem powitał „ten czas powszechnego buntu” i zachęcał uchodźców palestyńskich do masowego powrotu do  Izraela. To nie mogło przypaść do gustu Tel Awiwowi. Ze wszystkich krajów od dawna potrzebujących buntu niezadowolonych ludzi, Libia byłaby na końcu listy państw afrykańskich. Ma najwyższy dochód na jednego mieszkańca i najwyższy w Afryce standard życia dzięki programom Kaddafiego inwestowania dochodów z ropy w rozwój kraju.

Jeśli spojrzeć na pierwsze doniesienia o „Kaddafim dokonującym rzezi na swoim narodzie”, można zauważyć, że są one w dużej mierze oparte na zeznaniach członków anty-kaddafowskiej organizacji z siedzibą w Szwajcarii, USA i Wielkiej Brytanii. Nazwisko, które przewijało się przez światowe doniesienia z 21 lutego, kiedy gorączka propagandy osiągała apogeum, to Adel Mohamed Saleh, samozwańczy „działacz polityczny”. Jego wyznania znalazły się w australijskim reportażu radiowym z początkowych walk we wschodniej Libii pod koniec lutego:

Australian Broadcasting Corporation
The World Today z Eleanor Hall
wtorek, 22 lutego 2011

[…] Mimo zapewnień przywódcy, słaba komunikacja w kraju i niedopuszczanie zagranicznych dziennikarzy przyczyniają się do sprzecznych doniesień. […]

Wielu mieszkańców dzieliło się swoimi obawami z BBC i telewizją Al Jazeera.

Uważamy, że to nie Libijczycy, oni nie są Libijczykami. To najemnicy z całego świata. Widziałem białych, którzy zabijali. Widziałem czarnych, którzy zabijali ludzi na ulicach. Jest tam… (niesłyszalne) zabijają ludzi”.

Mając w Trypolisie zaledwie garstkę zagranicznych dziennikarzy, trudno potwierdzić przyczynę eksplozji oraz autentyczność filmu.

Ale co najmniej jeden człowiek, podający się za mieszkańca Trypolisu, twierdzi, że libijskie myśliwce bombardowały na oślep całe miasto.

Adel Mohamed Saleh nazywa siebie działaczem politycznym. Powiedział Al Jazeerze, że początkowo samoloty wojskowe celowały w kondukt pogrzebowy, ale teraz bombardują stolicę kawałek po kawałku.

To, co obserwujemy tu dzisiaj, jest niewiarygodne. Jeszcze nigdy nie widzieliśmy czegoś takiego. Teraz bombardowane jest całe miasto, nawet zaułki. W okolicy (fonetycznie) Feshlun, w sąsiedztwie miejsca, gdzie jestem, jest bombardowanie, intensywny ostrzał.

Jest to bardzo mały obszar o populacji nie większej niż 10 tysięcy. Staramy się pomóc rannym, ale jest ich zbyt wielu i do każdego, kto odważy się wyjść na pomoc, strzelają najemnicy i snajperzy.

Następnie powiedział, że widział, cytuję, „wielu, wielu martwych”.

Ludzie płaczą. Śmierć jest wszędzie. Dlaczego świat milczy na temat tych zbrodni? Dlaczego? To jest pytanie. Dlaczego kraje arabskie milczą, dlaczego? Jeśli to jeszcze potrwa, to w ciągu najbliższych kilku godzin zgładzona może być cała libijska ludność.

Tutaj jest emocjonalna skarga „Saleha” nadana przez Al Jazeera:

Z perspektywy czasu, ostatnia linijka dokładnie oddaje to, w co mieliśmy wszyscy wierzyć. Konieczna była natychmiastowa interwencja w Libii, ażeby ochronić zwykłych ludzi przed szaleńcem. Gdyby nie było wówczas w Libii żadnych dziennikarzy zagranicznych, czyimi słowami byśmy się kierowali, dowiadując się, że a) samoloty wojskowe naprawdę przeprowadzały masowe bombardowania i b) były to bombowce Kaddafiego? Grup opozycyjnych ze Szwajcarii, Londynu i Waszyngtonu, dążących do zmiany reżimu, których „oszacowania” ilości ofiar do końca lutego oscylowały wokół „tysięcy martwych”.

Coś jeszcze rzuca się w oczy w powyższym artykule, a mianowicie stwierdzenie o „najemnikach z całego świata… białych, czarnych… zabijających wszystkich wokół”. Początkowo o stanie za rebelią Kaddafi oskarżał „Al-Kaidę i halucynogeny”. Tak, też nas to rozśmieszyło i sądziliśmy, że ten człowiek stracił kontakt z rzeczywistością, jak stale przypominają nam zachodnie media. Załóżmy czysto teoretycznie, że „Al-Kaida” to tak naprawdę al-CIA-dą. Co wtedy począć z faktem, że Libia była pierwszym krajem, który w 1998 roku wnioskował do Interpolu o nakaz aresztowania Osamy bin Ladena? Wniosek został odrzucony, interweniowało bowiem w tej sprawie brytyjskie MI6. Kilka miesięcy później „Al-Kaida” zabiła 200 osób w zamachach bombowych na ambasady amerykańskie w Afryce, a reszta, jak to się mówi, jest historią. W artykule Guardiana historia ta rozwija się następująco:

Brytyjski wywiad wypłacił duże sumy pieniędzy libijskiej komórce Al-Kaidy w skazanej na niepowodzenie próbie zamachu na pułkownika Kaddafiego w 1996 r. i udaremnił pierwsze próby doprowadzenia Osamy bin Ladena przed oblicze wymiaru sprawiedliwości.

Pamiętacie te nagłówki gazet? „Armia Kaddafiego zabije pół miliona ludzi, ostrzegają libijscy powstańcy„. Wiedzieliście o tym, że przywódca „powstańców” jest znanym  współpracownikiem CIA, a jeden z ich czołowych rzeczników mieszka w Waszyngtonie, drugi zaś w Londynie? Czy zastanawialiście się kiedyś, dlaczego zachodnie media od samego początku nazywały ich „powstańcami”, a nie „terrorystami” czy „rebeliantami”?

Pisząca dla Global Research Julie Lévesque wyjaśnia, że tak się składa, iż rejon Benghazi, z którego wyłonili się ci „powstańcy” jest wylęgarnią zbrojnych islamskich fanatyków. Co więcej, Koalicja Wielkich – Sarkozy, Obama, Cameron – jest w pełni świadoma, że w szeregach powstańców z Benghazi znaleźć można prawdziwych, rzeczywistych – używając ich własnego określenia – „islamo-faszystów”. Dalej, mieliśmy raport o tym, że izraelska firma zbrojeniowa CST Global opłaciła około 50 tysięcy najemników z Afryki Środkowej, aby wzmocnili siły Kaddafiego, mające zdusić powstanie. Dodajcie do tego doniesienia o Libii rojącej się od brytyjskich, holenderskich i amerykańskich agentów wywiadu przed i w trakcie początkowej fazy powstania (wojny domowej), a otrzymacie doskonały przepis na pustynne rozgrywki Tajnej Grupy.

To dlatego administracja Obamy groziła zawetowaniem rezolucji ONZ, jeśli do końcowego projektu nie zostanie wprowadzona klauzula o przyznaniu najemnikom immunitetu. Nie trzeba dużo szukać, żeby zobaczyć rażąco oczywisty fakt: „terroryści” (Al-Kaida), „powstańcy” (obecnie prawowity rząd Libii, jeśli wierzyć temu kretynowi, Sarkozy’emu), „biali i czarni najemnicy” strzelający do demonstrantów, a jednocześnie udający lojalność w stosunku do Kaddafiego i natowskich najeźdźców… TO WSZYSTKO JEDEN I TEN SAM TWÓR! Nawet amerykańskie mainstreamowe media zachodzą w głowę, jakim cudem USA wpakowały się w sytuację, gdzie pędzą na złamanie karku do kolejnego Iraku, żeby bronić jawnych anty-amerykańskich ekstremistów!

Musa Kusa, libijski minister spraw zagranicznych, to najbardziej znany przypadek dezercji z reżimu Kaddafiego. Kusa „uciekł” do Londynu, gdzie –  jak się okazało – od 1980 roku miał „bliskie kontakty z brytyjskim MI6 oraz z CIA”. Innymi słowy, był jednym z nich. Nadzorował on także wszelkie tortury, jakich dopuścił się reżim, zatem demonizowanie Kaddafiego na podstawie tego, że „torturuje swoich”, a następnie wykorzystanie tego do usprawiedliwienia inwazji z powietrza (a wkrótce naziemnych) jest tak absurdalne, że przyprawia o zawrót głowy!

Fakt, że mniej więcej w tym samym czasie to największe po Iraku wojskowe przedsięwzięcie przeszło przez ONZ, pokazuje, jak bardzo pogorszyła się sytuacja. Wcześniej była przynajmniej w ludziach jakaś wola oporu. Cała ta anty-kaddafowska retoryka była operacją psychologiczną przygotowującą do inwazji i miała oczyścić drogę do wprowadzenia „szoku i przerażenia”. Rosyjski przedstawiciel wojskowy oświadczył, że nie może zweryfikować zaistnienia choćby jednego nalotu wymierzonego w protestujących.

Doniesienia o „bombardowaniu swoich ludzi” przez Kaddafiego mogły w rzeczywistości dotyczyć niszczenia magazynów broni powstańców (CIA i s-ki) przez jego siły powietrzne. Ci „powstańcy” mieli do odegrania swoją rolę na rzecz imperium. Zapoznajcie się z tą analizą zdjęć, uwieczniających nieznanych bohaterów przez światowe media (sprawdźcie, ile razy pojawia się facet w goglach). Wszystko zostało wyreżyserowane. Przy praktycznej nieobecności zachodnich mediów, kto jest w stanie odróżnić informacje prasowe – kompletne, z efektami dźwiękowymi i płomieniami CGI (jak w filmie Wag the Dog [„Fakty i akty”]) – zatwierdzone przez Pentagon, od obiektywnych doniesień z Libii?

Szczyt cywilizacji i koniec drogi dla rasy ludzkiej.

Lévesque miała rację, kiedy napisała, że wstępem do „Odyssey Dawn” była

operacja psychologiczna mająca urobić światową opinię publiczną i przygotować ją na interwencję NATO i zdemonizowanie libijskiego reżimu. […]

Mieliśmy „rzeźnika z Bagdadu”, „rzeźnika z Belgradu”, a teraz mamy „rzeźnika z Trypolisu”. Zawsze ta sama taktyka. Zawsze ci sami wybawiciele. A ludzie jak zwykle dają się na to nabrać.

Zobaczyliśmy więc, jak w Libii tworzy się chaos w efekcie przygotowywania swoich „buntowników” i najemników przez znajdujących się na miejscu agentów Tajnej Grupy. Odpowiedź Kaddafiego na pierwsze manifestacje – może faktycznie nieproporcjonalna, a może powszechnie wyolbrzymiona – doskonale pasowała do scenariusza obejmującego zmianę reżimu. Nie przejmujcie się bzdurami o precyzyjnym bombardowaniu, teraz już wiemy, że nie należy wierzyć w TO kłamstwo. Samoloty NATO bombardują wszystko w zasięgu wzroku – szpitale, szkoły, infrastrukturę, dostawców usług komunalnych, fabryki, źródła żywności… można długo wyliczać. Wiedzą, że im więcej zniszczą, tym więcej kasy się zrobi na kontraktach na odbudowę (nawet jeśli nic w rzeczywistości nie zostanie odbudowane – patrz Irak). Władza Realna jest prawem sama dla siebie, rozpoczynając kolejne wojny i używając broni ze zubożonym uranem nawet teraz, kiedy deszcze przynoszą całemu światu nuklearną truciznę z Japonii. W rzeczywistości istnieje duże prawdopodobieństwo, że Oś Zła stosuje w Libii jakiegoś rodzaju broń nuklearną.

Maroko

© AP – Demonstranci budują blokady przed policją podczas protestów na początku lutego

Maroko może się poszczycić tym, że jest bardziej liberalne i tolerancyjne niż inne kraje w tym regionie. Kiedy w połowie lutego kraj nawiedziła seria trzęsień ziemi, około 40.000 osób w 57 miastach wzięło udział w pokojowych demonstracjach na rzecz demokracji. Naturalnie, protesty przemieniły się w zamieszki, a w aktach przemocy zginęło pięć osób i 128 odniosło rany. Istnieje jednak podejrzenie, że w protestujących wmieszała się tajna policja. Czyżby agenci prowokatorzy robili to co zwykle? Po raz kolejny, i tu domagano się nowej konstytucji, nowego rządu i położenia kresu korupcji.

Arabia Saudyjska

© Reuters – W Qatif, w Arabiii Saudyjskiej, podczas demonstracji 11 marca protestujący domagali się uwolnienia więźniów, którzy ich zdaniem przetrzymywani są bez procesu.

Po powrocie z kuracji za granicą król Arabii Saudyjskiej, Abdullah, zapowiedział dodatkowe korzyści dla swoich poddanych, takie jak zwiększenie funduszy na mieszkania, studia za granicą i ubezpieczenia społeczne. Po raz kolejny widzimy próbę przekupstwa, by zyskać na czasie i uniknąć niepokojów. Czy uspokoi to ludność, czy też posłuży jedynie przywódcom, którzy biorą solidne łapówki z Waszyngtonu? Kiedy przed zaplanowanymi na 11 marca antyrządowymi protestami król Abdullah ujawnił amerykański pakiet socjalny w wysokości 36 miliardów dolarów, czołowi intelektualiści z Arabii Saudyjskiej ostrzegli, że hojne gesty finansowe nie zastąpią istotnych reform politycznych. Sugerowali, że nadszedł czas, aby zacząć słuchać  młodych ludzi pozbawionych praw obywatelskich. Wysoki odsetek bezrobocia wśród nich nie jest problemem jedynie ekonomicznym, a dotyka podstawowych elementów sprawiedliwości społecznej – wolności, godności i demokracji.

Arabia Saudyjska, największy światowy eksporter ropy naftowej i wierny sojusznik Stanów Zjednoczonych, pozostaje monarchią absolutną z niewielkimi szansami na jakiekolwiek sprzeciwy, z polityką społeczną skoncentrowaną niemal całkowicie w rękach rodziny panującej oraz z prawem i obyczajami działającymi głównie na korzyść etnicznych Saudyjczyków (mężczyzn) wyznających sunnicką odmianę islamu. Niektórzy analitycy szacują, że do 20 mln obywateli tego 27-milionowego królestwa – wliczając kobiety, szyitów i około 7,5 miliona pracowników z Azji – zupełnie nie czuje związku z państwem, co może prowadzić do szybkiego wzrostu nastrojów opozycyjnych. Nie chcąc ryzykować, król zmobilizował około 10 tysięcy żołnierzy do stłumienia „dnia gniewu” Saudyjczyków. Głośno było o tym, że Abdullah zapowiedział władzom Bahrajnu, że jeśli nie zdławią u siebie buntu szyitów, wkroczy jego wojsko. W królestwie Arabii tysiące e-maili i wiadomości wysyłanych z Facebooka zachęcały sunnitów do przyłączenia się do demonstracji planowanych w całym ultra-konserwatywnym i bardzo skorumpowanym królestwie. Nie spodziewajcie się tam drugiego Egiptu ani nie oczekujcie wieści o oburzeniu Zachodu, kiedy monarchia ostro wystąpi przeciwko rozruchom społecznym.

Następna w kolejce – Syria

Strony na Facebooku wzywały Syryjczyków do organizowania antyrządowych demonstracji po piątkowych modłach

Syria jest następna w kolejce do irackiej kuracji. Ten ośrodek arabskiego nacjonalizmu balansuje pomiędzy przyjaznym nastawieniem do Hezbollahu w Libanie i Iranie, a posłuszeństwem wobec Zachodu domagającego się współpracy w kwestii bezpieczeństwa i liczącego na uniezależnienie się Syrii od Iranu i jej przychylność w stosunku do planów Izraela. W Syrii rządzi głównie elita (szyickich) alawitów. Większość sunnicka dzierży władzę ekonomiczną, chociaż nie jest specjalnie zainteresowana zamieszkami czy przerwaniem ciągłości politycznej. Jednak mówi się, że Syryjczycy nie przestrzegają zasad, czego świadectwem jest fakt, że ich reżim nie podąża śladem pozostałych lemingów z Ligi Arabskiej. Podobnie jak inni, Syryjczycy chcą wolności, ukrócenia korupcji, przestrzegania praw człowieka i zakończenia stanu wyjątkowego, który obowiązuje od 1963 roku. Do tej pory demonstracje były bezprawne, o ile nie zostały z wyprzedzeniem uzgodnione z rządem. Wzorem innych krajów, pod koniec ubiegłego miesiąca syryjski rząd ogłosił podwyższenie dodatku na olej grzewczy dla pracowników sektora publicznego o 72 procent, do równowartości 33 dolarów miesięcznie.

Początkowo doniesienia o proteście były wyciszane. Jednak po trzech pokojowych demonstracjach, ostatnia została brutalnie rozbita, kiedy podczas pokojowego strajku siedzącego pod libijską ambasadą w poparciu dla protestujących Libijczyków, aresztowano czternaście osób, a wiele innych zostało pobitych przez umundurowanych i ubranych po cywilnemu policjantów. Zamieszki utrzymywały się, a kiedy zaczęły płonąć budynki rządowe, policja uszczelniła miasto Daraa, pozwalając ludziom je opuścić, ale nikogo nie wpuszczając. Prezydent Baszar Asad próbuje opanować sytuację uwalniając więźniów i obiecując zwolnienie urzędników odpowiedzialnych za przemoc. Zobowiązał się również do rozważenia „uzasadnionych żądań” protestujących, domagających się zakończenia stanu wyjątkowego w Syrii i zmiany istniejących przepisów dla partii politycznych i mediów. To jednak już kiedyś słyszano i jak dotąd nic się nie zmieniło.

Syryjczycy odpowiedzieli jeszcze liczniejszymi protestami. Naczelny hipokryta Robert Gates, sekretarz obrony USA twierdził, że Syria powinna pójść w ślady Egiptu, pozwalając, by wojska syryjskie „zasiliły rewolucję”. Protesty rozszerzyły się na południe Syrii, do Damaszku i Aleppo, gdzie wojsko otworzyło ogień do demonstrantów. Przeciwko protestującym wystąpili zwolennicy reżimu, którzy wyszli na ulice, a ich akcja była prawdopodobnie zorganizowana przez ów reżim. Oliwy do ognia dolała Clinton stwierdzając, że obie partie w Kongresie Stanów Zjednoczonych uważają Assada za „reformatora”. Sugeruje to, że Syria nie podąży drogą Libii, przynajmniej dopóki nie zacznie się przedstawiać Assada jako „szaleńca, który zabija własny naród”.

Gwałtowny rozwój wydarzeń w Syrii pod koniec marca i na początku kwietnia zakończył się masowym mordowaniem protestujących przez siły bezpieczeństwa po piątkowych modłach i w święta wielkanocne. Liczba ofiar wciąż rośnie, w tej chwili jest to ponad 120 zabitych w ciągu zaledwie dwóch dni. Podobnie jak było w Libii, i tu mamy sprzeczne doniesienia na temat tożsamości strzelających. Syryjska państwowa agencja informacyjna obwinia „uzbrojony gang” i twierdzi, że „spoza granic Syrii, zwłaszcza z … Izraela, wysłanych zostało milion SMS-ów, podżegających Syryjczyków do korzystania z meczetów jako baz wypadowych dla zamieszek”. W mediach szumiało od spekulacji, czy Assad „zniesie w Syrii stan wyjątkowy”, ale kiedy dobrze się zastanowić, od czasu 9/11 większość zachodnich krajów żyje praktycznie w warunkach stałego stanu wyjątkowego.

© Agence France-Presse — Getty Images – Zdjęcie z telefonu komórkowego zrobione w piątek przedstawia antyrządowych demonstrantów w Banias, w północno-wschodniej Syrii.

Wreszcie na pierwszym od czasu rozpoczęcia się manifestacji wystąpieniu publicznym, prezydent Baszar al-Assad stwierdził, że „dzisiejsza Syria jest obiektem wielkiego spisku, którego nici ciągną się od pobliskich i odległych krajów”. Jego rząd oskarżył o przemoc siły zewnętrzne i uzbrojone gangi. A jeśli jest w tym trochę prawdy? Może nawet dokładnie tak to wygląda? Baszar al-Assad jest wciąż popularny w świecie arabskim, jest bowiem postrzegany jako jeden z nielicznych przywódców arabskich, gotowych postawić się Izraelowi. Syria i Izrael toczą spór o Wzgórza Golan od dziesięcioleci. Wiedząc, jak Izrael lubi radzić sobie z wrogami „drogą oszustw”, powinniśmy przynajmniej rozważyć możliwość, że Mossad (i CIA) dołoży wszelkich starań, aby sprowokować w Syrii przemoc i zamieszanie. Nie mamy żadnych wątpliwości co do tego, że doniesienia z każdego z tych krajów przechodzących przewrót są przekręcane tak, aby pasowały do tego czy innego planu. Przypomnijmy, że według wszelkiego prawdopodobieństwa to Mossad zamordował libańskiego premiera Rafika al-Haririego, a winą obarczono Syrię. Pamiętajcie również, że chaos w ciągu ostatnich kilku lat w Iraku był w dużej mierze spowodowany przez ataki bombowe i strzelaniny, za które obwiniono ekstremistów i nienawiść religijną, podczas gdy wiele aktów przemocy było dziełem zachodnich agentów.

Hugo Chavez uważa, że faktycznie może istnieć zewnętrzny spisek przeciwko Syrii. Ponownie, niekoniecznie podważa to uzasadnione roszczenia narodu. Nie zakładajcie jednak, że jeśli w najbliższej przyszłości kraj ten znajdzie się w stanie wojny domowej lub będzie bombardowany przez NATO, stanie się to przez zwykły przypadek, za sprawą niekontrolowanych sił społecznych, czy też dlatego, że „taka już ludzka natura”.

Afryka raz jeszcze

© Luc Gnago/Reuters – Francuskie wojsko naciera na rezydencję Laurenta Gbagbo, złapanego przez siły opozycji.

Zamieszki polityczne odnotowano w pasie Afryki – w Mauretanii, Gabonie, Chartum, Sudanie i Etiopii. Najwięcej uwagi zachodnie media poświęcają zamachowi stanu na Wybrzeżu Kości Słoniowej, gdzie według oficjalnej wersji obecny prezydent, Laurent Gbagbo (zły koleś) przegrał wybory, jednak nie oddał władzy Alassane Ouattarze (dobry koleś), który wybory wygrał i dysponuje armią rebeliantów pomagających mu zająć należne mu miejsce na tronie. Jednak po bliższym przyjrzeniu się sytuacji, przemoc w tym niewielkim afrykańskim kraju jest w rzeczywistości dziełem imperialnych mocarstw, zwłaszcza francuskiego rządu, którego kolonialna przeszłość tak naprawdę nigdy nie stała się „przeszłością” i jest stałym punktem ostatnich dni panowania Nicholasa Sarkozy’ego.

USA, UE, UA (Unia Afrykańska) i ONZ ogłosiły Ouattarę niekwestionowanym zwycięzcą ubiegłorocznych wyborów, mimo że do wyjaśnienia sprawy ciągle daleko. Znaczne wysiłki zmierzające do usunięcia Gbagbo z urzędu doprowadziły do tego, że pod koniec lutego duże amerykańskie, brytyjskie i francuskie banki zaczęły jednostronnie nakładać sankcje gospodarcze na Wybrzeże Kości Słoniowej, rozwiązując wiele lokalnych koncesji. W efekcie rząd nie był w stanie płacić swoim pracownikom, a ogarnięci paniką ludzie natychmiast wycofali z banków przeważnie skromne oszczędności. Ouattara starał się wykorzystać tę ekonomiczną terapię szokową, zachęcając ludzi do strajku (co mu się nie udało). Europejskie i amerykańskie media chcą, byśmy uwierzyli, że wojsko Gbagbo obcina ludziom ręce, gwałci kobiety i morduje wszystko, co się rusza… jednak setki tysięcy uchodźców szukających schronienia w Liberii relacjonuje coś wprost przeciwnego: to uzbrojeni, szalejący bojówkarze Ouattary są odpowiedzialni za rzeź dokonaną na niemal 1500 ludziach do końca kwietnia. Dla Wybrzeża Kości Słoniowej to wszystko jest jak przerażający przypadek deja vu: kwestionowane w 2000 roku wyniki walki wyborczej między Gbagbo i Ouattarą doprowadziły do trwającej rok wojny domowej, która podzieliła kraj do czasu, aż w 2007 r. został wynegocjowany traktat pokojowy.

© Reuters – Ostateczne upokorzenie Laurenta Gbagbo: Prezydent Wybrzeża Kości Słoniowej rozebrany do naga przez francuskie siły specjalne, przed przekazaniem go nienawistnym „buntownikom” Ouattary.

Mając wszystkich przeciw sobie, prezydent Gbagbo zaatakował rząd francuski za spisek mający na celu doprowadzenie do jego upadku. Jego obawy szybko okazały się uzasadnione, kiedy 1000 francuskich żołnierzy wylądowało w stolicy kraju, Abidżanie, rzekomo w celu „ochrony ludności cywilnej” przed „wojującymi frakcjami”, podczas gdy rzeczywistym celem było ułatwienie bojówkarzom Ouattary przejęcia władzy w kraju. Kiedy rezydencja Gbagbo została otoczona, a starcia uliczne przyniosły 1300 ofiar śmiertelnych, Gbagbo odmówił poddania się. Podaje się, że ponad milion osób uciekło ze stolicy. Angażując Francję w drugi w ciągu zaledwie kilku tygodni afrykański epizod zmiany reżimu, Sarkozy zarządził nalot na rezydencję Gbagbo (parterowy dom z trzema pokojami, a nie „Pałac Prezydencki”). Następnie budynek zaatakowały i otoczyły francuskie czołgi, a francuskie siły specjalne schwytały Gbagbo. Oczywiście wszystko to jest skandalicznie niezgodne z prawem (ale jakie to może mieć znaczenie dla zarządzającego te zbrodnie człowieka, który według wszelkiego prawdopodobieństwa skradł wybory prezydenckie we własnym kraju) i Francja wie o tym, bo następnie zachęcała zwolenników Ouattary do wtargnięcia do budynku i przejęcia akcji schwytania Gbagbo, żeby ta jawna obca interwencja wyglądała na wewnętrzny zamach stanu.

Dlaczego Gbagbo spotkał się z tak potężnym negatywnym zainteresowaniem? Jeśli porównamy jego przeszłość z przeszłością Ouattary, być może zrozumiemy, dlaczego. Zanim Gbagbo wdał się w politykę, angażując się w ruch związków zawodowych Wybrzeża Kości Słoniowej, prowadził jako profesor historii wykłady w Paryżu. Ouattara natomiast jest osobistym przyjacielem Sarkozy’ego, a w latach 1994 – 1999 był zastępcą dyrektora zarządzającego MFW.

Rezolucja ONZ, naloty bombowe i odsunięcie od władzy demokratycznie wybranego przywódcy Wybrzeża Kości Słoniowej uzasadniane były koniecznością zapobieżenia rozlewowi krwi i wojnie domowej, ale jak wyjaśnia Ann Talbot, podobnie jak w wypadku Libii, było dokładnie przeciwnie:

Rezolucja ONZ dała wojnie domowej zielone światło, co przyniosło katastrofalne skutki dla ludności cywilnej. […] Polityka Francji na Wybrzeżu Kości Słoniowej powtarza schemat ustanowiony w Libii, gdzie pod pretekstem ochrony ludności cywilnej Francja i Wielka Brytania zagwarantowały sobie rezolucję ONZ, wprowadzającą strefę zakazu lotów. Działania wojskowe w Libii i na Wybrzeżu Kości Słoniowej odzwierciedlają coraz bardziej agresywną postawę mocarstw zachodnich w Afryce, gdzie konkurencja o zasoby z Chinami i innymi wschodzącymi gospodarkami jest jeszcze intensywniejsza.

Nawiasem mówiąc, walka o władzę podbiła ceny kakao do rekordowego poziomu, jest to bowiem jeden z głównych towarów eksportowych Wybrzeża Kości Słoniowej. W rzeczywistości kraj ten jest bogaty w zasoby naturalne. Polityka Gbagbo rozszerzania stosunków handlowych z krajami azjatyckimi i innymi państwami afrykańskimi niewątpliwie w istotnym stopniu przyczyniła się do decyzji o wyeliminowaniu go z szachownicy. Potęgi kolonialne nie oddają łatwo swoich terytoriów. Dzisiejszy „wyścig po Afrykę” jest równie straszny, jak czyste zło rozpętane przez mocarstwa europejskie na Czarnym Lądzie w XIX wieku, ponieważ nic się nie zmieniło. Frazesy o „ochronie ludności cywilnej przed rozlewem krwi”, kiedy jednocześnie „zrzuca się demokrację z wysokości 12 km” i zbroi rozszalałych rebeliantów w ciężką artylerię i maczety, przekracza granice hipokryzji. Jest to obrzydliwe i robione z pełną premedytacją, z zamiarem utrzymania mas w posłuszeństwie i ignorancji.

Europa

Jak ten cały rewolucyjny ferwor  i gwałtowna eskalacja wydarzeń w regionach w przeważającej mierze bogatych w ropę naftową wpłynęły na resztę świata? Czy zanosi się na globalną rewolucję? Zmniejszane wydatki rządowe oraz rosnące ceny żywności i innych dóbr bez wątpienia pogorszyły sytuację Europejczyków, doprowadzając do zwiększenia ucisku społecznego i gospodarczego w celu powstrzymania i przekierowania narastającego gniewu wobec klas politycznych.

Grecja

W Atenach policja użyła gazu łzawiącego do rozpędzenia demonstrantów rzucających bomby benzynowe i kamienie podczas kolejnego 24-godzinnego strajku generalnego, który w lutym unieruchomił Grecję. Ponad 30 tysięcy rozgniewanych, zdesperowanych pracowników demonstrowało przeciwko daleko idącym rządowym cięciom budżetowym, będącym następstwem zeszłorocznej międzynarodowej pożyczki z UE i MFW w wysokości 110 miliardów euro (93 mld funtów; 150 mld dolarów). Ten faustowski interes wpakował Greków w długotrwałe „problemy gospodarcze” (zaszyfrowane gospodarcze zaduszenie), długotrwałe bezrobocie i – w efekcie – destabilizację struktury społecznej, co jest zasadniczo prawdziwym celem MFW, kiedy ten bierze się za poprawianie sytuacji przez „ratowanie kraju X z zapaści gospodarczej”: przyjmijcie nasze warunki albo my, w zmowie z naszymi przyjaciółmi banksterami, zrujnujemy wam gospodarkę, wyciągając wtyczkę z waszej giełdy oraz inicjując run na banki (patrz przypadek Irlandii opisany wyżej, w sekcji Gospodarka przekrętu).

Portugalia

© Unknown – 11 marca, protestujący skandują podczas demonstracji w centrum Lizbony.

W marcu w Portugalii protestowało 300 tysięcy osób, kiedy rząd ogłosił szereg dalszych cięć budżetowych i zmiany podatkowe, mające na celu zmniejszenie deficytu budżetowego w roku 2011 do 4,6 proc. Najpotężniejsze państwo świata rabuje 14 bilionów dolarów długu, ale szarzy obywatele małej Portugalii muszą „zapewnić rynki”, że Portugalia może „rozwiązać swoje problemy” bez konieczności ratowania się międzynarodowymi pożyczkami, takimi jak te, których udzielono Grecji i Irlandii. Połowa zdolnej do pracy portugalskiej ludności jest, albo wkrótce będzie bezrobotna, a standard jej życia nieustannie się obniża.

Serbia

Dziesiątki tysięcy rozgoryczonych Serbów protestowało w centrum Belgradu w największych antyrządowych demonstracjach od czasu zniszczenia Jugosławii przez USA i NATO. Organizatorzy protestu chcieli przed wyborami zaplanowanymi na przyszły rok pokazać siłę opozycji, jednak prawdziwym motorem masowych zgromadzeń było takie samo jak wszędzie rozczarowanie – politycy obiecali mleko i miód, kiedy Serbia przygotowuje się do przystąpienia do UE, ale ludzie widzą jedynie coraz większe trudności.

Chorwacja

Protesty uliczne w Chorwacji rozpoczęły się 22 lutego 2011, po nawoływaniach zamieszczonych w Internecie. Na spotkanie około 15 tysiącom protestujących przeciw rządowi wyszła policja, która użyła gazu łzawiącego i pałek do rozpędzenia części demonstrantów oraz metalowych płotów do zagrodzenia innych części tłumu, raniąc co najmniej 25 osób. Pod wpływem kolejnych afer korupcyjnych, dzielonych ze swoimi serbskimi sąsiadami obaw co do zbliżającej się asymilacji do UE oraz solidarności z buntami na Bliskim Wschodzie, od lutego Chorwaci protestują niemal codziennie.

Wielka Brytania

© Tim Mitchell/Press Association – Mężczyzna przemywa oczy po użyciu przez policję gazu łzawiącego do stłumienia protestów przeciwko podatkom w Londynie.

Rok zaczął się od zorganizowania przez UK Uncut – protestujących przeciwko unikaniu płacenia podatków – pokojowych blokad w sklepach, mających zwrócić uwagę na firmy unikające płacenia milionów funtów podatku. Policja zareagowała ostro, używając gazu łzawiącego, w efekcie czego hospitalizowano trzy osoby. UK Uncut jest najszybciej rozwijającym się w Wielkiej Brytanii ruchem nowoczesnej formy protestów i ośrodkiem skupiającym protestujących udręczonych zlikwidowaniem swobód obywatelskich i nowymi przepisami finansowymi, podczas gdy zyski brytyjskich banków i producentów broni osiągają rekordowe poziomy. Gniewne demonstracje skierowane są przeciwko tej politycznej kontroli, ochronie interesów korporacyjnych kosztem zwykłych ludzi. Przed protestami, sir Hugh Orde, prezes Stowarzyszenia Komendantów Policji, powiedział, że policja może przyjąć bardziej ekstremalną taktykę przeciwdziałania rosnącej fali protestów. Jak dotąd, wydaje się, że UK Uncut wolne jest od policyjnych szpiegów i prawdopodobnie dlatego właśnie spotyka się z tak otwartym atakiem.

Sprawa osiągnęła apogeum pod koniec marca, kiedy Kongres Związków Zawodowych (TUC) zorganizował w Londynie Marsz po alternatywę, protestując przeciwko rządowemu programowi cięć socjalnych. Ściągnięto około 4500 policjantów, a dowódca Bob Broadhurst – człowiek odpowiedzialny za akcję – stwierdził, że „w ostateczności” jego siły skorzystają z bardzo nieprzyjaznej taktyki „kotła („kettling” – spychanie protestujących i niefortunnych obywateli na mały obszar, gdzie mogą być przez dłuższy czas nielegalnie przetrzymywani – zazwyczaj ponad 4 godziny). Tego samego dnia około 500 tysięcy osób maszerowało w proteście przeciwko barbarzyńsko surowymi cięciom. Kiedy z policją starli się „skrajni anarchiści”, aresztowanych zostało 200 osób. Protest zdawał się mieć dwie formy: marsz pokojowy TUC z ludźmi z różnych środowisk z całego kraju, w tym członkowie UK Uncut, którzy pokojowo okupowali  sklepy Fortnum i Mason w Londynie, oraz zorganizowany tłum zamaskowanych „anarchistów” w kominiarkach, którzy przejęli marsz i spowodowali znaczne uszkodzenia budynków.

Ci tak zwani „anarchiści” całe tygodnie poświęcili na przygotowanie przebiegu akcji, wykorzystując do tego serwisy społecznościowe Facebook i Twitter. Oddzielili się od głównego protestu i włamywali do banków, wybijali szyby, malowali graffiti na ścianach, a budynek Ritz Hotel obrzucili farbą i pociskami zapalającymi. Pożary i akty przemocy utrzymywały się do wieczora, a policjanci zostali obrzuceni żarówkami wypełnionymi amoniakiem. Grupa anarchistów była nieliczna i składała się głównie z dzieci, prowadzonych przez dobrze zbudowanych młodych mężczyzn. Co ciekawe, policja wykazała niewielkie zainteresowanie powstrzymaniem ich i  tylko 11 oskarżono o co bardziej rażące akty wandalizmu. Czy to możliwe, że oskarżono dzieciaki, a przywódcy pozostali nietknięci, bo na przykład byli „znani”, tzn. byli szpiegami policji lub nawet funkcjonariuszami MI5, którzy przeniknęli do grupy w roli prowokatorów? Mamy prawo do takich spekulacji, z uwagi na dobrze znane ich zaangażowanie w kooptowanie wszelkiej maści grup protestujących i popychanie ich w kierunku przemocy, a ostatecznie samozniszczenia.

Większość aresztowanych stanowią członkowie UK Uncut, szczególnie ci, którzy pokojowo okupowali Fortnum i Mason, i są oskarżeni o poważne wykroczenie. Towarzyszyło im także wielu z grupy „czarnych kominiarek”, którzy robili sprayem slogany na zewnętrznych ścianach sklepu. Na początku okupacji sklepu pełniąca tam służbę policjantka powiedziała pokojowym demonstrantom, że jeśli chcą, mogą opuścić sklep i nie będą zatrzymani, ponieważ nie doszło do uszkodzenia mienia, a ich zachowanie było sensowne i pozbawione przemocy. Musiała była kłamać w żywe oczy, ponieważ protestującym z UK Uncut uniemożliwiono opuszczenie sklepu, a stołeczna policja przygotowała dla nich na zewnątrz „kocioł”. Zabrano ich  na różne komisariaty w całym Londynie i zatrzymano na 24 godziny. Czy były to aresztowania na tle politycznym? Ich telefony komórkowe zostały skonfiskowane, prawdopodobnie w celu zdobycia informacji na temat grupy. W następny poniedziałek minister spraw wewnętrznych powiedział posłom w Izbie Gmin:

„Jak tylko policja zrewiduje swoje metody operacyjne, Izba Gmin zrewiduje zakres władzy policji. Zapytałem policję, czy potrzebują nowych uprawnień, by móc zapobiegać aktom przemocy, zanim zostaną popełnione. Jestem gotów rozważyć uprawnienia, które pozwolą trzymać chuliganerię z dala od protestów i marszów, i przyjrzę się uprawnieniom już posiadanym przez policję, by sprawdzić, czy mają oni prawo zdejmować [chuliganom] maski i kominiarki.

Jeśli policja potrzebuje pomocy do wykonywania swojej pracy, bez wahania ją im przydzielę„.

oraz,

„Mówię im [UK Uncut], że na pewno nie zostali fałszywie przedstawieni, i myślę, że musimy zapewnić pełną klarowność w tej kwestii. Policja ma rację robiąc to, co robi, czyli starając się zapobiegać przemocy na ulicach”.

Jasne.

Stany Zjednoczone

© Desconocido – Protestujący okupują budynek stolicy stanu Wisconsin

Mieszkańcy stanu Wisconsin nie są szczęśliwi. Republikański gubernator Scott Walker przepycha ustawę budżetową, ograniczającą prawa związków zawodowych pracowników sektora publicznego do negocjowania układów zbiorowych. Pozbawione tych praw, związki zostaną skutecznie zniszczone. Nie trudno zrozumieć, dlaczego Walkerowi na tym zależy. Jeśli pójdziemy śladem pieniędzy, okaże się, że potentaci ropy, miliarderzy Charles i David Koch – znani finansiści Partii Herbacianej – dali Walkerowi około 100 tysięcy dolarów w postaci składek podczas jego udanej kampanii wyborczej w 2010 r.

Grupy wspierające Kocha, takie jak Americans for Prosperity, Cato Institute, Competitive Enterprise Institute i Reason Foundation, od dawna zajmowały bardzo  antagonistyczne stanowisko wobec związków zawodowych sektora publicznego – odnotował serwis „Mother Jones”. Niektóre z tych grup wezwały do wyeliminowania tych związków. Bracia Koch zaprosili również Marka Mixa, prezesa antyzwiązkowej fundacji National Right to Work Legal Defense Foundation, na czerwcową  (2010 r.) konferencję w Aspen, w Kolorado.

Podobny projekt ustawy rozpatrywany był w Ohio, gdzie także spotkał się z podobną reakcją pracowników.

Projekt Walkera zmusiłby również pracowników rządowych do wykładania z kieszeni dwukrotnie wyższych składek na opiekę zdrowotną i fundusze emerytalne, prowadząc w efekcie do obniżki zarobków o 8 do 20 procent. Podwyżki płac byłyby zablokowane na poziomie lub poniżej wzrostu cen konsumpcyjnych. Ustawa nadaje też gubernatorowi nowe uprawnienia zwalniania pracowników, jeżeli ogłosi on stan wyjątkowy. W efekcie setki tysięcy nauczycieli, uczniów i ludzi ich popierających organizowało od lutego demonstracje. Zainspirowani swoimi egipskimi kolegami, stale okupowali siedzibę Kongresu. Organizując strajki, nauczyciele z Wisconsin zdołali zamknąć na jeden dzień 200 szkół publicznych w Milwaukee.

Wyborcy z Wisconsin również rozpoczęli kampanię odwołania republikańskich senatorów, którzy trzymali z Walkerem.

Reagując jak prawdziwy patokrata, Walker wzmocnił obecność policji na ulicach i zagroził wykorzystaniem Gwardii Narodowej. W sąsiednim stanie Indiana, zastępca prokuratora generalnego Jeffrey Cox zrzucił maskę i „wyśpiewał” na Twitterze, że policja w Wisconsin powinna „użyć ostrej amunicji”, aby pozbyć się prozwiązkowych demonstrantów. Na szczęście stracił pracę. Ale to znak czasów, że osoba na takim stanowisku tak sobie mimochodem sugeruje zabójstwo cywilów broniących swoich praw.

Partia Herbaciana (Kocha) nawoływała już do anty-demonstracji, na szczęście nie odnosząc dużych sukcesów, sądząc po 3 tysiącach propracowniczych zwolenników, którzy wygwizdali konserwatywnych bohaterów – Sarę Palin i Andrew Breitbarta – podczas zebrania partii w Madison, stolicy stanu Wisconsin, skandując jednocześnie „Hańba!” i „opodatkować bogatych!” Aż przyjemnie popatrzeć:

Ale uważajcie i nie myślcie, że jest to tylko sprawa konserwatywnych Republikanów. Demokraci też znani są z hipokryzji. Sam Obama przygotowuje budżet, który zyska ponad 1 bilion USD z cięć, w przeważającej mierze wymierzonych w klasę pracujących.

Protesty rozprzestrzeniają się na Ohio, Indianę i Detroit. Poniższy raport RT News sugeruje, że USA mogą zmierzać w stronę koktajli Mołotowa na ulicach lub stanu wojennego. My nie wykluczylibyśmy żadnej z tych możliwości.

Jak w górze, tak na dole

Pisaliśmy już na temat potężnych wyładowań elektrycznych, których źródłem są specyficzne pozycje ciał niebieskich, jak również o ich znanym oraz hipotetycznym oddziaływaniu na ziemskie systemy. Zjawiska takie jak ekstremalna pogoda na Ziemi, tajemnicze kosmiczne manifestacje w przestrzeni, silna aktywność słoneczna, fluktuacje pola magnetycznego, spadające z nieba stada martwych ptaków, masowe wymieranie zwierząt na całym świecie, itd., mają swój udział w rozpalaniu się rewolucyjnej gorączki, jaka rozgorzała tuż po zaćmieniach Księżyca i Słońca, zaledwie dwa tygodnie przed rozpoczęciem gregoriańskiego Nowego Roku.

W oparciu o historyczne dowody korelacji pomiędzy społecznymi przewrotami i cyklicznymi katastrofami uważamy, że przewrót w niebiosach odzwierciedlany jest w doświadczaniu tego samego przez ludzkość. Nikt „tutaj na dole” nie potrafi jeszcze określić, co jest przyczyną a co skutkiem, ale można założyć, że to ludzkość „tworzy swoją własną rzeczywistość”. Nie w stylu narcystycznego myślenia życzeniowego proponowanego przez New Age, gdzie mogę mieć, co tylko chcę, lub być kim zechcę, bo to ja, ale raczej dlatego, że sumaryczny efekt [energetyczny] miliardów ludzi doświadczających nędzy i cierpienia jest sygnałem naprowadzającym dla zmierzających w naszym kierunku komet.

Uważamy, że głównym powodem rozpoczęcia  w Libii operacji Świt Odysei (Odyssey Dawn) – pomijając ropę, chęć odwrócenia uwagi amerykańskiego społeczeństwa od własnego podwórka oraz bezprzetargowe kontrakty na gruntowne sprzątanie – była, jak zawsze, chęć sprawowania kontroli. Zmiany na Ziemi zachodzą na poważnie. Globalne elity będą próbowały na wszystkie sposoby odwrócić uwagę ludzkości od nieuchronnej zagłady, wykorzystując istniejące w kraju podziały do kreowania lipnych wojen (niestety z bardzo rzeczywistymi konsekwencjami dla wszystkich w nie wciągniętych), z których będą ciągnąć zyski zbrojąc obie strony i grabiąc naturalne surowce, w międzyczasie doposażając swoje podziemne gniazdka, gdzie zamierzają przeczekać kosmiczną burzę.

Ta gra nazywa się Światowa Rewolucja – ostateczna pożoga opisana w Biblii. Po przestudiowaniu Kontrowersji Syjonu Douglasa Reeda zrozumiecie, że począwszy od (co najmniej) końca XIX wieku, każde istotniejsze wydarzenie było pochodną tej dominującej linii siły [światowej rewolucji], która prowadzi ludzkość ku zapomnieniu. Spełnieniem ambicji Syjonu nie jest po prostu spełnienie politycznych aspiracji Izraela. Przecież Izrael zostanie ostatecznie sprzedany i „odseparowany”. Syjonizm jest ideologią, która przyciąga najróżniejszych zwolenników ze wszystkich krajów. Obdarty z pięknych słów i religijnej powłoki jest „ideologią” dominacji, stworzoną przez psychopatów i służącą ich celom. Ludzie pochodzenia żydowskiego i wyznawcy judaizmu są tak samo naznaczeni piętnem śmierci jak każdy inny człowiek.

SOTT.net

Wygląda na to, że wszystkie te społeczne i planetarne wstrząsy w 2011 roku powoli odsłaniają obcą patologię kształtującą przebieg wydarzeń. W tym nadzieja. Łączenie punktów umożliwia coraz większej liczbie ludzi zrozumienie, czym naprawdę jest psychopatia, i nazywanie jej po imieniu. Niestety, minął już czas, kiedy można było z tym wyjść na ulice. W chwili obecnej publiczne demonstrowanie słusznego gniewu zostanie co najwyżej wykorzystane przez Władzę Realną do jej Światowej Rewolucji. Wykorzystają go do podżegania do kolejnych tłumionych powstań, do rozpętywania kolejnych wojen, zwiększania ekonomicznego zniewolenia, do dalszego rozwoju inwazyjnych technologii, a w konsekwencji – do jeszcze większej nędzy większości ludzi łaknących twórczej wolności.

Psychiczne, emocjonalne i duchowe przebudzenie do poczuwania się częścią wspólnoty normalnych ludzi, którzy występują przeciwko psychopatom u władzy, może okazać się daleko ważniejsze dla naszej kolektywnej przyszłości, aniżeli jakakolwiek tymczasowa polityczna zmiana w dowolnym miejscu na świecie. Zbiorowa ekspresja energii ludzi, którzy stają się istotami ludzkimi w pełnym tego słowa znaczeniu, oraz konfrontowanie „tamtych” z prawdą, może w efekcie przynieść niespodziewane zmiany.

Na przekór oczywistej, bijącej po oczach prawdzie, większość ludzi nie przestaje wierzyć propagandzie i dalej tworzy dobrze sobie znaną rzeczywistość. Próby obudzenia ich ze snu są marnowaniem energii. Zwrócą się przeciwko wam za „atakowanie” ich waszymi „pełnymi nienawiści słowami”. Jeżeli nie macie z kim dzielić się swoimi obserwacjami, spróbujcie w duchu oddawać hołd prawdzie. Kiedy coś widzicie, nazywajcie to po imieniu, a potem obserwujcie, jak nowe energie stwarzają okazje do nowych kreatywnych wysiłków. Praca polegająca na łączeniu punktów może początkowo wydawać się ponura, ale pamiętajcie, że równowaga jest obecna we wszystkim i po okresie cierpienia przychodzi radość.

Do następnego miesiąca. Dbajcie o siebie nawzajem.

Reklamy

3 Komentarze »

  1. Co do fragmentu z artykułu: „Globalne elity (…) w międzyczasie doposażając swoje podziemne gniazdka, gdzie zamierzają przeczekać kosmiczną burzę” zapraszam do cytatu z księgi Objawienia 6:15-17: „A królowie ziemi i najznamienitsze osobistości, i dowódcy wojskowi, i bogaci, i silni, i każdy niewolnik, i każdy wolny ukryli się w jaskiniach i w skalnych masywach gór. I mówią do gór i do masywów skalnych: „Padnijcie na nas i ukryjcie nas przed obliczem Zasiadającego na tronie i przed srogim gniewem Baranka, ponieważ nadszedł wielki dzień ich srogiego gniewu, a któż zdoła się ostać?”

    Komentarz - autor: jaku5 — 4 lipca 2011 @ 11:26

  2. Izo chcę Ci podziękować za Twoją stronę i pracę 🙂

    Komentarz - autor: dona — 4 lipca 2011 @ 13:47

  3. „W kwietniu ubiegłego roku 2010 w spektakularny sposób wybuchł islandzki wulkan Eyjafjallajokull, wypuszczając chmurę pyłu, która miała rzekomo zakryć znaczną część północnej Europy. W akcie histerycznej reakcji władze linii lotniczych wstrzymały na sześć dni loty na połowie kontynentu, tłumacząc to tym, że pył może uszkodzić silniki maszyn”. TUTAJ POMINIĘTO BYĆ MOŻE WAŻNIEJSZĄ PRZYCZYNĘ TEJ MISTYFIKACJI – POGRZEB „OFIAR” SMOLEŃSKICH , NA KTÓRY ZAPOWIEDZIAŁA SIĘ CALA ŚWIATOWA ŚMIETANKA PSYCHOPATÓW.MOŻLIWE ZE NIE CHCIAŁO IM SIĘ CIĄGNĄĆ TEJ FARSY WIEC URUCHOMIONO PRETEKST! -WULKAN Arystoteles powiedział ;”prawdziwa mądrość to znajomość przyczyn”

    Komentarz - autor: zaduma~~~ — 10 grudnia 2016 @ 12:21


RSS feed for comments on this post. TrackBack URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: