PRACowniA

17 marca 2011

Porównanie tradycyjnej teorii astronomicznej (NASA) z modelem McCanneya

© jmccanneyscience.com press

Wydana w 2002 roku książka McCanneya „Planet X, Comets and Earth Changes” została napisana w dużej mierze z myślą o laikach. W przystępny sposób przedstawia efekt ponad 20 lat pracy autora nad zagadnieniami plazmy, budowy wszechświata, a w szczególności nad naturą komet i rolą, jaką odgrywają w Układzie Słonecznym. Na dobrą sprawę, cały model McCanneya, nazwany przez niego „Plasma Discharge Comet Model” (Model komety z użyciem wyładowań w plaźmie) powstał na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Jego model nie tylko wyjaśnia wiele zjawisk, których tradycyjny model „brudnych kul śnieżnych” nie potrafi wyjaśnić, ale był też w stanie przewidzieć wiele zjawisk i cech komet. Co więcej, kiedy owe zjawiska zostały w końcu potwierdzone obserwacjami, wprowadziły naukowców głównego nurtu w niezłe zakłopotanie, prowadzące do ukrywania faktów czy wymyślania na szybko „ulepszeń” oficjalnego modelu, upadających wraz z odkryciem kolejnych kłopotliwych zjawisk.

Poniżej przetłumaczony spory fragment rozdziału VI z dodanymi przeze mnie drobnymi uzupełnieniami. Dla lepszego zobrazowania głównych idei swojego modelu McCanney punkt po punkcie porównuje swoje tezy z tezami modelu obowiązującego. Podstawową tezą McCaina jest to, że Układ Słoneczny jest elektrycznie dynamiczny. Nie istnieje bowiem pole magnetyczne bez przepływu prądu, a prąd elektryczny nie płynie bez końca bez baterii.

Pochodzenie Układu Słonecznego

NASA: Cały Układ Słoneczny powstał naraz 4,5 miliarda lat temu i od tego czasu nie powstały w nim żadne nowe planety ani księżyce.

McCanney: Tylko Jowisz i Słońce były w oryginalnym Układzie Słonecznym, a wszystkie inne planety i księżyce zostały – każde z osobna – przechwycone przez Układ Słoneczny w późniejszym czasie. Każdy nowy obiekt formował się w specyficznych dla niego warunkach i był początkowo dużą kometą (kosmicznym odkurzaczem), aż osadził się na ostatecznej orbicie. Kiedy pojawią się nowi członkowie Układu Słonecznego, zastaną obecnie istniejące planety i księżyce uwikłane w dynamiczną grę kosmicznego bilardu.

Kołowe orbity planet

NASA: Orbity planet utworzyły sympatyczny kolisty deseń już w momencie powstawania i ani one, ani planety i księżyce nie zmieniły się tego czasu.

McCanney: Kiedy komety przyciągane są do Układu Słonecznego i przez niego przechwytywane, i spotykają inne planety, istnieją dwa czynniki dążące do zacieśniania orbity komety i ustalania jej kołowego kształtu. Po pierwsze, taka kometa spotyka inne planety i albo zyskuje, albo traci energię. Podstawowym czynnikiem, który zmniejsza orbitę komety (czyli nowego członka Układu Słonecznego) jest „opór warkocza-dryfkotwy”, spowodowany ciągnięciem ogona podczas przemieszczania się komety wśród ogromnej – w stosunku do jej wielkości – ilości materii. Orbita ogromnej komety Hale-Bopp została zmniejszona z 4200 lat do 2650 lat w jednym tylko okrążeniu Słońca. Dominująca teoria brudnej kuli śnieżnej nie potrafiła wyjaśnić tej niesamowitej zmiany orbity.

Komety

Kometa Hale-Bopp, 8 marca 1997. Zjonizowany warkocz rozciąga się na 12 stopni

NASA: Komety to małe „brudne kule śnieżne”, które powstały mniej więcej w tym samym czasie co reszta planet. Ponieważ do wyjaśnienia tempa wirowania Słońca standardowa teoria wymaga wiejącego z niego potężnego wiatru słonecznego, te komety musiały jakoś zostać usunięte w miejsce, gdzie nie jesteśmy w stanie ich wykryć, a miejsce to nazwano Obłokiem Oorta. Czasami przez Obłok Oorta przejatują jakieś obiekty i wytrącają komety z orbit w kierunku Słońca. W pobliżu Słońca śnieżki te topnieją (sublimują), a wiatr słoneczny odwraca ich ogony od Słońca.

Komety robią się coraz mniejsze i ostatecznie znikają lub pozostawiają na swojej orbicie jedynie małą asteroidę. NASA twierdzi, że Ziemia może ucierpieć wyłącznie w razie bezpośredniego uderzenia w nią jednego z tych małych jąder.

McCanney: Komety są asteroidami lub większymi kamiennymi obiektami, które wzbudzają złożone wyładowania elektryczne kondensatora słonecznego, kiedy dostają się w pole elektryczne Słońca (wytwarzane i utrzymywane przez nadwyżkę protonów obecnych w wietrze słonecznym). Komety zgarniają materię w swój ogon i dlatego w miarę wędrówki po swojej orbicie w Układzie Słonecznym stają się coraz większe.

Nieco dokładniej:  Podczas rozładowania słonecznego kondensatora wokół jądra komety gromadzą się elektrony. Naładowane ujemnie jądro przyciąga dodatnio naładowane gazy i drobiny pyłu, zgromadzone w chmurach i pierścieniach rozmieszczonych w naszym układzie słonecznym. W ten sposób kometa tworzy warkocz. Dlatego McCanney nazywa komety wielkimi kosmicznymi odkurzaczami. Małe komety rozwijają niskoenergetyczny warkocz. Dodatkowo, małe komety mają za słabe pole grawitacyjne, żeby wciągnąć ogon do jądra, więc lotny materiał z ogona rozprasza się, a pyły, zneutralizowane przez elektrony, gromadzą się w otaczającej jądro tzw. „strefie rekombinacji”. Tak więc małe komety będą miały na powierzchni tylko warstwy bardzo drobnego pyłu albo smoły pochodzące ze spalonych węglowodorów.

Natomiast pole grawitacyjne jąder dużych komet utrzyma w „strefie” wciągnięte z warkocza gazy, tworząc w ten sposob otaczającą je atmosferę. Ze względu na wystarczającą ilość ciepła (choćby z syntezy wodoru i tlenu czy wyładowań elektrycznych), rozbudowujący się obiekt ulega stopieniu, a samograwitacja go zaokrągla. Tak powstają planety…

Choć przeważnie komety są małe, zdarzają się też duże, nawet wielkości planety, i te mogą wyrządzić ogromne szkody istniejącym planetom i księżycom, kiedy przecierają sobie drogę ku swojej ostatecznej, stabilnej orbicie. Nie muszą bezpośrednio trafić w istniejącą planetę, żeby wyrządzić szkody, w rzeczywistości potężne zniszczenia mogą zostać spowodowane przez niezliczone efekty „działania na odległość”.

Słońce

NASA: Słońce ma w swoim jądrze silnik syntezy jądrowej (odpalony przez ciśnienie grawitacyjne w momencie narodzin Układu Słonecznego), który rozpala je w gorącą, świecącą kulę o temperaturze 6000 stopni, i będzie ono płonąć w stałym tempie przez miliardy lat. Słońce jest elektrycznie obojętne, a warunki zewnętrzne nie mają na nie żadnego wpływu (a już zwłaszcza komety, które są nic nieznaczącymi śnieżkami).

McCanney: Słoneczna synteza jądrowa zachodzi w górnych warstwach atmosfery Słońca, a  reakcja ta wzbudzana jest na bieżąco przez ściśnięte wyładowania elektryczne w jego szalejącej, burzliwej atmosferze. W miarę przesuwania się w głąb Słońca temperatura w rzeczywistości obniża się, aż ostatecznie dochodzimy do stałego, planetarnego typu, jądra. (Potwierdziły to doświadczalne pomiary z użyciem promieni rentgenowskich, wykonane przez rosyjskich naukowców.)

Słońce jest dynamiczne i zmienia się szybko w zależności od warunków zewnętrznych. Zwłaszcza komety, które tworzą połączenie elektryczne ze Słońcem, mogą szybko i znacząco zmienić energię Słońca; w odpowiedzi na elektryczne oddziaływania Słońca z kometami pojawiać się mogą silne rozbłyski słoneczne.


Potężny rozbłysk słoneczny wywołany przelatującą kometą

Dodatkowo, mogą wystąpić specjalne warunki, takie jak elektryczne koniunkcje planet, powodujące rozładowanie kondensatora słonecznego, co z kolei może sprowokować przepływ prądu w do Słońca, prowadząc w efekcie do zwiększenia słonecznych rozbłysków i wytwarzanej energii.

Elektryczna natura Słońca

NASA: Słońce jest elektrycznie obojętne, tak jak i cały Układ Słoneczny. Efekty energetyczne tłumaczy się jako skutek efektow magnetycznych, takich jak „ponowne magnetyczne połączenie”, magnetyczne wychwycenie jonów, magnetyczne bańki uwalniające energię oraz burze magnetyczne na Słońcu.

McCanney: Słońce ma ładunek ujemny, ponieważ ciągle wyrzuca w wietrze słonecznym duże, złożone głównie z protonów, wstęgi. Tak powstaje i utrzymuje się „Słoneczny Kondensator” – z dodatnią elektrodą – anodą – daleko poza orbitą Plutona, gdzie mieści się duża zjonizowana chmura pyłu i gazów. Kondensator ten jest rozładowywany przez asteroidy i jądra większych komet, które wnikają do Układu Słonecznego. To ten kondensator właśnie zasila i kontroluje elektryczną naturę Układu Słonecznego. Efekty magnetyczne są  wtórnymi skutkami przepływu prądów elektrycznych w plaźmie, które płyną w wyniku istnienia tego źródła energii.

Inaczej: Odpływ ładunków dodatnich pozostawia na Słońcu nadwyżkę ładunkow ujemnych, tworząc kondensator pomiędzy Słońcem i jego pierścieniami (wykryto wokół Słońca pierścienie analogiczne do pierścieni otaczających Saturna).  Kondensator słoneczny może zostać rozładowany, kiedy ciało typu asteroidy dostanie się w rejon pomiędzy pierścieniami albo pomiędzy pierścień i Słońce. Wizualny aspekt takiego rozładowania jest powszechnie nazywany „kometą”. Jednakże większość oddziaływań w trakcie takiego kometarnego rozładowania pozostaje niewidoczna dla ludzkiego oka i teleskopów.

Słońce produkuje tysiące razy więcej energii w postaci energii elektrycznej niż świetlnej, ale Ziemia jest przed nią chroniona przez swoje duże pole magnetyczne. Zmiany zauważamy tylko wtedy, kiedy lokalne pole elektryczne i przepływy prądu ulegają zmianie – albo wskutek rozbłysków słonecznych, albo w efekcie przelatujących w pobliżu dużych komet.

Oddziaływujące na Ziemię pola i prądy elektryczne wpływają na pogodę, zmieniają nasze pole magnetyczne, prowokują trzęsienia ziemi i wybuchy wulkanów, wywołują burze, huragany, cyklony, tornada itd.

Również planety na pobliskich orbitach kołowych stale rozładowują Słoneczny Kondensator, ale w mniejszym stopniu niż komety, które znajdują się na orbitach eliptycznych, przecinających Słoneczny Kondensatora pod większym kątem (powodując większy stopień rozładowania).

Większość badaczy stoi twardo na stanowisku, że elektrycznie naładowane ciała nie mogą istnieć, bo dałoby się ten fakt zaobserwować w ruchu planet. Jednakże wiadomo już, że stosunek ładunku do masy jest różny dla różnych ciał niebieskich i jest zależny od ich wielkości, przy czym najbardziej zauważalne są efekty towarzyszące ruchowi najmniejszych z nich.

© J. McCanney - Ilustracja z pracy McCanneya "Dynamics of a small comet" z 1987r, pokazująca skierowany w stronę Słońca szpikulec - wiązkę elektronów - z zastosowaniem modelu PDCM

Co ciekawe, model McCanneya oddziaływania na odległość dopuszcza interesujące i wcale nie pozbawione podstaw hipotezy. Jedną z nich jest, że przy okazji bliskiego przelotu w pobliżu Marsa wielkiej komety została z Marsa zassana cała tamtejsza woda i atmosfera. Z kolei „wygrała” tę wodę Ziemia w swojej potyczce z tą kometą, które to zdarzenie znamy z dawnych przekazów jako potop. Podobnie wygraliśmy ropę, zasysając ją naszym polem grawitacyjnym – prawdopodobnie jeszcze przed potopem.

Kolejną ciekawostką jest to, że model ten wspiera nieco wcześniejsze hipotezy Velikowskiego, o których McCanney nie miał pojęcia, opracowując swój model.

Jest w sieci jeden wywiad z McCanneyem z 2008 roku przetłumaczony na j. polski: Wywiad z Jamesem M. McCanneyem – Spectrum, warto przeczytać. Aczkolwiek osobiście nie podoba mi się, że Wolne Media zamieściły wywiad w dziale Paranauka, bo McCanney JEST naukowcem i jego model spełnia kryteria naukowe. Sęk w tym, że model ten stoi w sprzeczności z przyjętymi na wiarę dziesiątki, jak nie setki lat temu aksjomatami oficjalnej astronomii, za co McCanney został wykluczony ze społeczności naukowej. Królicza nora sprzedajności i zakłamania oficjalnej nauki zdaje się nie mieć dna.

Advertisements

17 komentarzy »

  1. Zakłamanie, oraz niewielki odsetek nieprzekupnych odtrąconych ma miejsce we wszystkich innych dziedzinach, zwanych po Orwell’owsku – naukowymi, może z wyjątkiem matematyki… Obowiązujących dogmatów naukowych się nie weryfikuje, bo można się w środowisku „mądrych ludzi” ośmieszyć i skompromitować. No i gdzie są te zdrowe zasady, mówiące, że wszystko co „wiemy”, powtarzam wszystko, należy poddawać w wątpliwość?? Inaczej to nie nauka, a wiara! Naukowcy to niestety tylko ludzie. To ludzie wierzący, wierzący w wielkość swojej wiedzy, no a często zwyczajni konformiści. Dlatego w wielu kwestiach brak jest należytego postępu, a nauce jako takiej, grożą ślepe zaułki. Znajomy, którego pasją są tornada, powiedział, że jego teorie na temat tornad stoją w kolizji z kilkoma prawami obowiązującymi w fizyce i temat jest nie do ruszenia. Chyba, że ktoś wcześniej obali tamte obowiązujące dziś prawa. Usłyszał, że: „wymaga to kosztownych instalacji do badań, a nie ma pieniędzy na szarlatanerię…”. No i wszystko jasne. Nauką rządzą ci co mają pieniądze, dlatego ona sama kuśtyka. Czasem też wplątana jest w zasilanie jakiejś geopolityki w potrzebne jej teorie. O takie stronnictwo najbardziej podejrzewam – pomimo niewątpliwych osiągnięć – współczesną biologię, no i oczywiście tak modną dziś kosmologię.

    Komentarz - autor: Polar — 18 marca 2011 @ 13:53

  2. @Iza wielkie dzieki za streszczenie modelu McCanneya! 🙂

    Moje dwa grosze – to logicznie ze model oficjalny (nasa) bedzie istnial poki istnieja aktualne prawa
    rynku, ekonomii, kapitalizmu i globalnej gospodarki. Utarty model jest wygodny dla 80% spoleczenstwa
    ktora nie lubi myslec i nie chce miec przed oczami duzej ilosci pytan bez odpowiedzi. Wygodny wiec dla
    wiekszosci spoleczenstwa i potrzebny glownie pod katem generowania zysku przez koncerny i korporacje.

    Komentarz - autor: seolord — 19 marca 2011 @ 14:08

  3. //Wizualny aspekt takiego rozładowania jest powszechnie nazywany „kometą”//

    Zdaje się, że wdarła się drobna pomyłka i powinno być „flarą”.

    Komentarz - autor: koliber — 12 kwietnia 2011 @ 08:04

  4. Z książki McCanneya (str. 26):
    „The further reality is that when these objects arrive, they will enter the „solar capacitor” region around our Sun and ignite a large plasma discharge that will be visible to us as a „comet”. The interesting and most important aspect of this phenomena is that the comet is not melting away as in the „Dirty Snowball Comet Model”, but is drawing in the vast tail material and is building up and becoming larger.”

    Kometę widzimy jako kometę (a nie jak każdą inną asteroidę) właśnie ze względu na rozładowanie w plaźmie, które kometa powoduje. Tak przynajmniej tłumaczy to McCanney w części przeznaczonej dla laików. 🙂

    Komentarz - autor: iza — 12 kwietnia 2011 @ 13:16

  5. Dzięki. Niby tak, ale coś mi tu jeszcze spokoju nie daje i muszę dojść, co to takiego 🙂

    „Kondensator słoneczny może zostać rozładowany, kiedy ciało typu asteroidy dostanie się w rejon pomiędzy pierścieniami albo pomiędzy pierścień i Słońce. Wizualny aspekt takiego rozładowania jest powszechnie nazywany „kometą”.”

    W poprzednim zaś cytacie czytam, że „they will enter the „solar capacitor” region around our Sun and ignite a large plasma discharge that will be visible to us as a „comet”.”

    Czyli, do wyładowania i przepływu prądu przez asteroidę (szpikulec) może dojść nie tyle, kiedy znajdzie się ona „pomiędzy pierścieniami” lub pomiędzy „pierścieniem i Słońcem”, ale już na samym początku (np. w efekcie koniunkcji z innymi ciałami), kiedy tylko wkroczy ona w obszar „słonecznego kondensatora” , tj. w tym przypadku, tuż po przekroczeniu granicy dodatniej elektrody „daleko poza orbitą Plutona, gdzie mieści się duża zjonizowana chmura pyłu i gazów”?

    Komentarz - autor: koliber — 13 kwietnia 2011 @ 16:19

  6. Czyli, do wyładowania i przepływu prądu przez asteroidę (szpikulec) może dojść nie tyle, kiedy znajdzie się ona „pomiędzy pierścieniami” lub pomiędzy „pierścieniem i Słońcem”, ale już na samym początku (np. w efekcie koniunkcji z innymi ciałami), kiedy tylko wkroczy ona w obszar „słonecznego kondensatora” , tj. w tym przypadku, tuż po przekroczeniu granicy dodatniej elektrody „daleko poza orbitą Plutona, gdzie mieści się duża zjonizowana chmura pyłu i gazów”?

    Wyobraź sobie ten słoneczny kondensator jako dysk ze Słońcem w środku i orbitami planet wokół – wszystkie w jednej, centralnej płaszczyźnie dysku – oraz krańcem Układu Słonecznego po obwodzie (nie wiem, jaka jest grubość tego dysku, ale sądzę, że relatywnie mała w porównaniu z jego średnicą). Z jakiegoś powodu orbity komet nie leżą w płaszczyźnie tego dysku, więc komety wpadają do niego pod jakimś (dodatnim) kątem i w pewnej odległości od Słońca. Jakbyś przekłuwał szpilką plasterek bułki pod jakimś kątem. Dodatkowo, wszystkie z nich okrążają Słońce – niejako z definicji – i jak rozumiem, zawracają w obrębie kondensatora, chociaż tego nie jestem pewna.

    Rozładowanie następuje w plaźmie wypełniającej kondensator. Do tego, jak rozumiem, żarzy się plazma wokół naładowanej ujemnie komety, gdzie też dochodzi do rozładowań.

    McCanney pisze, że im większy kąt natarcia (czyli im bliżej do prostopadłego przecięcia płaszczyzny dysku), tym silniejsze rozładowanie, choć muszę przyznać, że nie rozumiem, dlaczego. Rozładowanie może też nastąpić kilkukrotnie, w zależności od (dynamicznego) rozkładu ładunków.

    Do tego, rozkład ładunków w kondensatorze nie jest liniowy. Korona słoneczna ma potencjał ujemny, malejący [co do wartości bezwzględnej] z odległością i „dość szybko” spadający do zera. Następnie potencjał rośnie w pobliżu elektrody dodatniej – zewnętrznego pierścienia kondensatora. Może dlatego, im większy kąt „natarcia”, tym silniejsze rozładowanie – bo im większy kąt, tym bliżej Słońca musi przebiegać cała część orbity komety wewnątrz kondensatora, czyli tym większa jest różnica potencjałów.

    Muszę jeszcze podoczytywać, bo nie wszystko pamiętam i nie wszystko oczywiście zrozumiałam… No i mam nadzieję, że za dużo nie nabzdurzyłam. Jak doczytam i znajdę coś do sprostowania, to sprostuję. 🙂

    Komentarz - autor: iza — 14 kwietnia 2011 @ 18:55

  7. raz tak:
    komentarz – autor: koliber — 13 Kwiecień 2011
    „tuż po przekroczeniu granicy dodatniej elektrody „daleko poza orbitą Plutona”
    a następnie tak:
    komentarz – autor: iza — 14 Kwiecień 2011
    „w pobliżu elektrody ujemnej – zewnętrznego pierścienia kondensatora. ”

    czyli jak?
    jestem za pierwszym

    Komentarz - autor: nihil novi — 8 maja 2011 @ 09:22

  8. Racja! Pokałapućkały mi się plusy z minusami. Poprawione. Ukłony 🙂

    Komentarz - autor: iza — 8 maja 2011 @ 21:11

  9. Wiarygodność teorii McCanneya proponuję sprawdzić w świetle informacji o nim samym na stronie http://planet-x.150m.com/mccanney.html, bo jakoś w Wikipedii o tym „naukowym” autorytecie ani śladu.

    Komentarz - autor: Obserwator — 24 sierpnia 2011 @ 17:04

  10. Zarówno NASA jak i McCanney błądzą po omacku…
    Wszechświat powstał z „niematerii „indukując się z niej. Powstało „coś” z „niczego”
    Środowiskiem Wszechświata jest magnetyzm ( nie mylić z polem magnetycznym, które jest wynikiem zakłócenia tego środowiska przez obiekty energetyczne jak gwiazdy i planety) To magnetyzm indukuje elektryczność, czyli powstawanie i ruch elektronów w przewodniku.
    Magnetyzm nie ma masy, energii więc jest niematerialny. lecz zakłócony oddziaływuje powoduje zjawisko zwane polem magnetycznym. ( jak rybka w stojącej wodzie akwarium powodująca jej zawirowanie)
    To magnetyzm właśnie indukuje materię w szczególnym przypadku zogniskowania jego strun w jednym matematycznym punkcie.
    Wszystkie ciała niebieskie sa wewnątrz puste zgodnie z podstawowym prawem entropii ( max energii przy min. masy)
    To nieprawda, że ktokolwiek stwierdził. iż gwiazdy, czy planety posiadają stałe jądra. To kłamstwo. Nie można tego stwierdzić żadną aparaturą poza dywagowanymi domniemaniami na podstawie niektórych wyników obserwacji instrumentalnych.
    Wszechświat jest w stanie postepującej degradacji wslutek utraty entropi w wyniku powstawania „czarnych dziur j(ako „maszynek do mielenia materii)
    Wszechświat trwa przez chwilę liczoną w tysiącach a nie w miliardach, czy milionach lat.. Żadna materia nie jest w stanie przetrwać taki okres.
    To nieprawda, że obserwując zjawiska niebeiskie oglądamy je z przeszłosci milionów, miliardów lat. Obserwujemy je w czasie rzeczywistym, wskutek tego, że oprócz światła einstejnowskiego o V= ok 300 000 km/s istnieje światło fluorescencji magnetycznej drgające z prędkościa nieskończoną. Nauka nie rozumiejąc zjawiska światła stworzyła teorię o dualistycznej strukturze światła ( falowa i korpuskularna) To nieprawda. Jest korpuskularna – światło einstejnowskie i falowe wzbudzenie fluorescencyjne strun magnetycznych jako swoistych światłowodów.
    Tylko w ten sposób możemy widzieć gwiazdy i galaktyki przez odległości bilionów bilionów km przesłonięte na tej przestrzeni chmurami materii kosmicznej…
    … przy „czystym” niebie.
    To moja teoria…

    Komentarz - autor: Angelus Maximus Rex — 18 września 2013 @ 22:31

  11. @ Iza – kometa jest naładowana elektrycznie (podstawowe założenie powyższej teorii) i przebiega przez pole elektryczne kondensatora (dodatnia okładka na zewnątrz, ujemna na powierzchni słońca – uprośćmy rozkład ładunku dla prostszego zrozumienia). Siła rozładowania (właściwie jego burzliwość i „efektywność”) zależy od tempa narastania sił coulombowskich miedzy ujemnym słońcem a dodatnią kometą. Jeśli kometa biegnie równolegle do linii sił pola elektrycznego (czyli w płaszczyźnie kondensatora) wiatr słoneczny powoli rozładowuje kometę, jej ładunek spada (powoli uziemia się w wyniku oddziaływań w plazmie wokół komety, czyli jej bezwzględny ładunek spada) wraz ze zmniejszaniem się odległości do słońca. W drugim rozważanym przypadku kometa leci prostopadle do ekliptyki i w zasadzie nie ma wielkich możliwości „zrzucenia” ładunku dodatniego w trakcie tego lotu (wiatr słoneczny leci w płaszczyźnie ekliptyki – czyli do zewnętrznego pierścienia – nie zewnętrznej sfery), gdyż strumień wiatru słonecznego jest mniejszy, niż w płaszczyźnie ekliptyki. Co za tym idzie oddziaływania w plazmie otaczającej kometę są mniejsze. Gdy znajdzie się już w odległości pozwalającej na powstanie „przebicia” dochodzi do powstania łuku eletrycznego i rozładowania komety i zmniejszenia ładunku na ujemnej okładce kondensatora, czyli słońca.
    W obu przypadkach dochodzi do takiego samego zmniejszenia napięcia okładki ujemnej (równej co do wartości, ale przeciwny znak, ładunku początkowego komety). Różnica polega na ubytku ładunku w czasie – gdy kometa leci sobie równolegle do linii sił pola elektrycznego jest to spokojniejsze, bo rozłożone w czasie, gdy leci prostopadle, rozładowuje się nagle, bo cały ładunek gubi od razu w chwili zbliżenia się na odległość przebicia (w tym przypadku też następują oddziaływania w plazmie dookoła komety ale w porównaniu z ich nasileniem w drugim przypadku, możemy je uznać za pomijalne).
    Tak to wygląda z punktu widzenia elektrostatyki klasycznej (jest prosty model doświadczalny pozwalający na udowodnienie tego zjawiska, ale w skali o wiele mniejszej. Wymaga kilku przedmiotów z klasy od fizyki z liceum, ale budowałem coś podobnego, gdy przygotowywałem się do matury (starej) z fizyki)

    @Obserwator – Co do wiarygodności Autora teorii – nie wiem, czy mamy zastanawiać się i rozważać samego autora, czy teorię. Jeśli autora – to może i nie jest wiarygodny, ale nie ma się to nijak do poprawności samej teorii. Jeśli chcesz oceniać wartość teorii – trzeba rozważyć teorię niezależnie od autora (nauka ma już za sobą kilka takich pomyłek – ot, choćby Darwinizm – gdyby tę teorię przyniósł obdarty chłopak ze wsi, który wykopał kilka jaszczurek i małpę wyśmiano by go. Darwina niestety nie dało się wykpić przez „plecak” jaki dało mu jego pochodzenie i jego mocodawcy – i przez to do dziś dzień uczy się dzieci w szkole, że dwie małpy przeciwnej płci mogą dać jednego człowieka). Jeśli chcesz oceniać teorię – zapoznaj się z nią i porównaj dane z obserwacji z wnioskami z teorii. Jeśli się zgodzą – znaczy teoria wiarygodna, jeśli się nie zgodzą – szukaj lepszej teorii. Ale pamiętaj – to tylko teorie, czyli hipotezy robocze, takie „niewinne kłamstwa dla dzieci” (jak to, że prędkość światła jest stała – usłyszysz to w podstawówce, w liceum już nie). One są tylko po to, by pomóc nam zrozumieć otaczający nas świat. A gdy już go zrozumiemy, będziemy mogli zbudować Prawo (nie model teoretyczny, nie kompletną teorię, nie hipotezę).

    Pozdrawiam serdecznie

    Komentarz - autor: RH+ — 19 września 2013 @ 17:34

  12. @ RH+

    Co Cię skłoniło do wygrzebania tematu sprzed roku? Dzięki za chęć pomocy i wytłumaczenia, ale nie całkiem się zgadzam.

    Siła rozładowania (właściwie jego burzliwość i “efektywność”) zależy od tempa narastania sił coulombowskich miedzy ujemnym słońcem a dodatnią kometą.

    Wg McCanneya kometa ma ładunek ujemny. Siła rozładowania (generalnie) zależy od różnicy potencjałów i przenikalności elektrycznej środowiska.

    Jeśli kometa biegnie równolegle do linii sił pola elektrycznego (czyli w płaszczyźnie kondensatora) wiatr słoneczny powoli rozładowuje kometę, jej ładunek spada (powoli uziemia się w wyniku oddziaływań w plazmie wokół komety, czyli jej bezwzględny ładunek spada) wraz ze zmniejszaniem się odległości do słońca.

    Sorry, ale albo nie czytałeś McCanneya, albo czytałeś nieuważnie. Wiatr słoneczny bardziej ładuje kometę niż ją rozładowuje. Ładunek (ujemny) jądra komety rośnie, a wokół niego tworzy się otoczka (tzw. double layer, podwójna warstwa wg. innych modeli Elektrycznego Wszechświata) cząstek pozytywnych. Jej ładunek musi rosnąć, bo leci w kierunku linii coraz wyższego potencjału – wszystko jedno, z którego kierunku nadlatuje.

    W drugim rozważanym przypadku kometa leci prostopadle do ekliptyki i w zasadzie nie ma wielkich możliwości “zrzucenia” ładunku dodatniego w trakcie tego lotu (wiatr słoneczny leci w płaszczyźnie ekliptyki – czyli do zewnętrznego pierścienia – nie zewnętrznej sfery), gdyż strumień wiatru słonecznego jest mniejszy, niż w płaszczyźnie ekliptyki.

    Skąd wziąłeś informację, że wiatr słoneczny leci w płaszczyźnie ekliptyki? Z tego, co ja wiem, leci we wszystkich kierunkach i obszar jego występowania tworzy wokół słońca nieco spłaszczoną kulę. Poza tym, jak napisałam wyżej, niezależnie od kierunku nadlatywania kometa zbliżając się do słońca ładuje się ujemnie i McCanney wyjaśnia, jakie dwa mechanizmy to powodują – ruch w kierunku coraz wyższego potencjału oraz wiatr słoneczny.

    Tyle mniej więcej mówi McCanney. Problem z nim jest taki, że nie wyjaśnia wszystkiego, odsyłając od jednej swojej pracy do innej, z których część nie została opublikowana. Przeczytałam chyba wszystkie dostępne jego prace i na wiele pytań nie znalazłam w nich odpowiedzi. Wolę inne modele elektrycznego wszechświata.

    Wracając do pytania, myślę, że różnica tkwi głównie w „sterylności” środowiska. W płaszczyźnie ekliptyki są inne planety, ich księżyce, chmury pyłu, śmieci, itp, itd. Pole elektryczne komety jest zaburzone, wiatr słoneczny podlega turbulencjom, występują silne zawirowania spowodowane ruchem obrotowym słońca (który odbywa się niemal prostopadle do płaszczyzny ekliptyki – zaledwie 7 stopni odchylenia). Im dłuższa droga w obrębie tego cylindrycznego i bardzo dynamicznego kondensatora, tym więcej okazji do cząstkowych rozładowań. Natomiast kiedy kąt jest duży, kometa bez przeszkód stopniowo ładuje się ujemnie, aż do momentu, kiedy różnica potencjału przekroczy napięcie przebicia plazmy /środowiska. Wtedy następuje silne rozładowanie.

    Komentarz - autor: iza — 21 września 2013 @ 20:37

  13. Końcówkę akapitu z artykułu :
    „McCanney: Tylko Jowisz i Słońce były w oryginalnym Układzie Słonecznym, a wszystkie inne planety i księżyce zostały – każde z osobna – przechwycone przez Układ Słoneczny w późniejszym czasie. Każdy nowy obiekt formował się w specyficznych dla niego warunkach i był początkowo dużą kometą (kosmicznym odkurzaczem), aż osadził się na ostatecznej orbicie. Kiedy pojawią się nowi członkowie Układu Słonecznego, zastaną obecnie istniejące planety i księżyce uwikłane w dynamiczną grę kosmicznego bilardu.”
    przetłumaczył bym bardziej adekwatnie do obecnej sytuacji w jakiej znajduje się (wchodzi) nasz układ słoneczny
    „Kiedy pojawią się nowi członkowie Układu Słonecznego zastaną z obecnie istniejącymi planetami i księżycami uwikłane w dynamiczną grę kosmicznego bilardu.”

    Komentarz - autor: nihil novi — 22 września 2013 @ 18:44

  14. @Iza – skłoniło mnie kilka innych publikacji – a ze sprzed roku – nie wiedzialem, że się zdeaktualizował.
    Co do ładunku komety – jeśli kometa ma ładunek ujemny i leci sobie w wietrze słonecznym – czyli protonowym, to nie ma uja na mariolkę – nie da się dodając więcej + sprawić, by był większy -. To tak, jeśli chodzi o ścisłość.
    Sterylność środowiska mówisz – znaczy chcesz powiedzieć, że wpływ np. marsa, ziemi, wenus, merkurego ma wpływ na ciało niebieskie, nawet jeśli te planety nie są na drodze do słońca… hmmm… ciekawe – to jakby obudowa kondensatora (właściwie materiał z którego został wykonany) miała wpływ na pojemność tegoż – to też niespotykane.
    Skąd wziąłem, że wiatr słoneczny biegnie w płaszczyźnie ekliptyki? – a to naturalna konsekwencja tego, że na obrzeżach układu słonecznego, w płaszczyźnie ekliptyki jest masa materii naładowana elektrycznie – cząstki elektrycznie naładowane, czyli posiadające ładunek chętniej lecą do przeciwności, niż w pustkę – tak samo jest z wiatrem elektronowym i butelka lejdejską z odkrytym biegunem dodatnim – wiatr elektronowy zmienia kierunek ruchu. zmiana kierunku ruchu jest tym większa, im bliżej źródło emisji od okładki kondensatora i im większy ładunek na okładce – fizyka, klasa 2 lo – doświadczenie z generatorem Van der Graffa, wiatru elektronowego, świecą i butelką lejdejską.
    „Jej ładunek musi rosnąć, bo leci w kierunku linii coraz wyższego potencjału – wszystko jedno, z którego kierunku nadlatuje”- a ty to skąd wzięłaś, że musi? POza tym nie ma czegoś takiego, jak linie potencjału – potencjał jak sama nazwa wskazuje jest wartością skalarną (potencjał mówi o możliwości wystąpienia oddziaływania i generowania sił działających na dane ciało o pewnych wzorcowych właściwościach – jak potencjał grawitacyjny, potencjał elektryczny, potencjał pola magnetycznego), nie wektorową i nie bardzo wyznacza jakiekolwiek linie – linie mogą być pola (elektrycznego, magnetycznego, grawitacyjnego) – ale potencjał nie tworzy lini- nie ma czym, bo sam w sobie jest wartością wirtualną, skalarną, czyli nie mierzalną za pomocą urządzeń pomiarowych, tylko pośrednio za pomocą urządzeń pomiarowych wyprowadzana – matematycznie. Potencjał elektryczny jest stosunkiem energii, jaki musimy włożyć, by dany ładunek odsunąć od źródła tego potencjału do nieskończoności (dla ładunków różnoimiennych) lub od nieskończoności do tego punktu (dla ładunków jednoimiennych).
    Przykład – na ciało o danej masie na danej wysokości (czyli w pewnej odległości od środka masy ciała drugiego) może zadziałać siła grawitacji o pewnej wartości, kierunku i zwrocie i w ten sposób nadać danemu ciału energię potencjalną. Mierzymy ja (siłe grawitacji) poprzez zmierzenie rzeczywistej siły działającej na to ciało w tym punkcie. Potencjałem zaś pola będzie stosunek energii potencjalnej tego ciała do jego masy. Energia potencjalna ciała w tej odległości od źródła grawitacji to praca potrzebna na wyniesienie tego ciała z danego punktu do nieskończoności.

    Ponadto, dlaczego ładunek komety musi rosnąć od samego zbliżania się. Zbliżenie komety i słońca to nie zbliżenie kobiety i mężczyzny – od samego zbliżania nic nie rośnie. Kolejna rzecz – w jaki sposób w miarę zbliżania się komety do gwiazdy potencjał czegokolwiek się zmienia? – rośnie, czy maleje…
    Gdyby było tak, jak piszesz – oddalanie ciała na odległość -> nieskończoności sprawiałaby, że ładunek spada do zera, zaś zmniejszanie odległości między ciałami naładowanymi elektrycznie musiałoby spowodować wzrost ładunku aż do nieskończoności. Tak się nie dzieje. Jeśli weźmiesz dwa ładunki 1C(nie zależnie- jedno, czy różnoimienne) to zmiana odległości między nimi nie spowoduje zmiany ładunku. Ładunek nie jest zależny od odległości od innego ładunku.

    Cóż, Izo – może kosmologia klasyczna nie wyjaśnia wszechświata, ale fizyka klasyczna – wielokrotnie potwierdzona za pomocą doświadczeń – obala Twój sposób myślenia. Nawet nie obala – pokazuje, że w kwestii „linii potencjału elektrycznego”, ładunków i ogólnie teorii pola elektrycznego i elektrostatyki masz sieczkę w głowie. Nie oznacza to, że teoria Mccanneya jest błędna – oznacza tylko, że nie masz pojęcia o fizyce.
    Pozdrowienia
    i dużo miłości (ona spokój ducha daje)

    P.S.
    nie włączaj suszarki pod prysznicem i nie używaj depilatora w wannie pełnej wody – tak dla bezpieczeństwa. Znajomość fizyki może nie sprawia, że życie jest piękniejsze, ale sprawia, że jest o wiele trwalsze, mniej się psuje

    Komentarz - autor: Gaare — 25 września 2013 @ 04:26


  15. Co do ładunku komety – jeśli kometa ma ładunek ujemny i leci sobie w wietrze słonecznym – czyli protonowym, to nie ma uja na mariolkę – nie da się dodając więcej + sprawić, by był większy -. To tak, jeśli chodzi o ścisłość.

    Na wiatr słoneczny – wg. McCanneya – składają się zarówno protony, jak i elektrony.

    Sterylność środowiska mówisz – znaczy chcesz powiedzieć, że wpływ np. marsa, ziemi, wenus, merkurego ma wpływ na ciało niebieskie, nawet jeśli te planety nie są na drodze do słońca… hmmm… ciekawe – to jakby obudowa kondensatora (właściwie materiał z którego został wykonany) miała wpływ na pojemność tegoż – to też niespotykane.

    Planety nie stanowią obudowy kondensatora – są naładowanymi elektrycznie obiektami wewnątrz kondensatora.

    “Jej ładunek musi rosnąć, bo leci w kierunku linii coraz wyższego potencjału – wszystko jedno, z którego kierunku nadlatuje”- a ty to skąd wzięłaś, że musi? POza tym nie ma czegoś takiego, jak linie potencjału

    Masz rację, wyraziłam się nieściśle. Chodziło mi o powierzchnie równego potencjału. I ładunek komety nie „musi” rosnąć. On po prostu rośnie, choć nie „musi” (ale może). Kometa wyrównuje potencjał z najbliższym otoczeniem.

    Komentarz - autor: iza — 25 września 2013 @ 13:02

  16. „Masz rację, wyraziłam się nieściśle. Chodziło mi o powierzchnie równego potencjału.” – mogło Ci chodzić najwyżej o ruch w polu elektrycznym. Jeśli kometa ma ładunek różnoimienny w stosunku do słońca rzeczywiście potencjał elektryczny w miarę zbliżania się będzie rósł, jeśli ma znak taki sam, to potencjał będzie malał do nieskończoności (chodzi o umowny znak -).
    Co do wiatru słonecznego – by słońce mogło być naładowane w jakikolwiek sposób – suma utraty ładunków dodatnich i ujemnych musi być różna od zera. Czyli praktycznie jest to wypadkowa – albo wiatr elektronowy, albo wiatr protonowy. Jeśli mieszanina jest 1:1 nie ma mozliwości, by słońce naładowało się elektrycznie – chyba że w słońcu będzie dochodziło do procesu kreacji protonów lub elektronów (obserwujemy to w okolicy czarnych dziur – gdy wystarczająco duża energia powoduje powstanie cząstki i jej antycząstki, jedna z nich zaś zostanie zassana przez pole grawitacyjne i pozostaje tylko niesparowana cząstka – nie ma z czym anihilować, więc z cząstki wirtualnej zamienia się w rzeczywistą) – jednak nawet w modelach klasycznych energia wytwarzana w słońcu jest niewystarczająca – w modelu McCanneya już w szczególności.
    Planety nie są obiektami wewnatrz kondensatora, którego jedną okładka jest słońce, drugą kometa. bo to między tymi dwoma ciałami dochodzi do przebicia. Poza tym w kondensatorach w skali mikro jak i makro nie można mówić o warunkach sterylnych – zawsze będą wtręty zmieniające właściwości kondensatora -będą decydowały o trwałości, ale nie pojemności i możliwości przebicia (jeśli przenikliwość elektryczna przestrzeni między okładkami zostanie zachowana).

    kometa nie może wyrównać potencjału z czymkolwiek – ona jest w polu elektrycznym o pewnej wartości potencjału. może wyrównać ładunek- ale znów pytanie – na jakiej drodze i dlaczego.

    Komentarz - autor: Gaare — 25 września 2013 @ 19:58

  17. Nikt (poza Tobą) nie mówi o kondensatorze z jedną okładką będącą słońcem, a drugą – kometą. Mówimy o kondensatorze słonecznym (w wersji McCanneya), ze słońcem jako ujemną elektrodą i chmurą w kształcie torusa otaczającą układ słoneczny (współosiową z ekliptyką) jako elektrodą dodatnią. Zarówno komety, jak i planety poruszają się w polu elektrycznym tego kondensatora. Fakt, te ciała niebieskie tworza swoje małe kondensatory i mają swoje lokalne pola elektryczne, co skutkuje lokalnymi wyładowaniami itd., ale wszystko odbywa się w obrębie dużego kondensatora słonecznego, gdzie zachodzą oddziaływania na większą skalę. Według modelu McCanneya (słusznie albo nie) wiatr słoneczny składa się z elektronów i protonów, z przewagą tych ostatnich. Według McCanneya kometa ładuje się (ujemnie) na dwa sposoby: najpierw wyłapując elektrony z otoczającej plazmy i wiatru słonecznego, a następnie w czasie rozładowywania słońca, z prądu przepływającego przez kometę.

    A major result of the Saturn paper is the identification of two charging processes, both resulting in a net negative charge on a body moving in a hot plasma (either planetary radiation belts or the solar wind). The first has been detected and is induced as the body enters regions of varying electrical potential within the plasma.(2,42,43) A small space craft can quickly charge to a potential of 10,000 volts, so if size is assumed to be important, then a small asteroidal body could quickly charge to a substantial voltage.(44) […]

    The second charging mechanism occurs during the discharge of the Sun’s (or Saturn’s) capacitor formed by an excess current of protons in its solar wind. The capacitor forms between the negatively charged central star and positively ionized nebular cloud which surrounds the star in the shape of a donut. The discharge of this capacitor is triggered by the intrusion of an already charged asteroidal body(45) (charged initially by the first process). Current flows in a line between the star and surrounding neutralizing ion cloud via the comet nucleus. Electrons flow outward from the negatively charged star (sometimes visible as the sunward spike) while positive ions flow inwards from the nebular ion cloud (forming the comet tail). Due to the higher mobility of electrons, they arrive in greater numbers at the asteroidal comet nucleus, causing a build-up of negative charge on the nucleus. It is the com-bined electric fields of the Sun and comet nucleus which create the characteristic comet shape (to be discussed). Fan-shaped anti-tails arc caused by ions and protons from the solar wind which also pour info the cornet nucleus from the sunward side and fluoresce as they recombine with electrons.

    The first charging process depends on the size of the object, its velocity relative to the plasma, and the intensity of the radiation belts (or solar wind). The second charging process does not depend on the object as much as on the discharge itself. Once the second process begins, it is self generating until the entire solar capacitor is drained. This can lead to enormous voltages on the comet nucleus. The greater this charge becomes, the greater the discharge becomes, and thus is self-generating. Although it appears that celestial objects in circular orbits have less charging than those in eccentric orbits, what terminates the charging process is still not well understood.*

    *The capacitor that forms with the Sun in its center and nebular ion cloud surrounding it (past the orbit of Pluto) will have surfaces of electrical equipotential between cathode and anode. It is now known that the second charging process depends on the comet nucleus crossing the surfaces of equipotential. As the comet nucleus crosses the equipotential surfaces, it must continually adopt the potential of space that it enters.

    Ta część pracy McCanneya pt. The Nature And Origin Of Comets And The Evolution Of Celestial Bodies do poczytania (ang.), z obrazkami, równaniami i przypisami, np. tutaj: http://www.bibliotecapleyades.net/ciencia/ciencia_asteroids_comets28.htm

    Pamiętajmy też o tym, że model McCanneya różni się w paru bardzo istotnych punktach od innych modeli EU. Moim skromnym zdaniem model McCanneya przegrywa z nimi.

    Komentarz - autor: iza — 26 września 2013 @ 16:08


RSS feed for comments on this post. TrackBack URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d bloggers like this: