PRACowniA

3 Luty 2011

Czarownice, komety i kataklizmy planetarne – 2

ciąg dalszy artykułu

Laura Knight-Jadczyk
The Dot Connector Magazine
Sobota, 30 października 2010

Taurydy

Dochodzimy w końcu do dowodu, który może połączyć ze sobą cały ten kometarny biznes z Halloween. Tak się składa, że koniec czerwca oraz koniec października i początek listopada to okresy, kiedy Ziemia przechodzi przez rój Taurydów. Oznacza to, że do wydarzenia, które stanowi granicę pomiędzy plejstocenem i holocenem (obecna epoka), musiało dojść pod koniec października. Był to dzień, w którym granica pomiędzy światem żywych i umarłych stała się bardzo cienka, ponieważ prawie każda żywa istota na tej planecie umarła, a pamięć o tym wydarzeniu dotarła do nas w obchodach “końca lata”, które nazywamy Halloween, a znane jest z Biblii jako Potop Noego.

To skąd wzięły się czarownice? Poczekajcie, już dochodzimy do tego. Clube i Napier piszą:

… Roje meteorów są skamieniałymi dowodami przeszłych skrzyżowań z orbitami komet… największe grupy są niezwykle starożytne…

Przodek komety Encke i Taurydów, zakładając że miał około 20 km średnicy, mógł w najbliższym Ziemi położeniu osiągnąć magnitudę –12, czyli zbliżyć się do jasności Księżyca, wystarczającą, by rzucać cienie w nocy. Widziany byłby jako intensywnie żółta plama światła, otoczona okrągłym halo, prawdopodobnie większym od Księżyca w pełni, z ogonem rozciągającym się przez sporą część nieba… jego kolor przechodziłby od niebiesko-białego w pobliżu jądra do ciemno czerwonego… Jeśli rozpad, którego śladem są obecne szczątki, rozgrywał się na oczach ludzi, to zapewne zdarzyło się zaobserwować drugorzędne komety, może nawet w grupach… Znacznie nasiliła(by) się sezonowa aktywność bolidów, osiągając okresowo niezwykły poziom, w odstępach czasu korespondujących z dużą współmiernością okresów orbitalnych Ziemi i Encke. Ryzyko dojścia do impaktów typu Tunguska byłoby wtedy największe. Bliskie przeloty na orbicie okresowej byłyby oczywiście przewidywalne. W rzeczy samej, jeśli przy okazji takiego bliskiego przelotu Ziemia wpadła w gruz tego typu, co omawiany, to przewidywania są sprawą bardzo pilną…

Autor Księgi Rodzaju (15:17) napisał: „A kiedy słońce zaszło i nastał mrok nieprzenikniony, ukazał się dym jakby wydobywający się z pieca i ogień niby gorejąca pochodnia…” (Biblia Tysiąclecia) Opis wydaje się dotyczyć komety, ale reprezentowany jest jako wizja zesłana Abrahamowi przez Boga. Inny przykład znajduje się w Księdze Kronik (21:16): ”Dawid, podniósłszy oczy, ujrzał Anioła Pańskiego, stojącego między ziemią i niebem, a w ręku jego – miecz wyciągnięty nad Jerozolimą. Dawid więc i starszyzna obleczeni w wory padli na twarze”. (Biblia Tysiąclecia). Raz jeszcze obiekt widziany jest jako istota niebieska i ”Anioł Pański”, a interpretacja religijna nakłada się na zjawisko naturalne. (Clube, Napier, 1982.)

Clube, Napier, Hoyle i inni przedstawiają dobre argumenty, łącząc początki judaizmu ze zjawiskami niebieskimi, które w późniejszym czasie zostały poprzekręcane i zniekształcone przez kapłanów w dzisiejsze przesądy. Christopher Knight i Robert Lomas napisali fascynującą książkę o kulturach megalitycznych pt. Uriel’s Machine (Maszyna Uriela), w której stawiają hipotezę, że kamienne kręgi były wznoszone jako obserwatoria astronomiczne nie po to, by wiedzieć, kiedy siać ziarno, ale raczej po to, by wypatrywać zbłąkanych komet. Ich argumenty są bardzo przekonujące.

Początki chrześcijaństwa mogły być rezultatem podobnych kosmicznych spotkań. Burton Mack pisze:

„Opowiadana przez Józefa Flawiusza historia lat 60. to historia głodu, niepokojów społecznych, podupadania instytucji, zaciekłych konfliktów wewnętrznych, wojen klasowych, rozboju, powstań, intryg, zdrad, rozlewu krwi i rozproszenia narodu żydowskiego po całej Palestynie. … Przez większość dekady pełno było wojen i pogłosek dotyczących wojen, a Flawiusz pisał o znakach, włącznie z niezwykle jasnym światłem w środku nocy!” (Burton Mack, A Myth of Innocence: Mark and Christian Origins [Mit niewinności: Marek i początki chrześcijaństwa], 1988, 2006)

Flawiusz przedstawia kilkanaście znaków poprzedzających zło, jakie spotkało Jerozolimę i jej świątynię. Opisuje gwiazdę przypominającą miecz, kometę „widoczną przez cały rok…”, światło święcące w świątyni, krowę rodzącą jagnię, w chwili gdy miało zostać złożone w ofierze na ołtarzu jerozolimskiej świątyni, walczące armie niebieskie i głos Najświętszego, stwierdzający „Odlatujemy stąd” (Józef Flawiusz, Wojna żydowska, 6). (Oczywiście głos był apokryficzny.)

O części tych znaków wspominają także inni ówcześni historycy, na przykład Tacyt. Jednak Tacyt w piątej księdze swoich Dziejów mocno zganił przesądnych żydów za to, że nie rozpoznali i nie wyjaśnili znaków w celu zapobieżeniu katastrofie. Winę za zniszczenie Jerozolimy przypisał głupocie lub świadomej ignorancji samych żydów, dlatego że nie złożyli odpowiednich ofiar.

W skrócie, bardzo prawdopodobne jest, że eschatologiczne zapisy Nowego Testamentu, samo stworzenie mitu o Jezusie, oparte były na ówczesnych zdarzeniach kometarnych, z pamięcią “Gwiazy na wschodzie” włącznie. Zniszczenie jerozolimskiej Świątyni mogło równie dobrze być działaniem “Siły Wyższej”, jak napisał Marek w swojej Ewangelii, choć niezupełnie w taki sposób, jak myślą prawdziwi wyznawcy.

© Jean-Christophe Benoist - Głowa olbrzymiego posągu Konstantyna.

To prowadzi nas, oczywiście, do zmiany – narzucenia Europie chrześcijaństwa przez Konstantyna. Paul K. Davis pisze:

„Zwycięstwo dało Konstantynowi całkowitą kontrolę nad cesarstwem zachodniorzymskim, otwierając drogę chrześcijaństwu jako dominującej religii cesarstwa rzymskiego i ostatecznie Europy”.

Powszechnie uważa się, że wieczorem 27 października, w czasie gdy armia szykowała się do bitwy, Konstantyn miał wizję, która poprowadziła go do walki pod opieką chrześcijańskiego boga. Jednakże szczegóły owej wizji są różne – w zależności od źródła przekazu.

Laktancjusz, wczesnochrześcijański pisarz, stwierdza, że w noc poprzedzającą bitwę Konstantyn otrzymał we śnie polecenie, „by na tarczach swoich żołnierzy nakreślić znak niebieski” (On the Deaths of the Persecutors [O śmierci prześladowców], 44.5). Konstantyn dostosował się do nakazu ze snu i oznaczył tarcze znakiem “symbolizującym Chrystusa”. Laktancjusz opisuje ten znak jako “staurogram” albo krzyż łaciński z górną częścią zaokrągloną jak litera P. Nie ma niezbitych dowodów na to, że Konstantyn kiedykolwiek użył takiego znaku, w przeciwieństwie do o wiele lepiej znanego i opisywanego przez Euzebiusza znaku Chi-Rho, ale jest to z pewnością prowokująca myśl, szczególnie że znak byłby podobny do chmury atomowej.

Czasopismo New Scientist, (vol. 178, nr 2400, 21 czerwca 2003, str. 13) doniosło o odnalezieniu w Apeninach krateru uderzeniowego datowanego na około 4 – 5 w. n.e. Krater ten jest obecnie z grubsza okrągłym “jeziorem sezonowym” o średnicy 115-140 m, z wyraźnie zaznaczonymi podniesionymi brzegami, bez dopływów i odpływów i zasilanym jedynie deszczówką. Niedaleko od niego znajduje się kilkanaście mniejszych kraterów, które mogły powstać w wyniku rozpadu wchodzącego w atmosferę meteoru o średnicy około 10 m.

Zespół naukowców prowadzony przez szwedzkiego geologa Jensa Ormo uważa, że przyczyną powstania krateru było uderzenie meteoru o sile jednej kilotony – równorzędne wybuchowi bardzo małej bomby atomowej – które wywołało fale uderzeniowe, trzęsienia ziemi i chmurę atomową. Datowanie próbek z obrzeży krateru dało w wyniku 312 rok, ale niewielka ilość zanieczyszczeń świeżym materiałem mogłaby wskazywać na datę znacznie późniejszą niż 312 r.

W Apeninach legenda o spadającej gwieździe sięga czasów rzymskich, ale wydarzenie, które ona opisuje, nadal pozostaje tajemnicą. Inne zapiski z IV w. n. e. opisują czas, gdy barbarzyńcy stali u bram cesarstwa rzymskiego, a jednocześnie ruch chrześcijański zagrażał jego stabilności od wewnątrz. Cesarz Konstantyn zobaczył na niebie niezwykłe zjawisko i z miejsca nawrócił się na chrześcijaństwo, po czym pod znakiem krzyża poprowadził swoją armię do zwycięstwa. Ale co takiego zobaczył?

Czy uderzenie meteoru we włoskie Apeniny, a może nadziemna eksplozja typu Tunguska, było tym znakiem, który przekonał cesarza Konstantyna do wezwania chrześcijańskiego Boga w rozstrzygającej dla niego bitwie w 312 roku, kiedy przy moście Mulwijskim pokonał rywala, cesarza Maksencjusza?

Oczywiście nawrócenie cesarza na chrześcijaństwo nie mogło zmienić wierzeń i praktyk religijnych jego poddanych. Ale mógł on – i tak zrobił – nadać łaski i przywileje tym, których wiarę przyjął. Wybudował im kościoły, księży zwolnił z obowiązków obywatelskich i płacenia podatków, biskupom nadał prawo rozstrzygania świeckich spraw sądowych, a od ich orzeczeń nie można się było odwoływać. Brzmi podobnie do przejęcia władzy przez faszystowski reżim, czyż nie?

© Gernot Keller - Co Konstantyn widział na niebie około 312 roku?

Podsumujmy: na scenę historii wkroczył żydowski bóg – prawdopodobnie jako zdarzenie kometarne, które zapamiętane zostało jako plagi egipskie i przerobione na heroiczną “historię Eksodusu”. Setki lat później, kiedy zapomniano o prawdziwej naturze “boga”, za pośrednictwem kapłanów obiecał on swojemu ludowi coś nowego i innego – zniszczenie wszystkich ludzi, którzy byli dla nich paskudni, a przetrwać i rządzić mieli tylko ci, którzy przestrzegali jego zasad co do joty. Zauważcie, że to niekoniecznie oznaczało zmartwychwstanie – miało być fizycznym, ziemskim królestwem z żydami na pozycjach władzy.

Wcześni chrześcijanie mieli bardzo wyraziste i nowatorskie idee, które zostały przeszczepione na judaizm. Z kolei chrześcijaństwo zachowało i rozsiało dalej pewne idee judaistyczne, które stały się podstawą naszej obecnej kultury.

* * *

Głównym wzorcem chrześcijaństwa – otrzymanym wprost z judaizmu – jest grzech. Historia grzechu od tamtej chwili do teraz jest historią jego triumfu. Świadomość natury grzechu prowadziła do tworzenia i rozrostu agencji i technik, które miały sie nim zajmować. Te agencje stały się ośrodkami ekonomicznej i militarnej władzy, jakimi są dziś.

Chrześcijaństwo, promując idee judaizmu pod kiepską przykrywką “Nowego Przymierza”, zmieniło sposoby interakcji między kobietami a mężczyznami. Zmieniło nastawienie do jedynej pewnej rzeczy w życiu – śmierci. Zmieniło zakres swobody, z jaką ludzie mogli myśleć i mieć własne przekonania, i wciąż być akceptowani.

Kulty pogańskie także zajmowały się kwestią cierpienia i kłopotów. Wielką różnicą jednak było to, że dla pogan kłopoty spadały na człowieka, ponieważ nie udało mu się zjednać sobie odpowiedniego boga czy bogini. Cierpienie i kłopoty były konsekwencją poczynań bogów – którzy byli zadziwiająco ludzcy i niestali – a nie osobistej, wewnętrznej “skazy”, przyczyny potępienia jednostki.

Kolejną ogromną różnicą pomiędzy kultami pogańskimi a kultami monoteistycznymi stanowiło to, że poganie nie byli oddani wierzeniom objawionym w mocno chrześcijańskim sensie. Innymi słowy, wiary nie narzucano ani do niej nie zachęcano. Poganie mieli swoje obrządki, ale nie wyznawali żadnego kredo ani doktryny. W skład obrządków wchodziły szczegółowe rytuały ze składaniem bogom ofiar ze zwierząt, ale nie było niczego w rodzaju “wiary” judaizmu czy chrześcijaństwa.

© Razvanjp / Dreamstime.com - Judaizm i chrześcijaństwo wprowadziły koncepcję “grzechu”.

Żeby być “wyznawcą religii pogańskiej”, nie trzeba było akceptować konkretnej filozoficznej teologii ani należeć do “kultu tajemnic”, w którym mit i rytuał były ze sobą ściśle powiązane. Były to jedynie “opcje”. Te mity tak naprawdę utwierdzały stałą świadomość człowieka co do potencjalnego gniewu bogów, niepewności Natury. Pauzaniasz, grecki geograf z II wieku n.e., nie akceptował dziwacznych opowieści mitologicznych. Jednego jenkak był pewien – opowieści o przeszłym gniewie bogów, który manifestował się jako głód, trzęsienia ziemi i inne kataklizmy. Przypomina on nam o tym, jak krucha jest cywilizacja, wystawiona na stałe zagrożenia geologiczne i pogodowe.

I tak to było, “wyznawanie religii pogańskiej” w gruncie rzeczy oznaczało akceptację tradycji dawnego gniewu bogów, wyrażonego w gwałtowności natury, oraz tego, że bogów można było przebłagać. I właśnie ten strach przed samą naturą – przed bogami, którzy działali poprzez siły natury – był przyczyną, dla której poganie odrzucili żydów i chrześcijan za przypisywanie sobie odporności na takie rzeczy, ponieważ ich bóg miał władzę na naturą i uratowałby ich przed kataklizmem.

To prowadzi nas do następnej różnicy pomiędzy starożytnymi mitami i kultami, a judaizmem, chrześcijaństwem i islamem: podczas gdy kulty pogańskie oferowały mity o swoich bogach, żydzi i chrześcijanie wyprodukowali najnowszą, żywą historię. Kulty pogańskie miały “misteria”, do których niewielu – jeśli w ogóle ktokolwiek – miało dostęp. Monoteizm zaoferował “objawienie” bezpośrednio od Boga. Nieważne, że ta historia składała się ze splagiaryzowanych mitów innych kultur, ubranych w historyczne ciuchy jako „Historia Izraela”.

Poganie nie tolerowali żydów i chrześcijan, których religia nie tolerowała żadnego boga poza ich własnym. Rosnąca dominacja chrześcijaństwa stworzyła o wiele ostrzejszy konflikt pomiędzy religiami, a nietolerancja religijna – zapoczątkowana przez chrześcijaństwo – stała się normą, a nie wyjątkiem. Chrześcijaństwo przyniosło ze sobą przymus wiary religijnej. Można nawet powiedzieć, że zgodnie z obecną definicją kultu jako grupy używającej manipulacji i kontroli umysłu w celu pozyskania wyznawców, chrześcijaństwo jest Matką wszystkich Kultów – w służbie nienawidzących kobiet, faszystowskich ideałów judaizmu.

Wschodząca wczesnośredniowieczna hierarchia kościelna szybko zmobilizowała wojsko do walki z innowiercami, a najostrzej walczono z chrześcijanami popierającymi mniej faszystowskie systemy wierzeń. To najprawdopodobniej dotknęło także pierwotnych chrześcijan i oryginalne nauczania. Zastanawiające są, oczywiście, wszystkie opowieści o chrześcijańskich męczennikach. Czy możliwe jest, że były to apokryficzne historie pogan, którzy opierali się narzucaniu chrześcijaństwa, ze zmienionymi nieco detalami?

W międzyczasie, w tamtym okresie przejściowym była jeszcze trzecia grupa: pogańskich platonistów. Platonizm miał dwie drogi: pierwsza nauczała, że boga można poznać jedynie przez kontemplację własnej duszy i poznanie siebie samego, druga kładła nacisk na piękno świata jako drogę do poznania boga. Obie te idee stały się rekwizytem ówczesnego człowieka wykształconego, w tym żydów i wczesnych chrześcijan. Jednakże to właśnie wśród aleksandryjskich intelektualistów żydowskich koncepcje te zostały subtelnie skrzywione: człowiek nie mógł poznać siebie i dlatego nie mógł poznać boga, musiał porzucić wszelki zamiar poznania się i zdać się na “łaskę” boga. Bóg mógł wybrać człowieka i obdarzyć go łaską, ale człowiek nie mógł nawet pomyśleć o wybraniu sobie boga i zdobyciu łaski. Chrześcijańscy teolodzy wzięli tę ideę i dopasowali ją do swoich nowych poglądów na Chrystusa i Zbawienie.

Wiele pogańskich idei zostało zaadoptowanych przez teologię chrześcijańską, ale jak zauważyłam wcześniej, główna różnica polegała na tym, że grzech stał się sprawą osobistą, winą człowieka, czymś w rodzaju “zasady kozła ofiarnego” zapisanej w ludzkiej duszy. Poganie nigdy nie uważali za konieczne umierać z przebaczonymi grzechami, a chrześcijańskie dramatyczne sceny odgrywane przy łożu śmierci z całym tym modleniem się w intencji życia pozagrobowego umierającego były szybko rozprzestrzeniającymi się nowościami. Poganie modlili się do zmarłych, żydzi i chrześcijanie za zmarłych. Bojąc się swojej nieuchronnej winy i grzesznej natury, chrześcijanie modlili się także o to, by zmarli wstawili się za nimi do boga. Chrześcijanie, tak jak poganie, kontynuowali praktyki świętowania i czczenia śmierci, dodając do tego element “wstawiennictwa” i nadając temu wydarzeniu nowe znaczenie.

Nieco później doszło do następnego zdarzenia w pogańskim świecie Europy, które pomogło chrześcijaństwu zdominować zachodnią Europę i wprowadziło na scenę kolejnego gracza – islam.

„W stolicy było ciepłe, bezchmurne popołudnie. Ulice metropolii wypełnione były gwarem sprzedawców i turystów. Małe żaglówki usiały osłonięte wody, widoczne z okien budynków rządowych, dryfując na łagodnej południowej bryzie. Słońce odbijało się od delikatnych fal i kilwaterów, dodając blasku makom i tulipanom kołyszącym się w parkach wzdłuż wybrzeża. Wszystko było w porządku.

Nagle niebo pojaśniało, jakby od drugiego, jaśniejszego słońca. Pojawiły się drugie cienie – początkowo długie i słabe, gwałtownie skróciły się i wyostrzyły. Ze wszystkich stron jednocześnie dał się słyszeć syczący, ogłuszający dźwięk. Tysiące ludzi zadarło głowy przeglądając niebo w poszukiwaniu tego nowego słońca. Nad ich głowami rozkwitła ogromna, biała kula ognia, jakby rozwijał się kolosalny papierowy kwiat, teraz oślepiająco jasny. Przez parę sekund ta rozpalona ognista kula dominowała na niebie, zawstydzając Słońce. Niebo płonęło rozżarzone do białości, po czym powoli zaczęło blednąć, przez żółć i pomarańcz, aż do groźnie wyglądającej miedzianej czerwieni. Okropne syczenie ustało. Gapie, oślepieni błyskiem i poparzeni jego dotkliwym żarem, zasłanili oczy i kulili się z przerażenia. Lokatorzy biur i apartamentów pośpieszyli do okien, poszukując na niebie przyczyny oślepiającego błysku, który rozjaśnił ich pokoje. Wielkie połacie burzowych, miedzianych chmur wypełniły firmament. Na kilkanaście uderzeń serca miasto zamarło w ciszy, bezruchu i zdumieniu.

Wtedy, bez ostrzeżenia, w miasto uderzył potężny podmuch, powalając przechodniów na ziemię. Pozamykane drzwi i okna wyleciały z futryn, płoty, ściany i dachy zajęczały i popękały. Fala uderzeniowa przegnała przez miasto i szlaki wodne, przewracając łodzie. Gorący, siarkowy wiatr, jak otwarte wrota piekła, oddech kosmicznych palenisk przetapiaczy żelaza, cisnął z nieba ku dołowi, wypełniony niekończącym się pogłosem niewidocznych osuwisk. Potem gorący oddech zwolnił i zatrzymał się; normalna bryza powróciła z wigorem, z południa napłynęło nad miasto chłodne powietrze. Niebo wyblakło najpierw do ciemnej szarości, a następnie do złowieszczej czerni. Czarna burzowa chmura przypominająca zmiętoszoną pościel zdawała się opadać z nieba. Powoli i delikatnie zaczął opadać drobny, czarny pył, wstrzymywany i kręcony przez bryzę. Spadał tak przez godzinę lub dłużej, dopóki chmura – rozproszona i rozwiana przez bryzę – nie zniknęła z oczu.

Wielu ludzi myślało, że to koniec świata…”

Powyższy cytat jest rekonstrukcją wydarzeń z Konstantynopola w 472 r. n.e., urywek tekstu pochodzi z książki Rain of Iron and Ice [Deszcz żelaza i ognia] (1996) Johna S. Lewisa. Według dra Lewisa, autora fantastycznego scenariusza, jak by to było być świadkiem nadziemnej eksplozji fragmentu komety, nasza Ziemia naprawdę często doświadcza tego typu zdarzeń, nawet jeśli nieregularnie. Wybuchy w atmosferze – niektóre z nich potężne – miały według niego i wielu innych naukowców ogromny wpływ na historię ludzkości. Jednym z oczywistych kandydatów jest trzęsienie ziemi w Antiochii z 526 r. n.e., opisane przez Johna Malalasa:

„… ci, którzy zostali zasypani przez budynki, zostali spopieleni, ogniste iskry pojawiały się w powietrzu i spalały każdego, w kogo uderzyły jak błyskawica. Powierzchnia ziemi gotowała się, w fundamenty budynków uderzały pioruny wyrzucane w górę przez trzęsienie ziemi, paląc je na popiół… To było straszliwe i niesamowite dziwowisko, z deszczem miotającego ognia, deszczem lejącym się ze straszliwych pieców, płomieniami rozpadającymi się w prysznic… W rezultacie Antioch został spustoszony… Ponad 250 tysięcy ludzi zginęło w tym terrorze.” (E. Jeffreys, M. Jeffreys i R. Scott. The Chronicle of John Malalas. 1986, Melbourne: Byzantina Australiensia, Australijski Związek Studiów Bizantyjskich 4.)

To dziwne, że historycy, jako grupa, nie rozmawiają o tych sprawach. A dowodów przybywa:

„Analiza pierścieni drzewnych pokazała, że w 540 r. n.e. w różnych częściach świata zmienił się klimat. Temperatury spadły wystarczająco, by przyhamować wzrost drzew na ogromnym obszarze ciągnącym się od Europy Północnej i Syberii po zachodnią część Ameryki Północnej i południową część Ameryki Południowej.

Uważa się, że poszukiwania w zapisach historycznych i mitycznych opowieściach wskazały na katastrofalne odwiedziny z niebios w tym samym okresie. Znaleziono jedno odniesienie do “komety w Gaul, tak ogromnej, że całe niebo wydawało się być w ogniu” w latach 540-41.

Zgodnie z legendą, w tym czasie zmarł król Artur, a związane z nim celtyckie mity wskazywały na jasnych bogów niebieskich i ogniste pioruny.

W 530 roku, zarówno śródziemnomorscy jak i chińscy obserwatorzy odnotowali nietypowy rój meteorów. Meteory są drobnym pyłem z komet, spalającym się w atmosferze. Co więcej, zespół astronomów z obserwatorium Armagh w Irlandii Północnej opublikował w 1990 roku wyniki badań, które wskazywały na to, że między 400 a 600 rokiem n.e. istniało na Ziemi ryzyko bombardowania kometarnego.

„Za marnymi zbiorami podążał głód, a zaraz po nim plaga dżumy, która przeszła przez Europę w połowie szóstego wieku.

… W tym czasie rzymski cesarz Justynian próbował ratować rozkładające się imperium. Jednak w 540 roku plan zawiódł, zaraz potem rozpoczęły się wieki ciemne i początek islamu”. (Robert S. Boyd, „Comets may have caused Earth”s great empires to fall” [Komety mogły być przyczyną upadku imperiów] Knight-Ridder Newspapers, 17 sierpnia 1999 roku)

Każdorazowe przejście świata zachodniego z pogaństwa na monoteizm – judaizm, chrześcijaństwo, islam – skutecznie zmieniało sposób, w jaki ludzie postrzegali samych siebie oraz swoje interakcje z otoczeniem. Efekt tych zmian, niekończące się wojny, widać do dziś. Zwycięstwo Konstantyna umocniło pozycję chrześcijaństwa w cesarstwie rzymskim, prowadząc ponadto do mariażu nowej religii z władzą państwową, który przetrwał blisko 1500 lat i być może trwa nadal, choć obie strony starają się ukryć swoją zażyłość. Pewna inskrypcja cytująca hetyckiego króla mówi, że wielki książę potrzebuje kapłanów, którzy zasieją w ludzie strach przed bogami, dzięki czemu lud będzie wypełniać wolę władcy, a i religia, do narzucenia swoich praktyk, potrzebuje ochrony ze strony władcy. Tak jest od tysiącleci. Astronomowie Victor Clube i Bill Napier piszą:

Ilustracje dwóch historycznie ważnych komet, pochodzące z Theatrum Cometicum Lubienieckiego (1688). Ilustracja z datą 1000 r.n.e. ukazuje płonący piorun z „wydłużonym ogonem kończącym się wysoko na niebie”, który „spadł ze smoczej komety z olbrzymim ogonem”. Kometa roku 1180 wzbudziła przerażenie z racji swojego wyglądu - przypominała wijącego się węża z rozwartą paszczą.

„…[W] ciągu ostatnich kilku lat odkryto wielkie skupisko kosmicznego gruzu, krążącego po potencjalnie niebezpiecznej orbicie, przecinającej co kilka tysięcy lat orbitę ziemską w czerwcu (i listopadzie). Odkryto też, co może nawet bardziej zaskakiwać, że dowody tych wydarzeń były w przeszłości z premedytacją zatajane. Jednakże, kiedy dochodzi do przecięcia się orbit, znacznie wzrasta szansa spotkania się z jądrem tego roju – i na odpowiednio częstsze docieranie bolidów na Ziemię – przez co upowszechnia się również przekonanie o zbliżającym się końcu świata. Podobne nastroje mogą nasilić się także w innych okresach – na przykład gdy formują się nowe roje – jednak najgroźniejsze penetracje miały miejsce  – biorąc pod uwagę czas najbliższy okresowi życia Chrystusa – w czwartym tysiącleciu p.n.e., następnie w pierwszym tysiącleciu p.n.e., zaś do kolejnej dojdzie najpewniej w nadchodzącym tysiącleciu.

Dlatego religia chrześcijańska rozpoczęła się, dość stosownie, od apokaliptycznej wizji przeszłości (…) Kiedy jednak minęło bezpośrednie zagrożenie, w rękach rewizjonistycznego kościoła prawda została przekształcona w mitologię, a wiedza o roju, w swojej oryginalnej wersji, którą zawdzięczamy teraz pismom Platona i innych, była systematycznie zatajana.

(…) Chrześcijańska wizja trwałego pokoju na ziemi nie była bynajmniej powszechnie akceptowana i miała przejść wiele jeszcze stadiów „oświecenia”, zanim kulminowała w formie dzisiejszej, świeckiej wersji historii, pod którą podpisuje się nauka, uznająca niewielkie, o ile w ogóle istniejące, niebezpieczeństwo czyhające z nieba. Jednakże brak zagrożenia jest iluzją, a wczesnochrześcijańska fikcja wciąż odciska swoje piętno.

(…) Idea okropnej kary czekającej ludzkość nie jest oczywiście nowa. W przeszłości powszechnie obawiano się Armagedonu i wierzono, że nastąpi on w obecnym tysiącleciu (tj. drugim – przyp. tłum.).(…) Czasem orędownicy podobnych poglądów uciekali na nowoodkryte ziemie, gdzie w odpowiednim czasie napotykali miejscowy opór. Na przykład w Stanach Zjednoczonych, pomimo wolności slowa, na powracające od czasu do czasu (nawet w obecnym stuleciu) stare podania o kosmicznej katastrofie władze reagują odruchowym oburzeniem – modelowy przykład dla teorii Pawłowa). Skoro tak, to na ironię zakrawa fakt, że wybory w USA zwykle odbywają się w listopadzie, kontynuując tradycję zgromadzeń pradawnych plemion, mającą zapewne źródło w realnym strachu przed końcem świata, kiedy to Ziemia przechodziła była przez rój kosmicznego gruzu.

W Europie dano sobie w końcu spokój z millenaryzmem, kiedy w ramach walki z ideologią Reformacji rozwinęła się oficjalna, „opatrznościowa” wizja świata. Istotnie, utrzymywanie w tym czasie odmiennego poglądu graniczyło z herezją, zaś wszystkich tych, którzy ulegali millenarystycznej demagogii, otwarcie potępiano. A że kosmiczna zima i Armagedon mają ze sobą wiele wspólnego, oburzenie dzisiejszych władz nie jest niczym nowym.

(…) Oświecenie, swoją drogą, wykorzystało ten opatrznościowy pogląd, uważając kosmos za nieszkodliwą dla ludzkich spraw dekorację – to światopogląd, którego utrzymanie w mocy jest zadaniem Instytutu, tegoż Instytutu sprawą, i pod którym chętnie podpisują się kontreformacyjny kościół oraz państwo. Faktycznie wygląda na to, że powtarzający się niepokój związany z kosmosem – i jego nadnaturalne wyjaśnienia – został rozmyślnie  usunięty z chrześcijańskiej teologii i współczesnej nauki, dwóch bodaj najbardziej wpływowych elementów zachodniej cywilizacji, jeśli chodzi o w kontrolę i poziom życia społeczeństw.

Skutkiem tego wszystkiego, globalną katastrofę postrzegamy teraz w kategoriach wojny nuklearnej, dziury ozonowej, efektu cieplarnianego itp.  – czyli jako problem, do którego sami doprowadzamy. Z tego też powodu, jako że nasze „władze” nigdy nie patrzą wyżej niż czubki własnych nosów, możliwość uderzenia z kosmosu nie uchodzi za sprawę wagi państwowej.

”]W ten sposób ludzkość otula wielka iluzja kosmicznego bezpieczeństwa, której elementy establishmentu – kościół, państwo, czy też Instytut – nie próbują zburzyć. Kurczowe trzymanie się tej iluzji w żadnej mierze nie załagodzi kolejnych wieków ciemnego Średniowiecza, gdy te nastaną. Można ją jednak łatwo rozwiać, wystarczy spojrzeć w niebo.Owo oburzenie wynika zatem ze szczególnie krótkowzrocznego stanowiska, dzięki któremu ludzkość może znajdować się teraz niewiele wyżej od strusi, oczekując losu dinozaurów.” (Clube, Napier, The Cosmic Winter, 1990. ) 

Mnogość bolidów i częste obserwacje komet zdają się pobudzać aktywność eschatologiczną – powstawanie przepowiedni o zbliżającym się końcu świata – która może prowadzić do wszelkich możliwych niepokojów społecznych, a te z kolei, jak zauważa Clube, są zdecydowanie niepożądane w oczach elit rządzących. Przecież kiedy ludzie zaczynają myśleć o bliskim końcu świata, winnych szukają przeważnie wśród swoich władz, jako przyczynę wskazując ich zepsucie i zło. By zaradzić tej sytuacji, rządzący zazwyczaj tworzą sztucznego, odpowiedzialnego za wszystko wroga i wszczynają wojnę, która oddala apokaliptyczne nastroje ludzi, a ponadto zgładza większość z nich. Sprytnie z ich strony, nieprawdaż?

Victor Clube w podsumowaniu opartym na swojej wcześniejszej pracy pt. „Narrative Report on the Hazard to Civilization due to Fireballs and Comets” (Opisowy raport na temat zagrożeń cywilizacji ze strony bolidów i komet), dotyczącej „zagrożenia dla cywilizacji, niesionego przez bolidy i komety”, sfinansowanej przez Amerykańskie Siły Powietrzne i wydział fizyki uniwersytetu oksfordzkiego (pisanej w 1996 roku, zaledwie dwa lata po uderzeniu komety Shoemakera-Levy w Jowisza), napisał:

”Co około 5-10 pokoleń, i na czas średnio jednego pokolenia, ludzkość staje w obliczu zwiększonego ryzyka globalnej katastrofy, wywołanej kosmicznym czynnikiem. W trakcie tych okresów, z grubsza zbiegających się z wojną stuletnią, reformacją, wojną trzydziestoletnią (wraz z angielską wojną domową), rewolucją francuską (włącznie z wojną o niepodległość w Ameryce), ówczesne władze państwowe nie były w stanie ograniczyć strachu społeczeństw przed dostrzeganym zagrożeniem”.

Co 5-10 pokoleń? To dosyć wstrząsające stwierdzenie. Jeśli to prawda, to dlaczego o tym nie wiemy? Dlaczego historycy o tym nie wiedzą? Dlaczego zwykli ludzie, uczący się (podobno) w szkołach historii, nic o tym nie wiedzą?

I tutaj dowiemy się, w jaki sposób czarownice powiązano ze świętem Halloween.

* * *

Historyczne dowody na niedawne, doniosłe w skutkach, uderzenia komet są wszechobecne

Wojna stuletnia obejmuje okres 116 lat od roku 1337 do 1453, czarna śmierć miała miejsce w latach 1347/48-1351, zaś renesans trwał między rokiem 1400 a 1600. Działy się wtedy naprawdę paskudne rzeczy. Dendrochronolog Mike Baillie napisał książkę, w której wykazuje (w oparciu o solidne dowody), że czarna śmierć – jedna z największych pandemii w historii, która mogła zabić nawet dwie trzecie populacji Europy, nie wspominając o milionach na całej planecie (chodzi o Azję i Afrykę Pn. – przyp. tłum.) – najprawdopodobniej nie była plagą dżumy dymieniczej, ale raczej dziełem komet(y).[1]

Baillie opiera swą teorię na naukowych dowodach, potwierdzających zresztą relacje świadków tamtych wydarzeń – trzęsień ziemi, komet na niebie, deszczu śmierci i ognia, zepsutego powietrza i ofiar na niewyobrażalną skalę. Dziś większość ludzi nie ma pojęcia o tym, co stało się przed zaledwie 663 laty. (Hmm… Co dociekliwsi zaczną się zastanawiać, co też może się wydarzyć w 666 roku od zarazy. A będzie to 2013…) W książce Bailliego jest naprawdę sporo danych popierających teorię, że czarna śmierć była skutkiem licznych, ciasno zlokalizowanych uderzeń szczątków kometarnych, podobnych do uderzeń fragmentów komety Shoemaker-Levy w powierzchnię Jowisza w 1994 roku. Co do precyzyjnych przyczyn śmierci, istnieje wiele możliwości – trzęsienia ziemi, powodzie wywołane tsunami, deszcz ognia, uwolnione w wyniku silnej eksplozji w atmosferze substancje chemiczne, takie jak pochodne amoniaku czy cyjanowodór, a może nawet czynniki chorobotwórcze przyniesione przez kometę. Warto przyjrzeć się bliżej liczbom.

Chiny, skąd podobno czarna śmierć nadeszła, straciły około połowę mieszkańców (liczba ta spadła z około 123 do 65 mln). Ostatnie badania nad śmiertelnością w Europie także wskazują na spadek rzędu 45 do 50 procent wśród Europejczyków w okresie czterech lat panowania zarazy, przy czym wielkość ta wahała się w zależności od lokalizacji (co, jak zobaczymy, stanowi pewien problem). W obszarze śródziemnomorskim – w Italii, południowej Francji i Hiszpanii – gdzie plaga trwała nieprzerwanie przez cztery lata, odsetek śmiertelności mógł być bliższy 70-75 procent. (W dzisiejszych USA równałoby się to redukcji liczby ludności z obecnych 305 do 75 mln w czasie krótszym niż cztery lata. Oznaczałoby to również konieczność pochowania, lub pozbycia się w inny sposób, około 225 milionów ciał.) W Niemczech i Anglii śmiertelność była najpewniej bliższa 20 procent. Natomiast uważa się, że północno-wschodnie Niemcy, Czechy, Polska i Węgry z jakiegoś powodu ucierpiały najmniej (Istnieje kilka teorii na ten temat, nie są one jednak w pełni zadowalające).

Brak jest danych szacunkowych z terenów Rusi czy Bałkanów, być może więc ucierpiały one niewiele, lub nawet wcale. Afryka (północna – przyp. tłum.) straciła około 1/8 ludności (z 80 do 70 mln). Powyższe liczby faktycznie odzwierciedlają nierównomierną skalę śmiertelności na poszczególnych obszarach, co jest jednym z problemów, na które Baillie zwraca uwagę. Bez względu jednak na ową nierównomierność, pozostaje faktem, że czarna śmierć przyniosła największą liczbę ofiar śmiertelnych w znanej historii, przy czym jak podkreśla Baillie, nikt nie wie naprawdę, czym ona była.

We wspomnianym już „Zagrożeniu ze strony bolidów i komet” Victor Clube dodaje:

Niepokoje społeczne i terror w czasach czarnej śmierci oraz wojny stuletniej. (Peter Breugel Starszy, „Triumf śmierci”, ok. 1562. Museo del Prado, Madryt.)

”Zmierzywszy się już wielokrotnie w przeszłości z widmem końca świata, państwowe elity często zmuszane były dławić wybuchy powszechnej paniki, odkrywając – niestety za późno – że zwykłe metody nie przynoszą rezultatu. Dziś więc od instytucji naukowych oczekuje się ukrywania wiedzy o zagrożeniach, samostanowiąca prasa ma bagatelizować wszelkie kataklizmy, a zinstytucjonalizowana religia powinna sprzeciwiać się idei predestynacji i umacniać wiarę w fundamentalną łaskawość Boga.

(…) Od czasu europejskiego renesansu chrześcijaństwo, islam oraz judaizm zmieniły się i przyjęły nielogiczne, antyapokaliptyczne stanowisko, najwyraźniej nieświadome istnienia rozwijającej się nauki o katastrofach. Historia, zdaje się, zatacza obecnie koło, musiała bowiem nadejść dopiero era kosmiczna, by ożywić platoński głos rozsądku – tym razem dzieje się to w epoce wyrosłej z antyfundamentalistycznej [2] i antyapokaliptycznej tradycji, nad którą rządy mogą, podobnie jak w przeszłości, nie zapanować (…) Cynicy (albo współcześni sofiści) powiedzieliby, że nie potrzeba nam zagrożenia z kosmosu, aby zamaskować Zimną Wojnę, raczej potrzebujemy Zimnej Wojny do ukrycia tego zagrożenia!”

Wracając do raportu, na stronie 2 omówiona została możliwość uderzenia w Ziemię szczątków jakiejś ogromnej komety. Czytamy tam, że … ich obecność łatwo zdradza zodiakalny pył, nieustannie gromadzący się na ekliptyce, oraz dość nagłe spotkania, których Ziemia doświadcza przez okres kilku dziesięcioleci mniej więcej co dwieście lat… (…) Wskutek tych interakcji, powstaje nadmiar bolidów wpadających w ziemską atmosferę, powodując w konsekwencji zarówno zwiększone prawdopodobieństwo bombardowania przez mniej niż kilometrowe fragmenty ORAZ zwiększone ryzyko, że Ziemia przejdzie przez zagęszczenie jakiegoś niewielkiego strumienia odłamków à la Shoemaker-Levy”.

Tak zwana wojna stuletnia toczyła się między Francją i Anglią w związku z roszczeniem królów angielskich do francuskiego tronu. Była ona przerwana kilkoma krótkimi i dwoma dłuższymi okresami pokoju, zanim ostatecznie zakończyła się wypędzeniem Anglików z terytorium Francji, z wyjątkiem jurysdykcji w Calais. Zauważmy, że gdy plaga czarnej śmierci spadła na Europę, konflikt trwał już blisko dziesięć lat.

Drzeworyt Hansa Glasera (1566) ukazujący dziwne zdarzenie na niebie nad Norymbergą z 1561 roku.

Kiedy studiuje się strona po stronie historię czarnej śmierci i Wojny Stuletniej, rzuca się w oczy fakt, że cokolwiek się wtedy działo, istnieli ludzie pozbawieni sumienia, czerpiący korzyści z tego zamieszania i terroru. Czytamy na przykład:

To wojna pustosząca. Wioski i plony były spalone, sady zrujnowane, stada skonfiskowane, a mieszkańcy udręczeni. Wkroczywszy do Francji, Edward spędził tydzień na podpalaniu Cambrai i okolicznych wsi. Zniszczono wtedy ponad tysiąc osad. Francja także nie próżnowała, na początku wojny jej żeglarze szturmowali południowo-wschodnie wybrzeże Anglii, by tam podpalać i siać zniszczenie. W ten sposób wywieziono z Anglii dużo łupów, zaś myśl o szybkim wzbogaceniu się skłaniała wielu do poparcia wojny.

Narastała przemoc. Gdy zdobyto i zniszczono miasto Limoges, Edward nakazał stracić tamtejszych mieszkańców. Znaczna część Artois, Bretanii, Normandii, Gaskonii i innych prowincji opustoszała (ok. 1355-1375), Francja zaś dokonała tego samego w prowincjach sprzyjających Anglikom. Wprawdzie otoczone murem miasta były bezpieczne we wczesnej fazie wojny, jednak kościoły, klasztory i wsie zostały doszczętnie zniszczone.

Rozejmy czy traktaty pokojowe były rzeczą wówczas niespotykaną. Postrach budziły grupy angielskich lub francuskich bandytów i najemników, dowodzone przez kapitanów kontrolujących rozległe tereny, którzy nakładali daniny na miasta, wsie i kościoły. Zabierano kobiety, duchownym kazano prowadzić księgi rachunkowe oraz korespondencję, a dzieci brano do usługiwania i plądrowania. (Edward P. Cheney, The Down of a New Era. 1250-1435, 1936)

Albert A. Nofi i James F. Dunnigan informują nas:

W pierwszych latach wojny nie dochodziło do walnych bitew, Anglicy jedynie napadali na północne tereny Francji oraz Flandrię. Następnie, począwszy od roku 1340, Anglia i Francja stanęły po przeciwnych stronach w długim sporze o tytuł diuka Brytanii. To doprowadziło do francuskiej inwazji na Gaskonię w 1346 roku oraz druzgocącej klęski Francuzów pod Crecy. Anglicy przedzierali się przez zachodnią Francję, aż doszło do zawarcia rozejmu w 1354r. (poprzedzonego klęską plagi, która spustoszyła Francję w latach 1347-48).

Rozejm nie trwał długo. W 1355 r. wojna wybuchła na nowo. W 1356 stoczono wielką bitwę pod Poitiers, gdzie pojmano francuskiego króla. Wyprawy Anglików trwały do r. 1360, kiedy to podpisano kolejny rozejm.

Można by zapytać, czy cała ta historia nie została spisana już po fakcie, aby wyjaśnić zastane zniszczenia i popłoch wśród ludności jako rezultat „wojny stuletniej”, odrzucając udział komet. Za prawdziwością tej tezy mogą przemawiać informacje o anomaliach pogodowych w tamtym czasie. Clube i Napier piszą[2]:

Co najmniej jeden kronikarz, odnosząc się do najbardziej bezpośredniej przyczyny plagi, zanotował, że w 1345 roku „między Kitajem a Persją spadł wielki deszcz ognia, sypiąc płatkami jak śnieg, paląc góry, równiny i inne tereny, wraz z mężczyznami i kobietami. Następnie pojawiły się olbrzymie masy dymu, a ktokolwiek to przetrwał, umierał za pół dnia…”. Nie ulega też wątpliwości, że fundamentalną rolę w tym procesie odegrało ochłodzenie obejmujące całą Ziemię. Arktyczna pokrywa polarna rozciągnęła się, zmieniając układ cyklonowy i prowadząc do pasma straszliwych klęsk nieurodzaju. To z kolei stało się przyczyną wielkiego głodu, wysokiej śmiertelności i tumultu wśród ludności.

W Anglii i Szkocji wyraźny był schemat porzucania wsi i ziemi, gwałtownego wzrostu cen pszenicy oraz spadku liczby ludności.

We wschodniej Europie pojawiły się niespotykanie ostre zimy z ogromnymi ilościami śniegu. Kroniki klasztorne z Polski i Rusi mówią o kanibalizmie, zbiorowych mogiłach wypełnionych zwłokami oraz migracjach na zachód.

Widać więc, że jeszcze przed nadejściem czarnej śmierci ludzkość późnego średniowiecza stanęła w obliczu ogromnej katastrofy. Fala zimna trwała nawet dłużej niż sama plaga. W zapisach historycznych można odnaleźć wiele takich okresów fluktuacji, a wiele przesłanek wskazuje, że owe klimatyczne napięcia są powiązane nie tylko ze zjawiskiem głodu, ale i z okresami wielkich społecznych rozruchów, wojen, rewolucji oraz masowych migracji. (Clube, The Cosmic Winter)

Zaskakująco przypomina to nasze czasy, czyż nie? Pomimo różnic w szczegółach i skali, dzisiejsze szaleństwo świata, wszechobecna przemoc i globalne zmiany klimatyczne dokładnie odpowiadają minionym okresom.

Jednym z następstw tamtej epoki był kalwinizm. Jak zauważa Clube, narodziny protestantyzmu po części wynikały stąd, iż będący wówczas u władzy Kościół Katolicki swój system kontroli oparł na arystotelesowej (czy raczej, tomistycznej – przyp. tłum.) koncepcji „Bóg jest w swoim niebie, ty bądź dobrym chrześcijaninem, a wszystko się ułoży”. Nie chciano mówić o zastanym kosmicznym chaosie, skoro ich wielbiony bóg nie miał nad nim kontroli. Cały ten zamęt oraz niemoc Kościoła w tej kwestii (nie wspominając o upadku moralnym Kościoła, powszechnie zauważanym) dostarczyły argumentów przywódcom reformacji, którzy dzięki temu pozyskali wielu zwolenników – podobnie jak chrześcijaństwo przyciągnęło Konstantyna, kiedy pogańscy bogowie okazali się bezsilni w obliczu spadających komet.

Protestanci mogli zatem wykorzystać sytuację, toteż głosili, że nadeszły oczekiwane Czasy Ostateczne, przy czym ludzie zostaną zbawieni, jeśli tylko przejdą do protestantów.

Rzecz wiadoma, “wywalczywszy” sobie miejsce, protestanci również musieli zbudować własną hierarchię, ale też przyjęli tę samą, arystotelesową wizję świata! „Teraz, Bóg jest w swoim niebie, zaś wszystko będzie dobrze i już nigdy nie dojdzie do katastrof, póki wszyscy będą chodzić do kościoła, płacić dziesięcinę i słuchać ustanowionych władz”.

I tak dochodzimy do kwestii prześladowań czarownic. Od pierwszych lat piętnastego wieku aż do 1650 roku kontynentalni Europejczycy stracili dwieście do pięciuset tysięcy osób oskarżonych o czary (według ostrożnych szacunków), przy czym ponad 85 procent tej liczby stanowiły kobiety (Ben-Yehuda, 1985). Ówcześni ludzie, a nawet żyjący później, naprawdę wierzyli w czarostwo i demony. Wiarę w złe duchy i czarownice podzielali tacy myśliciele, jak Newton, Bacon, Boyle, Locke czy Hobbes. Historyk i znawca religii J.B. Russell powiedział:

W Europie toczyły się dziesiątki tysięcy procesów [czarownic], pokolenie za pokoleniem – w czasach, kiedy malował Leonardo, komponował Palestrina i pisał Szekspir (1977).

Dalej – ->

– –

Przypisy do polskiego tłumaczenia:

1 – W ostatnich latach pojawiła się poparta dość solidnymi argumentami teoria pary naukowców: historyka Christophera Duncana i biolog Susan Scott, mówiąca że to nie dżuma dymienicza, a dżuma krwotoczna była odpowiedzialna za masową śmierć ludzi, co jest istotną różnicą. Tę drugą miał wywołać nieznany wirus, który w świetle opisywanych tutaj kosmicznych katastrof mógł pojawić się właśnie dzięki kometom. Więcej informacji na ten temat znaleźć można w: C. Duncan, S. Scott, „Czarna Śmierć. Epidemie w Europie od starożytności do czasów współczesnych”, Bellona, 2008 – polecamy!

2 – Przykładem źródła z terenów dzisiejszej Polski, opisującego wydarzenia z czasów czarnej śmierci, jest „Kronika oliwska” klasztoru cystersów w Oliwie, której zapis kończy się w połowie XIV wieku. Pojawiają się tam informacje m.in. o „spadających gwiazdach i ogniu z nieba”.

– –

Ten artykuł jest przekładem oryginału zamieszczonego w języku angielskim na stronie:

dokonanym przez polskich tłumaczy z grupy QFG – edytorów blogu PRACowniA.

Materiał ten został opublikowany przez SOTT.NET – projekt Quantum Future Group, Inc – i jest jego własnością. Zezwala się na kopiowanie i publiczne rozpowszechnianie pod warunkiem podania oryginalnego źródła i autora oraz żródła przekładu.

Dodatkowe informacje uzyskasz pisząc na adres: pracownia-iv@o2.pl

8 komentarzy »

  1. Gdzieś czytałem ze starodruków ,że na terenach obecnej Polski w okolicach 1000 roku było ciepło i rosły morele/drzewa morelowe dominowały, nie jabłonie./Zimy były łagodne

    Komentarz - autor: adept48 — 3 Luty 2011 @ 15:59

  2. Tak się składa, że koniec czerwca oraz koniec października i początek listopada to okresy, kiedy Ziemia przechodzi przez rój Taurydów. Oznacza to, że do wydarzenia, które stanowi granicę pomiędzy plejstocenem i holocenem (obecna epoka), musiało dojść pod koniec października.

    O ile mój program astronomiczny (Stellarium) podaje właściwe obliczenia, to w okresie holocenu Słońce w październiku znajdowało się na tle gwiazdozbioru Wodnika. Aktualnie w październiku znajduje się na tle Panny. Wspomniane wydarzenie opadu taurydów powinno przebiegać w holoceńskim maju (w plestocenie będzie to jeszcze wcześniejsza data), a nie w październiku. Wobec powyższego wątek w artykule powinien opisywać święto Beltaine (święto ognia), a nie Samhain. Miałbym również uwagę, że świętem „zakończenia lata” było w pogaństwie Lammas (Lugnasadh), a nie Samhain (Halloween).

    Komentarz - autor: nocny — 4 Luty 2011 @ 13:30

  3. Oj, chyba Ci się coś pomyrdało. Lammas obchodzone było 1 sierpnia, na rozpoczącie zbiorów. Nie bardzo widzę, jak mógł to być koniec lata. Samhain – 30 października – to święto na okoliczność zakończenia zbiorów i przejścia od pory „jasnej” do pory „ciemnej”. Jeśli masz inne informacje, poproszę o źródła.

    A holocen wciąż trwa, więc powiedzenie, że „w okresie holocenu Słońce w październiku znajdowało się na tle gwiazdozbioru Wodnika. Aktualnie w październiku znajduje się na tle Panny” brzmi niezbyt sensownie.

    Komentarz - autor: iza — 4 Luty 2011 @ 16:45

  4. Lugnasadh było świętem symbolizującym odejście słońca. W kulturach rolniczych słońce miało funkcje „ożywiania” roślinności. Wierzono że energia Słońca „wchodzi” w rośliny dlatego rosną. Na koniec zbiorów duch Słońca schodził do podziemnego świata, gdzie zapładniał ziemię by wydała kolejny plon. Skąd ten pomysł to chyba wiadomo. Świętem końca Słońca był Lammas, a Samhain wiąże się z wędówką dusz i nie ma takiego odniesienia do końca lata czy światła słonecznego jak Lammas. Można się dobrze w tym rozeznać poznając czarownictwo, bądź ścieżkę Wicca, czym interesuję się od dawna, stąd moja uwaga.

    Z opadem taurydów nie masz racji Izo. Była mowa o granicy między plejstocenem i holocenem, a nie o holocenie w jego rozciągłości. Ta granica wypada około roku 11500 jeśli się nie mylę i dla tego okresu zrobiłem pomiar położenia Słońca. Chyba, że zamiar autora był inny, ale tak rozumiem to zdanie. Jeśli się mylę to mnie popraw.

    Komentarz - autor: nocny — 7 Luty 2011 @ 00:07

  5. Rozumiem. Czyli swoje argumenty opierasz na znajomości czarostwa i wicci. Tych samych, o których artykuł, z którym polemizujesz, wykazuje, że są tworem sztucznym, stosunkowo młodym, stworzonym na bazie fantazji, przekłamań, a nawet wierutnych kłamstw. Nie ma nic niezwykłego w tym, że zainwestowawszy jakąś część swojego życia w interesowanie się nimi, jestes zaangażowany w nie emocjonalnie. Tylko że to często prowadzi do wybiórczego czytania, blokad w rozumieniu i błędów. Popatrz na to, co robisz, z takiej strony:

    Załóżmy, że mamy artykuł, przedstawiający przyzwoite argumenty przeciwko teorii ewolucji, a w szczególności przeciwko idei, że człowiek wyewoluował z małpy. I zjawia się polemista, który mówi, że interesował się teorią ewolucji i tam jasno stoi, że człowiek pochodzi od małpy – więc autor owego artykułu musi się mylić.

    Zobacz, tu nie ma nawet żadnego znaczenia, czy teoria ewolucji jest słuszna i autor artykułu jest w błędzie, czy też odwrotnie. Ja też nie będę polemizować z Tobą na temat świąt pogańskich, nie mam dość wiedzy na temat. Nie widzę natomiast, dlaczego nie miałbyś przejść ze swoją polemiką na SOTT.net i przedyskutować tej i pozostałych kwestii z autorem zamiast z tłumaczami. Chodzi mi po prostu o to, że broniąc jakiejś hipotezy czy teorii, nie argumentuje się przy pomocy jej twierdzeń, to zwyczajnie nielogiczne i wskazuje na solidne braki w wiedzy.

    Co do Taurydów i holocenu, ja tylko pokazałam Ci, że Twoje zdanie było wewnętrznie sprzeczne.

    Komentarz - autor: iza — 7 Luty 2011 @ 03:29

  6. Wicca i współczesne czarownictwo to twory sztuczne, zgadzam się, nikt kto zna temat temu nie zaprzeczy. Współczesny szamanizm oparty na rekonstrukcji też istnieje i miewa się dobrze, jednak nikt poważnie nie przyzna, że jest zmyślony. Wiedźmy podobnie jak szamani funkcjonują kulturach całego świata od czasów paleolitu (jest kilka śladów sugerujących że nawet wcześniej) do czasów obecnych. Zmienia się tylko ich forma, ale treść pozostaje cały czas podobna. Dlatego udowadnianie przekłamań w czarownictwie czy szamaniźmie skupia się na najmniej istotnych aspektach tych ścieżek, ponieważ to co jest w tym najważniejsze można odkryć tylko praktykując, a niektórych ludzi kręci bardziej umysłowe paplanie niż przeżywanie. A wszystko po to by stworzyć kolejną teorię i przekonać do niej innych. Z resztą rozmawianie o duchowości ma taki sam sens jak rozmawianie o muzyce, jeśli wiesz o co mi chodzi.

    Co do taurydów to możemy posługiwać się merytoryczną dyskusją albo semantycznymi sztuczkami. Każdy wybiera to co lubi.

    Komentarz - autor: nocny — 7 Luty 2011 @ 12:07

  7. […] obszerny artykuł Czarownice, komety i kataklizmy planetarne, a zwłaszcza jego drugi odcinek – Czarownice, komety i kataklizmy planetarne – 2, gdzie wskazana jest alternatywna do powszechnie nagłaśnianej teorii o tym, co przyczyniło się […]

    Pingback - autor: Początek kolejnej epoki lodowej? | PRACowniA — 10 Kwiecień 2013 @ 13:58

  8. Ad. pkt 1 przypisów.
    Książkę C. Duncan, S. Scott, „Czarna Śmierć. Epidemie w Europie od starożytności do czasów współczesnych”, Bellona, 2008, znalazłam jakiś tydzień temu w księgarni internetowej InBook.

    http://www.inbook.pl/product/show/48808/ksiazka-czarna-smierc-epidemie-w-europie-od-starozytnosci-do-czasow-wspolczesnych-duncan-christopher-scott-susan-ksiazki-nauki-humanistyczne-historia

    Informuję o tym, bo książka została wydana w 2008 i b. trudno jest ją namierzyć i kupić za niewielką cenę po tylu latach od wydania.

    Poza tym, jest rzeczywiście świetnie napisana. Znakomita lektura.

    Komentarz - autor: Magia — 3 Maj 2014 @ 16:37


RSS feed for comments on this post. TrackBack URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.

%d bloggers like this: