PRACowniA

2 lutego 2011

Czarownice, komety i kataklizmy planetarne – 1

Laura Knight-Jadczyk
The Dot Connector Magazine
Sobota, 30 października 2010, 16:59 CDT

© Dot Connector Magazine

Artykuł pochodzi z 12 numeru czasopisma The Dot Connector Magazine, oficjalnej publikacji witryny Sott.net.

Kiedy myślicie o Halloween, jaki obraz przychodzi wam jako pierwszy do głowy? Przeprowadziłam wśród moich przyjaciół, rodziny i znajomych krótką, nieformalną ankietę. Zgadniecie jakie wyobrażenie zajęło pierwsze miejsce? Lampion z dyni! Założę się, że myśleliście, że powiem „czarownice”. No cóż, też byłam o tym przekonana, ale czarownice pojawiły się dopiero na drugim miejscu!…

Kiedy sama rozmyślam o Halloween, przypomina mi się projekt plastyczny ze szkoły podstawowej, gdzie wycinaliśmy czarownice z papieru i przylepialiśmy je do ogromnych, żółtych księżyców wyciętych z kolorowej tektury. Czarownica zawsze leciała na miotle w towarzystwie siedzącego za nią kota, a jej czarna suknia powiewała na wietrze. Nawet zastanawiałam się, jakim cudem kot był w stanie utrzymać się na miotle i dlaczego ludziom wydawało się, że siedzenie na niej okrakiem może być w jakimkolwiek stopniu wygodne.

Ale jak wyraźnie widać, Halloween jest w istotny sposób kojarzony z czarownicami – złymi kobietami spółkującymi z diabłem i krzywdzącymi ludzi, na przykład więżąc zagubione dzieci, żeby je podtuczyć ich i zjeść, rozdając zatrute jabłka, czy rozstawiając wrzeciona, które mają zatruć odrzucone lub nieszczęsne księżniczki poszukujące prawdziwej miłości.

Słowo “witch” (czarownica, wiedźma) pochodzi od staro-angielskiego słowa wicca, które jest rodzaju męskiego i oznacza “wizard” (czarnoksiężnik). Rodzajem żeńskim tego słowa było wicce, wymawiane “wɪtʃ”. To z kolei wywodzi się ze średnio-wysoko-niemieckiego słowa wicken – “bewitch” (rzucić czar, urok, zaczarować…), czy jeszcze starszego, staro-wysoko-niemieckiego słowa wīh oznaczającego “holy” (święty). Słownik podaje, że czarownica to osoba, która z pomocą diabła lub zwierzęcego towarzysza – familiara – posiadła zgubne moce nadprzyrodzone i rzuca zaklęcia i uroki. Oznacza ono także brzydką staruchę lub piękną, młodą kobietę. “Czarownica” to epitet określający każdą kobietę, która nie ma zamiaru być popychadłem dla każdego, komu zachce się podporządkować ją sobie lub nią pomiatać. Na samym końcu listy czarownica jest adeptem tradycji wicca.

Gerald Gardner.

Wicca jest brytyjskim wynalazkiem stworzonym przez antropologa-amatora Geralda Gardnera, który zapewniał, że w ciągu całego swojego życia miał wiele ciekawych kontaktów i przeżyć okultystycznej i paranormalnej natury. W pewnym momencie twierdził także, że ma doktoraty z Uniwersytetu Singapurskiego i Tuluzkiego, co okazało się kłamstwem. Deklarował przejście inicjacji w zakonie czarownic New Forest – pozostałości po przedchrześcijańskim pogańskim kulcie. Po późniejszych dociekaniach okazało się, że ten rzekomo starożytny zakon powstał na początku XX wieku, a jego idee były w większości oparte na folklorze i teoriach Margaret Murray. Znowu widzimy więc, że prawdomówność Geralda Gardnera jest dość wątpliwa.

Gardner połączył ze sobą elementy wolnomularstwa, magii ceremonialnej oraz wymysły Aleistera Crowleya i innych. Po dokładniejszym przyjrzeniu się elementom składającym się na  całość obecnych wierzeń wicca, widać, że w większości nie mają one absolutnie nic wspólnego ze starożytnymi religiami – w wersji, jaką odkrywamy po dogłębnych studia. Wręcz przeciwnie, najprawdopodobniej na kształt tych elementów większy wpływ miały opisy czarownic przekazane przez ich oprawców z czasów Inkwizycji, niż zrozumienie faktu, że były to szkalujące fałszerstwa stworzone przez psychopatów. Bardziej prawdopodobnym jest, że wierzenia ludzi oskarżonych o czary w okresie polowań na czarownice bliskie były wierzeniom katarów, czyli dualizmowi, a nawet starszym jego koncepcjom. Najprawdopodobniej stosowali oni także starożytną, przekazywaną z pokolenia na pokolenie wiedzę paleolitycznych systemów szamańskich, która nie miała nic wspólnego z “magią ceremonialną”, zaklęciami czy “liberalnym kodem moralnym”. Niestety ani Gardner, ani Crowley nie mieli dostępu do współczesnych archeologicznych badań naukowych, z których obecnie możemy wywnioskować coś o zdolnościach, wierzeniach i praktykach naszych naprawdę znakomitych przodków.

Moja praca w całości skupia się na podążaniu wstecz śladami pogańskich, szamanistycznych idei i nauk, aż do Epok Lodowcowych – rysunków w jaskiniach, północnoeuropejskich początków – w poszukiwaniu najbardziej źródłowych, fundamentalnych i wspólnych im wszystkim podstaw. Idea istnienia czasów, kiedy człowiek był w bezpośrednim kontakcie z Istotami Niebieskimi, leży u podstaw wielu mitów o Złotym Wieku. Mity te opowiadają o czasie, kiedy “bogowie opuścili” ludzkość w rezultacie jakiegoś “wydarzenia” – “Upadku” – kiedy komunikacja została zerwana, a Istoty Niebieskie wycofały się w niebiosa.

Mity podają również, że pozostali na świecie pewni ludzie, którzy wciąż potrafili “wniebowstąpić” i komunikować się z bogami w imieniu plemienia czy rodziny. Dzięki nim zachowany został kontakt danej grupy z “duchowymi przewodnikami”. Zarówno wierzenia, jak i praktyki dzisiejszych szamanów są pozostałościami gruntownie zmodyfikowanych, czy wręcz zniekształconych i zdegenerowanych resztek tej archaicznej techniki rzeczywistej komunikacji pomiędzy niebem a ziemią. Wygląda na to, że ten typ szamanizmu narodził się w zachodniej Europie wraz z pojawieniem się człowieka Cro-Magnon, a mity były wielokrotnie przeredagowywane, spuścizną czego są liczne – rzekomo przywrócone do życia przez tę czy inną osobę – sekrety okultystyczne, z wiccą włącznie. Jeśli faktycznie tak jest, to prawdziwe “czarostwo” jest szamanizmem (druidyzmem), a nawet czymś więcej, jak się przekonamy. Mircea Eliade pisze:

Współcześni naukowcy oczywiście zwrócili uwagę na “szamanistyczne” elementy w religii paleolitycznych łowców. Horst Kierchner zinterpetował sławny relief z Lascaux jako reprezentację szamańskiego transu.

[…] Na koniec, Karl J. Narr zrewidował w swoim ważnym opracowaniu problem “pochodzenia” i chronologii szamanizmu. Przywołuje on wpływ idei płodności (statuetki Wenus) na poglądy religijne prehistorycznych północnoazjatyckich łowców, jednakże wpływ ten nie zaburzył paleolitycznej tradycji. W tym właśnie „Vorstellungswelt” leżą korzenie kultu niedźwiedzi w Azji i Ameryce Północnej. Niedługo potem, prawdopodobnie ok. 25000 r. p.n.e, Europa zostawiła ślady najwcześniejszych form szamanizmu (Lascaux) w postaci plastycznych reprezentacji ptaka, ducha opiekuńczego i ekstazy.

Szamanka z Ałtaju

[…]Antyczność “szamańskich” rytuałów i symboli wydaje się niewątpliwa. Musimy jeszcze ustalić, czy świadectwa te, ujawnione przez prehistoryczne odkrycia, reprezentują pierwsze przejawy szamanizmu in statu nascendi (łac. w procesie powstawania), czy też są tylko najwcześniejszymi dostępnymi nam dziś dokumentami wcześniejszego kompleksu religijnego, który jednakże nie wyraził się “plastycznie” (rysunki, rytuały, obiekty itd.) przed okresem Lascaux.

[…] Nie ma wątpliwości co do tego, że niebiańskie wstąpienie szamana jest w ogromnym stopniu zmienionym i miejscami wypaczonym reliktem tej archaicznej ideologii religijnej, opartej na wierze w niebiańską Najwyższą Istotę oraz w rzeczywistą komunikację miedzy niebem a ziemią.

[…] Mity nawiązują do bardziej zażyłych związków pomiędzy Najwyższymi Istotami i szamanami, w szczególności opowiadają o Pierwszym Szamanie, wysłanym na Ziemię przez Najwyższą Istotę lub jej substytut w celu obrony ludzi przed chorobami i złymi duchami”.

Znaczenie ekstazy szamana zmieniło się dopiero w kontekście “wycofania” się z Ziemi “Niebiańskich Istot”. Poprzednio czynność ta koncentrowała się na komunikowaniu się z bogiem i osiąganiu korzyści dla plemienia. W związku z wycofaniem się życzliwego boga/bogini, funkcja szamana zmieniła się w “walkę ze złymi duchami i chorobami”. Bardzo wyraźnie przypomina to działalność Jezusa – leczenie chorych i wyganianie demonów – typowy przykład szmanizmu “po Upadku”.

Wydaje się, że pojawiła się również druga konsekwencja tej “zmiany”. Coraz częściej zstąpienie do “podziemnego świata” i relacje z “duchami” wiązały się z ich “ucieleśnieniem” lub też z “opętaniem” szamana przez “ducha”. Wyraźnie widać, że były to innowacje, w większości niedawne. Szczególnie uderzające w badaniach historiografów nad mitami, legendami, szamanizmem, itd. jest odkrycie „wpływów z południa, które pojawiły się dość wcześnie i zmieniły zarówno kosmologię i mitologię, jak i techniki ekstazy”. Wśród tych południowych wpływów znalazły się buddyzm i lamaizm, nakładając się na irański i – jak wynika z ostatnich analiz – mezopotamski wkład, który je wyprzedza.

Inicjacyjny schemat rytualnej śmierci i zmartwychwstania szamana także jest nowością, ale sięgającą znacznie wcześniejszych czasów, w każdym razie nie można jej przypisać wpływom ze starożytnego Bliskiego Wschodu. Za to innowacje wprowadzone przez kult przodków miały szczególny wpływ na strukturę tego schematu inicjacyjnego. Sam koncept mistycznej śmierci został zmieniony za sprawą różnych zmian religijnych, na które wpływ miały mitologie księżycowe, kult umarłych i rozwój magicznych ideologii.

W związku z tym, szamanizm azjatycki należy pojmować jako archaiczną technikę ekstazy, której podstawowa, pierwotna ideologia – wiara w Najwyższą Istotę, z którą można było mieć bezpośrednie relacje poprzez wstąpienie do nieba – cały czas ulegała transformacji poprzez wciąż pojawiające się nowe, egzotyczne dodatki, czego punktem kulminacyjnym była inwazja buddyzmu […]

Fenomenologia transu uległa wielu zmianom i wypaczeniom, głównie z powodu niepewności co do dokładnej natury ekstazy. Mimo to, wszystkim tym innowacjom i zniekształceniom nie udało się wyeliminować możliwości prawdziwej szamanistycznej ekstazy.

Niejednokrotnie w doświadczeniach szamanów rozpoznawaliśmy “nostalgię za rajem”, co przywodzi na myśl jeden z najstarszych typów chrześcijańskiego doznania mistycznego. Co do „wewnętrznego światła”, będącego najważniejszym elementem indyjskiego mistycyzmu i metafizyki, jak również chrześcijańskiej teologii mistycznej, to już dawno zostało ono udokumentowane w szamaniźmie.

W historii mistycyzmu najważniejszym punktem środkowo-azjatyckiego szamanizmu wydaje się być rola szamana w obronie psychicznej jedności społeczności. Szamani są w pierwszej kolejności obrońcami przed demonami, walczą nie tylko z demonami i z chorobami, ale także z posługującymi się czarną magią. Szaman jest niestrudzonym zabójcą demonów i smoków.

[…] Jest jasne, że szamanizm w postaci, w jakiej jest znany, jest bladym odbiciem oryginalnego, jednolitego i spójnego systemu. Jednym z powodów takiego przekonania jest fakt, że istnieje wiele lokalnych określeń na szamana, a tylko jedno na szamankę. Szamanizm, jak się wydaje, był uprzednio zajęciem kobiet. W jednym z dialektów tatarskich słowo utygan – szamanka – oznacza także niedźwiedzia.

[…] Magiczno-religijne znaczenie odurzenia w celu osiągnięcia ekstazy wywodzi się z Iranu. […] Jeśli chodzi o oryginalne szamańskie doznania […] narkotyki są tylko wulgarnym substytutem “czystego” transu.

Używanie substancji odurzających jest nowością i wskazuje na upadek technik szamańskich. Odurzenie narkotykami stosuje się w celu zapewnienia imitacji stanu, którego szaman nie jest w stanie osiągnąć w inny sposób. Dekadencja, czy też wulgaryzacja techniki mistycznej – w antycznych i współczesnych Indiach, a w zasadzie na całym Wschodzie nieustannie spotykamy się z tą dziwną mieszanką “łatwej” i “trudnej drogi” osiągania mistycznej ekstazy bądź innego znaczącego doznania. (Ibid.)

Pozwólcie, że powiem coś ważnego. Religia Epoki Lodowcowej była tak satysfakcjonująca dla wszystkich ludzi na Ziemi, że utrzymała się w niezmienionym kształcie przez ponad 25 000 lat, jak potwierdzają dane historyczne i archeologiczne. Szamanki – kobiety – zajmowały się ekstatycznymi wstąpieniami, przynoszącymi plemieniu korzyści, a później broniły plemienia przed negatywnymi wpływami. Krótko mówiąc, wydaje się, że pogaństwo, a nawet druidyzm, był oryginalnym chrześcijaństwem, a oryginalnymi “Chrystusami” były kobiety. Wielu badaczy często wskazuje na to, że chrześcijaństwo ma pogańskie korzenie. Jasne, że tak, nawet w większym stopniu niż można by podejrzewać. Jeśli można polegać na badaniach, jakie przedstawiłam w mojej książce The Secret History of the World, to pierwotne “czarownice” były „Chrystusami”.

To oczywiście wywołuje zdziwienie – jak można tak wszystko postawi na głowie, że w efekcie wierzymy dziś w coś dokładnie do prawdy przeciwnego w prawie każdej dziedzinie, jaką się zajmujemy? Odstawiamy na bok główne religie, które są wyraźnie zafałszowane i pełne sprzeczności tylko po to, by wpaść w ramiona religiom New Age, które nie są ani odrobinę lepsze, będąc jedynie kolejnymi wariacjami systemu kontroli, mającemu przeszkodzić nam w uzyskaniu dostępu do tego, co prawdziwe. Trudno mi będzie streścić temat tak, by dostosować się rozmiarów tego artykułu, ale postaram się to zrobić jak najlepiej. Weźcie pod uwagę, że nie będę w stanie cytować dowodów w postaci obszernych fragmentów tekstów źródłowych, co generalnie stanowi mój styl pisania. Jeśli chcecie wiedzieć więcej, możecie przeczytać moją książkę, w której omawiam te koncepcje bardzo szczegółowo i dogłębnie.

Ostatni dzień października jest podobno starożytnym celtyckim świętem, obchodzonym jako “Koniec Lata”, Samhain, Halloween czy też wigilia Wszystkich Świętych. Jak już wspomniałam na początku, na hasło Halloween wiele osób pomyśli o czarownicach. Człowiek od razu zaczyna się zastanawiać, dlaczego dzień 31 października miałby mieć związek z czarownicami i “końcem lata”, zwłaszcza że wrześniowa równonoc jesienna faktycznie kończy lato ponad miesiąc wcześniej.

I tu tkwi sedno!

Według brytyjskiego historyka, Ronalda Huttona, święto Samhain celebruje zakończenie “jaśniejszej połowy” roku i początek “ciemniejszej” i czasami jest uważane za celtycki Nowy Rok. Jak podają etnolog John Gregorson Campbell i archeolog Bettina Arnold, starożytni Celci wierzyli, że w czasie Samhain kurtyna odgradzająca świat ziemski od tego nieziemskiego staje się bardzo cienka, co ułatwia duchom (zarówno dobrym, jak i złym) przekroczenie tej w inne dni trudno przenikalnej bariery. Celci radzili sobie z tym zapraszając dobre duchy – przeważnie własnych przodków – i wykorzystując przeróżne techniki nie dopuszczania czy odstraszania tych złych. Istnieją sugestie, że to z tych obrzędów wywodzi się zwyczaj zakładania kostiumów, przebierania się za szkielety, duchy i gobliny w myśl zasady, że jeśli będzie się wyglądało wystarczająco strasznie, to można odstraszyć nawet samego diabła!

W dawnych czasach Samhain był również okresem przygotowywania zapasów żywności, zarzynania bydła i świń oraz szykowania zbóż i innych produktów przeznaczonych na zimę.

Ważnym punktem celebracji były ogniska. Wygaszano domowe paleniska, kości zarżniętych zwierząt wrzucano na wielkie ognisko, z którego następnie brano rozżarzone węgle, by od nich ponownie rozpalić ogień pod domowymi paleniskami. Czasami budowano dwa ogniska, żeby ludzie mogli przechodzić między nimi ze swoim inwentarzem w celu “oczyszczenia”. Ta praktyka mogła być pozostałością po czasach, kiedy starożytne plemiona oczyszczały się przez palenie żywcem: a) członków plemienia, którym dużo brakowało do doskonałości, ażeby plemię zostało oczyszczone z grzesznych elementów; lub b) tych członków, którzy byli w jakiś sposób doskonali i sami zgłosili się na ochotnika jako ofiara dla ukojenia gniewu bogów, by reszta plemienia mogła żyć w spokoju przez następny rok. Jest to faktycznie bardzo interesująca wskazówka.

Nazwa “Halloween” jest szkockim wariantem wyrażenia “All Hallows Eve” – noc przed dniem Wszystkich Świętych albo Święto Wszystkich Świętych (Feast of All Saints). Bardzo ciekawe dla obserwatora są stare tradycje na całym świecie, związane z tym dniem, a szczególnie z dwoma następnymi. Tradycje te zostały później schrystianizowane, ale wyraźnie reprezentują coś o wiele bardziej starożytnego.

W Portugalii i Hiszpanii w dzień Wszystkich Świętych składa się datki. W Meksyku dzień Wszystkich Świętych pokrywa się z obchodami Dnia Niewinnych – części Dnia Umarłych -honorującego zmarłe dzieci i niemowlęta. W Portugalii dzieci chodzą od drzwi do drzwi i dostają ciastka, orzechy i granaty. Święta te skupiają się wokół spotkań rodzinnych, modlitwy i wspominania tych członków rodziny i przyjaciół, którzy odeszli. Tradycje obejmują budowę ołtarzy honorujących zmarłych, objadanie się cukrowymi czaszkami (pożeranie śmierci?) i ulubionymi potrawami zmarłych oraz opijanie się ich ulubionymi trunkami, dekorowanie wszystkiego nagietkami i pozostawianie tego wszystkiego w roli podarków na odwiedzanych grobach. Badacze przypisują początki współczesnego święta tubylczym ceremoniom sięgającym tysięcy lat wstecz i azteckiemu świętu poświęconemu bogini Mictecacihuatl, królowej Mictlanu –podziemnego świata. Wierzono, że w niemowlęctwie została ona poświęcona jako ofiara i  przedstawiana jest jako bezmięsne ciało, a jej rozwarte szczęki połykają gwiazdy w ciągu dnia.

Meksykańskie datki z „dnia zmarłych”, m.in. cukrowe czaszki

Na Filipinach ten dzień nazywany jest “Undas”, „Todos los Santos” (dosłownie “Wszyscy Święci”), a czasami “ Araw ng mga Namayapa” (mniej więcej “Dzień Zmarłych”). Zarówno ten dzień, jak i poprzedni i następny spędzane są na odwiedzaniu grobów zmarłych krewnych, ofiarowywanie im kwiatów i modlitw, zapalaniu świec, sprzątaniu, naprawianiu i odmalowywaniu grobów. W większości krajów europejskich obrządki są bardzo podobne.

W Brazylii Dia de Finados jest świętem państwowym, które wielu Brazylijczyków obchodzi odwiedzając cmentarze i kościoły. W Hiszpanii odbywają się festiwale i parady, a pod koniec dnia ludzie zbierają się na cmentarzach, by pomodlić się za swoich nieżyjących bliskich. Podobne obchody pojawiają się też w wielu kulturach azjatyckich i afrykańskich.

Wszystkie te obchody 1 i 2 listopada, mające swoje rodzime formy zasymilowane przez kościół, są niezwykle ciekawe. Najważniejsze wydaje się to, że wszystkie następują zaraz po 31 października. Narzuca się pytanie, dlaczego. Co takiego wydarzyło się 31 października, że przemieniło następny dzień w Dzień Zmarłych?

Symbole związane z Halloween uformowały się na przestrzeni dziejów i tak samo jak średniowieczny kościół zasymilował starożytne wyobrażenia i praktyki związane ze śmiercią, tak i wiele obecnych zwyczajów zostało przejętych ze średniowiecznych praktyk. W czasie tradycyjnego celtyckiego festiwalu halloween drążono duże rzepy, rzeźbiono w nich twarze i umieszczano je w oknach, by strzegły przed złymi duchami. Amerykańska tradycja rzeźbienia w dyni była oryginalnie związana z czasem zbiorów, a powiązanie jej z Halloween nastąpiło dopiero w drugiej połowie XIX wieku.

Choć większość chrześcijan uważa Halloween za świeckie święto, które daje dzieciom (tym dużym też!) okazję do przebierania się w śmieszne kostiumy, objadania się słodyczami i naśmiewania się ze wszystkiego, co normalnie jest w naszym świecie przerażające, inni – szczególnie chrześcijańscy fundamentaliści – przypisują tym zwyczajom negatywny wpływ, uważając je za wyznawanie pogaństwa, okultyzmu, albo też trywializują je tak, by członkowie ich Kościoła nie bali się zbytnio duchów, demonów i diabła. Świadkowie Jehowy nie obchodzą Halloween, wierzą bowiem, że nic, co wywodzi się ze świąt pogańskich, nie powinno być obchodzone przez prawdziwych chrześcijan. To dopiero ironia, zważywszy na to, co napisałam powyżej o oryginalnym chrześcijaństwie. Jakim sposobem doszliśmy stamtąd – z prawdziwej duchowości honorującej kobiety, z kobietami-szamankami opiekującymi się swoim plemieniem – do tego, co mamy teraz, nowożytnego chrześcijańskiego postrzegania kobiety jako czegoś z trudem ludzkiego?

© cammeraydave / dreamstime

Wiele osób, które podążają pogańską drogą, uważa ten okres za święty czas w roku, a wiccanie naturalnie czują, że całe to święto w obecnej formie jest obraźliwe, ponieważ łączy czarownice z całą masą “złych duchów”, których należy się wystrzegać. Tu mają rację, ale już to, co uważają za „wiccę” jest tak samo błędne, jak błędne jest chrześcijaństwo.

I tak wracamy do pytania, na które ten artykuł stara się odpowiedzieć. Co jest źródłem Halloween, co to święto tak naprawdę upamiętnia i dlaczego wiąże się z nim czarownice?

* * *

Przede wszystkim chciałabym poruszyć kwestię tego, że w Halloween dostrzegamy coś bardzo starodawnego, co zostało przefiltrowane przez wiele warstw interpretacji. Istnieje jednak pewien stały motyw przewodni. Jest nim łatwe przechodzenie granicy pomiędzy życiem i śmiercią, co przeważnie prowadzi do śmierci – co z kolei sugeruje, że bardzo dawno temu, w czasie Halloween miała miejsce śmierć na masową skalę. Czymkolwiek to było, było tak przerażające, tak powszechne, że ten dzień i dni następne upamiętniony został przez wszystkie kultury świata i to w sposób, który – jak się wydaje – miał to coś odganiać, zapobiegać temu, by nigdy więcej się nie powtórzyło. Na przestrzeni dziejów doszło jednak do różnych zdarzeń, które wszystko postawiły na głowie, w efekcie czego te jednostki – prawdziwe, święte, czarownice – które rzeczywiście posiadały o tym wiedzę, wiedzę o łagodzeniu takiego terroru, zaczęły być identyfikowane z przyczyną tych śmierci i zniszczeń.

W swojej książce The Worship of the Dead, or the Origin and Nature of Pagan Idolatry and Its Bearing Upon the Early History of Egypt and Babylonia (1904, Londyn: Chapman & Hall; Rozdział pierwszy, strony 3-11), John Garnier pisze, że współczesne obchody święta zmarłych, skupione wokół wigilii Wszystkich Świętych, z kilkoma następnymi dniami włącznie, pierwotnie miały upamiętniać ludzi, którzy zginęli podczas Potopu zesłanego przez Boga na nikczemny świat. Bazuje on tu na Księdze Rodzaju (7:11) i pisze:

„Trudno znaleźć na świecie naród czy plemię, które nie ma podań o zniszczeniu ludzkiej rasy przez powódź, a szczegóły tych podań są zbyt do siebie podobne, by sądzić, że – jak sugerują niektórzy – w każdym przypadku dotyczą różnych, lokalnych powodzi.

Mitologie wszystkich antycznych krajów przeplatają się z wydarzeniami z Potopu i są nim tłumaczone, dowodząc tym samym, że wszystkie oparte są na wspólnej zasadzie i wywodzą się ze wspólnego źródła.

Z uwag tych jasno wynika, że narody całego antycznego świata widziały jedno z dwóch wielkich wydarzeń w historii Potopu – przybieranie wód i początek ich opadania – jedne z nich widziały przybieranie, inne zaś opadanie wód.

Wydaje się też prawdopodobne, że obchody tego święta były głęboko powiązane z czczeniem umarłych, być może to czczenie wręcz zainicjowały, a jak później zobaczymy, było ono centralną zasadą wierzeń antycznych.

Siłę tego argumentu ilustruje fakt obchodzenia wielkiego festiwalu umarłych, upamiętniającego to zdarzenie, nie tylko przez narody pozostające ze sobą w choćby sporadycznym kontakcie, ale także przez istotnie od siebie oddzielone – zarówno przez ocean jak i przez czas.

Co więcej, święto to obchodzone jest przez wszystkich w ten sam, lub niemal ten sam dzień, kiedy zgodnie z mojżeszową relacją nastapił Potop, to znaczy siedemnastego dnia drugiego miesiąca – miesiąca, który niemal odpowiada naszemu listopadowi.”

Nie wiem, którego z wielu żydowskich kalendarzy używał Garnier, ale chodziło mu o to, że święta, które oddają cześć zmarłym, są niechrześcijańskie, posiadają bowiem pogańskie korzenie (czczenie zmarłych świętych i modlenie do nich się nie liczy – byli chrześcijanami przed śmiercią, a przynajmniej tak się twierdzi) i oparte są na czczeniu śmierci nikczemników, słusznie unicestwionych przez Boga w Potopie Noego. Ta ”chrześcijańska” interpretacja wszystkiego, co pogańskie, jest najwyraźniej przyczyną tego, że w Halloween szczególny nacisk kładzie się na demoniczne wizerunki, duchy, potwory i wszystko co makabryczne, dlatego że, jak zaznacza Garnier, powódź oznaczała śmierć demonicznych dzieci-hybryd, Nephilimów (zobacz Księga Rodzaju 6:1-4, 13 oraz Księga Henocha).

Wszystko to zatem wydaje się być jedynie domysłami religijnych antykwariuszy z zamierzchłych czasów i nic tu nie znajdziemy. A może jednak? Może Garnier był na tropie czegoś i nie miał o tym pojęcia?

Jeśli chodzi o domniemany Potop Noego, to możemy powiedzieć, że niejeden raz na przestrzeni znanej nam historii różne cywilizacje i kultury upadały lub znikały, albo zostawały zniszczone przez nie wiadomo co. Imperium akadyjskie w Mezopotamii, Stare Królestwo w Egipcie, palestyńska cywilizacja z wczesnej epoki brązu, Anatolia i Grecja, a także indyjska cywilizacja doliny Indusu, afgańska cywilizacja Helmand oraz Hongshan z Chin – wszystkie popadły w ruinę mniej więcej w tym samym czasie. Niewiele później w skali archeologicznej (choć chronologia to jeden wielki bałagan) destrukcja dosięgła grecki lud myceński, Hitti z Anatolli, egipskie Nowe Państwo, Palestynę z późnej epoki brązu i dynastię Shang w Chinach.

Badacze z dziedziny archeologii i historii są skonsternowani brakiem jakichkolwiek bezpośrednich archeologicznych czy pisanych wyjaśnień przyczyn (w przeciwieństwie do skutków), choć istnieje ogromna ilość mitów i wierzeń ludowych, które mogłyby dostarczyć odpowiedzi, gdyby zostały dokładnie przeanalizowane. Odkąd “eksperci” w tych dziedzinach zaliczyli mity do zabobonów, wierząc równocześnie, że uhistoryzowane mity włączone do Biblii są zapisami historycznymi, nie posuwają się raczej do przodu z rozwiązaniem tego problemu, a upadek cywilizacji przeważnie przypisują inwazjom i działaniom wojennym na niewyobrażalną skalę.

Pałac na Knossos – imperium minojskie zniknęło w tajemniczych okolicznościach.

Kilkadziesiąt lat temu pewni zaintrygowani tym problemem naukowcy przyrodnicy skoncentrowali się na wymienionych powyżej upadkach cywilizacji w epoce brązu. Doszli oni do wniosku, że dowody wskazują raczej na przyczyny naturalne, a nie na działalność ludzką (najazdy, wojny). Zaczęli mówić o zmianach klimatu, aktywności wulkanicznej i trzęsieniach ziemi. Obecnie tego typu wytłumaczenia są faktycznie włączone w niektóre standardowe modele historyczne okresu epoki brązu, choć wiele problemów wciąż pozostaje nierozwiązanych – żadne z wyjaśnień nie tłumaczy całości istniejących dowodów.

Immanuel Velikovsky zdenerwował wszystkich sugerując, że Eksodus – ale tylko Eksodus – był spowodowany bombardowaniem przez kamienie, pył, węgiel itd., będącym skutkiem szalejącej w Układzie Słonecznym Wenus. Zgromadził on zdumiewającą ilość mitów i legend z całego świata, które silnie sugerowały zajście jakiegoś globalnego kataklizmu, ale już gdzie, kiedy i jak do tego doszło, było raczej niepewne. Przed Velikowskym byli też inni, którzy pisali i mówili o tych sprawach, a wśród nich Ignatious Donnelly, szczególnie zasługujący na wzmiankę za przypisanie mitów do Wielkiego Potopu Noego, który według niego był w rzeczywistości zniszczeniem Atlantydy, jaką opisywał Platon. To, czy istniała zaawansowana cywilizacja znana jako Atlantyda, nie jest tu przedmiotem naszego zainteresowania, ale czy doszło do powodzi i kiedy to się mogło zdarzyć – jest.

Pod koniec lat 70. XX w. brytyjscy astronomowie Victor Clube i Bill Napier z Uniwersytetu Oksfordzkiego zaczęli badać uderzenia komet jako ostateczną przyczynę. W 1980 roku fizyk, laureat Nagrody Nobla, Luis Alvarez wraz z kolegami opublikował na łamach periodyku Science artykuł, w którym postulował, że powodem wyginięcia dinozaurów było uderzenie meteorytu. Artykuł Alvareza spotkał się z ogromnym oddźwiękiem, aczkolwiek różnym po obu stronach Atlantyku. W USA mamy do czynienia ze szkołą ”myślenia życzeniowego”, która zakłada, że istotne są tylko uderzenia asteroid, a zważywszy na ich rzadkość, nie ma się czym przejmować. Natomiast w Wielkiej Brytanii dalsze badania astronomów Cluba i Napiera, prof. Marka Baileya z obserwatorium Armagh, Duncana Steela z australijskiego Spaceguard oraz najlepiej znanego brytyjskiego astronoma, Sir Freda Hoyle’a, wsparły teorię uderzeń kometarnych, potocznie nazywaną ”brytyjską szkołą spójnego katastrofizmu” (“British School of Coherent Catastrophism”).

Według Cluba i Napiera, i innych, dokładnie tak jak w 1994 roku kometa Shoemaker-Levy uderzyła w Jowisza z siłą milionów megaton, tak 13 tys. lat temu Ziemia została zbombardowana przez fragmenty gigantycznej komety, która rozpadła się na kawałki na oczach przerażonej ludzkości. Wielokrotne uderzenia w obracającą się planetę wywołały potężne fale przypływowe, szalejące pożary, wybuchy podobne eksplozjom nuklearnym, masowe wymarcie wielu prehistorycznych gatunków – takich jak mamuty i tygrysy szablozębne – oraz większości ludzkości, ściągając na świat kilkumiesięczne ciemności. (Zobacz: The Cosmic Serpent [Kosmiczny Wąż] i The Cosmic Winter [Kosmiczna Zima] autorstwa Cluba i Napiera. Zobacz także: The Origin of the Universe and the Origin of Religion [Pochodzenie wszechświata i pochodzenie religii], Anshen Transdisciplinary Lectureships in Art, Science, and the Philosophy of Culture, autorstwa Freda Hoyle’a.)

Kilku amerykańskich naukowców przyłączyło się do grupy Spójnego Katastrofizmu. Fizyk Richard Firestone oraz geolodzy Allen West i Simon Warwick-Smith piszą w książce The Cycle of Cosmic Catastrophes („Cykl katastrof kosmicznych”) (Bear & Co., 2006):

W 1990 roku astrofizyk Victor Clube i astronom Bill Napier wydali książkę pt. „The Cosmic Winter” (Kosmiczna zima), w której przedstawili analizy orbitalne kilkunastu deszczów meteorów, spadających co roku na Ziemię. Wykorzystując zaawansowane programy komputerowe, uważnie prześledzili tysiące lat wstecz, tropiąc orbity komet, asteroid i deszczów meteorów, aż odkryli coś naprawdę zadziwiającego. Wiele rojów meteorów, jak na przykład Taurydy, Perseidy, Piscydy i Orionidy, jest ze sobą powiązanych. Co więcej, niektóre wielkie ciała niebieskie także są ze sobą powiązane: komety Encke i Rudnicki, asteroidy Oljado, Hephaistos, i około setki innych. Każde z tych ponad stu ciał niebieskich ma co najmniej 800 m średnicy, a niektóre mają kilka kilometrów. Co mają ze sobą wspólnego? Według tych naukowców, każde z nich jest potomkiem tej samej masywnej komety, która po raz pierwszy wtargnęła do naszego układu słonecznego niecałe 20 tysiecy lat temu! Clube i Napier wyliczyli, że uwzględniając wszystkie kawałki gruzu, jakie znaleźli porozrzucane po naszym układzie słonecznym, oryginalna kometa musiała być olbrzymia.

Clube i Napier policzyli także, że z powodu subtelnych zmian w orbitach Ziemi i zachowanych odłamków kosmicznych, co ok. 2-4 tys. lat nasza planeta przechodzi przez najgęstszą część tych gigantycznych kometarnych chmur. Dostrzeżemy ten wzorzec, gdy spojrzymy na klimat i dane zapisane w rdzeniach lodowych. Na przykład iryd, hel-3, azot, amoniak i inne kluczowe mierniki wydają się razem wzrastać i opadać, tworząc zauważalne maksima około 18000, 16000, 13000, 9000, 5000 i 2000 lat temu. W tym schemacie wystepowania maksimów co 2–4 tysiące lat być może widzimy ”wizytówki” powracającej mega-komety.

Na szczęście, najsilniejsze bombardowania zdarzyły się podczas najstarszych maksimów, a z czasem, kiedy resztki komety rozpadły się na mniejsze fragmenty, robiło się coraz spokojniej. Jednakże niebezpieczeństwo nadal istnieje. Niektóre z pozostałych kilkukilometrowych fragmentów są wystarczająco duże, żeby wyrządzić poważne szkody miastom, klimatowi i globalnej gospodarce. Clube i Napier (1984) przewidzieli, że począwszy od 2000 roku przez następnych 400 lat Ziemia wejdzie w następny niebezpieczny okres, kiedy zmiana orbity wprowadzi nas na potencjalny kurs kolizyjny z najgęstszymi częściami chmur, zawierającymi bardzo duże odłamki. Dwadzieścia lat po tej prognozie przemieściliśmy się w ten niebezpieczny obszar. To, że część z tych ogromnych obiektów jest w tym momencie na kursie kolizyjnym z Ziemią, jest dość powszechnie uznane za fakt, nie ma jedynie pewności co do tego, czy nas ominą, co jest najbardziej prawdopodobne, czy też uderzą w którąś część naszej planety.

Widzimy więc, że ten nowy typ “katastrofy naturalnej” zaczyna być postrzegany przez wielu badaczy jako najprawdopodobniejsze wyjaśnienie jednoczesnego upadku wielu kultur na przestrzeni dziejów. Postęp w tej dziedzinie zawdzięczamy głównie astronomom, geologom, dendrochronologom itd., jednak jej idee pozostają niemal zupełnie nieznane wśród archeologów i historyków, co znacząco hamuje ich próby wyjaśnienia tego, co odczytują z zapisów historycznych.

Nowa teoria zakłada, że Ziemia raz za razem natrafia na roje kometarnego gruzu. Większość z nich znamy jako deszcze meteorów – nic nie znaczące drobne cząstki kosmicznego materiału. Jednak od czasu do czasu w roju trafiają się odłamki o średnicach od stu do kilkuset metrów. Gdy uderzają w Ziemię lub eksplodują w atmosferze, możemy spodziewać się katastroficznych skutków dla naszego systemu ekologicznego. Wielomegatonowe eksplozje bolidów mogą zniszczyć naturalne i kulturowe obiekty na powierzchni ziemi, wywołując fale pływowe powodujące powodzie (jeśli odłamek wyląduje w oceanie), pożary i zniszczenia sejsmiczne, nie pozostawiając przy tym kraterów, a tylko wypaloną i spustoszoną ziemię. W razie znaczącego bombardowania całe niewielkie państwo może zostać starte z powierzchni ziemi, całkowicie wyparować.

Poprzewracane i spalone drzewa na przestrzeni setek kilometrów kwadratowych – wynik wybuchu meteoroidu Turguska.

Ostatni przykład, znany jako katastrofa tunguska, miał miejsce w 1908 roku na Syberii, kiedy to około 5 km nad ziemią eksplodował bolid, a jego ognisty podmuch całkowicie zdewastował obszar o powierzchni prawie 2000 km². Choć to ciało niebieskie nie uderzyło w ziemię, a jego średnica nie przekraczała 60 m, to wybuch miał siłę od 20 do 40 megaton – tyle, co energia wybuchu 2000 bomb atomowych, wielkości tej zrzuconej na Hiroszimę. Innymi słowy, jeśli kiedyś istniały zaawansowane antyczne cywilizacje i jeśli zostały zniszczone przez wielokrotne bombardowania podobne do katastrofy tunguskiej, to nie ma się co dziwić, że nie pozostało po nich prawie żadnego śladu, a to co pozostało, przeważnie przypisuje się “anomaliom”.

Przez lata astronomia głównego nurtu mocno krytykowała zarówno Cluba i Napiera, jak i ich hipotezę kometarną. To nastawienie zmieniło się dość gwałtownie, gdy w 1994 roku kometa Shoemaker-Levy 9 uderzyła w Jowisza. Przez kilka dni obserwatoria astronomiczne z całego świata oglądały rozpad komety na 20 części i sukcesywne bombardowanie różnych obszarów Jowisza. Podobne zdarzenie na naszej planecie byłoby dewastujące, delikatnie mówiąc. Rosnąca ilość komet i bolidów oraz fakt, że w tym roku Jowisz został ponownie zbombardowany, sugerują, że Victor Clube i Bill Napier mają rację – żyjemy w bardzo niebezpiecznym okresie.

Z książki Rain of Iron and Ice (Deszcz żelaza i lodu) Johna Lewisa, profesora nauk planetarnych w Laboratorium Księżycowym i Planetarnym, współdyrektora Centrum Badań Inżynierii Kosmicznej Uniwersytetu w Arizonie i NASA oraz członka arizońskiej Stanowej Komisji Kosmicznej, dowiadujemy się, że w Ziemię regularnie uderzają obiekty kosmiczne i wiele z nich eksploduje w atmosferze, tak jak zdarzyło się w rejonie Tunguzkiej, nie pozostawiając po sobie krateru ani innych trwałych i widocznych śladów upadku..

Te uderzenia lub eksplozje w atmosferze mogą prowadzić do trzęsień ziemi lub fal tsunami, podczas gdy ludzie pozostają nieświadomi ich przyczyny. W końcu Ziemia to w 75% wody, a każdy świadek takiego zdarzenia zostałby prawdopodobnie usmażony i nie mógłby się z nami podzielić swoją wiedzą, więc tak naprawdę nie jesteśmy w stanie powiedzieć, czy wszystkie trzęsienia ziemi na naszej planecie są pochodzenia tektonicznego.

Krótko mówiąc, praca Lewisa przedstawia nam koncepcję, zgodnie z którą część znanych historycznych trzęsień ziemi równie dobrze mogła być pochodzenia impaktowego. Badacze przypisali zdarzeniom, które da się odnaleźć w danych naukowych, następujące daty: 12.800, 8200, 5200 i 4200 BP (“lat temu”). Daty te mogą być skorygowane, kiedy powstaną precyzyjniejsze metody datowania.

Najbardziej interesuje nas zdarzenie z roku 12800 BP, dlatego że najwyraźniej to właśnie ono niemal całkowicie unicestwiło życie na Ziemi, a przynajmniej całą megafaunę na wszystkich kontynentach. Platon pisał o katastrofie, która w ciągu jednej doby zniszczyła Atlantydę około 11600 lat temu – to piekielnie blisko. Jest to temat, który w wyczerpujący sposób został opisany w książce Firestonea, Westa i Warwick-Smitha pt. The Cycle of Cosmic Catastrophes (Cykl katastrof kosmicznych). Obok własnych badań naukowych nad dowodami, autorzy włączyli do książki sporą ilość mitów rdzennych mieszkańców Ameryki, opisujących to zdarzenie.

Jak już wspomniałam, Clube i Napier zidentyfikowali przodka kompleksu Taurydów jako gigantyczną kometę, która została wrzucona na króciutką orbitę (około 3,3 lat) jakieś 20-30 tysięcy lat temu. W skład kompleksu Taurydów wchodzą rój Taurydów, kometa Encke, “asteroidy” takie jak 2101 Adonis i 2201 Oljato oraz ogromne ilości kosmicznego pyłu. Asteroidy w kompleksie Taurydów wydają się mieć związane z sobą deszcze meteorytów, co oznacza, że wiele asteroid może być wymarłymi kometami. Innymi słowy, komety mogą się składać z czegoś więcej niż tylko z pyłu i lodu – mogą zawierać znaczący skalny rdzeń, a także dużą ilość trujących gazów i chemikaliów.

Taurydy...

Dalej –>

– –

Ten artykuł jest przekładem oryginału zamieszczonego w języku angielskim na stronie:

dokonanym przez polskich tłumaczy z grupy QFG – edytorów blogu PRACowniA.

Materiał ten został opublikowany przez SOTT.NET – projekt Quantum Future Group, Inc – i jest jego własnością. Zezwala się na kopiowanie i publiczne rozpowszechnianie pod warunkiem podania oryginalnego źródła i autora oraz żródła przekładu.

Dodatkowe informacje uzyskasz pisząc na adres: pracownia-iv@o2.pl

Advertisements

9 komentarzy »

  1. „Religia Epoki Lodowcowej była tak satysfakcjonująca dla wszystkich ludzi na Ziemi, że utrzymała się w niezmienionym kształcie przez ponad 25 000 lat, co potwierdzają liczne dane historyczne i archeologiczne.”

    Najstarsze sanktuarium świata rzucające światło na wierzenia ówcześnie żyjących ludzi, jakie odkryto w Turcji w miejscowości Göbekli Tepe zbudowali łowcy-zbieracze ok 11,5 tys. lat temu. Te 25 000 lat jest więc mocnym naciągnięciem „licznych danych historycznych i archeologicznych” 🙂

    Komentarz - autor: nocny — 3 lutego 2011 @ 11:07

  2. @nocny
    Nie przyszło Co do głowy, że religia mogła istnieć na długo zanim zaczęto wznosić „sanktuaria”? Że miała inny kształt? Wróć do wyżej przytoczonego cytatu z Eliadego.

    Jednocześnie dzięki za przytoczenie tego cytatu, bo pozwolił mi zauważyć kolejny błąd, który się wkradł w tłumaczenie. W oryginale nie ma słowa „liczne”, a zdanie odnosi się do zamieszczonego cytatu – jeśli dobrze rozumiem. Idę poprawić tekst. 🙂

    Komentarz - autor: iza — 3 lutego 2011 @ 17:11

  3. Izo, nie podlega wątpliwości, że religia była wcześniej w różnych postaciach, ale nie wiemy w jakich. Prace w Göbekli Tepe okazały się rewolucyjne, ponieważ podjęto je z założeniem, że odkrycia dotyczą osiadłych-rolników we wczesnej fazie kultu solarnego. Znaleziono coś kompletnie innego. Przytaczanie nieistniejących dat i danych naukowych jak już zauważyłaś jest dla mnie rażące 🙂

    Komentarz - autor: nocny — 3 lutego 2011 @ 17:53

  4. Co znaleziono? Opowiedz albo podrzuć linka do źródeł, chętnie poczytam, bo brzmi interesująco.

    I może przestań od artykułu wymagać ścisłości rozprawy naukowej albo monografii. Jeśli Ci BARDZO na tym zależy, to dowiem się o te źródła, bo jeszcze nie spotkałam się z tym, żeby Laura pisała coś gołosłownie. Tylko że Ty pewnie i tak do nich nie zajrzysz, a zamiast tego wyciągniesz inny szczegół.

    Będę też cierpliwie czekać na Twoje rzeczowe uwagi co do pisma klinowego i sposobu odczytania go z tabliczki przez B&H.

    Komentarz - autor: iza — 3 lutego 2011 @ 23:54

  5. Wydawnictwo PIW-u Klaus Schmidt „Budowniczowie Starożytnych Świątyń”, pełne opracowanie badań z Göbekli Tepe, skróty można znaleźć też w sieci wpisując nazwę miejscowości. Polecam, bardzo wciągająca lektura.
    Co do artykułu, to nie wymagam ścisłości naukowej tylko uczciwości, publikujecie artykuły o charakterze popularnonaukowym ( bardzo ciekawe z resztą ) wychwytuję więc elementy, które mogą zniechęcić do dalszego ich czytania bardziej wymagających czytelników. Opinia czy prywatny wniosek to jedno, ale jak pada powoływanie się na fakty naukowe czy historyczne to warto je sprawdzać, bo owocuje to zaufaniem do przekazywanych informacji. Zawsze myślałem, że to dobry kierunek.

    Poszukuje na razie jakiejś wersji pdf tego opracowania planisfery, bo nie ukrywam 13 ojro mnie odstraszyło. W przypadku pisma klinowego z planisfery nikt ze świata nauki nie podpisał się pod wersją B&H więc nie widzę tu żadnego pola do polemiki. Zakładam, że jest to luźna fantazja obu panów, do czego mają z resztą prawo, ponieważ w życiu oprócz nauki liczy się również dobry fun 🙂

    Komentarz - autor: nocny — 4 lutego 2011 @ 04:20

  6. „Co do artykułu, to nie wymagam ścisłości naukowej tylko uczciwości, publikujecie artykuły o charakterze popularnonaukowym ( bardzo ciekawe z resztą ) wychwytuję więc elementy, które mogą zniechęcić do dalszego ich czytania bardziej wymagających czytelników. ”

    Najlepiej więc zacząć od przeczytania oryginału, bo większość błędów wynika z nieścisłości w tłumaczeniu. Artykuły tłumaczone są w większości przez amatorów i choć staramy się robić to jak najlepiej i jak najbliżej oryginałowi, błędy i nieścisłości były, są i będą.

    Komentarz - autor: sitta — 5 lutego 2011 @ 13:34

  7. @nocny

    „Opinia czy prywatny wniosek to jedno, ale jak pada powoływanie się na fakty naukowe czy historyczne to warto je sprawdzać…”

    Zapomniałeś dodać, że to twoja opinia i wniosek z niej płynący. Skąd masz pewność, że nie zostały sprawdzone?

    Iza przecież napisała, że nie spotkała się, żeby Laura pisała coś gołosłownie i jeśli bardzo ci zależy, to dowie się jakie są źródła.

    Imputujesz nie sprawdzanie. Moim zdaniem, jest to bezpodstawne i nieostrożne, bo inni mogą się tym zasugerować.

    Komentarz - autor: piotr — 6 lutego 2011 @ 12:23

  8. @nocny
    Dzięki za tytuł książki.

    publikujecie artykuły o charakterze popularnonaukowym ( bardzo ciekawe z resztą ) wychwytuję więc elementy, które mogą zniechęcić do dalszego ich czytania bardziej wymagających czytelników.

    Nie wiem, co skłania Cię do myślenia, że wiesz, co może zniechęcić „bardziej wymagających czytelników”, a co nie, i jak Ty rozumiesz ten termin. Wiem za to, że są różne sposoby postrzegania i rozumowania – jedni zaczynają od szczegółu, by dojść do ogółu, inni odwrotnie. Są też tacy, którzy niezależnie od czego zaczynają, na tym kończą. Wszyscy mogą wnieść coś w kierunku zmniejszenia entropii świata – jeśli chcą. Niektórzy nie chcą.

    Komentarz - autor: iza — 6 lutego 2011 @ 12:43

  9. przydalaby sie w serwisie opcja linkow powiazanych do tematu

    znalazlem wlasnie cos swiezego http://technologie.gazeta.pl/internet/1,104530,9208722.html 🙂

    Komentarz - autor: seolord — 7 marca 2011 @ 20:15


RSS feed for comments on this post. TrackBack URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: