PRACowniA

19 Styczeń 2011

Łączenie Punktów: Siła ludu kontra broń masowego odwracania uwagi (1)

Ten artykuł należy w pewnym sensie do przeszłości, no ale cóż, oddajmy w takim razie głos historii…

Sott Editors
Sott.net
5 grudnia 2010, 15:57 CST

© Reuters -- People Power!

Sporo się wydarzyło od czasu, kiedy opulikowaliśmy ostatni odcinek Connecting the Dots, ale niewiele się w istotny sposób zmieniło. Wolontariusze z ekipy SOTT byli ostatnio pochłonięci pracą nad uruchomieniem czasopisma The Dot Connector Magazine. Ażeby zawsze być na bieżąco z naszymi próbami łączenia punktów, możecie – jeśli tego jeszcze nie zrobiliście – zaprenumerować nasz ilustrowany dwumiesięcznik poświęcony dostarczaniu bezstronnych faktów, związanych z najważniejszymi dla wszystkich ludzi zagadnieniami.

Kiedy tak wiele dzieje się naraz, trudno jest dostrzec, jakie zdarzenie czy trend przedstawia największe zagrożenie dla ludzkości. Czy jest nim zejście do faszyzmu, co ma miejsce w Stanach Zjednoczonych? Czy jest nim to obrzydliwe molestowanie w stylu Wielkiego Brata, dokonywane z użyciem skanerów ciała i upokarzającego „obmacywania”? A może budowanie atmosfery terroru w wykonaniu FBI i wielu innych agencji oznaczanych wszelkimi możliwymi literami alfabetu? A co z izraelskim uciskiem w Palestynie, wraz z ich manipulowaniem globalną percepcją i niezrównanym wkładem w zakłócanie geopolityki? Trwająca dewastacja Iraku, Afganistanu i Pakistanu? Wyciskanie zachodnich gospodarek w celu zrównania ich z krajami Trzeciego Świata oraz rosnące ceny żywności? A może jest to tak szybko przychodząca na półkulę północną zima i biblijne powodzie spowodowane ulewnymi deszczami?

Przyłączcie się do nas w próbie odfiltrowania szumu tła i zdarzeń mających odwrócić uwagę, co staramy się osiągnąć łącząc istotne elementy różnych trendów.

Licencja na szpiegowanie, licencja na zabijanie

Prezydent Stanów Zjednoczonych nie jest u władzy. Gdyby tak było, można by się spodziewać chociaż minimalnej zmiany kierunku w stosunku do polityki jego poprzednika. W końcu Bush i Obama wywodzą się z różnych partii i mają różne osobowości. Różni są też członkowie ich gabinetów. A jednak w Ameryce jakoś utrzymuje się ten szaniec faszyzmu oparty na fałszywej „wojnie z terroryzmem”, jakby niewidzialne ręce neokonów wciąż naciskały przyciski w Białym Domu. Praktycznie rzecz biorąc, Obama i czołowe postaci publiczne w jego administracji po prostu uprawiają public relations na rzecz tajnej elity, która jest tak mocno osadzona w 16 agencjach wywiadowczych, lobby wojskowym, systemie finansowym i bankowym oraz skrytych grupach lobbystów, że nie sposób im się oprzeć. Ten „tajny rząd” z połączeniami do innych mocarstw zachodnich – przede wszystkim Wielkiej Brytanii i Izraela – ma plan, w którym masy zwykłych ludzi uważane są za główne zagrożenie.

Nie, Obama nie jest u władzy. Ale to nie znaczy, że nie ponosi odpowiedzialności za kradzież naszych swobód. Czy gdyby był człowiekiem sumienia, to jego administracja upierałaby się w sądzie federalnym, że władza wykonawcza powinna mieć niepodważalne prawo zabicia dowolnego człowieka na świecie (z obywatelami USA włącznie), który w ich opinii stanowi zagrożenie? Wszystko wskazuje na to, że wniosek prezydenta, naruszający zarówno konstytucję Stanów Zjednoczonych, jak i prawo międzynarodowe, prędzej czy później zostanie przyjęty, chyba że stanie się cud. Czy Amerykanie będą musieli znosić ataki rakietowe dronów, podobnie jak Pakistańczycy? A ci, którzy nie zostaną zamordowani, będą bez procesu zatrzymani na czas nieokreślony jako podejrzani o „terroryzm”?

Czy gdyby Obama-Orędownik miał choćby cień przyzwoitości, przyzwoliłby na jeszcze częstsze rozlokowywanie wojsk na amerykańskiej ziemi?

Do jawnego wzięcia pod klucz życia ludzi musimy dodać skrytą kontrolę, jaka pod pretekstem „ochrony bezpieczeństwa” odbywa się już od lat w formie nadzoru i innych nikczemnych technik. Można to porównać do paranoi partii rządzącej w NRD i ich organu bezpieczeństwa, Stasi, przed upadkiem muru berlińskiego – paranoja nie przed wrogami lub terrorystami, ale w stosunku do własnej ludności. Dziś różnica jest taka, że technologia nie wymaga armii szpiegów otwierających koperty w celu przeczytania prywatnej korespondencji. W dzisiejszej Ameryce spece komputerowi z Agencji Bezpieczeństwa Narodowego (NSA) łączą siły z Homeland Security (DHS) rzekomo w celu walki z „cyber-atakami”. Ale jak słusznie zauważyli obrońcy swobód obywatelskich, nie ma żadnej gwarancji, że ta centralizacja działań i zasobów nie spowoduje naruszenia prywatności obywateli. Dodajmy, że naiwnością byłoby sądzić, iż jeszcze się tak nie dzieje i że nie taki był prawdziwy cel od samego początku. Co ciekawe, jednostka departamentu obrony pod nazwą Cyber Command (cyberdowództwo), która formalnie „osiągnęła pełną zdolność operacyjną”, jest dowodzona przez gen. Keitha Alexandera, który jak się okazuje kieruje także agencją NSA, z którą Cyber Command dzieli siedzibę i która nie ukrywa swojej współpracy z Departamentem Bezpieczeństwa Krajowego. Do ich funkcji należy nie tylko obrona własnych sieci, ale i atakowanie sieci „innych”. Kim mogą być ci inni, nie jest sprecyzowane, ale w świecie, gdzie informacja jest potęgą, wszyscy jesteśmy potencjalnie celami. DHS rozpoczął przejmowanie i zamykanie stron internetowych i domen bez nakazu sądowego i zamieszczanie na nich loga „Ministerstwa Sprawiedliwości”. Jak do tej pory w uzasadnieniu podawano „naruszenia praw autorskich”, lecz bez należytego procesu prawnego mogą postawić taki zarzut każdemu.

Tendencja ta nie jest charakterystyczna jedynie dla USA. W Zjednoczonym Królestwie na łamach rządowego przeglądu strategicznego „Strategic Defence and Security Review” ogłoszono plany przyznania tajnym służbom i policji nieograniczonych uprawnień, pozwalających im śledzić każdą rozmowę telefoniczną każdego obywatela, jego każdy e-mail, wiadomość tekstową i odwiedziny na stronach internetowych. Przywraca to do życia wniosek złożony przez poprzedni rząd laburzystów i nastanie to pomimo obietnic wyborczych obecnego rządu, że nie będzie tego robić. Ponownie pytamy, czy nie wskazuje to wyraźnie, że prezydenci i premierzy wypełniają po prostu rozkazy z zewnątrz w ramach realizacji długoterminowego programu?

Gdy rządy innych krajów czy też całe narody nie chcą zgodzić się na globalizację pod nadzorem super-państwa, istnieją inne sposoby na kontynuację zamierzeń. Nordyckie rządy Danii, Islandii, Norwegii, Finlandii i Szwecji nie zostały powiadomione, gdy USA zaczęły nielegalnie szpiegować ich obywateli. Rządy te prawdopodobnie nigdy by się o tym nie dowiedziały, gdyby norweski kanał TV2 nie wyemitował raportu ujawniającego, że przez 10 lat grupa amerykańskich agentów szpiegowała 15-20 Norwegów, wybranych z racji ich udziału w różnych publicznych wiecach. Z drugiej strrony, rząd Meksyku postanowił bezwstydnie zrezygnować z resztek swojej suwerenności na rzecz hegemonii amerykańskiej potęgi w zamian za wątpliwą „pomoc” w wojnie z kartelami narkotykowymi. Również i tam ludzie nic by o tym nie wiedzieli, gdyby nie niezależny dziennik „Proceso”, który ujawnił utworzenie amerykańskiego ośrodka szpiegowskiego w centrum Mexico City, gdzie znajdują się biura CIA, FBI, DEA, Defense Intelligence, BATF, Departamentu Skarbu i wszelakich agencji Imperium. Rząd meksykański mógłby równie dobrze sprzedać im ten teren jako część terytorium USA – przynajmniej dostałby w zamian trochę gotówki.

Skanery, drukarki i Pistole-ty

To w takim to orwellowskim klimacie ludzie muszą znosić kolejne upokorzenia i molestowanie z rąk agentów Urzędu Bezpieczeństwa Transportu (TSA) i ich porno-skanerów, niebezpiecznie napromieniowujących i wywołujących raka. Wydaje się, że „obszukiwanie ” i skanery mają na celu albo obdarcie ludzi z resztek godności, albo sprowokowanie ich do reakcji. Kobieta w trakcie menstruacji, której podpaska „zasłoniła” na ekranie skanera obraz zazwyczaj nagiego ciała, została poddana obszukaniu: „tak inwazyjnemu, że się rozpłakałam i musiałam walczyć z nachodzącymi mnie wspomnieniami wcześniejszych ataków na tle seksualnym”. Inna kobieta skarżyła się, że została wybrana do dalszego prześwietlenia piersi. Kolejna, producentka z ABC, stwierdziła, że sprawdzająca ją agentka „wsadziła jej ręce w majtki i dokładnie ją obmacała”. Także mały chłopiec – oczywisty „podejrzany o terroryzm” – został obszukany przez TSA. Czy zachowanie agentów TSA jest ludzkie? Czy możecie sobie wyobrazić kogoś robiącego to samo dzieciom i kobietom z waszej społeczności?

© Unknown

Ten absurd raczej nie skończy się szybko, a oto powody. Obie firmy, które dostarczają TSA porno-skanerów (po 130.000 – 170.000 dolarów za sztukę) – L-3 Communications i Rapiscan Systems (odpowiednia nazwa dla spółki obdarowanej prawem dokonywania „wirtualnych gwałtów”) – mają na koncie wykorzystywanie wpływowych działaczy politycznych i lobbystów do wywierania nacisku na prawodawców. L-3 Communications wydała w tym roku 4.300.000 dolarów, a Rapiscan 221.500 dolarów, na lobbing rządu federalnego. Skoro były sekretarz Bezpieczeństwa Krajowego (z podwójnym obywatelstwem, izraelskim i amerykańskim) Michael Chertoff pracował jako konsultant dla Rapiscanu, jaka jest szansa, że ktoś w DHS zrobi dobry uczynek i zlikwiduje ten dochodowy „rodzinny interes”? Chertoff, tak przy okazji, jest właścicielem prywatnej firmy konsultingowej Chertoff Group i zasiada w zarządach olbrzymich firm zbrojeniowych i agencji ochrony – z których wszystkie ciągną zyski z technologii „bezpieczeństwa”.

Ten zboczony nonsens szybko rozszerza się na inne sieci transportu i inne obszary. Maszyny-podglądacze pojawiają się w sądach stanowych i wkrótce mogą zostać rozmieszczone również w federalnych. Istnieją również skanery na kołach, które mogą skanować przejeżdżające pojazdy i nie spodziewających się niczego pasażerów. Sekretarz DHS, Janet Napolitano, przekazała w wywiadzie dla mediów i inne złe wieści: „[Terroryści] będą nadal testowali ten system i będą próbowali znaleźć nań sposób. […] Musimy również myśleć o rozszerzeniu działań na transport publiczny, pociągi i statki”. John Pistole, były agent FBI, który obecnie kieruje TSA, przestrzegał już przed tym w lipcu, dwa tygodnie po objęciu nowego miejsca pracy, oświadczając, że odtąd ochrona pociągów i linii metra przed „atakami terrorystycznymi” będzie miała tak samo wysoki priorytet jak podróże lotnicze.

Dobrą wiadomością jest to, że ludzie są niezadowoleni – bo oczywiście powinni być. Związki zawodowe pilotów linii US Airways i American Airlines wezwały swoich członków do unikania skanowania ciała w punktach kontrolnych lotnisk, natomiast organizacja Electronic Privacy Information Center pozwała TSA do sądu. Wrażliwi członkowie rady miasta Nowy Jork proponują wprowadzenie ustawy zakazującej stosowania skanerów ciała w Nowym Jorku, w tym na obu nowojorskich lotniskach. Reprezentant ze stanu Idaho, Phil Hart, proponuje przepisy, które narzuciłyby na dyrektora stanowego Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego w Idaho obowiązek zbadania zagrożeń związanych z technologią backscatter wykorzystywaną w tych skanerach i które, jeżeli technologia ta okaże się bezpieczna, dopuszczałyby jej używanie wyłącznie pomocniczo.

Grupy obywatelskie poprosiły podróżnych linii lotniczych, aby zaprotestowali w przeddzień Święta Dziękczynienia bądź to rezygnując z lotu, bądź nie zgadzając się na kontrolę za pomocą skanera. Gdy nadszedł ten dzień, TSA po prostu uniknęło złej sławy wyłączając skanery. Niemniej jednak, w samym tylko listopadzie do American Civil Liberties Union (ACLU) wpłynęło ponad 900 skarg od podróżnych, a poparcie dla tych inwazyjnych środków bezpieczeństwa szybko spada (jeśli wierzyć sondażom opinii publicznej).

Pod koniec października, po drugiej stronie Atlantyku, szef linii British Airways, Martin Broughton, zażądał złagodzenia „całkowicie zbędnej” kontroli pasażerów na lotniskach, w tym zdejmowania butów i odrębnej kontroli laptopów. Co ciekawe, tuż po wyemitowaniu głosu rozsądku Broughtona musieliśmy przetrwać kolejny  hiper przerażający terror w postaci stanowiących rzekomo śmiertelne zagrożenie wkładów do  drukarek, przybywających do Wielkiej Brytanii i Dubaju samolotami UPS aż z Jemenu, a przeznaczonych dla Stanów Zjednoczonych – a dokładniej, dla dwóch synagog w Chicago. Nieważne, że ze wstępnych raportów wynika, że „podejrzane kasety z tonerem”, które dotarły do Wielkiej Brytanii, zostały pozytywnie przebadane pod kątem obecności materiałów wybuchowych. Obama-Orędownik oświadczył, że istnieje „wiarygodne zagrożenie terrorystyczne w naszym kraju” (tj. w Stanach Zjednoczonych, chociaż kasety islamistów były wówczas przetrzymywane na lotnisku w magazynie British Midlands) i dodał, że „wstępne badanie tych paczek wykazało obecność materiału wybuchowego”. Krótko mówiąc, zrobił dokładnie to, co robił Bush – powiedział społeczeństwu coś dokładnie przeciwnego do prawdy i uczynił to z przekonaniem. Szczerze mówiąc, nie potrafimy już powiedzieć, co z poniższej listy podejrzanych stanowi największe zagrożenie dla naszej wolności – buty, woda w plastikowej butelce, toner do drukarek, czy nasze gacie. Coś jeszcze nas tu dręczy – dlaczego jemeńscy urzędnicy twierdzili, że w tamtych dniach żaden samolot UPS nie opuścił Jemenu i od czasu farsy z bożonarodzeniowym Bieliźnianym Zamachowcem w zeszłym roku nie było żadnych bezpośrednich lotów z Jemenu do Wielkiej Brytanii [nie dość tego, według jemeńskich władz żadne samoloty transportowe UPS nie lądują w Jemenie ani z niego nie wylatują. – przyp.]. Co więcej, zastanawiamy się, czy decyzja Obamy dotycząca eskalacji interwencji USA w Jemenie przez umieszczenie tam amerykańskich jednostek wojskowych pod kontrolą CIA, co ma na celu ułatwienie wzmożonych ataków dronów i zabójstw dokonywanych przez szwadrony śmierci, nie była faktycznie podjęta przed histerią wokół tonerów. W takiej sytuacji ów wyczyn fikcyjnego terroryzmu potrzebny byłby dla przydania pozoru sprawiedliwości barbarzyńskim manewrom wymierzonym przeciwko sto razy mniejszemu krajowi.

“Siedmiu z Miami” – ot, paru nieszczęśników przyskrzynionych przez FBI

Prawie miesiąc później opinii publicznej w USA – coraz bardziej rozeźlonej za masowe molestowanie seksualne w wykonaniu TSA – potrzebna była poprawka z warunkowania, trochę strachu, który czyniłby perwersyjne maszyny akceptowalnymi nie tylko na lotniskach, ale i na ulicach. FBI wykorzystało swoją starą, sprawdzoną metodę produkcji fałszywego terroryzmu, tę samą, która została jednoznacznie zdemaskowana w przypadku „komórki terrorystycznej z Miami” z 2006 roku. Agent FBI udawał wówczas przedstawiciela Al-KaidyTM i zaoferował siedmiu imigrantom mieszkającym w magazynach na Florydzie 50.000 dolarów za odegranie roli w unkutym na ich konto dreszczowcu z zamachem terrorystycznym na budynek Sears Tower i inne biurowce w Chicago. Agent FBI dostarczył również grupie urządzenia takie jak aparaty fotograficzne oraz buty wojskowe – aczkolwiek biedacy zapomnieli poprosić o materiały wybuchowe. Oczywiście grupa dała się zwabić łatwą forsą, choć niespecjalnie była zainteresowana faktycznym przeprowadzeniem zamachów. Jednak jej użyteczny idiotyzm został skonsumowany, a imigranci zostali zatrzymani i paradowali w mediach jako „niebezpieczni terroryści”. W swoim najnowszym brawurowym akcie „walki z terroryzmem” agenci FBI podający się za agentów Al-KaidyTM zwerbowali somalijsko- amerykańskiego nastolatka z Portland, Osmana Mohamuda, aż po sześciu miesiącach pracy nad nim w końcu zgodził się wziąć udział w (lewej) akcji z samochodem-pułapką [PL]. Mohamud dostał plan, sprzęt i środki z FBI i w momencie, kiedy miał udać zdalne detonowanie bomby za pomocą telefonu komórkowego – Brawo! – FBI wkroczyło i Osman został ujęty, a następnie oskarżony o „terroryzm”.

Dokładnie tę samą metodę zastosowano w Waszyngtonie mniej więcej w czasie historii z tonerem. Tym razem użyteczny idiota Farooque Ahmed został oskarżony o usiłowanie „zapewnienia wsparcia materialnego Al-KaidzieTM” i o „zbieranie informacji, aby pomóc w zaplanowaniu ataku terrorystycznego na stację metra”. Okazało się, że werbujący go członkowie Al-KaidyTM nie byli tymi, za kogo się podawali (a kiedykolwiek byli?), ale –domyślacie się? – agentami Federalnego Biura Śledczego federalnego rządu Stanów Zjednoczonych.

Raczej wygląda to jakby FBI po prostu musiało dokonywać aktów terrorystycznych przeciwko Amerykanom. Czy to zatem nie FBI powinniśmy się bać? Być może brytyjska policja przejmie technikę FBI, kiedy Brytyjczycy rozpowszechnią wiadomość, że spośród 100 tysięcy akcji przeprowadzonych w zeszłym roku przez ich policję, obdarowaną nowymi antyterrorystycznymi uprawnieniami, ani jedna osoba nie została aresztowana za przestępstwa związane z terroryzmem.

Interesujące jest to, że pomimo nadużyć „wojny z terroryzmem” i błazenad w stylu opisanych powyżej, jakie stały się powszechną praktyką od czasu 9/11, stacja Fox News odeszła niedawno od swojej pochlebczej postawy. Po raz pierwszy jesteśmy świadkami nieśmiałych i nieco niezdecydowanych, ale jednak prób zakwestionowania oficjalnych komentarzy. Na przykład Geraldo Rivera wydaje się poważnie brać pod uwagę możliwość, że budynek WTC 7 zawalił się zgodnie z prawem swobodnego spadania i to z powodów innych niż „niewielkie pożary i spadający nań gruz”. Rivera zaprosił nawet do swojego programu gości, którzy Raport Komisji ws. 9/11 nazwali “wybielaniem”. Fox News twierdzi również, że stacja weszła w posiadanie dokumentów wskazujących, że jeden z przywódców Al-Kaidy, Anwar Al-Awlaki, pierwszy Amerykanin na liście CIA zabij-lub-złap, został zaproszony na lunch w Pentagonie… po atakach terrorystycznych z 11 września. Pewnie będziecie się zastanawiać, czy tymi okruchami prawdy właściciel News Corp, Rupert Murdoch (lub ktoś, bądź coś, działający za jego pośrednictwem) wywiera naciski na administrację Obamy, bo nie robił tego samego swojemu kumplowi, Dubya.

Nierozerwalna więź

Rząd „zmiany” Obamy ma w roku 2011 podnieść wartość amerykańskiego sprzętu wojskowego składowanego w Izraelu do 1 mld dolarów, a kolejnych 200 mln ma zostać dodane w roku 2012. Jakby państwo Izrael nie miało dość funduszy, przy corocznej „pomocy” w wysokości 3 miliardów dolarów, jakie dostaje od USA. Jakby potrzebowało tego sprzętu, biorąc pod uwagę, że Izrael jest najpotężniejszym reżimem wojskowym i jedynym posiadaczem broni jądrowej w regionie. Zapasy broni są dzielone przez tych partnerów w zbrodni, mogą być bowiem wykorzystane zarówno przez siły amerykańskie, jak i państwa obdarowanego. W jaki sposób arsenał broni może być użyty, ilustruje izraelska inwazja na Liban z 2006 r., gdy za pieniądze amerykańskich podatników zabito 1200 libańskich cywilów. Być może, gdyby potężni przywódcy Stanów Zjednoczonych nie byli psychopatyczni, przestaliby przynajmniej dostarczać paliwo dla izraelskiej machiny wojennej po tym, co ta zrobiła najpierw Libanowi, a potem Gazie na początku 2009 roku. Ale sądząc po ich czynach i słowach, są wyraźnie psychopatyczni. Popatrzcie na fanatyzm Joe Bidena, który podkreśla, że poparcie USA dla tego syjonistycznego państwa będzie “wieczne”, bez względu na to, co uczyni Izrael. „Więzi między naszymi krajami są dosłownie nie do zerwania” – dodał. Jeśli nie jest to carte blanche dla Izraela do popełniania wszelkich zbrodni, jakie uzna za stosowne, to co to jest?

Zastanawiamy się, jak absurdalne stanie się to pojęcie „więź nie do zerwania”.  Zasłużeni Republikanie, pod przywództwem Erica Cantora – jedynego żydowskiego republikańskiego członka Izby Reprezentantów Kongresu USA – starają się przesunąć budżet pomocowy przeznaczony na izraelskie „bezpeczeństwo” z Departamentu Stanu do Pentagonu. Chodzi o to, aby zapewnić jego trwałość i umożliwić jednocześnie żydowskiemu lobby zarządzanie pieniędzmi płynącymi do innych krajów. Jeżeli wszystko będzie dalej szło tym torem, wkrótce wszystkie operacje Pentagonu zostaną przeniesione hurtem do Tel Awiwu!

Do tego wszystkiego Obama po raz kolejny pokazał, kto nie jest szefem, dostarczając izraelskiemu rządowi pisemną gwarancję – omaszczoną kwotą 3,5 miliardów dolarów – nie wywierania presji na państwo żydowskie w kwestii zamrożenia kolejnych osiedleń, jeśli Izrael zaakceptuje ograniczone, 90-dniowe moratorium na budowę mające ożywić bliskowschodnie rozmowy pokojowe. Czy możemy zasugerować, że zamiast dawać pieniądze Tel Awiwowi, aby ten łaskawie zaakceptował minimum ograniczeń, o wiele lepszym pomysłem byłoby nie dawanie mu żadnych pieniędzy? Ta niezwykle żałosna sytuacja byłaby niemal śmieszna, gdyby nie tragiczne konsekwencje dla ludzkiego życia. Zastrzyk gotówki przychodzi bezpośrednio po ogłoszeniu przez Izrael nowych planów budowy 800 domów na okupowanum terytorium Zachodniego Brzegu i kilka godzin po tym, jak administracja Obamy wyraziła „głębokie rozczarowanie” z powodu zatwierdzenia ponad 1300 żydowskich domów we wschodniej Jerozolimie.

© Unknown

To jeszcze nie wszystkie złe wiadomości z ubiegłego miesiąca, jeśli chodzi o stosunki amerykańsko-izraelskie. Badania opinii publicznej wskazują, że naród amerykański opowiada się za wycofaniem się ich kraju z wspierania syjonistycznego państwa. Daleko jeszcze do dnia, kiedy uczucie przerażenia i oburzenie ludzi na świecie będzie rzeczywiście mieć wpływ na politykę. Okazało się również, że pro-izraelskie lobby grupy AIPAC – unia ponerogenna – o ile taka kiedykolwiek istniała – jest pod ostrzałem dzięki własnej lekkomyślności. Steve Rosen, były nr 2 AIPAC-u, został niedawno oskarżony na podstawie amerykańskiej ustawy o szpiegostwie, a następnie wyrzucony z organizacji. Rząd USA oddalił wszystkie oskarżenia, ponieważ nie spodziewał się wygrać sprawy. Ale Rosen, bardziej troszczący się o własną reputację niż o lojalność wobec patologicznego przypadku AIPAC-u, pozywa swoich byłych pracodawców na 20 milionów dolarów. AIPAC twierdzi, że Rosen zachowywał się w sposób, który „nie spełnia standardów, jakich AIPAC oczekuje od swoich pracowników”. Wręcz przeciwnie – mówi Rosen – wszystko co robił, albo o co był oskarżony, należy do standardowej procedury operacyjnej AIPAC-u i jest on w posiadaniu 180 dokumentów, które mogą to udowodnić. Chętnie witamy ekspozycję i upadek grupy działającej na rzecz wojny i cierpienia na Bliskim Wschodzie. (Gdzie jest WikiLeaks, gdy jej potrzeba?)

Nie trzymamy się próżnej nadziei, jednak, jak doskonale wiemy, zachodni przywódcy mają powód, by wspierać syjonistyczne kolonialne dążenia – i nie jest nim zdobycie lub utrata głosów. Dobrym przykładem jest francuski prezydent Nicolas Sarkozy, który przyznał się do swego żydowskiego pochodzenia. Co ważniejsze, „Le Figaro” ujawnił ostatnio, że „Le Sarko” pracował kiedyś – i być może wciąż pracuje, zasugerował francuski dziennik – dla izraelskiego wywiadu jako „Sayan” (hebr. pomocnik), jeden z tysięcy żydów w krajach innych niż Izrael, którzy współpracują z „katsas”, oficerami Mossadu. Raz w Mossadzie, na zawsze w Mossadzie.

Skoro przy tym jesteśmy, to czy ktoś jeszcze dostrzega ten dziwny schemat, polegający na tym, że konwoje z pomocą humanitarną dla Gazy napotykają przeszkody nie do pokonania, podczas gdy media nieodpowiedzialnie szafują słowem „terroryści”? Pod koniec października misja pomocowa „Viva Palestina” bezpiecznie dotarła do Gazy i  dostarczyła tony artykułów o wartości przekraczającej 5 milionów dolarów. Jednakże tuż przed tym delegacja, w skaład której wchodzili były prezydent USA Jimmy Carter, była prezydent Irlandii Mary Robinson i były wysłannik ONZ Lakhdar Brahimi, spotkała się z prezydentem Syrii, Baszarem Asadem, oraz z przywódcami Hamasu w Syrii. Carter słusznie zauważył, że „blokada jest jednym z najpoważniejszych naruszeń praw człowieka i musi być całkowicie zniesiona”.

© Road to Hope – Uczestnicy konwoju Droga ku nadziei uprowadzeni przez kapitana wyczarterowanego statku

Być może Mossad czuł, że konwój „Droga ku nadziei”, prowadzony m.in. przez irlandzko-palestyńskiego aktywistę, Kena O’Keefe’a, był aktem zbyt daleko posuniętej dobroci, i zdecydował, że czas wyciągnąć z kapelusza kolejny świński trik i rzucić konwojowi kłodę pod nogi. „Droga ku nadziei” wyczarterowała grecki statek „Strofades IV”, który miał ich przewieźć z Libii do egipskiego portu Al-Arisz, albowiem egipski rząd nie zezwolił konwojowi na transport drogą lądową przez swoje terytorium. Kiedy na konto firmy żeglugowej przelane zostało aż 75.000 dolarów, ukraiński kapitan statku wpadł w szał w trakcie załadunku i pod pretekstem nieprawidłowości finansowych wypłynął [pl] w pośpiechu, kierując statek do Grecji zamiast do Egiptu. Podniósł rampę statku, rzucił liny cumownicze, a następnie przeciągnął ten duży statek tam i z powrotem po betonowej ścianie nabrzeża. Co próbował zrobić? Roztrzaskać własny statek?! Jeden z samochodów konwoju został na rampie uniesionej pod kątem 45 stopni. Kapitan w końcu wypłynął z portu i pognał łódź do Grecji, zabierając 10 aktywistów oraz 7 Libijczyków, w tym policjantów i urzędników portowych, oczywiście wbrew ich woli. Prawdopodobnie uświadomiwszy sobie, że praktycznie porwał tych ludzi, próbował ukryć swój akt szaleństwa, oskarżając działaczy o „terroryzm”. W globalnym klimacie histerii jego słowa odniosły zamierzony efekt – kiedy statek wpłynął do Pireusu, na pokład wdarli się greccy komandosi i trzymali pracowników pomocowych na muszce w kajucie 2,5 na 2,5 metra. W końcu grecki rząd uwolnił jeńców, wcześniej jednak musieli przejść zwyczajowe poniżające traktowanie, aplikowane każdemu, kto nie wspiera programu „wojny z terroryzmem”. (Koniecznie obejrzyjcie The SOTT Report[PL] i posłuchajcie wywiadu z Kenem O’Keefem.)

Skoro jesteśmy przy kwestii Mossadu i pociągających za sznurki sympatyków syjonizmu, chcielibyśmy przytoczyć słowa naszego Joe Quinna na temat „rewelacji” WikiLeaks Juliana Assange’a:

Dokumenty WikiLeaks należy rozpatrywać w szerszym kontekście. Alternatywne strony informacyjne jak najbardziej powinny kontunuować wyświetlanie niesprawiedliwości dokonywanych przez rząd amerykański, brytyjski i wszelkie inne, ujawnianych przez te dokumenty. Ale gdzie jest krytyka pozostałych dokumentów, potwierdzających standardowe izraelsko-amerykańskie komentarze – że Iran stanowi „zagrożenie dla istnienia” Izraela i umiarkowanych” krajów arabskich?

Czy kogokolwiek obchodzi, że dokumenty te w oczywisty sposób wspierają amerykańskich i izraelskich podżegaczy wojennych? Czy oprócz mnie, ktoś jeszcze uważa, że to zdumiewające? Gdzie się podziało krytyczne myślenie?

Chcemy, aby było jasne, że my tutaj, w SOTT.net, jak najbardziej wspieramy działania WikiLeaks, zdecydowanie jesteśmy za wszystkim, co WikiLeaks zrobiła – za przeciekami, ujawnianiem informacji, wolnością słowa i tak dalej. W dokumentach, które wyciekły, widzimy jednak coś niepokojącego – wysoki poziom patologii prezentowanej przez przywódców i przedstawicieli władzy, odpowiedzialnych za tę naszą kulę niebieską unoszącą się w przestrzeni – ta kwestia jednak nie jest w ogóle poruszana przez tych licznych komentatorów, wypowiadających się na ten temat, a już sposób prezentowania problemu przez mass media jest po prostu karygodny. Przypuszczamy, że nie można wylewać dziecka z kąpielą, ale dopiero czas pokaże, czy w ostatecznym rozrachunku skandal z Wikileaks okaże się pozytywny, czy też nie.

Ludzie na świecie muszą otwarcie wspierać ludność palestyńską w Strefie Gazy i na Zachodnim Brzegu. Wysiłki zmierzające do uzyskania pomocy dla Gazy są szczególnie ważne. Izraelska organizacja praw człowieka Gisha wygrała bitwę o opublikowanie „dokumentów, ujawniających celową politykę rządu Izraela, według której potrzeby żywieniowe Gazańczyków są wyliczane z zimną krwią, a ilość żywności wpuszczanej przez rząd Izraela ma wystarczyć na utrzymanie populacji przy życiu, jednakowoż na granicy głodu.” W świetle takiej psychopatycznej polityki nie dziwi fakt, że wojsko i wywiad izraelski są skore do sabotażu, a nawet zabijania, byle tylko nie dopuścić do dostarczenia Gazie tak bardzo potrzebnych tam produktów.

Innym przejawem niejawnej polityki Izraela wobec Palestyńczyków jest rozmyślne mierzenie w dzieci. W samym tylko październiku policja izraelska zrobiła we Wschodniej Jerozolimie obławy na ponad setkę palestyńskich dzieci, z których wiele nie jest jeszcze nastolatkami. Organizacja Defence for Children International udokumentowała przypadki seksualnego wykorzystywania dzieci przez izraelskich żołnierzy, jak również stosowanie tortur przez porażenie prądem. Kiedy nad palestyńskimi dzieciakami nie znęcają się izraelscy żołnierze, robią to wściekli izraelscy osadnicy:

To tacy sami dzielni osadnicy jak ci, którzy znajdują przyjemność w podpalaniu kościołów koktajlami Mołotowa w Jerozolimie. W Izraelu, kraju apartheidu, takie zachowanie nie jest potępiane – dopuszczają je rasistowskie ustawy, umożliwiające społecznościom o liczebności do 500 osób wybieranie komisji rekrutacyjnych, które mogą odrzucać nowych mieszkańców ze względu na ich „kulturowe i społeczne poglądy”- oczywisty eufemizm pozwalający odrzucić nie-Żydów (czyli rodzimą ludność palestyńską).

Rozszarpywanie Iraku

Koszmar Irakijczyków, który wkroczył w najmroczniejszą fazę siedem lat temu, zdaje się być daleki od zakończenia. Do Bagdadu z pełną siłą powróciły wielkie „zamachy terrorystyczne”. W Iraku, w samym tylko 2010 roku, w wyniku eksplozji „prowizorycznych ładunków wybuchowych” do końca października zginęło 231 osób, a 601 zostało rannych. Ostatnia fala przemocy osiągnęła szczyt 29 października, kiedy potężny wybuch wstrząsnął zatłoczoną kawiarnią na północ od centrum Bagdadu, zabijając co najmniej 30 osób i raniąc wiele innych. Kilka dni później napastnicy w Bagdadzie wzięli jako zakładników grupę chrześcijan. Oblężenie zamieniło się w krwawą łaźnię, w której zginęło 58 ludzi. Dwa dni potem łącznie kilkaset osób zostało rannych po wybuchach szesnastu bomb w całym Bagdadzie – dziesięciu samochodów pułapek, czterech bomb podłożonych przy drogach oraz dwóch „lepkich bomb”, które eksplodowały w restauracji i kawiarni. A wszystko w ciągu jednego dnia.

Według oficjalnej wersji napastnicy, którzy zajęli kościół Panny Zbawicielki, żądali uwolnienia więzionych członków Al Kaidy™. Żądania miały znaleźć się na stronie internetowej rebeliantów, rzekomo należącej do „Islamskiego Iraku” – sunnickiego ugrupowania, do którego mają należeć wszyscy członkowie irackiej Al Kaidy™, a które podobno przyznało się do zamachu. Nie ma tu oczywiście żadnego pewnika. Wręcz przeciwnie, to jedynie wersja dla mediów, które mają bezmyślnie ją powielać, aby przekonać nas, że muzułmańscy fanatycy celowo gnębią swoich pobratymców w obronie, hmm… swoich pobratymców. My wolimy podejście „just the facts ma’am” (kwestia Joe Fridaya z serialu „Dragnet” – przyp. tłum.) – jak najwierniej odtworzyć przebieg masakry, po czym zadać kluczowe pytanie: kto na tym zyskuje?

© The Associated Press - Na zdjęciu wnętrze kościoła Panny Zbawicielki po ataku.

Wszystko zaczęło się od eksplozji bomby samochodowej obok kościoła, gdzie około stu wiernych uczestniczyło w wieczornej mszy. Następnie padły strzały ze strony grupy uzbrojonych mężczyzn, którzy według policyjnych relacji początkowo zaatakowali Iracką Giełdę Papierów Wartościowych, po czym ruszyli do katolickiego kościoła, mieszczącego się po drugiej stronie ulicy, zabijając kilku strażników. Po wtargnięciu do kościoła zabili księdza. Zaraz potem przybyły siły bezpieczeństwa i tak rozpoczęło się oblężenie. Zamachowcy skontaktowali się z władzami za pomocą telefonu komórkowego, jednak w trakcie negocjacji przeprowadzono szturm na kościół, czego skutkiem była krwawa łaźnia, w której wśród licznych ofiar znależli się wszyscy zamachowcy. Tak przedstawiają się wydarzenia według BBC. Stacja opuściła jednak kilka interesujących szczegółów. Już z innego źródła czytamy, że

zatrzymano dowódcę irackiej policji w celu przesłuchania go w sprawie krwawego zamachu sprzed dwóch dni na katolicki kościół w stolicy.

Rzecznik irackiego wojska powiedział, że premier Nouri al-Maliki nakazał zatrzymanie dowódcy policji, nie podał jednak jego nazwiska. Zatrzymany dowódca był odpowiedzialny za bezpieczeństwo w bagdadzkiej dzielnicy Karradah, gdzie mieści się kościół Panny Zbawicielki.

Jak powiedział al-Musawi, napastnicy nosili mundury strażników pracujących dla jednej z firm ochroniarskich, mieli też fałszywe dokumenty.

Mamy wiele pytań dotyczących tego, jak tylu terrorystom udało się wtargnąć do kościoła w centrum Bagdadu”, dodał.

To interesujące, że ów dowódca został zatrzymany z nakazu rządu sterowanego przez USA. Czy podejrzewano go o udział w zamachu, czy może, wykonując swe obowiązki, odkrył on prawdziwą tożsamość terrorystów?

© Karim Kadim/The Associated Press - Iracki żołnierz obok wraku samochodu-pułapki, który eksplodował we wtorek wieczorem w Bagdadzie

W kółko jesteśmy świadkami wymyślnych aktów terroryzmu i mamy wierzyć, że wszystkie są dziełem jednej grupy, obleganej obecnie w górach Afganistanu, składającej się do tego z co najwyżej 50 Afgańczyków oraz skromnej reprezentacji w krajach takich jak Somalia czy Jemen. (To według Międzynarodowego Instytutu Studiów Strategicznych z centralą w Londynie.) Ta grupa-widmo znana światu jako Al Kaida™ jest nad wyraz wyolbrzymionym zagrożeniem. A mimo to mamy wierzyć, że organizują na całym świecie zamachy, których stopień koordynacji i precyzji może równać się tylko z możliwościami wywiadów i służb bezpieczeństwa najbogatszych państw, dysponując przy tym sprzętem wojskowym, odpowiednią kadrą i specjalistyczną wiedzą. Skoro ów widmowy wróg, znany też jako Al Kaida™, jest w stanie dokonać takich zamachów, dlaczego do diaska swoje wysiłki zwraca przeciwko irackim cywilom, a nie przeciwko Izraelowi i jego sojusznikom, którzy są przecież prawdziwymi „wrogami islamu”? Skoro potrafią zgotować krwawą rzeźnię ze spektakularnym użyciem ładunków wybuchowych na ulicach Bagdadu oraz „ideologicznie zainspirować” braci muzułmanów w USA do podjęcia dżihadu, dlaczego nie zabiorą się za ojców-inkwizytorów „wojny z terrorem” (Cheney, Perle, Wolfowitz, Rice, Rumsfeld, itd.)? Jak stwierdził Paul Craig Roberts w rozmowie z Joe Quinnem w SOTT Report z 1 grudnia, ci ludzie (tj. architekci wojny z terrorem) nie mają przydzielonych agentów tajnych służb ani osobistej ochrony i żyją sobie spokojnie tam, na Zachodzie, jakby pewni tego, że Al Kaida™ ich nie zaatakuje. Jak to możliwe?

Zastanawiamy się także, co Al Kaida™ zamierzała osiągnąć takim spektaklem przemocy? Jeśli, zgodnie z oficjalną wersją, chcieli uwolnić swych koleżków z więzienia, zamiar ten nie udał się, więcej nawet, nie było szans, żeby uszło im to na sucho. Ale z drugiej strony, gdy tylko przyjrzeć się faktom i ewentualnym korzyściom, wtedy obraz stanie się jaśniejszy. Jonathan Azaziah wyjaśnia:

Stworzenie w Iraku podziału prowadzącego do czystek etnicznych było planem syjonistów stworzonym w 1982 roku przez doradcę ds. polityki zagranicznej Izraela, Odeda Yinona. Plany destabilizacji Iraku wznowiono w raporcie „Clean Break” napisanym dla masowego mordercy, Benjamina Netanjahu, przez syjonistycznego szpiega Richarda Perle i kilku innych zbrodniarzy wojennych, w tym Douglasa Feitha, Davida Wurmsera, Meyrava Wurmsera oraz Roberta Loewenberga. Agenci grupy terrorystycznej znanej jako Mossad działali w Iraku już w latach 1950., kiedy syjonistyczny twór państwowy rozpoczął kampanię sabotażu i terroru przeciwko iracko-żydowskiej społeczności. Od początku jego powstania, ostatecznym celem tego nielegalnego pseudo-państwa było zniszczenie Iraku jako narodu, dzięki czemu mógłby spełnić się sen o „Wielkim Izraelu”, a ekstremistyczni koloniści mogliby osiedlić się u brzegów starożytnych rzek Tygrysu i Eufratu.

Krwawa parodia człowieczeństwa z 31 października 2010, która przyniosła śmierć 58 Irakijczyków w bagdadzkiej katedrze Sayedat al-Najat, nie była sprawką Al Kaidy™. Napastnicy wcale nie należeli do Islamskiego Iraku. Ba, nie byli nawet Irakijczykami. Najlepszym zadośćuczynieniem dla ofiar bezsensownej przemocy będzie ujawnienie prawdy o zamachu. A prawda jest taka, że masakra ta nosi ślady syjonistów w każdym przesiąkniętym krwią calu.

[…]

Irackie siły bezpieczeństwa aresztowały pięciu podejrzanych i choć twierdzono, że tylko kilku z nich nie jest Irakijczykami, relacje świadków wskazują, że ani jeden nie był Irakijczykiem, bowiem nikt z nich nie mówił w irackim dialekcie arabskiego, nikt nie miał irackiego akcentu. Podejrzani mówili powszechną odmianą arabskiego, przez co niemożliwe było wskazanie, skąd pochodzą. Co więcej, irackie służby badające masakrę odnalazły 6 zagranicznych paszportów: trzy z Jemenu i trzy z Egiptu. Odkryto też, że napastnicy mogli swobodnie przejść punkty kontrolne okupanta (tj. USA), ponieważ wyglądali jak najemnicy zagranicznych firm ochroniarskich, a poza paszportami mieli przy sobie fałszywe dowody tożsamości.

Tak więc wyglądali na obcokrajowców, nie mieli tamtejszego akcentu, mieli lewe dokumenty, a do tego byli ubrani jak najemnicy. Teraz przypomnijcie sobie o zsynchronizowanych eksplozjach szesnastu ładunków wcześniej tego samego dnia – ofiarami byli przypadkowi cywile – sunnici, szyici, chrześcijanie. Kto na tym zyskał? Gdy wziąć pod uwagę patologiczną logikę „dziel i rządź”, z rozdarcia Iraku dużą korzyść miałby Izrael. A jeśli ten plan nie jest wykonalny, masakra dostarcza pretekst amerykańskim żołnierzom, aby „zostać trochę dłużej”. Bowiem ze 170 tysięcy w szczytowym 2006 roku, zostało ich zaledwie 50 tysięcy. A przy takim obrocie spraw nie będzie planów wycofania wojsk z Iraku w przyszłym roku. Słychać też głosy, że to sam rząd Iraku stoi za zamachem, rzekomo dlatego, że niektórzy skorumpowani urzędnicy wolą, aby żołnierze amerykańscy zostali i chronili ich. I to jest możliwe – jakikolwiek jest jego udział w tym zamachu, wiadomo, że wojsko amerykańskie działa poprzez irackie siły – ale żeby największą odpowiedzialność za masakrę zrzucić na marionetkowy rząd Iraku, to jak powiedzieć, że psi ogon merda psem.

NATO na zawsze

© Unknown -- Żołnierze NATO

Imperialna logika podboju, która dla uważnego obserwatora powinna być widoczna od samego początku, objawiła się całemu światu, kiedy administracja Baraka Barbarzyńcy „podjęła decyzję o rozpoczęciu publicznego wycofywania się z terminów – jeszcze niedawno ostatecznych – zakończenia wojny w Afganistanie, chcąc w ten sposób uwolnić się od balastu obietnic złożonych przez kandydata Baraka Obamę, który zadeklarował był rozpoczęcie wycofywania amerykańskich wojsk w lipcu 2011 roku. Sekretarz Rady [Północnoatlantyckiej] NATO Edmund Whiteside potwierdził to w przemówieniu na Uniwersytecie Concordia w Montrealu, ostrzegając swoich słuchaczy, żeby „spodziewali się, że wojna w Afganistanie – najdłuższa wojskowa operacja w kanadyjskiej i amerykańskiej historii – potrwa „bardzo długo”. […] Afganistan będzie bardzo długim przedsięwzięciem wojskowym.” W podobnym tonie wypowiedział się rzecznik natowskich sił ISAF (Międzynarodowych Sił Wsparcia Bezpieczeństwa) w Afganistanie, niemiecki generał Josef Blotz, który oświadczył, że „nie wdrożono żadnego harmonogramu wycofywania wojsk koalicyjnych” z tego kraju. Tak czy inaczej, dlaczego 152 tysiące żołnierzy NATO walczy w Afganistanie? Ach tak, zapomnieliśmy o zagrożeniu dla świata ze strony tej 50-osobowej Al-KaidyTM. Czy zbyt cyniczne z naszej strony będzie podejrzenie, że obecność NATO ma coś wspólnego z ostatnim doniesieniem o wartych bilion dolarów nienaruszonych złożach surowców mineralnych w Afganistanie?

Przynajmniej niektórzy z tej wojskowej maszynerii muszą mieć dotkliwą świadomoć tego, że wojna wymaga istnienia realnego wroga. Jeżeli nie jest on wystarczająco widoczny dla lokalnych i globalnych obserwatorów, to trzeba go stworzyć, ewentualnie sprowokować do reakcji, która da się przekonująco zakwalifikować jako zbrojna odpowiedź dobrze uzbrojonego i zawziętego przeciwnika. W przeciwnym razie ludzie mogliby pomyśleć, że operacje wojskowe w Afganistanie (i Pakistanie) są niepotrzebne, wycofanie wojsk byłoby nieuniknione, a Afgańczycy i Pakistańczycy sami by sobie poradzili ze swoimi problemami, bez „niezbędnej” interwencji Zachodu. Być może prawdą jest to, co na temat rozmów pomiędzy prezydentem Pakistanu Asifem Alim Zardarim i prezydentem Afganistanu Hamidem Karzajem ujawnia Bob Woodward w swej nowej książce pt. „Obama’s Wars” (Wojny Obamy). Wygląda na to, że podczas spotkania przy obiedzie Zardari otworzył się przed amerykańskim wysłannikiem Zalmayem Khalizadem i powiedział mu, że jest przekonany o tym, że to Stany Zjednoczone potajemnie stoją za wieloma „samobójczymi atakami Talibów” w jego kraju i robią to z intencją „zdestabilizowania Pakistanu, tak by mogły dokonać inwazji i przechwycić jego broń nuklearną”. Co więcej, Zardari wyjawił jeszcze, że kiedy rozmawiał z Karzajem, ten również potwierdził, że za atakami stoją Amerykkanie.

To, co proponują Zardari i Karzaj, ma więcej sensu niż to, co możecie usłyszeć w wieczornym wydaniu wiadomości dowolnego kraju. W końcu, jak by na to nie patrzeć, oni mają informacje z pierwszej ręki o tym, o czym cała reszta nas może się dowiedzieć jedynie z prób odczytywania znaków.

© Unknow -- Ludzie myją podłogę meczetu po samobójczym ataku w Darra Adam Khel, 35 kilometrów na południe od Peshwaru. Piątek, 5 listopada 2010, Pakistan.

Współczujemy Zardariemu, który widzi, jak jego własny naród skacze z jednego basenu krwi do kolejnego, mając pełną świadomość tego, kto pociąga za sznurki, i nie może nic na to poradzić. W  północno-zachodniej części Pakistanu w niedawnym ataku bombowym na meczet, do którego uczęszczali anty-talibańscy przywódcy plemienni, zginęło 67 osób. Kilka godzin później, w kolejnym ataku na kolejny meczet eksplodujący granat zabił trzy osoby. I ten zamach powiązano z anty-talibańską bojówką. Według doniesień, pierwszego ataku dokonał „zamachowiec samobójca”. Jako że to anty-talibańskie grupy były celem ataków, skłaniamy się ku przekonaniu, że jest to raczej sprawka fanatyków z Islamskich Talibów i ich wymyślonych przyjaciół z al-KaidyTM. Nie przestaje nas zdumiewać dziwaczna logika muzułmańskiego fanatyka, który decyduje się zakończyć życie zabijając muzułmanów modlących się w [muzułmańskim] meczecie i w zamian oczekuje nagrody w niebie. Chyba, że sprawcą nie jest muzułmański fanatyk, a może nawet nie zamachowiec samobójca. W końcu, zatuszowanie zbrodni nie jest takie trudne, kiedy po eksplozji wszystkie dowody są w strzępach, a wszędzie panuje chaos i dezorientacja.

Nie dalej jak tydzień później, gang sześciu uzbrojonych napastników zdołał się jakimś cudem przedrzeć przez pilnie strzeżoną dzielnicę Karaczi, po czym bronią palną i przy użyciu masywnego samochodu-pułapki zaatakował policyjną bazę, niszcząc główny budynek i zabijając co najmniej 15 osób. Zauważcie, jak podobieństwo do ataku na kościół w Iraku wskazuje na to samo modus operandi: niesamowita zdolność przedzierania się przez strefy bezpieczeństwa, podobna liczba uzbrojonych napastników, skoordynowane ataki przy użyciu broni palnej i samochodów-pułapek. Do obydwu ataków doszło w odstępie niecałego tygodnia. Czy to również „jeden z tych dziwnych zbiegów okoliczności”?

Dolar amerykański i wojny walutowe

Ostatnie miesiące przyniosły dalsze pogłębienie istniejących trendów. Rosnące problemy kredytowe w strefie euro; stagnacja w Stanach Zjednoczonych, z gospodarką, która ani nie runęła, ani też nie podniosła się na tyle, by zmniejszyć poziom bezrobocia; narzucenie wielkich cięć budżetowych przez Władzę Realną, przeciwko którym wybuchły protesty jedynie w Europie (do reszty ogłupione społeczeństwo amerykańskie nie wie, w którą stronę skierować swój gniew); pokaźne profity dla korporacji, wielkich banków oraz najbogatszych potentatów; a także dziwna mieszanka deflacji i inflacji, wywołana dewaluacją głównych walut, obniżeniem kosztów pracy i rosnącymi cenami dóbr.

W Republice Weimarskiej pieniądze drukowano całymi ciężarówkami, na próżno usiłując załagodzić hiperinflację. W świecie po 11 września, zamiast je drukować, wirtualne pieniądze „tworzy się” poprzez szereg finansowych sztuczek:

Sporo hałasu wywołało tzw. “QE2”, czyli druga odsłona polityki luzowania ilościowego (quantitative easing) zarządu amerykańskich Rezerw Federalnych. Rosną obawy na świecie co do kolejnej dawki dewaluacji konkurencyjnej walut, wymierzonej w odzyskanie przewagi w eksporcie (przez USA – przyp. tłum.). Rosną też pretensje do Amerykańskiego Departamentu Skarbu za wykorzystywanie statutu dolara jako głównej waluty rezerwowej  względem innych państw, przy jednoczesnym pomniejszaniu własnych rezerw. Barry Grey wyjaśnia, o co chodzi w tej „wojnie walutowej”:

Amerykański Fed podsyca globalną wojnę walutową
World Socialist Web Site

Środowa informacja zarządu Rezerw Federalnych o drugiej turze “quantitative easingu” – dodruku setek miliardów dolarów amerykańskich – jest agresywnym i unilateralnym posunięciem, szeroko – i słusznie – postrzeganym przez gospodarczych rywali USA za wrogie działanie.

Bank centralny USA prowadzi świadomą politykę dewaluacji dolara w celu obniżenia kosztów amerykańskiego eksportu i jednocześnie podniesienia kosztów importu. W obliczu stagnacji na rynkach i znikomego wzrostu gospodarczego w USA, Europie i Japonii, taka polityka zmusza konkurentów Ameryki do podjęcia środków zaradczych. Dla ratowania swoich zysków z eksportu kraje te hamują zmiany w kursach walutowych, dokonując spekulacyjnych inwestycji, które umacniają ich własną walutę i równocześnie przegrzewają gospodarkę.

Samo to, że Fed ogłosił plan wykupu blisko biliona USD w obligacjach Departamentu Skarbu USA zaledwie tydzień przed szczytem G20, odbywającym się w Seulu, uwypukla prowokacyjny charakter tego manewru.

Waszyngton usiłował zbudować podczas szczytu blok europejskich i azjatyckich państw popierających jego żądania, by Chiny dopuściły do szybszego umocnienia własnej waluty. Jest w tym element szantażu ze strony Fed – ukryta groźba pod adresem Niemiec, Japonii i innych wielkich eksporterów, dotycząca konsekwencji jakie ich spotkają, jeżeli nie przyłączą się do antychińskiej kampanii USA.

Polityka taniego dolara już poskutkowała działaniami zaradczymi. We wrześniu, po raz pierwszy od sześciu lat, Japonia interweniowała na rynkach walutowych, w próbie zahamowania wzrostu jena. Poszło za tym obniżenie głównych stóp procentowych oraz ogłoszenie własnego planu dodruku pieniędzy.

Brazylia, której minister finansów zarzucił USA wszczynanie globalnej wojny walutowej, ogłosiła podwojenie podatku na zagraniczne skupowanie brazylijskich obligacji, celem opanowania napływu spekulacyjnych dolarów, które umacniały brazylijską walutę, grożąc bańką spekulacyjną oraz inflacją.

Podobnie Tajlandia, która ogłosiła 15-procentowe podniesienie podatku od wypłaty odsetek i zysku kapitałowego, uzyskanych z tajskich obligacji przez zagranicznych inwestorów. Inne kraje, od Korei Południowej po Indie i Tajwan, także ingerowały w rynki walutowe, usiłując zatrzymać wzrostowe tendencje w ich kursach walutowych.

Zasadniczo, Stany Zjednoczone, największy światowy dłużnik, próbują przenieść swój potężny deficyt handlowy i zadłużenie – wyznaczniki upadku amerykańskiego kapitalizmu – na gospodarczych rywali. Tym samym USA nadużywają uprzywilejowanej pozycji dolara jako głównej światowej waluty handlowej i rezerwowej, aby zrzucić ciężar kryzysu na resztę świata.

To bezmyślna i prowokująca polityka z katastrofalnymi konsekwencjami, bowiem gospodarczy nacjonalizm podsyca szowinizm, ksenofobię i militaryzm.

Jak się okazało, kryzys w strefie euro przyćmił wszystkie kłopoty z dolarem, więc kursy walutowe nie odczuły drastycznych zmian. Widać jednak, że wszystkie waluty poza chińską (która została już mocno osłabiona) zdają się zniżkować. Najwyraźniej przejawia się to w podwyżkach cen podstawowych produktów we wszystkich walutach. Jednak znakiem, który wróży prawdziwe problemy dla dolara, jest ogłoszenie przez Chiny i Rosję porozumienia w kwestii porzucenia dolara w handlu między tymi dwoma państwami. Z „China Daily”:

Chiny i Rosja porzucają dolara
China Daily

Chiny i Rosja postanowiły odstąpić od dolara amerykańskiego na rzecz własnych walut we wzajemnym handlu – ogłosili we wtorek wieczorem premier Wen Jiabao i jego rosyjski odpowiednik, Władimir Putin. Zdaniem chińskich ekspertów decyzja ta jest przejawem zbliżenia między Pekinem i Moskwą, przy czym nie jest wymierzona przeciwko dolarowi, a w ochronę krajowych gospodarek.

„W ramach porozumienia handlowego postanowiliśmy używać własnych walut”, oświadczył Putin na konferencji prasowej z Wen Jiabao w Sankt Petersburgu.

We wzajemnej wymianie handlowej oba kraje używały dotychczas obcych walut, głównie dolara. Od czasu nastania kryzysu finansowego wysocy urzędnicy obu stron zaczęli jednak poszukiwać innych rozwiązań. Jak oznajmił Putin, obecnie rubel stał się walutą rozliczeniową dla chińskich banków, a już niedługo taką samą rolę w Rosji odgrywał będzie juan.

„Stanowi to ważny krok w dwustronnym handlu, a jest on wynikiem konsolidacji systemów finansowych na świecie”, powiedział.

Kryzys europejski

Największą sensacją ostatnich miesięcy, jeśli chodzi o trwający kryzys finansowy w strefie euro, stała się Irlandia. Przyznanie jej 100 mld dolarów za cenę przyjęcia tzw. planu MFW (stosowanie drastycznych cięć budżetowych, aż do wybuchu społecznych protestów), doprowadziło do upadku irlandzkiego rządu i masowych demonstracji. Oto, co napisał o tym „New York Times”:

Dublin – W poniedziałek rząd Irlandii stanął przed wizją błyskawicznego upadku – zaledwie dzień po podpisaniu przyjęcia pomocy w wysokości 100 mld dolarów, zapowiadając nowe wybory na początku przyszłego roku. Stwarza to groźbę destabilizacji politycznej wywołanej europejskim kryzysem finansowym, który już i tak doprowadził te rynki na skraj bankructwa.

Opuszczony przez członków koalicji rządzącej, premier Brian Cowen powiedział, że rozwiąże rząd zaraz po przyjęciu w grudniu ważnego dla kraju budżetu na rok 2011.

Jego decyzję poprzedziła próba wtargnięcia demonstrantów do budynku parlamentu w Dublinie, wskutek czego agencja ratingowa Moody’s Investor Service obniżyła rating kredytowy irlandzkiego długu o kilka punktów.

Zgadzając się na nowe wybory Cowen stał się pierwszą spośród 16 członków strefy euro ofiarą polityczną kryzysu kredytowego.

Wydarzenia wywołały wstrząs na rynkach finansowych i w kręgach politycznych strefy euro, jako że wraz z nowymi wyborami program głębokich oszczędności, narzucony w celu utrzymania spójności wśród jej członków, zostanie wystawiony na kolejną próbę.

Nieuchronny upadek irlandzkiego rządu po zatwierdzeniu drogiego pakietu ratunkowego tylko potwierdził obawy, że kryzys finansowy daleki jest od zakończenia. Analitycy ostrzegali, że mocno zadłużone kraje, takie jak Portugalia i Hiszpania, które uciekają się do niepopularnych cięć budżetowych, mogą wkrótce stanąć przed nieprzyjemnym wyborem – ukarania przez rynki finansowe, które zbyt duże cięcia zdławią niebotycznymi stopami procentowymi, albo przez rozwścieczonych wyborców, mających dość kłopotów gospodarczych.

Podobnie będzie z innymi krajami [strefy euro], Irlandia jest tylko zwiastunem wydarzeń” – stwierdził Desmond Lachman, były dyrektor jednego z działów Międzynarodowego Funduszu Walutowego, a obecnie ekonomista American Enterprise Institute z siedzibą w Waszyngtonie. „Wszystkie te kraje mają stałe kursy walut, dlatego muszą dokonać tych wielkich regulacji, zaś ludzie chcą wiedzieć, czy nic im nie grozi”.

Przewodniczący jednego z największych związków zawodowych Irlandii powiedział, że cięcia budżetowe doprowadzą do „poważnych zamieszek, jakich kraj nie widział od dziesięcioleci”. Największe od dziesięcioleci demonstracje z końca listopada dadzą impuls do kolejnych protestów w grudniu. Jak napisał „Guardian

© AP Photo/Peter Morrison - 120.000 ludzi zbiera się przed dublińskim głównym urzędem pocztowym, gdzie w 1916 r. kwaterowało dowództwo antybrytyjskiego powstania zbrojnego

Jedna z największych manifestacji w historii Republiki Irlandii ściągnęła na ulice Dublina ponad 100.000 ludzi w proteście przeciwko międzynarodowej akcji ratowania [banków komercyjnych] i czteroletniemu planowi oszczędności budżetowych.

Kiedy europejscy urzędnicy ustalili w końcu najdrobniejsze szczegóły pakietu ratunkowego w wysokości 85 miliardów euro, tłumy ludzi, nie bacząc na mróz, wyszły na demonstracje przeciwko cięciom, mającym na celu obniżenie kolosalnego długu narodowego Irlandii.

Główny przemarsz ulicą O’Connell Street przeszedł spokojnie, niewyraźnie zrobiło się przed irlandzkim parlamentem, gdzie dwie linie policji irlandzkiej (Garda Síochána) otoczyły około 100 lewicowych demonstrantów, którzy odłączyli się od zorganizowanego przez związki protestu. W stronę policjantów stojących przed bramami Dail (niższej izby parlamentu irlandzkiego) rzucano petardy, a demonstranci krzyczeli: „Burn it down, burn it down”. Na scenę wkroczyły dodatkowe siły policji, które otoczyły na szybko utworzoną demonstrancję grup lewicowców i anarchistów, którzy spalili zdjęcie Taoiseacha (premiera) Briana Cowena.

Mick Wallace, który musiał zwolnić 100 pracowników z powodu krachu w branży budowlanej, powiedział, że już czas, by Irlandia stała się bardziej bojowa: „Jesteśmy o wiele za spokojni. Powinniśmy być jak Francuzi i częściej wychodzić na ulice. Bo nasi politycy mówią UE, że nasi ludzie nie demonstrują, nie wychodzą na ulice. Czas to zmienić i otwarcie sprzeciwiać się temu, co się dzieje”.

Jimmy Purdy, lat 77, był na demonstracji pod dublińskim urzędem pocztowym – scenie Powstania Wielkanocnego z w 1916r. „Przeżyłem trzy recesje i myślę, że ta może być najgorsza”, powiedział. „Jestem tutaj, bo jestem zły, że UE każe nam obniżyć płace minimalne i dyryguje irlandzkimi pracownikami, podczas gdy ludziom, którzy spowodowali ten kryzys, wszystko uchodzi na sucho”.

Jak podają niektóre źródła, kiedy demonstranci wyszli na ulice, negocjatorzy skorzy byli do złożenia propozycji ratunkowych, żeby zdążyć na czas otwarcia rynków finansowych w poniedziałek.

Teraz Hiszpania stara się uniknąć losu Irlandii poprzez cięcia budżetu przed przyjęciem pakietu ratunkowego:

Pod presją rynku Hiszpania prywatyzuje i robi cięcia
Henry Chu, Los Angeles Times
3 grudnia 2010

© Xinhua/Zhang Wei

Hiszpania przedstawiła w piątek kolejną dawkę środków oszczędnościowych, mających na celu opanowanie ogromnego deficytu budżetowego oraz przekonanie niespokojnych inwestorów, że kraj nie potrzebuje pomocy finansowej z zewnątrz.

Rząd zapowiedział częściową sprzedaż popularnej loterii państwowej, częściową prywatyzację największych lotnisk, a także podniesienie akcyzy na papierosy, licząc na zapełnienie państwowej kasy miliardami dolarów. Cięcia mają dotknąć także miesięczne zasiłki dla długoletnich bezrobotnych, za to podatki nałożone na małe i średnie firmy zostaną obniżone, co ma pobudzić gospodarkę.

Środki te są główną częścią planu oszczędnościowego na 18 mld dolarów, przedstawionego przez Madryt w maju, który ma pomóc zmniejszyć dziurę budżetową, wynoszącą 11 procent hiszpańskiego PKB. Pomimo rzeczywistych oznak obniżania się deficytu, rynki naciskają na większą determinację rządu w kwestii cięć w wydatkach publicznych.

Żądania przyjęły szczególnie ostry ton w tym tygodniu, kiedy międzynarodowi finansiści przyznali 113 mld dolarów w ramach pomocy dla borykającej się z problemami Irlandii, która podobnie jak Hiszpania używa euro. Pakiet ratunkowy nie uspokoił jednak inwestorów, którzy podwyższyli koszty pożyczek dla Portugalii i Hiszpanii w obawie, że oba iberyjskie kraje także będą miały trudności w spłacie swoich długów.

Premier Hiszpanii Jose Luis Rodriguez Zapatero odwołał wizytę w Ameryce Łacińskiej, aby przeforsować nowy program oszczędnościowy, który został przyjęty przez rząd w piątek. Zapatero publicznie przekonywał, że „absolutnie nie ma szans”, żeby jego kraj ubiegał się o pakiet ratunkowy z Unii Europejskiej albo Międzynarodowego Funduszu Walutowego.

Piątek był dobrym dniem dla Madrytu, kiedy to spadło oprocentowanie obligacji, odchodząc od rekordowo wysokiego poziomu z początku tygodnia. Podobny spadek miał miejsce w Portugalii, osłabiając presję wywieraną na Lizbonę, by ubiegała się o pakiet ratunkowy. Giełdy obu państw zakończyły tydzień z wyższymi notowaniami.

Skromny powrót zaufania wśród inwestorów spotęgował się, kiedy w czwartek Europejski Bank Centralny zwiększył kupno hiszpańskich obligacji, przywracając spokój na rynkach. Hiszpanii udała się także sprzedaż zaległych obligacji wartych 3,3 mld dolarów.

Ujawniony w piątek plan oszczędnościowy obejmuje sprzedaż mniejszościowych udziałów w państwowej loterii oraz lotniskach, w tym w międzynarodowym lotnisku Barajas w Madrycie.

Ponadto akcyza na papierosy wzrośnie o 24 procent, na czym rząd zamierza zarobić dodatkowy miliard dolarów rocznie.

Pasożyty nie mające realnego wkładu w gospodarkę usiłują wmówić całej produktywnej reszcie, że to ona musi głodować, żeby tylko zapewnić im premie. Jak ujął to Stephen Lendman,

© Daily Express

Zamiast koniecznego pobudzenia, Waszyngton i europejskie rządy narzucają programy oszczędnościowe. Pod pretekstem redukcji deficytu bogacą się ci, którzy i tak już mają za dużo, przywołując do tego historię o pilnej potrzebie ratowania systemów bankowych.

Innymi słowy, niech zwykli ludzie płacą za ratowanie bankowych gigantów, odpowiedzialnych za największy kryzys gospodarczy od czasu Wielkiego Kryzysu. W jaki sposób? Używając znanego planu MFW, obejmującego zahamowanie odpływu kapitału kosztem pracowników – co równa się cięciom wynagrodzeń i dodatków, mniejszym wydatkom na sprawy socjalne, prywatyzacji państwowych przedsiębiorstw, masowym zwolnieniom, deregulacji, zmniejszeniu „uciążliwych” podatków, dalszej obsłudze długu przez korporacje, oraz surowym karom dla strajkujących.

Podczas gdy w Europie program oszczędnościowy wprowadzany jest przy silnym niezadowoleniu społecznym, w USA ludzie dają się do niego przekonać. To prawdziwa walka klas, gdzie bogaci stają przeciwko całej reszcie, ale to bogaci wygrywają. W Europie przynajmniej u niektórych przetrwała chęć walki.

Po ogromnych protestach, strajkach i zamieszkach we Francji, związanych z podniesieniem wieku emerytalnego, tym razem Wielka Brytania wybuchła w reakcji na drakońskie cięcia wydatków przez premiera Camerona, obejmujące redukcję 600 000 państwowych stanowisk oraz podniesienie opłat za studia. Następnie niepokoje przeniosły się do Włoch, Niemiec, gdzie doszło także do antynuklearnych protestów, do Belgii, Portugalii oraz Irlandii. I jak zwykle, co agresywniejsi demonstranci wszędzie okazali się agentami prowokatorami pracującymi dla policji, a ich działania pomogły władzom i mediom zdyskredytować protesty.

© Huffington Post -- Komisja deficytowa: Oto, ile dostaniecie, ludziki.

W Stanach również doszło do cięć wynagrodzeń i wydatków na opiekę społeczną. Cięć nie unikną też takie fundamentalne programy ubezpieczeń społecznych, jak opieka społeczna i opieka zdrowotna. Jako że jest to trudna decyzja polityczna, nawet w kraju, gdzie wyborcy nie mają już swojej dawnej siły, użyto dawno sprawdzonej sztuczki zatarcia swoich odcisków na narzędziu zbrodni, stworzono mianowicie „komisję dwustronną”. Mało tego, zaaranżowali aż dwie takie komisje.

Listopadowe wybory do amerykańskiego Kongresu pokazały wzrost tendencji prawicowych, gdyż wściekli biali emeryci byli o wiele bardziej zmotywowaniu, by pójść zagłosować, niż rozczarowani lewicowcy. Właśnie ci wściekli biali emeryci (którzy zresztą mają prawo do niezadowolenia, aczkolwiek ta ich złość w wyniku propagandy została skierowana na niewłaściwe sprawy) zjednoczyli się pod szyldem bogatych prawicowych „Tea Parties”. Owe „Herbatki” dążą do „odebrania kraju” z rąk hord socjalistów, gejów, totalitarnych czarnych i latynosów, którzy, jak podał im Fox News, po cichu przejęli amerykański rząd za administracji Obamy. Ci ludzie wyczuwają, że zostali wykiwani, że Stany Zjednoczone coraz bardziej wyglądają na republikę bananową, ale wyrafinowane, kilkudziesięcioletnie techniki propagandy sprawiły, że winą obarcza się „rząd” (nigdy korporacje, ponieważ to ich pieniądze finansują propagandę) albo działania powiększające deficyt, albo dzieci „nielegalnych” imigrantów, żądając ich aresztowania i deportacji, jakby miało to przywrócić przyzwoite warunki życia urodzonym Amerykanom. Problem jednak jest o wiele poważniejszy, jak pisze Eric L. Green:

Jaki jest koniec tej gry? W nowym społeczeństwie posiadaczy bogaci mają wszystko, ponieważ podaż pieniądza spadła do tego stopnia, że nikt nie może spłacić swoich długów – więc klasa posiadaczy wykupuje zadłużone środki, płacąc centy za dolara. W tym momencie klasy posiadaczy nie interesuje, czy podaż pieniądza runie całkowicie, a oni nie sprzedadzą już niczego za pieniądze. A to dlatego, że stałeś się ich własnością. Weź na przykład latynoskich oligarchów. Oni posiadają wszystko, przez co ludzie nie mają gdzie się podziać i muszą pracować na ich polach i w warsztatach, żeby wyprodukować rękodzieła i zapewnić usługi, jakich zażądają. Każda ich potrzeba jest spełniana przez takich niewolników, którzy błagają o okruch chleba w zamian za dostąpienie przywileju założenia szlafroka na pana, gdy ten wyjdzie z kąpieli. Nieliczne dobra, których niewolnicy nie stworzą w pańskich warsztatach, kupuje się eksportując produkty rolne, surowce naturalne oraz rękodzieła z owych warsztatów do cywilizowanych krajów, zdobywając wszelką potrzebną technologię. Czy ci ludzie przejmują się tym, że nie mogą nic sprzedać swoim niewolnikom? Nie. I podobnie nasza klasa posiadaczy nie będzie się niczym martwić, gdy tylko posiądzie wszystko – łącznie z nami.

Uzasadnione obawy członków Herbatek względem rządowego zadłużenia zostały skierowane przez propagandę w stronę latynoskiej i czarnej imigracji, czy innych rasistowskich mitów, zamiast w stronę głównej przyczyny rosnącego długu – ogromnych, niepotrzebnych wydatków na wojsko i bezpieczeństwo wewnętrzne. W pierwszej dekadzie 21. wieku wydatki na wojsko uległy potrojeniu (przy czym były już i tak absurdalnie wysokie pod koniec lat 90., wynosząc jedną trzecią biliona dol. rocznie). Gdyby USA ograniczyły je o połowę, to wciąż mogłyby bombardować cywilów wszędzie na świecie. Nie byłoby potrzeby cięć wydatków na opiekę społeczną, opiekę zdrowotną czy zasiłków dla bezrobotnych. Jednak dostawcy uzbrojenia, prywatne firmy zbrojeniowe, sprywatyzowane więzienia i firmy ochroniarskie straciłyby ogromne zyski, a do tego nie możemy dopuścić.

Podobnie USA nie poświęcą nadmiernych i nieodpowiedzialnych cięć w podatkach nałożonych na najbogatszych, które wprowadził Bush, tak jak i rozpoczął dwie najdłuższe i najdroższe wojny w historii kraju. Na nieszczęście dla bogaczy Bush zgodził się na wygaśnięcie owych cięć podatkowych wraz z jego odejściem z urzędu, ale bez obaw, jeszcze kontrolowany przez demokratów Kongres zgodził się na ich przedłużenie, jednocześnie odcinając od powiększonego zasiłku stałych bezrobotnych.

Ekonomiczna prognoza dla świata nie jest dobra: szukanie oszczędności w krajach bogatszych oraz głód w biedniejszych. Jednak przy utrzymaniu się obecnych tendencji, głód powiększy się także w zamożniejszych państwach. Światowe ceny żywności i towarów nadal rosną, choć z niewielkimi wahaniami. W górę poszły ropa, złoto, srebro, miedź i różne produkty rolne, a mają wzrosnąć jeszcze bardziej.

Agencja ONZ przewiduje globalny kryzys żywnościowy

Barry Mason, World Socialist Web Site
27 listopada, 2010

Opublikowany w tym miesiącu raport Organizacji Narodów Zjednoczonych do spraw Rolnictwa i Wyżywienia (FAO) ostrzega, że wzrost cen żywności „niebezpiecznie zbliżył się” do poziomu kryzysowego. Saldo światowego importu żywności może w tym roku przekroczyć 1 bilion dolarów. Taki poziom cen żywności po raz ostatni osiągnięty został w 2008 roku, kiedy wzrost spowodowany był spekulacjami, prowadząc do zamieszek w różnych miejscach na świecie.

Indeks cen żywności stosowany przez FAO osiągnął 197 punktów, mocno zbliżając się do górnej granicy 200 punktów, co daje pięcioprocentowy wzrost w zeszłym tylko miesiącu.

Według szacunków FAO skurczą się też zapasy głównych zbóż – na przykład zapasy jęczmienia spadną o 35 procent, kukurydzy o 12 procent, zaś pszenicy o 10 procent. Celowa polityka zarządu Rezerw Federalnych USA, dążąca do dewaluacji dolara, także podwyższa ceny, jako że większość towarów, w tym żywność, wyceniane są w dolarach.

Ogłoszona niedawno przez USA nowa tura „quantitative easingu” tylko pogorszy sytuację. Artykuł Guardiana z 6 listopada pt. „USA w ogniu krytyki za napędzanie wzrostu cen żywności” tłumaczył, że: „dodruk 600 mld dolarów ogłoszony przez Fed dotknie konsumentów poprzez podwyżki cen soi, zbóż oraz innych podstawowych produktów spożywczych… Towary postrzegane są za bezpieczne źródło inwestycji w przypadku słabości dolara. Istnieje jednak możliwość, że producenci zechcą narzucić wyższe ceny produktów w celu zrównoważenia spadku wartości dolara”.

Liczba ludzi na świecie bez odpowiedniej ilości pożywienia osiągnęła w zeszłym roku miliard (tj. jedna osoba na sześć głoduje). I chociaż tegoroczne szacunki mówią o 925 milionach, jeden z Milenijnych Celów Rozwoju, jakim jest zmniejszenie liczby głodujących na świecie przed rokiem 2015, z pewnością nie zostanie osiągnięty…

[cdn…]
– –

Ten artykuł jest przekładem oryginału zamieszczonego w języku angielskim na stronie SOTT.net i zatytułowanego:
Connecting the Dots: People Power vs Weapons of Mass Distraction

dokonanym przez polskich tłumaczy z grupy QFG – edytorów blogu PRACowniA.

Materiał ten został opublikowany przez SOTT.NET – projekt Quantum Future Group, Inc – i jest jego własnością. Zezwala się na kopiowanie i publiczne rozpowszechnianie pod warunkiem podania źródła i autora przekładu.
Dodatkowe informacje uzyskasz pisząc na adres: pracownia-iv@o2.pl
Advertisements

Dodaj komentarz »

Brak komentarzy.

RSS feed for comments on this post. TrackBack URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d bloggers like this: