PRACowniA

11 grudnia 2010

Wylewanie dziecka z kąpielą – WikiLeaks i zasada Prawdy

Sott.net
7 grudnia 2010

Jak nasi czytelnicy wiedzą, droga, którą podąża Sott.net nie zawsze jest łatwa, staramy się jednak wybierać drogę słuszną i nie lubimy być obrzucani jajkami. Jeśli uważamy, że wbrew wszelkiej opozycji mamy rację, będziemy obstawać przy swoim. Na tej samej zasadzie, jeśli odkrywamy, że popełniliśmy błąd, przyznajemy się i go naprawiamy. Nie lubimy sytuacji, kiedy musimy przyznawać się do błędu i go naprawiać, dlatego staramy się błędów nie popełniać.

Jest takie stare powiedzenie, żeby „nie wylewać dziecka z kąpielą”, i nigdy nie było ono bardziej adekwatne niż w obecnej sytuacji związanej z WikiLeaks i Julianem Assange. Powiedzenie to znajduje szczególne zastosowanie w odniesieniu do tych, którzy wyśmiewają WikiLeaks i Assange’a i zwracają uwagę na liczne problemy, wobec których sytuacja ta stawia wnikliwych myślicieli i badaczy – do których my sami do pewnego stopnia zaliczamy siebie i Sott.net. Musieliśmy więc usiąść, przedyskutować i długo i poważnie rozważać ten temat, i oto do czego doszliśmy.

Przede wszystkim, Sott.net ma przyjaciół, którzy zajęli w tej sprawie stanowiska po obu stronach – są to przyjaciele, których opinie szanujemy i, co więcej, rozumiemy ich. Przepytaliśmy dokładnie zwolenników Assange’a i nawet oni przyznają, że treść przecieków z pewnością nie jest tym, czego by się oczekiwało. Jeden z nich zwrócił uwagę, że depesze dyplomatyczne nie mogą raczej zawierać rzeczywiście brudnych tajemnic, niczego poza standardową dwulicowością dyplomacji, albowiem dyplomaci myślą lub wiedzą tylko o tym, co podają im agencje wywiadowcze. Z depeszy dyplomatycznych można dowiedzieć się jedynie, jak zamierzają oni zabrać się za wspomaganie zamierzeń swoich rządów – zamierzeń, które są w trakcie realizacji, ale nie mogą być otwarcie zadeklarowane. Krótko mówiąc, znalezienie w dyplomatycznych depeszach, że zamierza się wystawić Iran – czy też Pakistan – na cel ataku, jest dokładnie tym, czego można by się spodziewać. Jak jeden z ekspertów napisał dość pogardliwie:

„W międzyczasie organizacja z pewnością odkryła sztukę rozbudzania apetytów, czego najlepszym przykładem są ostatnie dokumenty Cablegate. Jeśli jest w nich cokolwiek skandalicznego, to fakt, że rząd USA nie jest dostatecznie zły. Nie ma mowy o obaleniu rządów innych państw. Żadnych przykładów łamania prawa międzynarodowego. Żadnych rozmów o zabójstwach. Nic. Oczywiście, gdyby nie zadać sobie trudu przeczytania szczegółów, można by pomyśleć, że doszło do masowego naruszenia najbrudniejszych tajemnic Ameryki, które rozerwało zasłonę nad światem płaszcza i szpady korpusu dyplomatycznego USA (oczywiście amerykańscy politycy nazywają WikiLeaks organizacją „terrorystyczną”, pomagając jedynie w ten sposób nadmiernie rozdmuchać znaczenie dokumentów).”

Wszystko, co widzicie w tych depeszach, to czysta patologia w akcji: dobre pojęcie, jak to działa, da wam przeczytanie Wikleaks and Imperial Mobilization – The CIA’s „Mighty Wurlitzer”. Ale – jak zauważył jeden z naszych analitykow – jako że mamy już dość dobre pojęcie o sposobie działania władzy realnej z wykorzystaniem społeczności wywiadowczej, skłonni jesteśmy założyć, że nawet CIA nie wie, co wie, a czego nie wie ich własna agencja. Ta gra nazywa się rozczłonkowanie. Ostatnie dwuletnie badania przeprowadzone przez „Washington Post” wykazały, że amerykański aparat krajowego bezpieczeństwa jest „tak duży, tak niesprawny i tak tajny, że nikt nie wie, ile pieniędzy kosztuje, ile osób zatrudnia, ile ma programów, ani ile dokładnie agencji wykonuje tę samą robotę”. Dlatego też jest bardzo prawdopodobne, że zarówno korpus dyplomatyczny, jak i większość CIA nie mają pojęcia, w jakim stopniu są oni wykorzystywani jako pionki w większej grze.

Do tego, oczywiście, dochodzi to, co mass media robią z przeciekami. Czy dziwi nas to? To te same media, które sprzedały nam kłamstwa stojące za inwazją na Irak i które są własnością syjonistów, tak jak i CIA jest własnością syjonistów. (Należy pamiętać, że syjoniści to niekoniecznie Żydzi, ale na pewno znaleźli sobie sprzymierzeńców w nazistowskich tajnych służbach, zaimportowanych do Stanów Zjednoczonych w ramach projektu Paperclip, i których ideologie – oraz osobowości – stały się siłą napędową polityki Amerykańskiego Tajnego Państwa.)

Przecieki rozmów Departamentu Stanu lub korpusu dyplomatycznego nie są chyba najlepszym miejscem dla znalezienia wielu szkodliwych informacji. Dyplomaci są przeważnie używani i nabierani, gdy „Tajna Grupa” angażuje ich w swoje gry i zabawy.

Na dobrą sprawę można więc nie zawracać sobie głowy ujawnionymi dokumentami i tym, co z nimi robią mass media, bo to propaganda i kręcenie. Możemy nawet przypuszczać, że żaden przeciek nie wydostaje się bez stojącego za nim programu, i ta partia przecieków nie jest wyjątkiem. Nie znaczy to jednak, że zawsze tak musi być – i tak dochodzimy do Juliana Assange’a i jego wizji. W tym momencie chcemy podzielić się z wami walką, jaką przeszliśmy, by dojść do wniosku, który zamierzamy tu przedstawić. Przede wszystkim musimy myśleć o Prawdzie. Pozwólcie, że zacytujemy nieco z książki „Anthropology and Politics” Ernesta Gellnera:

„Huis Clos” (Przy drzwiach zamkniętych) Jean-Paul Sartre’a jest opisem trójkątnej sytuacji, w której trzy postaci są tak ze sobą powiązane, że każda z nich może pokrzyżować szyki drugiej, ale i sama jest z góry skazana na to samo. W konsekwencji mamy coś w rodzaju trójstronnego pata. Żaden z uczestników nie może wyłamać się z sytuacji, ale żadnemu nie wolno też osiągnąć spokoju płynącego z rezygnacji. Są skazani na dręczenie i bycie dręczonymi. W takim kontekście Sartre dochodzi do słynnego stwierdzenia, że piekło to inni.

Jeśli chodzi o nowoczesne podejście do prawdy, wydaje się, że współczesna sytuacja jest w nieco podobny sposób trójkątna.

Są trzy główni zawodnicy, będący w mniej więcej takiej samej relacji do siebie nawzajem. Żaden z nich nie jest w stanie zapewnić sobie naprawdę przekonującej przewagi nad pozostałymi i uwolnić się od psującego jego własny wizerunek urągania ze strony przynajmniej jednego członka triady. To wszystko przypomina dziecęcą zabawę w nożyczki, papier i kamień: nożyczki tną papier, papier zakrywa kamień, kamień tępi nożyczki.

Następnie Gellner opisuje występowanie takiego trójstronnego impasu pomiędzy relatywistami, fundamentalistami i „purytanami oświecenia”. W swojej książce „Postmodernism, Reason and Religion” (Postmodernizm, rozum i religia) tych ostatnich nazywa oświeconymi racjonalistycznymi fundamentalistami – oznaczmy ich skrótem ORF.

Relatywiści odrzucają samą ideę Prawdy, ponieważ wszystko jest względne i zależy, że tak powiem, od obserwatora. Oni wierzą w samą „wiarę” pozbawioną treści. Są przeciwni koncepcji prawdy objawionej, która jest jedna i wszechogarniająca, są raczej zwolennikami ważności wszystkich „prawd” i punktów widzenia. Poszukiwanie jakiejkolwiek górującej prawdy jest w ich oczach potępione. Każdemu, kto ich kwestionuje, grozi przeklęcie go jako kolonizatora, patriarchalisty lub imperialisty. Niestety, stają się oni bardzo w tej kwestii  „fundamentalistyczni” – ich relatywizm jest jedyną Prawdą – co prowadzi oczywiście do fundamentalistów.

Fundamentaliści popierają jedyną Prawdę, ale jest to prawda objawiona przez ich boga, a ponieważ przychodzą oni w różnych odmianach, tak też różni są ich bogowie i różne prawdy objawione, a każdego z bogów i każdej z prawd trzyma się dany fundamentalista na śmierć i życie, co może oznaczać śmierć dla wielu innych, którzy nie przychylają się do jego szczególnych przekonań.

Rzecz w tym, że fundamentaliści mają słuszność, zarzucając relatywistom, że ich stanowisko nie jest poważne ani spójne, nie jest też w stanie obdarzyc każdego prawdziwymi przekonaniami moralnymi. Nasz świat jest faktycznie mnogi, jego swoistość zasadza się jednak na Prawdzie jako wartości – Prawda jest czymś, do czego się dąży, a nie czymś, co można uznać za „posiadane”. To prowadzi nas do oświeconych  racjonalistycznych fundamentalistów.

Oświecony racjonalistyczny fundamentalista (ORF) to ten, kto uważa, że Nauka (wybieranie opcji o najwyższym prawdopodobieństwie na podstawie obserwacji i eksperymentu, a nie na wiarę traktowanie wszystkich opcji jako równie ważnych) jest poznawczą drogą do Prawdy, a jednocześnie ścieżka rozumu prowadzi go do przekonania, że Prawda – ta z wielkiej litery – istnieje, chociaż jeszcze do niej nie dotarliśmy. Oświecony racjonalista jest przekonany, że prawda, jako ideał, może być jedyna i na pewno jest ważna, co jest poglądem fundamentalistycznym. Jednak ORF jest ostrożniejszy i bardziej wybredny w identyfikowaniu prawdy zasługującej na wyróżnienie (tj. określając prawdopodobieństwo).

ORF nie jest zainteresowany solipsystycznym stanowiskiem relatywistycznym, to go nie pociąga, choć docenia on zalecaną przez nie (przynajmniej w teorii) dopuszczalność, ponieważ dopuszczalność leży u podstaw dokonywania licznych obserwacji i doświadczeń przed wyciągnięciem wniosków na temat prawdopodobieństwa. ORF, podzielając pogląd fundamentalisty, że Prawda idealna jest – jako idea – realna i należy do niej dążyć, odrzuca wszelako możliwość, że Prawdę tę posiada, a nawet – że może ją posiąść. Wie on jedynie, że istnieją procedury badania świata, które przynoszą pozytywne i korzystne wyniki: wszystkie idee, dane i dociekania są wyjściowo równe, wszystkie twierdzenia poznawcze muszą zgromadzić i zanalizować dane na zasadach równości i żadne obiegowe objaśnianie nieznanego przez nieznane czy samopotwierdzające wizje nie są dozwolone. Można powiedzieć, że ORF ma naturę religijną pozbawioną ślepej wiary i to inspiruje go do prawidłowego postępowania dla własnego dobra.

Niestety ORF żyje w świecie, który jest zbyt abstrakcyjny, by mógł przemawiać do przeciętnego człowieka – do mas – ponadto styl kognitywny zdecydowanie nie podtrzymuje człowieka emocjonalnie w chwili kryzysu. Idea, że bezstronne traktowanie dowodów, uważne zbieranie danych i jeszcze bardziej uważna ich analiza prowadzą do poprawnego rozumienia otaczającego nas świata, oraz przyznanie jednocześnie, że jest to jedynie proces i nasze dzisiejsze rozumienie może się zmienić wraz z pojawieniem się nowych danych, to niezbyt wiele, by ogrzać serca tych, którzy kierują się pasją, i nie dość, by zapewnić jasne reguły godnego zachowania w trudnych czy dramatycznych sytuacjach.

Krótko mówiąc, „fundamentalista i [ORF] podzielają to samo poczucie niepowtarzalności prawdy i szacunek dla jej jedyności. [ORF] i relatywista podzielają skłonność do tolerancji, a relatywista i fundamentalista podzielają ideę stosunkowo dobrze urządzonego, zamieszkiwalnego świata, w opozycji do jałowej pustki świata ORF. Relatywista ma nawet dostęp do całego szeregu egzotycznych światów, które są jednocześnie dyskretnie połączone ze wszystkimi nowoczesnymi udogodnieniami”. (Gellner)

Jeśli wziąć powyższy opis podstawowych sposobów widzenia Prawdy i takiego samego jej poszukiwania i dodać doń psychopatologię, widać, jak trudna może być ta sytuacja z WikiLeaks i Julianem Assange’em dla różnych ludzi. Każde z tych trzech głównych podejść może być wypaczone przez patologiczne pojmowanie.

Co zatem staje się najbardziej prawdopodobną opcją, uwzględniwszy wszystkie te dane i obserwacje? (Sam ten fakt, że analizujemy ten problem w ten sposób, wskazuje, że nasze podejście jest bardzo bliskie podejściu ORF).

Przyznajmy, że Julian Assange nie wydaje się być najbystrzejszy, jeśli chodzi o analizowanie surowych danych. Jak wczoraj napisał do nas jeden ze znanych i bardzo poważanych badaczy 9/11, przedstawiciel podejścia ORF:

Już samo to, jak Assange ustosunkowuje się do prawdy o 9/11, mając ją za „nonsens”, mówi wszystko. Ten facet jest po prostu za bystry, by od samego początku nie zrozumieć, co się stało. Jego „przecieki” są starannie dobierane, tak żeby a) odwracać uwagę ludzi od rosnącej świadomości faktu zatuszowania 9/11 i b) wpływać na podświadomość ludzkiego stada, tak by myślało: „Gdyby w ogóle cokolwiek było z 9/11, ci kolesie na pewno by to ujawnili”.

Powiedzmy to sobie otwarcie, Prawda o 9/11 byłaby najważniejszym przeciekiem. Tak więc ludzie zostali wmanipulowani w przekonanie, że jeśli setki tysięcy dokumentów” nie zawierają najmniejszego dowodu na to, że 9/11 było wewnętrzną robotą, ci wszyscy poszukiwacze prawdy o 9/11 muszą mieć nie po kolei w głowie.

9/11 jest wszystkim. W ostatecznym rozrachunku nic innego się tak naprawdę nie liczy. Obnaż 9/11, a cały ten domek z kart rozpadnie się w pył.

Podczas gdy zgadzamy się co do tego, że Prawda o 9/11 (niezmanipulowana korespondencja na ten temat) jest wszystkim, jeśli chodzi o Najważniejszy Przeciek, nie uważamy, że Assange powinien koniecznie być jednym z jej poszukiwaczy, aby być działaczem na na rzecz Prawdy i Jawności w rządzie.

Wielu ludzi znalazło się w sytuacji bez wyjścia. Z jednej strony, czy jeśli występujesz ze wsparciem Assange’a, to popierasz zawarte w przeciekach kłamstwa, parcie do wojny itd? Tak to czuje wielu ludzi. Ale z drugiej strony, jeśli go nie popierasz, na dobrą sprawę działasz przeciwko zasadzie swobody wypowiedzi, jawności w rządzie, „maluczkiemu” rzucającemu wyzwanie faszystowskiemu monstru oraz wspierasz niszczenie wszystkich naszych swobód.

Jeśli chodzi o samego Assange’a, wiedząc to, co wiemy o przekręcaniu, bardzo trudno powiedzieć, kiedy mass media wkładają jakieś słowa w jego usta albo nie przekazują dokładnie tego, co powiedział czy zrobił, wraz z kontekstem. Z drugiej strony, wziąwszy pod uwagę samą organizację WikiLeaks i jego „reprezentantów”, Assange zdaje się mieć wystarczające możliwości, by jasno przedstawić swoje idee, kiedy mass media je przekręcają. Wniosek z tego wszystkiego taki, że Assange nie jest jakoś strasznie atrakcyjny jako rzecznik.

Niemniej jednak, wydaje się oczywistym, że szwedzkie oskarżenie jest sfabrykowanym tendencyjnym prześladowaniem i Assange zasługuje na ochronę przed tymi bzdurami, choć z drugiej strony, Assange jawi się jako dość prostacki typ, co gasi zarówno fundamentalistów, jak i oświeconych racjonalistycznych fundamentalistów!

Rzecz w tym, że idea WikiLeaks jest wspaniała z zasady i to właśnie czyni sprawę tak piekielnie trudną – Assange jest rzecznikiem idei, na którą już czas, ale wypuszczony przez niego materiał nie jest warty oddania zań życia. Krótko mówiąc, Assange i propaganda wewnątrz przecieków to woda z tytułowego powiedzenia, a społeczne prawo do obnażania korupcji rządu – to dziecko.

Chodzi o to, że sama zasada jest warta wszystkiego dla nas wszystkich, tu i teraz. Jak wczoraj napisał John Naughton w „Guardianie”:

[Wikileaks] stanowi pierwszą naprawdę ciągłą konfrontację ustalonego porządku z kulturą Internetu. Były wcześniej jakieś potyczki, ale to jest coś naprawdę prawdziwego. […] Wikileaks tak naprawdę obnaża stopień, w jakim wydrążony został zachodni system demokratyczny. W ostatniej dekadzie jego elity polityczne okazały się być niekompetentne (Irlandia, USA i Wielka Brytania pod względem braku kontroli nad bankami), skorumpowane (wszystkie rządy w kwestii handlu bronią) lub beztrosko militarne (USA i Wielka Brytania w Iraku). A przecież nigdzie nie zostały skutecznie pociągnięte do odpowiedzialności. Zamiast tego ukrywały, kłamały albo przepychały na siłę swoją wolę. A kiedy wreszcie podniosła się zasłona tajemnicy, ich odruchem jest zabicie posłańca.

„Ujawnianie informacji jest obrzydliwe i testuje granice moralne i prawne. Często jest nieodpowiedzialne i zwykle wprawia w zakłopotanie. Ale to wszystko, co pozostało, gdy prawo nie robi nic, politycy są zastraszeni, prawnicy milkną, a nadzór jest zanieczyszczony. Odpowiedzialność może być przywrócona tylko poprzez ujawnienie”. A od rozwścieczonej biurokracji naszych demokracji słyszymy najczęściej zirytowany krzyk cesarzy, których ubrania zostały porwane na strzępy przez Internet.

To prowadzi nas z powrotem do poważniejszego znaczenia tego kontrowersyjnego problemu. Elity polityczne zachodnich demokracji odkryły, że Internet może być cierniem nie tylko w boku reżimów autorytarnych, ale też w ich własnym. Komicznie było obserwować ich i ich agencje tupiące na net jak oszalałe – półślepi giganci próbujący trafić w kreta. Bardzo niepokojące było obserwowanie przerażonych firm internetowych – jak dotąd, z wyjątkiem Twittera – naginających się do ich woli.

Ale politycy stoją teraz wobec bolesnego dylematu. Stare podejście typu polowania na krety nie zadziała. Wikileaks nie zależy wyłącznie od technologii internetowej. Tysiące kopii tych tajnych depesz – i prawdopodobnie wiele innych – są wszędzie, rozprowadzane przez sieci peer-to-peer, takie jak BitTorrent. Nasi władcy mają do wyboru albo nauczyć się żyć w świecie Wiki-przeciekalnym ze wszystkim, co to oznacza dla ich przyszłych zachowań, albo zamknąć Internet.

Innymi słowy, nie ma znaczenia, że treści przecieków sa wątpliwe, liczy się to, że jest to rzeczywiście konfrontacja maluczkiego z ustalonym porządkiem, który my wszyscy potępiamy na każdej płaszczyźnie. Julian nie jest doskonały – kto z nas jest? – istotne jest jednak to, że ma przekonanie o swojej słuszności (a nawet jeśli to lipa – jak sugerują niektórzy – przynajmniej dobrze udaje, a to póki co wystarczy). Pomyślcie, jeśli w tej rundzie wygra ten maluczki, to wszystko-obnażający przeciek o 9/11 będzie miał znacznie większą szansę się zdarzyć niż w przypadku, gdy Julian – i pryncypium Prawdy – zostanie pokonany.

Tak, ktoś ujawnił jakieś podrzędne depesze dyplomatyczne pełne sieczki i mass media mają swój dzień, ale od tego właśnie, jak zareagujemy na sam akt przecieku, i jakie stanowisko zajmiemy wobec tego, kto ma odwagę postawić się faszystom, zależy, czy w przyszłości ktoś będzie na tyle odważny, by obnażyć coś, co się naprawdę liczy. Nie musi nam się podobać to, co przeciekło, nie musimy się z tym zgadzać, nie musimy lubić Assange’a czy zgadzać się z nim osobiście, ale musimy bronić Juliana, aktywistów i haktywistów, bo inaczej jesteśmy skazani na zagładę.

Tak, to możliwe, że cała sprawa została ustawiona i nie ma żadnej drogi wyjścia. A może to po prostu kwestia tego, że różni ludzie mają różne style poznawcze. Tak czy inaczej, nie możemy dopuścić do dalszego podziału tych, którzy poszukują prawdy i Prawdy. Jedno jest pewne – nikt inny nie zgłosił się do tablicy i nie naraża się tak jak Julian. Może on jest szalony, a może trzeba być trochę szalonym, aby wykazać się taką odwagą. To nie ma w tej chwili znaczenia. Świat zjeżdża szybko w inne, o wiele niebezpieczniejszejsze szaleństwo i jeśli trzeba będzie zacząć Vendettę, aby pchnąć to wahadło w drugą stronę, niech i tak będzie.

Bo w końcu liczy się ta właśnie zasada – że ludzie mają prawo do Prawdy – i to ona jest tutaj stawką.

– –

Ten artykuł jest przekładem oryginału zamieszczonego w języku angielskim na stronie:

dokonanym przez polskich tłumaczy z grupy QFG – edytorów blogu PRACowniA.

Materiał ten został opublikowany przez SOTT.NET – projekt Quantum Future Group, Inc – i jest jego własnością. Zezwala się na kopiowanie i publiczne rozpowszechnianie pod warunkiem podania oryginalnego źródła i autora oraz żródła przekładu.

Dodatkowe informacje uzyskasz pisząc na adres: pracownia-iv@o2.pl

Reklamy

13 Komentarzy »

  1. Bardzo interesujący tekst i zajęte stanowisko. Assange oczywiście zasługuje na obronę, jak każdy człowiek, który byłby niewinnie oskarżony. Pytaniem otwartym pozostaje jednak komu ma to służyć i czy z jego pracy nie ma więcej szkody niż pożytku. Jestem wstanie zrozumieć odpuszczenie tematu WTC w imię możliwości kontynuowania misji. Jest znaczna różnica między bieganiem po ulicy wykrzykując „inside Job”, a ujawnieniem, tajnych raportów, które jednoznacznie pokazałby kto stał za zamachem. Z drugiej strony ciekawi mnie jak w takiej sytuacji zachowały światowe media, czy dalej tak ochoczo by publikowały przecieki, co stało by się z Assange, fizyczna likwidacja była by tylko chyba tylko potwierdzeniem prawdziwości raportów.
    Pominięcie tematu WTC dla „dobra sprawy” jest jednak najbardziej życzliwym podejściem do Assange. Jest też możliwość, że celowo kłamie na ten temat, z powodów opisanych w artykule. Najmniej prawdopodobne jest, że wierzy w oficjalną teorie, bo po prostu każdy kto choć trochę się zainteresował sprawą widzi, że to nie trzyma się kupy. Tylko czy podobne stanowisko nie można by zająć w stosunku do Alexa Jones’a, które dezinformuje na temat 11. września? Czy tez zasługuję na obronę?
    Jeśli misja WikiLeaks ma wyglądać jak do tej pory, to chyba gra nie warta jest świeczki. A może na razie stopniują informację, aby wyczuć na ile mogą sobie pozwolić? Następne w kolejności mają być ujawnione dane na temat UFO, raczej nie spodziewałbym się rewelacji, raczej coś w stylu raportu, w którym pilot zauważył dziwny obiekt. Zastanawiam się czy WikiLeaks, nie jest częścią większego planu gry, a Assange jest tylko nieświadomym(a może świadomym” pionkiem w tej grze. Tak więc co do zasady obrony wolności słowa, obrony prawdy zgadzam się, ale o dotychczasowej działalności Assange nie mam najlepszego zdania.

    Komentarz - autor: dzienia — 12 grudnia 2010 @ 12:42

  2. @Dzienia
    Może nie porównujmy Assange’a do AJ, bo o tym ostatnim wiadomo, że służy ciemnym siłom, a co do Assange’a nic jeszcze nie wiadomo na pewno. Właśnie ze względu na te wszystkie „może” należy skupić się na tym, co jest jasne. A jasne jest to, że publikując wycieki Assange nie złamał żadnego prawa. Zamach na jego wolność to zamach na wolność słowa i informacji. Reszta to w tej chwili drugorzędne spekulacje, aczkolwiek rozwój wypadków wart jest uważnego śledzenia.

    Co powiesz na przykład na takie dwa zjawiska socjologiczne:

    1. Niektórzy obwiniają Assange’a o to, że przez niego grozi nam wszystkim zamknięcie Internetu (albo inne tego rodzaju reperkusje)
    2. Ludzie zdają się nie wiedzieć, że w znakomitej większości wypadków można nie zajmować w jakieś sprawie stanowiska, jeśli nie ma się wystarczających ku temu danych. Do tego postrzegają świat w tylko dwóch kolorach, jak coś nie jest białe, to jest czarne. I tak, zupełnie bezmyślnie, albo opowiadają się za tym, że Assange jest bohaterem bez skazy, albo stają po stronie tych, co najchętniej by go zlinczowali (z różnych powodów).

    Komentarz - autor: iza — 12 grudnia 2010 @ 14:59

  3. @Iza: Otóż to. Ktoś doprowadził do sytuacji w której pozornie są dwa wyjścia:
    1) opowiedzieć się za Assangem, czyli przystać na to, że Wikileaks „dąży do prawdy” i tym samym zaakceptować ściemę nt. 9/11
    2) opowiedzieć się przeciwko Assange,Wikileaks – czyli defacto zgodzić się z cenzurą tego typu materiałów i dążeniem „elity” do zamknięcia internetu bądź niewygodnych stron

    Jakby nie było – żadne z tych wyjść nie jest dobre – ale media mają to do siebie, że trzeba owieczkom wcisnąć kilka „prawd”, pozorny wybór. Tak samo jak z partiami: albo PIS albo PO. Co by się nie wybrało i tak wybiera się ideologoiczny syf.

    Wygląda na to, że opowiadanie się za którymkolwiek wyjściem nie jest dobre. Skoro Assange to taki zdolny haker, który miał zamiar udostępniać wykradzione informacje żeby edukować ludność, to może niech udostępni prawdę nt. 9/11? Zapewne jak zaczynał, wiedział, że może skończyć jak Kennedy, bo to nie są tematy wygodne dla rządu. Skoro tego nie zrobił, to może jednak miał w tym swój cel (np. ktoś go opłacił), bądź jego działalność była zaplanowana jako „agent” na moment, w którym będzie trzeba przykręcić śrubę na media internetowe.

    Komentarz - autor: Dominik — 12 grudnia 2010 @ 16:45

  4. To mi się podoba. W Hiszpanii pojawiają się na ulicach ludzie w maskach V 🙂 Ponoć stoi za tym organizacja Anonymous.

    Komentarz - autor: iza — 12 grudnia 2010 @ 17:13

  5. @Iza
    Oczywiście zgadzam się z Tobą jak i z artykułem. Wydaję się, że na dzień dzisiejszy to jedyne rozsądne stanowisko. Mój komentarz trochę niechcący nabrał charakteru polemiki. To był raczej moje spekulacje, na podstawie odczuć, które są kompletnie bez znaczenia, na zasadzie „coś mi tu nie gra”. Tak jak napisałem Assagne zasługuję na obronę, jeżeli oskarżenia są fałszywe. Póki co nie został aresztowany za ujawnione informację, ale za rzekomy gwałt. Szczerze mówiąc nie znam dobrze sprawy, ale jak rozumiem to oskarżenie to jakiś totalny nonsens. Jeszcze nie dawno wydawało się, że zarzuty mogą być rzucone „pod publiczkę”, żeby pokazać jaki to on niewygodny, ale nic mu nie zrobią. Tymczasem okazało się, że aresztowano go dość szybko, w dużym pośpiechu, naruszając przy tym prawo, gdyż z tego co wiem było mnóstwo błędów formalnych. Porównanie do AJ rzeczywiście niefortunne, on dał przez te lata swojej działalności dość dobrze się poznać, a tu jeszcze nic nie jest pewne.

    Komentarz - autor: dzienia — 12 grudnia 2010 @ 21:14

  6. @Dominik

    Skoro Assange to taki zdolny haker, który miał zamiar udostępniać wykradzione informacje żeby edukować ludność, to może niech udostępni prawdę nt. 9/11?

    Nie ma żadnej pewności, że ktokolwiek ma dostęp do takich informacji. Poza tym jestem przekonana (mogę się mylić), że na absolutnie wszystkie wycieki musi być aprobata – na takim czy innym szczeblu. Nawet na te, które z pozoru nie są „wyciekane” rozmyślnie i z premedytacją. Jedyny wyciek, jaki może się w sprawie 9/11 zdarzyć (o ile w ogóle, bo w to wątpię) będzie wskazywał wyłącznie na USA, nigdy na Izrael. Kolejna pół-prawda.

    Skoro tego nie zrobił, to może jednak miał w tym swój cel (np. ktoś go opłacił), bądź jego działalność była zaplanowana jako „agent” na moment, w którym będzie trzeba przykręcić śrubę na media internetowe.

    To jedna z dość prawdopodobnych opcji. Mogło też być tak, że zaczynał pełen ideałów i dobrej woli. Ale ta zabawa niewątpliwie wciąga – i to bardzo. Do tego wzmacnia „poczucie misji” i inne takie, generalnie rozdyma ego. A stąd już blisko do tego, żeby przestać się orientować, co się wokół dzieje. A wokół mogą się dziać różne rzeczy, na przykład można być wykorzystywanym przez złych kolesi do realizacji ich planów. Może Assange im służy już od dawna i – może mieć tego świadomość, ale może i nie mieć.

    Dokładne przestudiowanie Prouty’ego i Łobaczewskiego (żeby wymienić tylko tych dwóch) powinno być obowiązkowe dla każdego, kto zamierza się bawić w aktywizm.

    Komentarz - autor: iza — 12 grudnia 2010 @ 23:44

  7. @dzienia
    Spoko, nie odczytałam go jako polemikę. Ot sobie troszkę spekulujemy tam, gdzie brak mocnych danych, a są tylko poszlaki. Jak na razie wygląda na to, że wszyscy tu widzimy sprawę podobnie. Pewnie niedługo ktoś tu wpadnie i na nas nakrzyczy 😉

    Komentarz - autor: iza — 12 grudnia 2010 @ 23:54

  8. Assange sam z własnej woli potepia dyskusję o 11 września, więc mówienie, że unika tematu by dalej zajechać i wyprowadzić w pole władze, jest cokolwiek nie na miejscu. Tak samo zwolennicy PIS bronili Kaczyńskiego za podpisanie traktatu lisbońskiego. Że niby nie chciał, ale musiał bo inaczej by go odsunięto, a przecież swojego człowieka trzeba tam mieć. Bez sensu. W ten sposób opozycja będzie działać identycznie jak rząd. To po co opozycja? Mam wierzyć, że kiedyś tam w końcu „nasi” powbijają władzy noże w plecy? Polityka to racjonalne działania a nie wierzenia.

    Moze i Alex Jones służy ciemnym siłom, ale ja na przykład dzięki Alexowi Jonesowi wkręciłem się w temat. Assange z tematu aktywnie wykręca i mąci na poziomie znacznie wczesniejszym do Alexa. Od biedy można pochylić się nad Wikileaks, ale bronienie tego gościa to przesada. Jest skompromitowany.

    Komentarz - autor: Zerohero — 13 grudnia 2010 @ 20:11

  9. @Dominik

    ” Ktoś doprowadził do sytuacji w której pozornie są dwa wyjścia:
    1) opowiedzieć się za Assangem, czyli przystać na to, że Wikileaks „dąży do prawdy” i tym samym zaakceptować ściemę nt. 9/11
    2) opowiedzieć się przeciwko Assange,Wikileaks – czyli defacto zgodzić się z cenzurą tego typu materiałów i dążeniem „elity” do zamknięcia internetu bądź niewygodnych stron”

    Masz rację. POZORNIE 2 wyjścia. Jeśli jedyna krytyka pod adresem Assange będzie za nieodpowiedzialny „antyamerykanizm”, to ta fałszywa alternatywa zwycięży i będzie pretekst do blokowania Internetu. Gdy obnaży się prawdziwe oblicze prowokacji, to pretekst posypie się.

    a co do hakerstwa, to jaki haker wynajmuje korporacyjne serwery, przedkłada jeden adres www nad sieć P2P i używa Skype? Rosyjskich szpiegów wytropiono przez ich ignorancję na temat Wi Fi, a tutaj nie można było faceta ugryść. Tere fere. I jeszcze ten haker ukrywał się na lotnisku, co już przypomina jazdy z Allo Allo. Brode sobie przyprawiał, nos w gazecie trzymał?

    Komentarz - autor: Zerohero — 13 grudnia 2010 @ 20:19

  10. Nie zawsze to co widać jest prawdą. Kłamstwa potrzebują wierzących, a prawda ich nie potrzebuje.
    Może ten chaos jest komus na rękę ?

    Komentarz - autor: Stawol — 14 grudnia 2010 @ 14:10

  11. @redrap

    Mamy teraz więcej dowodów na powiązania Assanga z Illuminatami.

    Przyznaję, że historia sekty jest koszmarna, ciągle jednak nie widzę twardego dowodu uzasadniającego tytuł artykułu czy cytowany wniosek. Chyba, że będziemy sądzić ludzi po błędach ich rodziców, ale wtedy większość ludzkości znalazłaby się na czarnej liście. Może jednak czegoś nie doczytałam?

    I takie pytanie – skąd się tu nagle wzięli Iluminaci, dlaczego właśnie oni?

    Komentarz - autor: iza — 28 grudnia 2010 @ 13:47

  12. A co powiecie na temat tego gościa, nazywa się Robert Fisk, jest korespondentem wojennym i napisał w marcu 2003 roku taki artykuł: Krew i bandaże dla biedaków. Przeczytałeś?

    „[…]Co najmniej 62 cywilów zginęło w piątek po południu i napisy na resztkach bomby wskazują winnego. Wczoraj Amerykanie i Brytyjczycy robili co mogli by dać do zrozumienia, że to iracka rakieta przeciwlotnicza zabiła dziesiątki ludzi, wyjaśnili nawet, że „trwa śledztwo” na temat masakry. Ale napisy na resztkach są zachodnie, nie arabskie. I ci co przeżyli widzieli nisko lecący samolot.

    W szpitalu Al.-Noor widziałem koszmarne sceny bólu i cierpienia. Dwuletnia dziewczynka Saida Jaffar, cała w bandażach, jedna rurka w nosie, druga w żołądku. Widać tylko jej czoło, dwoje małych oczu i podbródek. Obok pokryta muchami kupa zużytych bandaży we krwi. Niedaleko na brudnym łóżku leży Mohammed Amid, trzy lata, jego twarz, brzuch, ręce i nogi ściśnięte opatrunkami. Pod nim kałuża zaschniętej krwi.

    To szpital bez komputerów, z prymitywnymi aparatami rentgena. Ale rakieta była kierowana przez komputery i ta góra zgliszcz musiała być zaprogramowana przez komputer. Amerykanie mogliby to łatwo sprawdzić, gdyby mieli ochotę. Napis: 300003-704ASB 7492. Litera „B” jest zarysowana, może to „H”. To pewnie numer seryjny. Może też odczytać kod, który producenci rakiet nazywają „kodem grupy”: MFR 96214 09.

    Kawałek metalu z napisami wyciągnął z ruin – zaledwie w kilka minut po eksplozji rakiety w piątek wieczorem – stary człowiek mieszkający o sto metrów od krateru. Nawet władze irackie nie wiedzą o istnieniu tego kawałka. Rakieta eksplodowała wyrzucając części metalu w środek tłumu złożonego głównie z kobiet i dzieci, przebijając mury okolicznych domów, ścinając po drodze członki i głowy„.

    Tajemnice? Jakie tajemnice? Media są dzisiaj w tym samym miejscu, w którym były w 2003 roku, kiedy trąbiły o broni masowego rażenia w Iraku i uzasadniały konieczność inwazji na ten kraj. Dzisiaj, po kilku latach, kolejnym celem stał się internet, na czele z największym zagrożeniem w postaci okrutnego dyktatora Saddama Assagna, który posiada broń masowego rażenia przeciekami. No już, zgódźmy się na „inwazję i okupację” internetu, to przecież dla naszego bezpieczeństwa i dobra. Tylko czekać, jak media zgodnie z planem zaczną uzasadniać decyzje o konieczności przejęcia pełnej kontroli nad internetem.

    W tym całym obrazku brakuje mi tylko jednego, tego konkretnego wydarzenia w stylu 9/11, które uzasadni wdrożenie niezbędnych procedur. Być może spec-spece od brudnej roboty już coś szykują, i nie zdziwiłbym się, gdyby przy jednym ogniu zechcieli również upiec kwestię zielonego światła dla inwazji na Iran.

    Pamiętacie Saddama Latamyswobodnie i jego bombowe majty? Potem, a może już teraz, schemat się powtórzy, z Saddamem Humble Medycynanaturalna, albo Saddamem Palaczemtytoniu, czy Saddamem Wychodzępo22zdomu. Mylę się?

    Komentarz - autor: Koliber — 29 grudnia 2010 @ 14:01


RSS feed for comments on this post. TrackBack URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: