PRACowniA

28 października 2010

Łączenie punktów: Widmo głodu, powodzie i farsa

SOTT Editors
Sott.net
16 września 2010 16:31 CDT

© Unknown

Wyciek ropy w Zatoce Meksykańskiej grozi zakłóceniem przebiegu kluczowych prądów morskich, które utrzymują umiarkowany klimat półkuli północnej. Rani również ekosystem, zatruwając i zabijając ogromne ilości stworzeń morskich i ingerując w ich cykl rozmnażania.

Jednocześnie na świecie zaostrza się pogoda – tym razem w postaci ulewnych deszczy oraz powodzi. W niektórych krajach burze nadeszły po dotkliwej suszy. Tak drastyczne zmiany niszczą zbiory i wpływają na produkcję żywności, co z kolei wpływa na jej ceny. Nie po raz pierwszy świat boryka się z kryzysem żywnościowym, teraz jednak następuje to w czasie, kiedy od dwóch lat panuje recesja gospodarcza, coraz powszechniej postrzegana jako „depresja” na pełną skalę. Zdesperowani ludzie z większym prawdopodobieństwem będą mieli ochotę wyrazić swoją złość wychodząc na ulice.

Nasi przywódcy nie wykazują jednak najmniejszego zainteresowania zaspokojeniem podstawowych potrzeb społeczeństwa ani zapewnieniem mu sprawiedliwości ekonomicznej. Wręcz przeciwnie, zależy im jedynie na wojnach, a zaczynają od Bliskiego Wschodu.

Powtórka z kryzysu żywnościowego

Zmiana klimatu prowadzi do mizernych zbiorów i nieurodzaju, które z kolei powodują podwyżki cen żywności. Taka sytuacja najbardziej dotyka kraje biedniejsze, jako że większość dochodów najuboższych ludzi na świecie (a są ich miliardy) wydawana jest na żywność. Poniższy fragment omawia kwestię cukru, ale taki sam schemat powtarza się również w wypadku innych roślin uprawnych:

‘Dziwna pogoda’ może być powodem ograniczenia dostaw brązowego cukru i wzrostu cen kontraktów terminowych ICE Futures US

[…] „Na całym świecie mamy niewielkie zapasy cukru i mamy ciągłe problemy z pogodą, co zagraża produkcji” – powiedział dziś w rozmowie telefonicznej dyrektor zarządzający [firmy brokerskiej Kingsman SA] Jonathan Kingsman z Lozanny w Szwajcarii. – „Przy takim połączeniu ludzie spodziewają się podwyżki cen”.

Na wieść o tym, że szkody wyrządzone przez suszę w Rosji i powodzie w Pakistanie spowodują ograniczenie importu, ceny skoczyły o 54 procent w stosunku do najniższego od 13miesięcy pułapu z 7 maja. W ubiegłym tygodniu Rosja powiedziała, że jej produkcja może być o 20 procent niższa niż przewidywano, a 16 sierpnia Pakistan zapowiedział, że w grudniu może zacząć kupować brązowy cukier w celu uzupełnienia deficytu. W Indonezji, która jest największym odbiorcą w Azji Południowo-Wschodniej, 19 sierpnia rząd ostrzegł, że z powodu intensywnych opadów może się nie udać zrealizować planu.

„Pogoda wszędzie jest dziwna” – powiedział Kingsman, gospodarz mającej się odbyć w przyszłym tygodniu w New Delhi konferencji. – „Mamy straszne powodzie w Pakistanie, mieszankę powodzi i suszy w Chinach oraz opady w Indonezji. Jeśli sytuacja się pogorszy, rynkowi grozi gwałtowne załamanie”.

Jak informowaliśmy [PL] w zeszłym miesiącu, po spowodowanych wyjątkowo upalnym latem pożarach lasów, które zniszczyły aż jedną trzecią upraw zbożowych, Rosja – trzeci największy eksporter pszenicy – wprowadziła zakaz eksportu wszystkich zbóż. Sytuacja jest poważna, premier Rosji Władimir Putin ogłosił bowiem, że zakaz nie zostanie zniesiony przed przyszłorocznymi zbiorami. Sucha pogoda dotknęła także uprawy w Kazachstanie, na Ukrainie, w Argentynie, Stanach Zjednoczonych i Unii Europejskiej. Powodzie w Kanadzie, Chinach, Pakistanie i Indonezji miały podobny efekt. Dotyczy to upraw pszenicy, kukurydzy, soi i cukru. Jeśli Indie, gdzie ogromne ilości rezerw zboża gniją podczas przechowywania, nie jest odosobnionym przypadkiem, to świat jest wyraźnie nieprzygotowany na taką sytuację.

Warto sobie przypomnieć, co stało się w 2008 roku, kiedy świat stanął w obliczu takiej samej sytuacji jak ta, której początki obserwujemy obecnie. Kiedy w 37 krajach dał się we znaki „poważny kryzys żywnościowy”, protesty, strajki i zamieszki wybuchły w Egipcie, na Haiti i Wybrzeżu Kości Słoniowej, w Kamerunie, Mauretanii, Etiopii, na Madagaskarze, Filipinach i w Indonezji. Tym razem, kiedy na początku września w Mozambiku cena chleba wzrosła o 25 procent, doszło do starć z policją, w których zginęło siedem osób, a setki odniosły rany. Po „ogromnej ilości” napływających sygnałów zaniepokojenia „możliwością powtórzenia się kryzysu żywnościowego z lat 2007-08”, Międzynarodowa Organizacja Żywności Narodów Zjednoczonych (FAO) omawia powstałe niedobory, wskazując jednocześnie, że sytuacja jest „bardzo poważna”, ponieważ „wstrzymanie rosyjskiego eksportu na dwa kolejne lata powoduje spore zamieszanie”.

Na marginesie i w ramach ciekawostki, skoro już jesteśmy przy niedoborach, zauważmy, że anonimowy przedsiębiorca wykupił w lipcu cały zapas europejskiego kakao. Czy ów tajemniczy spekulant dostrzegł nadciągający kryzys żywnościowy i ocenił, że to właśnie na kakao będzie duży popyt? Tymczasem to nie kakao, a pochodne pszenicy są podstawowym składnikiem wielu przetworzonych produktów spożywczych, więc wzrost cen pszenicy wpływa na ceny wielu innych produktów spożywczych. W Wielkiej Brytanii na przykład, gwałtowny wzrost cen pszenicy i mięsa doprowadził do 10-procentowego wzrostu wydatków klientów na zakupy spożywcze.

Zmodyfikowana genetycznie przez niesławnego giganta agrobiznesu Monsanto kukurydza nie wyprodukowała w 2009 roku kolb i zmarnowały się uprawy – a jednocześnie środki utrzymania – setek rolników z RPA. Agresywne praktyki patentowe Monsanto całkowicie zmnopolizowały rynek „Franken-Nasion”, odbierając rolnikom możliwość decydowania o własnych zbiorach. Monsanto posuwa się nawet do wytaczania procesów sądowych – i doprowadzania do upadłości – rolników za „naruszenia patentu”. W międzyczasie wyszło na jaw, że 23.100.000 dolarów zainwestowała w Monsanto Fundacja Billa i Melindy Gatesów, mająca czelność nazywać się „dobroczynną”.

Jak zwięźle ujął to jeden z obserwatorów, „pod płaszczykiem »ciągłości rozwoju« Fundacja została pionierem wartego wiele miliardów dolarów programu , mającego na celu przekształcenie Afryki w kontynent przyjazny dla GMO”. „Pomoc” Afryce poprzez zalanie jej wątpliwej jakości żywnością GMO, na której w najlepszym wypadku nie można polegać, ale najprawdopodobniej jest po prostu niebezpieczna, a przede wszystkim opatentowana, a tym samym kontrolowana, jest jedną z metod „kontroli populacji”. Południowoafrykańska organizacja South African Freeze Alliance on Genetic Engineering (SAFeAGE), sprzeciwiająca się genetycznej modyfikacji żywności, wyjaśnia:

© Unknown

„To nie ma nic wspólnego z pomocą Afrykanom – to służy wyłącznie im samym. Jeżeli rolnik zgadza się przejść na uprawy genetycznie zmodyfikowane, będzie przywiązany do nasion dostarczanych przez firmę nasienną.

Proces ten wyklucza przechowanie nasion na następny rok. Oznacza to, że rolnik będzie musiał kupić nasiona każdego roku, co jest opłacalne dla firmy”.

Niedobory żywności mają nieprzewidziane konsekwencje. Większość amerykańskiego i kanadyjskiego zboża jest genetycznie zmodyfikowana; do 80-90 procent soi, kukurydzy i bawełny w USA jest GMO. W tym kontekście, zakaz eksportu zboża wprowadzony przez Rosję i Ukrainę zapewnia modyfikowanym zbożom USA przewagę na globalnym rynku i daje sposobność przejęcia inicjatywy i wchłonięcia części światowego popytu.

„Czyszczenie z ropy” – wielki przekręt BP

© Ho/AFP/Getty Images - Zdjęcia zrobione w czasie opadania podwodnego pojazdu pokazują krople ropy, które pojawiają się na głębokości 1065-1300m.

W chwycie reklamowym, który wydaje się bardziej odpowiedni dla odcinka „Simpsonów” niż realnego świata, prezydent Obama kilka minut pomoczył nogi w śmierdzącej wodzie na plaży Florydy i ogłosił, że „plaże wzdłuż wybrzeża Zatoki są czyste, bezpieczne i otwarte dla biznesu”. W przeciwieństwie do różowej wizji, malowanej przez nieodpowiedzialne nawoływania Obamy, aby Amerykanie „zjechali się tu, nie tylko w celu wsparcia regionu, ale także dlatego, że jest to piękne miejsce”, fakty opowiadają zupełnie inną historię, a ta będzie się ciągnęła przez dziesięciolecia. To nie tylko kwestia tego, jak długo ropa będzie biodegradowała czy jak długo będzie sprzątana. Naukowcy z Woods Hole Oceanographic Institution (WHOI) odkryli ogromny pióropusz węglowodorów pochodzący z wycieku ropy BP w Zatoce Meksykańskiej, mierzący co najmniej 35,5 km długości i zalegający na głębokości ponad 915 m pod powierzchnią oceanu. Ich badania, opublikowane 19 sierpnia w periodyku „Science, wykazują, że choć kropelki ropy tworzące pióropusz są zbyt małe, by je zobaczyć gołym okiem, to przeanalizowane próbki wody potwierdziły występowanie benzenu, toluenu, ethybenzenu i ksylenów. Zespół nie zaobserwował żadnych oznak rozkładania ropy przez mikroorganizmy.

Badacze z Uniwersytetu w Georgii doszli do wniosku, że 80 % ropy, czyli około 3,2 milionów baryłek czarnego obrzydlistwa, nadal pozostaje w ekosystemie. Podejrzewamy, że jest to bardzo optymistyczna ocena, ponieważ nie bierze pod uwagę nowo odkrytego pióropusza, i szczerze wątpimy, aby BP zdołało odzyskać deklarowane 20 %. Nie potrzeba naukowca, żeby widzieć, że ropa sama z siebie magicznie nie wyparowała, jak twierdzi BP. Zamiast tego, toksyczny dyspersant Corexit zepchnął ropę na dno oceaniczne. W ten sposób BP oraz rząd USA próbowali „skredytować” koszty wieloletniego oczyszczania, o ile w ogóle da się tę ropę usunąć. Istnieje spore prawdopodobieństwo, że światowe ekosystemy już zostały przez tę katastrofę uszkodzone, ale prawdziwe reperkusje dopiero przed nami. Tegoroczna zima może nam dostarczyć paskudnych niespodzianek!

Mężczyzna o imieniu Steve, który był zatrudniony przy oczyszczaniu, opisał to, co widział, w artykule opublikowanym przez „Counterpunch:

To tak jakby w Zatoce doszło do nuklearnej apokalipsy”, powiedział. „Media nie mówią prawdy. Nikt nie mówi prawdy. Coś wam powiem. Wczoraj na plaży, na której pracujemy, mój zespół zebrał do siedmiuset worków ropy. Dzisiaj wróciliśmy na to samo miejsce i plaża znowu była nią całkowicie pokryta, tak jakbyśmy nigdy tu nie sprzątali. Dzisiaj wynieśliśmy następne siedemset pięćdziesiąt worków. Codziennie sprzątamy, a przypływ przynosi to z powrotem. Ropa jest wszędzie, głęboko pod piaskiem. Dzisiaj chciałem to zmierzyć, więc wbiłem łopatę w piasek i ropa sięgała na głębokość ponad 20 cm”.

© Joe Raedle/Getty Images

Steve nachylił się i zapytał: „Chcesz wiedzieć, na jak długo mam tu podpisany kontrakt? Na trzy lata”. Zacisnął szczęki, jakby chciał powstrzymać cisnące się słowa, ale nie mógł. „Mówią wszystkim, że nie jest tak źle, ale sprzątanie zajmie wiele lat. Będę tu długo”. Steve mocno przetarł oczy, jakby go piekły. „Powiem ci coś. Dziś widzieliśmy trzy martwe rekiny zmyte na plażę. Wnętrza ich nosów były czarne od ropy. Śluzowka w ich paszczach była czarna od ropy. Ich oczy były czarne od ropy”.

Okazuje się, że katastrofa była krytyczna nie tylko dla ekosystemu, ale także pogłębiła kłopoty ekonomiczne i omawianym powyżej kryzys żywnościowy. Otóż naukowcy znaleźli dowód na to, ze ropa stała się toksyczna dla organizmów morskich Zatoki na terenach rozrodczych ważnych z handlowego punktu widzenia gatunków ryb. Według prof. J.A. Nymana z Uniwersytetu Stanowego Luizjany, fauna morska jest w stanie w miarę szybko zregenerować się po kontakcie ropą (zakładając, że ropa zostanie w końcu usunięta), ale nie da się już tego samego powiedzieć o wystawieniu jej na toksyczne działanie mieszanki Corexitu i ropy, po którym stworzenia morskie wymagają dwa lub trzy razy więcej czasu na powrót do zdrowia. Lokalni rybacy mówią, że zwierzęta morskie, takie jak kraby i płaszczki, które normalnie przebywają w głębinach morskich, pojawiają się ostatnio na powierzchni, „jakby próbowały uciec z wody”.

© Gerald Herbert/AP Photo – Gaszenie pożaru na platformie wiertniczej, która 2 września 2010 wybuchła w Zatoce Meksykańskiej u wybrzeży Luizjany. Cała 13-osobowa załoga została uratowana.

Ostatnim wydarzeniem toczącej się tragedii Zatoki jest wybuch kolejnej platformy wiertniczej, tym razem należącej do Mariner Energy z Houston i mieszczącej się 322 km na zachód od miejsca wycieku spowodowanego przez BP. 13-osobowa ekipa ratowała się skacząc do wody, jednen pracownik platformy odniosł obrażenia. Straż przybrzeżna podała do wiadomości, że plama ropy rozciąga się na odległość 1,5 km i jest szeroka na 30 m. Co do przyczyny pożaru, to albo jest nieznana, albo po prostu nie chcą nam o niej powiedzieć – i nie łudzimy się, że poznamy prawdę.

Następnym powodem do zmartwień jest możliwość, że huragany przeniosą toksyczne zanieczyszczenia w głąb Stanów Zjednoczonych. Po powolnym początku, sezon huraganowy nabrał w końcu rozpędu wraz z nadciągnięciem Danielli, Earla oraz burzy tropikalnej Hermina. Huragany te nie miały zbyt wielkiego wpływu na region Zatoki, ale zgodnie z jedną prognozą huraganową to, co widzieliśmy do tej pory, to dopiero początek bardzo pracowitego sezonu, który może przynieść 18 burz tropikalnych, z czego 10 może być huraganami. W przeciwieństwie do tego, co mówi poniższe video, jest nie tylko możliwe, ale praktycznie pewne, że w ciągu następnych trzech miesięcy trująca mieszanka Corexitu i ropy zostanie przetransportowana w głąb lądu. Pytanie tylko, kiedy i jak daleko. Niewykluczone, że sięgnie na północ aż po Nową Anglię.

Wideo do obejrzenia na stronie National Geographic, po kliknięciu otworzy się w nowej zakładce

 

W normalniejszym świecie moglibyśmy się spodziewać, że każda korporacja winna ekobójstwa – takiego jak to, które niedługo bezpośrednio dotknie połowę USA (i całość półkuli północnej, jeśli Golfsztrom się zatrzyma) – przyjmie na siebie odpowiedzialność, a ochronę życia na Ziemi postawi na czele swoich powinności, niezależnie od kosztów. Jeśli rzeczona korporacja nie miałaby choć minimum szacunku dla życia, można by oczekiwać, że rząd weźmie sprawy w swoje ręce i zmusi ją do podjęcia właściwych działań. Niestety nie żyjemy w normalnym świecie i sprawy toczą się zupełnie inaczej na naszej kontrolowanej przez psychopatów planecie. Po pierwsze, BP wydaje się być bardziej przejęte swoim wizerunkiem niż rzeczywistością, płacąc najemnikom za rozpryskiwanie Corexitu w nocy i jednocześnie zapewniając społeczeństwo, że go nie używa. Od kwietnia do końca czerwca BP wydało 93 miliony dolarów na propagandę (reklamę), 89,5 miliona na granty dla czterech stanów przybrzeżnych Zatoki – Florydy, Alabamy, Missisipi, i Luizjany – aby promować turystykę po katastrofie. Ale poczekajcie – nie powinno się najpierw posprzątać tego bałaganu, zanim zacznie się kusić turystów? Nie, jeśli zyski są ważniejsze od zdrowia.

Wszystkie te miliony można było wydać na sprzątanie, ale BP zależy jedynie na ratowaniu wizerunku oraz kontynuowaniu działalności i przyszłych zyskach. Tak, BP jest na tyle bezczelne, że zagroziło [amerykańskiemu] Kongresowi, że jeśli ten poprze ustawę pozbawiającą koncern możliwości uzyskania nowych pozwoleń na morskie odwierty, to BP może nie mieć pieniędzy na zapłacenie za całość zniszczeń spowodowanych przez wyciek ropy w Zatoce Meksykańskiej. Trudno wygrać z taką psychopatyczną logiką. Ale po tym wszystkim, czego dowiedzieliśmy się o BP w ciągu ostatnich miesięcy, nie powinniśmy być zaskoczeni. Czegóż innego możemy się spodziewać po korporacji grożącej chemikowi, który wykrył Corexit w zalewisku Botton Bayou w Orange Beach w Alabamie.

Mamy też zleceniobiorcę BP, potrąconego przez samochód ze skutkiem śmiertelnym, atak serca dyrektora BP i Matta Simmonsa, dwóch podwykonawców, którzy ponoć popełnili samobójstwo, oraz tajemniczą katastrofę samolotu, w której zginął senator z Alaski, Ted Stevens.

BP ma w kieszeni nie tylko lokalną policję i służby federalne, ale zatrudniło także cywilnych najemników. Pojawiły się nawet plotki, że mogli też zatrudnić ulubione irakijskie szwadrony śmierci CIA, Xe Services – firmę znaną wcześniej jako Blackwater.

Co do roli rządu, czytaliśmy już o plażowej błazenadzie Obamy i wiemy, że rząd w zasadzie przekazał kontrolę nad miejscem zbrodni zbrodniarzom, ale to nie wszystko. Zamiast robić co do niej należy, FDA (Amerykańska Agencja ds. Żywności i Leków) nie testuje owoców morza z regionu Zatoki na zawartość rtęci, arszeniku i innych metali ciężkich, ponieważ, jak twierdzi, „nie spodziewa się wzrostu poziomu tych toksyn z powodu wycieku ropy”. Być może przedstawiciele FDA przez kilka ostatnich miesięcy byli na urlopie, ale dla każdego myślącego człowieka powinno być oczywiste, że wzrost poziomu toksyn jest dokładnie tym, czego należy się spodziewać po tego typu katastrofie i użyciu Corexitu. Ropa jest skomplikowanym związkiem chemicznym, złożonym z takich substancji, jak benzen, metale ciężkie, arszenik i wielojądrowe węglowodory aromatyczne. Corexit to po prostu… no cóż… trucizna.

Jeśli w owocach morza nie ma co się spodziewać toksyn, to może FDA mogłaby nam dogodzić i jednak to sprawdzić? A może jakimś zrządzeniem losu FDA po prostu nie chce, byśmy odkryli prawdziwy poziom toksyn w jedzeniu? Zbyt konspiratorskie?

Arogancję FDA widać w pełnym świetle, gdy czytamy o rodzinie mieszkającej godzinę drogi od Tampy, której członkowie zachorowali i dostali wysypki od pływania nie w Zatoce, ale we własnym przydomowym basenie, który okazał się być skażony 2-butoxyethanolem, podstawowym składnikiem Corexitu. Ryby zdychają tysiącami w delcie rzeki Missisipi, w Walton County na Florydzie, w Wenecji w Luizjanie. Halo? FDA? Jesteście tam?

Istnieje również alarmująca możliwość, że ropa z wycieku może być radioaktywna w wyniku naturalnie występujących materiałów radioaktywnych, które można spotkać w głębokich odwiertach, choć jak na razie ta ewentualność nie została potwierdzona.

Kiedy pada, to porządnie

Jak donosiliśmy w zeszłym miesiącu, ropa w Zatoce Meksykańskiej rozerwała Prąd Pętlowy, i jeśli nie uda mu się zregenerować, to zakłoci to Prąd Zatokowy, który chroni obie strony Atlantyku przed zakosztowaniem arktycznego klimatu. Jeśli do tego dojdzie, skutki będą tak przenikliwe, a konsekwencje tak daleko idące, że na pewno zmienią definicję wyrażenia ‘katastrofa naturalna’. Z tego też powodu część meteorologów spodziewa się, że tegoroczna zima w Europie będzie najzimniejsza od 1000 lat!

© Reuters - Pakistańskie powodzie dotknęły ponad 20 milionów ludzi, a wiele miejsc wciąż znajduje się pod wodą.

Planeta Ziemia jest niezależną kulą unoszącą się w kosmosie. Jej pogoda to system powiązanych, nieliniowych skutków, które usiłujemy zrozumieć. Tak jak z tym przysłowiowym motylem wywołującym huragan na drugiej stronie globu, przerwanie Prądu Pętlowego w Zatoce Meksykańskiej może poskutkować zmianami klimatycznymi w innym rejonie. Wiadomo, że wiele krajów doświadcza opadów i biblijnych rozmiarów powodzi, podczas gdy inne muszą znosić ekstremalne susze. Pakistan – kraj który i tak jest już w kiepskim stanie z winy amerykańskiego imperializmu pod fikcyjnym sztandarem ”wojny z terrorem” – musi radzić sobie z jedną trzecią swojego terytorium zalanego wodą, ponad dwudziestoma milionami ludzi dotkniętymi powodziami, z których sześć milionów jest bezdomnych, trzy miliony nie otrzymało jeszcze żadnej pomocy, a milion głoduje.

Cierpienie tak ogromnej ilości ludzi powinno dać nam do myślenia. Pomimo to, finansowa pomoc dla Pakistanu w porównaniu z tą, ofiarowaną ofiarom trzęsienia ziemi na Haitii i innych niedawnych katastrof, pozostaje daleko w tyle. A może jest to bezpośredni efekt propagandy na temat ”wojny z terrorem”? Czy Stanom Zjednoczonym uszłaby na sucho ciągła kampania bombardowania z użyciem dronów bez piramidy kłamstw i fałszywych pojęć, zbudowanej na przestrzeni lat, szczególnie od czasu 9/11? W przeciwieństwie do USA, świat muzułmański wydaje się bardziej skłonny do wysyłania pomocy. Zachód, zamiast pomagać, wydaje się być bardziej zainteresowany napychaniem swoich kieszeni przez naciski IMF (Międzynarodowego Funduszu Walutowego) na utrzymanie najważniejszych reform pro-rynkowych – łącznie z wycofaniem subsydiów energetycznych i podniesieniem podatków pośrednich – co dodatkowo zdruzgocze miliony Pakistańczyków.

Dalej na północ, letnią rosyjską suszę zastąpiły huraganowe wiatry i gwałtowne ulewy. Indonezja również cierpi z powodu „super-ekstremalnej pogody w tym roku, pierwszy raz w historii”, w postaci rekordowych opadów deszczu. Po drugiej stronie globu, Gwatemala ma swój najmokrzejszy sezon deszczowy od 67 lat, co zmusiło prezydenta tego państwa do ogłoszenia stanu wyjątkowego.

Podobne historie mają miejsce w wielu innych częściach świata. Na liście znajdują się powodzie w Australii i Wielkiej Brytanii, burze w Hiszpanii i Szwecji oraz kolejne powodzie w Chinach i Korei Północnej.

Kolejna wpadka globalnego ocieplenia

Biorąc pod uwagę bieżącą propagandę, do wybaczenia jest myślenie, że burze są bezpośrednim efektem „globalnego ocieplenia”. My jednak uważamy, że sprawy są bardziej skomplikowane. Zmianie klimatu trudno zaprzeczyć, ale czy scenariusz „globalnego ocieplenia” tłumaczy to, co działo się ostatniej zimy? Czy może on wyjaśnić fakt, że Szkocja miała swoje pierwsze opady śniegu z „tegorocznego sezonu zimowego” w sierpniu lub że w czasie ostatniej zimy na półkuli południowej z rzek w Boliwii zniknęły z powodu zimna ryby, co jest największą jak dotąd katastrofą ekologiczną tego kraju? Przeciwnie do twierdzeń „mądrych ociepleniowców”, poziom morza nie podnósł się ani o cal od czasu rozpoczęcia pomiarów w 1993 roku, a rejestrowane nieprawidłowości nie są wynikiem topniejących czap lodowych, tylko depresji oceanów oraz zjawisk pogodowych, takich jak El Nino i cyklony.

W rzeczywistości, globalnej kampanii ociepleniowej towarzyszył kolejny żenujący epizod, kiedy anonimowy obywatel zauważył, że niektóre dane satelitarne, przedstawiające zapisy temperatur z okolic Wielkich Jezior, podciągnięto o dosłownie setki stopni w celu znaczącego zawyżenia średnich temperatur w północno-wschodnich rejonach USA. W efekcie, podawane średnie temperatury w USA są o 10 do 15 stopni Farenheita wyższe od rzeczywistych. To na podstawie tychże odczytów biuro National Oceanic and Atmospheric Administration (NOAA) ogłosiło następujące ostatnio jedno za drugim „rekordowo ciepłe lato”. Opowieść o nieprawidłowych danych została potwierdzona przez koordynatora programu NOAA, Chucka Pistisa, a oryginalne mapy ciepła usunięto z witryny agencji.

 

© NOAA - 315°C w Egg Harbor w Wisconsin? Jejku!

Mainstreamowe media zaakceptowały wersję NOAA, która całą sprawę przedstawiła jako nieistotne błędy w obliczeniach. My wolimy posłuchać zdrowego rozsądku i stwierdzić, że – po raz kolejny – jesteśmy świadkami rozmyślnej próby „ukrycia spadku” [PL]. Przez cały ten czas naukowcy, którzy mają odwagę zakwestionować teorię „globalnego ocieplenia” wraz z jego rzekomo antropocentrycznym pochodzeniem, są marginalizowani jako „heretycy”. Jednym z powodów tej powszechnej ciasnoty umysłowej wydaje się być wart 2,7 miliardów dolarów i nadzorowany przez ONZ rynek emisji dwutlenku węgla – program, który skutecznie pozwala trucicielom kupić sobie możliwość zwiększenia sobie nieco skali produkowanych zanieczyszczeń. To tyle na temat dążenia nauki głównego nurtu do prawdy i wiedzy.

Placówki naukowe wykorzystywane są do odwracania uwagi opinii społecznej i utrzymywania ludzi w niewiedzy na temat innych niepokojących i potencjalnie katastrofalnych dla społeczeństwa problemów. Naukowcy powinni raczej zbadać, czy na przykład obserwowany wzrost jasności i częstotliwości występowania chmur srebrzystych w ciągu ostatnich 27 lat nie jest spowodowany gromadzeniem się pyłu kosmicznego w górnych warstwach atmosfery, jako że ich występowanie jest silnie skorelowane z obecnością mikrometeorów. Uważni obserwatorzy orientują się, że znaczny ostatnio wzrost stężenia pyłu kosmicznego w tym rejonie przestrzeni kosmicznej zwiększa prawdopodobieństwo, że na horyzoncie mogą być zderzenia z asteroidami lub kometami. Poza tym, zmiany w atmosferze mogą również mieć związek z aktywnością Słońca:

Kurczenie się warstwy atmosferycznej może mieć związek z niskim poziomem promieniowania słonecznego

© Mark Hume - Rzadki łuk okołozenitalny w formie odwróconej tęczy pojawił się niedawno na niebie północnej Brytanii. Czy coś się dzieje z atmosferą?

Duże zmiany emisji energii słonecznej mogą prowadzić do nieoczekiwanie gwałtownych wahań w zewnętrznej atmosferze Ziemi.

Opublikowane dzisiaj wyniki badań wiążą ostatnie tymczasowe zmniejszenie się wysokiej warstwy atmosfery z gwałtownym spadkiem poziomu słonecznego promieniowania ultrafioletowego. Badania, prowadzone przez naukowców z National Center for Atmospheric Research (NCAR) w Boulder w stanie Kolorado i Uniwersytetu Kolorado w Boulder (CU), wskazują, że cykl magnetyczny Słońca, który produkuje różne ilości plam słonecznych w trakcie około 11-letniego cyklu, może zmieniać się bardziej niż dotąd uważano. […]

Na początku tego roku zespół naukowców z Naval Research Laboratory i Uniwersytetu George’a Masona, dokonując pomiaru zmian oporu powietrza, na jaki natrafia satelita, oszacował, że gęstość termosfery w latach 2007-09 spadła o blisko 30 procent mniej niż w czasie poprzedniego minimum słonecznego w 1996 roku. […]

[Profesor i współautor Thomas Woods z CU] mówi, że badania wskazują, iż Słońce może przechodzić okres stosunkowo niskiej aktywności, podobnie jak w okresach na początku XIX i XX  wieku.

Może to oznaczać, że w najbliższej przyszłości emisja słoneczna może pozostać na niskim poziomie.

„Jeśli rzeczywiście zachodzi podobieństwo do pewnych wzorców w przeszłości, to możemy się spodziewać niskich cykli słonecznych w ciągu następnych 10 do 30 lat” – mówi Woods.

Niska aktywność słoneczna prognozuje raczej epokę lodowcową, a nie  globalne ocieplenie. W istocie:

Naukowcy studiujący plamy słoneczne w ciągu ostatnich 2 lat doszli do wniosku, że pole magnetyczne, które powoduje powstawanie plam, nieustannie słabnie. Jeżeli obecna tendencja się utrzyma, do 2016 r. oblicze Słońca może stać się nieskazitelne i pozostać takim przez dziesiątki lat – identyczne zjawisko w XVII wieku zbiegło się z długim okresem ochłodzenia na Ziemi.

Czas i pieniądze społeczności naukowej znacznie lepiej byłoby spożytkować na monitorowanie aktywności wulkanicznej i sejsmicznej. Oto przykład z ostatnich 30 dni:

Żegnajcie wypłaty

Wspomniany wyżej kryzys żywnościowy zjawia się w najgorszym możliwym czasie, kiedy świat zmaga się z kryzysem gospodarczym, zafundowanym mu przez pewien podgatunek (psychopatów), zainteresowany wyłącznie utrzymaniem swojej dominacji wszelkim możliwym kosztem.

Podczas gdy wyższe ceny żywności bardziej dotkną biedniejsze kraje, w tych zamożniejszych gospodarna Władza Realna obniża standard życia znacznej większości ludzi. Wielkie międzynarodowe korporacje, przy pomocy zawsze oddanych rządów Europy, Azji i Ameryki Północnej, posłużyły się zapaścią do narzucenia programów oszczędnościowych, wymierzonych w pracowników w bogatszych krajach. Mówiąc pracowników, mamy na myśli wszystkich, którzy muszą zarabiać na życie, niezdolnych utrzymać się z samych lokat.

Zadaniem mediów jest przekonanie nas, że nastała „potrzeba”, skądinąd nieuchronna, „upłynnienia” programów socjalnych i podstawowych usług publicznych, celem wykarmienia żarłocznego sektora bankowego i finansowego. Rolę mediów w tym „wyścigu na dno” opisuje Ismael Hossein Zadeh:

Faktem pozostaje, że kleptokraci z USA, UE, czy innych zadłużonych krajów doskonale wiedzą, co robią – pozwalają na przedłużanie się recesji, aby wymóc na pracownikach „wystarczające” ustępstwa, prowadzące ostatecznie do zerwania z ideą państwa opiekuńczego i obniżenia kosztów pracy w rozwiniętych krajach kapitalizmu, czyniąc je bardziej konkurencyjnymi w stosunku do krajów słabiej rozwiniętych. To wyjaśnia, dlaczego, pomimo nowych oznak pogłębiania się globalnego kryzysu, rządy tych krajów (nieważne, czy kierowane przez socjalistów, socjaldemokratów, laburzystów, demokratów, konserwatystów, czy innych) podtrzymują swoją bierność względem podejmowania nowych środków zaradczych, kontynuując jednocześnie brutalne cięcia w sektorze zdrowotnym, edukacji, wynagrodzeń, emerytur i całej reszcie…

Jak zaznacza pisarz i dziennikarz Patrick O’Connor, “W USA, Europie oraz innych rozwiniętych gospodarkach kapitalistycznych celem jest trwałe obniżenie stopy życiowej klasy pracującej…

Ze swoimi wstępniakami i esejami takich osób, jak Thomas Friedman, „New York Times” odgrywa wiodącą rolę w przygotowaniu amerykańskiej publiki na uznanie nowej, przeciągającej się fazy ekonomicznych wyzwań oraz pogodzenie się z niższymi standardami życia. Oto przykład, jak Friedman tłumaczy potrzebę zaciśnięcia pasa:

„Witajcie w chudych czasach. Tak, proszę państwa, właśnie skończyło się 70 tłustych lat Ameryki, które zawdzięczamy Najlepszemu Pokoleniu oraz nagrodzie wolności i dobrobytu, jaką nas obdarowało. W ciągu tych 70 lat kierowanie, czy to państwem, uniwersytetem, przedsiębiorstwem, organizacją charytatywną, czy stanowym samorządem, w głównej mierze polegało na rozdawnictwie, tworzeniu od podstaw, obniżaniu podatków lub przyznawaniu grantów… Dzisiejsza zaś władza to cięcia, zwalnianie z pracy lub redukcja świadczeń, programów bądź personelu. Z ery rządowych darowizn weszliśmy w erę obywatelskich spłat”.

W podobnym tonie napisał także „The Times”:

Amerykańscy robotnicy są przepłacani w porównaniu z równie wydajnymi pracownikami z innych krajów, wykonujących tę samą pracę. Jeżeli światowa gospodarka ma powrócić do równowagi, ta przepaść musi zniknąć… Różnica wynagrodzeń w skali globalnej wyrównuje się, jednak ostatnie statystyki z rynku pracy w USA wskazują, że trend dopiero się rozwija.

Nie mówiąc otwarcie o “potrzebie cięć wynagrodzeń”, także prezydent Obama co rusz prawi Amerykanom o czekających ich chudych latach: „Musimy stworzyć nowy fundament dla [ponownego] osiągnięcia rozwoju i dobrobytu – fundament, który przeniesie nas z ery pożyczek i wydatków w erę oszczędności oraz inwestycji; gdzie będziemy konsumować mniej, zwiększając za to eksport”. Rzecz jasna, mówiąc „my”, Obamie chodziło o klasę pracującą i ogół społeczeństwa, nie zaś panującą kleptokrację; natomiast co do „mniejszej konsumpcji”, miał na myśli przywyknięcie do mniejszych zarobków, a co za tym idzie, niższej stopy życiowej – dlatego że wynagrodzenia, dodatki, emerytury czy wszelkie inne programy socjalne czeka redukcja albo likwidacja.

Żelazny uścisk, w jakim psychopaci trzymają gospodarkę, uwidocznił się w Atlancie w zeszłym miesiącu [sierpniu], kiedy 30-tysięczny tłum walczył o ograniczoną pulę aplikacji o nieruchomość, jednak uzyskanie ich oznacza zaledwie wpisanie na listę oczekujących na mieszkania, które w rzeczywistości nawet nie istnieją.

To są symptomy zjawiska obecnego na całym świecie. W samym 2009 roku na przykład, liczba młodych ludzi bez pracy wzrosła o 6,6 milionów w skali świata. Dla porównania, w ciągu dziesięciu lat poprzedzających obecny kryzys liczba bezrobotnych młodych ludzi zwiększała się średnio o 192 tys. rocznie.

Hossein Zadeh pisze dalej:

Dążąc do zaniżenia zarobków w rozwiniętych krajach do poziomu niewolniczego, potężne grupy finansistów (oraz ogólnie, rządząca kleptokracja) kierują się różnymi zamiarami. Takim oczywistym celem jest potrzeba spłacenia sum przegranych przez hazardzistów z Wall Street. Innym celem jest uczynić amerykańskich producentów bardziej konkurencyjnymi na rynkach globalnych – strategia promowania eksportu kosztem klasy pracującej, którą prezydent Obama określa mianem Inicjatywy Krajowego Eksportu: „Zwiększenie amerykańskiego eksportu wzmocni nasz rozwój gospodarczy, a także zapewni miliony dobrze płatnych miejsc pracy dla Amerykanów. Dlatego właśnie, podczas przemowy o stanie państwa za cel obrałem podwojenie naszego eksportu w ciągu pięciu lat”. Gdy zedrzeć orwellowską otoczkę, prezydencka inicjatywa zwyczajnie oznacza zrównanie płac w USA z poziomem Chin, Wietnamu, Indii oraz innych słabo rozwiniętych państw [pod względem płac robotników], przez co amerykańscy producenci będą bardziej konkurencyjni na rynkach międzynarodowych.

To wszystko ohydne neoliberalne metody wyzysku, czasem nazywane “wyścigiem na dno”, czy też rywalizacją w cofaniu się do dickensowskich czasów ucisku klasy pracującej. Naomi Klein trafnie nazwała tę złowieszczą strategię „doktryną szoku” – jest to strategia posługująca się kryzysem w celu zaprowadzenia neoliberalnych programów oszczędnościowych oraz redystrybucji dóbr do wyższych warstw społecznych.

Neoliberalna strategia obalenia państwa opiekuńczego i obniżenia płac do niewolniczych stawek nie ogranicza się oczywiście do Stanów Zjednoczonych. Zniżkowa rywalizacja ma miejsce także w innych państwach. W gruncie rzeczy, presja kapitalistycznej konkurencyjności na rzecz zysku i przetrwania zmusiła niemal wszystkie kraje na świecie do uczestnictwa w tym retrogresywnym (acz kapitalistycznie racjonalnym!) wyścigu w dół.

“Oszczędnościowa inicjatywa” obecnie wprowadzana jest na całym świecie, jak podaje Hossein Zadeh. I tak w Niemczech, pomimo względnie zdrowej gospodarki, pod hasłem konieczności obniżenia płac oraz cięć w świadczeniach socjalnych zjednoczyli się politycy wszystkich opcji, środowisko biznesu, a także związki zawodowe.

W Zjednoczonym Królestwie natomiast, nowy premier z ramienia Partii Konserwatywnej, David Cameron, wprowadza drakońskie cięcia w świadczeniach socjalnych, nie udając nawet, że zostaną one przywrócone, gdy tylko poprawi się sytuacja. A zupełny brak nadziei nieuchronnie prowadzi do spadku zaufania konsumentów.

Owe środki oszczędnościowe, narzucone przez Unię Europejską, doprowadziły grecką gospodarkę do ruiny, skłaniając czołowego niemieckiego ekonomistę do ostrzeżenia przed wojną domową.

W Stanach Zjednoczonych administracja Obamy obrała strategię ożywienia rodzimej produkcji, polegającą na zaoferowaniu robotnikom alternatywnej pracy za najniższe zarobki. I tak na przykład w przemyśle samochodowym plan „ożywienia”, zrealizowany przez Obamę, doprowadził do cięć wynagrodzeń i dodatków. Podobnie jak w wypadku dużych banków, które rząd odciążył z toksycznych aktywów, przywracając im tym samym potężne zyski, tak przejęcie przez rząd amerykański rzekomo upadłego General Motors pozwoliło tej spółce odciąć się od zobowiązań wobec swoich obecnych i byłych pracowników. Przywrócenie tym sposobem zyskowności amerykańskich producentów samochodów został w sierpniu uczczony na Wall Street i przez prezydenta. Tak więc korporacyjne zyski i produkcja wzrosły, utrzymując giełdę papierów wartościowych na powierzchni, pomimo ostrego spadku w połowie miesiąca.

Te same finansowe pasożyty, zarządzające dużymi bankami, przejmują także inne przedsiębiorstwa produkcyjne. Jak to widzieliśmy w Niemczech, jednomyślna zgoda między rządem, mediami, kręgami biznesu i samymi pracownikami, sprzyja interesom tylko nielicznych.

Jak napisali Tom Eley i Barry Grey, strategia Obamy w rzeczywistości ma uczynić z USA centrum taniej siły roboczej:

Rozpad amerykańskiego, jak i światowego, kapitalizmu klasa rządząca wykorzystała do przeprowadzenia drastycznych i trwałych redukcji zarobków oraz obniżenia poziomu życia amerykańskich pracowników, a także nasilenia ich wyzysku.

© 2002 Salon.com

Jest to wyrachowana metoda wojny klasowej, stosowana bezlitośnie do żerowania na ludzkiej niedoli i desperacji, powstałych wskutek masowych zwolnień i przejęć mieszkań, cięć w programach socjalnych, głodu oraz problemu bezdomności.

Biały Dom Obamy dał znak korporacjom, by w celu obcięcia zarobków posłużyły się zwolnieniami i groźbą zamknięcia fabryk, na przykładzie General Motors i Chryslera, które zmusił w zeszłym roku do ogłoszenia bankructwa, nakazując im dodatkowo zmniejszenie o połowę wynagrodzeń nowych pracowników jako warunek wstępny do rozpoczęcia akcji ratowania tych koncernów przez rząd.

Nowi pracownicy koncernów samochodowych otrzymują niemal głodówkowe (jak na amerykańskie standardy – przyp.) wynagrodzenia 14 dolarów za godzinę. A to dopiero początek, jako że producenci zamierzają dokonać w przyspieszonym tempie jeszcze większych cięć w zarobkach i dodatkach, a także podnieść wszystkie inne ograniczenia. Podobne żądania pojawiają się w każdym sektorze amerykańskiej gospodarki.

Obniżanie kosztów płac w USA, mające na celu zrównanie ich do poziomu obecnego w Azji, stanowi istotę tak zwanego programu „nowych miejsc pracy”, z jakim wyszła administracja Obamy. Przekreśliwszy wszystkie inne rządowe programy tworzenia miejsc pracy, porzuciwszy do tego własne, choć mizerne, projekty wsparcia przedsiębiorstw, i wreszcie, po odmowie udzielenia pomocy ogołoconemu państwu i władzom stanowym, Biały Dom i urzędujący w Kongresie Demokraci przekonują teraz do podwojenia eksportu USA w ciągu pięciu lat, licząc na zmniejszenie stopnia bezrobocia, największego od czasu Wielkiego Kryzysu.

Strategia ta ma na celu redukcję kosztów pracy w USA, a przez to odrodzenie się amerykańskiej produkcji jako platformy z tanią siłą roboczą, nastawionej na eksport na światowe rynki. Przeniesienie ciężaru produkcji z Indii do USA jest dowodem początku sukcesu tej bezlitosnej polityki, niewątpliwie wartego uczczenia w Waszyngtonie i na Wall Street.

Cięcia zarobków i dodatków uderzyły w każdą część amerykańskiej klasy pracującej: pracowników fabryk, nauczycieli, pracowników państwowych, czy osoby w sektorze usług – Białych, Czarnych, Latynosów, rodowitych Amerykanów i imigrantów, kobiety i mężczyzn, młodzież i pracowników z wieloletnim doświadczeniem. Departament Handlu w zeszłym tygodniu podał, że w 2009 roku płace w sektorze prywatnym spadły o 6 procent.

To właśnie sprawiło, że korporacje mogły ponownie ogłosić ogromne zyski, a ich dyrektorzy po raz kolejny przyznać sobie siedmio-, ośmiocyfrowe pakiety wynagrodzenia.

Do sukcesu, którym korporacyjna elita może się rozkoszować po wprowadzeniu w życie swojej polityki, w dużym stopniu przyczyniły się federacje związków zawodowych, AFL-CIO oraz Change to Win, które musiały ją zaakceptować. Każdy związek zawodowy – nauczycieli, pracowników fabryk samochodowych, górników czy pracowników państwowych – rzekomo broniący interesów swoich członków, w rzeczywistości przystaje na żądania pracodawców co do cięć wynagrodzeń w imię „ratowania miejsc pracy”.

Ten atak na płace, jak i współudział związków zawodowych, jest zjawiskiem ogólnoświatowym, nie tylko amerykańskim. Artykuł „Financial Times” zwraca uwagę, że w czasie globalnej zapaści gospodarczej indyjska firma outsourcingu usług informatycznych Wipro Technologies „zaczęła szukać pracowników z Europy, Bliskiego Wschodu czy Afryki”.

Mieszkańcy USA powinni to głęboko przemyśleć, zanim zdecydują się zapłacić 300 tys. dolarów za dom. Bo jeśli elita dopnie swego, rynek mieszkań czeka długa droga w dół, a wielu ludzi zostanie bez pieniędzy i domu. W końcowym efekcie pogłębi się poczucie zagrożenia i cierpienie przeważającej większości populacji na świecie, przy jednoczesnej kumulacji dóbr w rękach niewielkiej elity. A wszystko to będzie wynikiem umyślnie wywołanego kryzysu gospodarczego.

Nowa wojna Izraela

© Unknown - Izraelskie siły powietrzne

Nieco światła na kolejne posunięcie Izraela zmierzającego do zbrojnej konfrontacji rzucił ciekawy artykuł z zeszłego miesiąca, który dostarcza ważnej wskazówki co do kierunku jego zapatrywań. 6 sierpnia Izrael zamówił potężną ilość paliwa do celów wojskowych, znacznie przekraczającą wielkość zapasów potrzebnych do jego typowych rzezi. W ramach wartego 2 miliardy USD zamówienia zakupiono 282 miliony galonów (6,7 mln baryłek) paliwa do odrzutowców JP-8 oraz 160 milionów galonów (3,8 mln baryłek) benzyny i ropy. Autor artykułu stwierdza, że do ataku na Iran nie potrzeba paliwa dla jednostek lądowych, stąd wnioskuje, że Izrael szykuje się do inwazji także na Liban, Strefę Gazy i Zachodni Brzeg, gdy już ruszy na Iran. Zwrócił on uwagę również na to, że paliwo lotnicze nie ma długiego terminu przydatności, zastanawiając się, czy może to być oznaką rychłego konfliktu.

Oznaką podwyższonej gotowości sąsiadów Izraela na możliwy atak z jego strony jest wzrost przypadków naruszenia przestrzeni powietrznej Libanu przez izraelskie samoloty. Hezbollah, libański ruch oporu, utworzył wspólne dowództwo z armią syryjską, aby koordynować obie armie. Tymczasem ambasador Izraela w Waszyngtonie, Michael Oren, oskarżył Hezbollah o umieszczenie blisko 15000 precyzyjnych rakiet dalekiego zasięgu wzdłuż granicy libańsko-izraelskiej. Także Jordania została sprowokowana przez Izrael, kiedy ten rozkazał rolnikom z Doliny Jordanu opuścić teren swoich upraw.

Swą wojenną retorykę przeciwko Iranowi Izrael podwyższył już do ogłuszającego poziomu. Dokładnie jak w poprzedniej nagonce na Irak, zakończonej inwazją na ten kraj, każda okazja do demonizowania Iranu jest rozdmuchiwana przez posłuszne media, sprzyjając tym samym rosnącej histerii. Przykładem takiej propagandy jest powielana przez media historia, jak to „w Iranie ciągle kamienują kobiety”. Jak pisaliśmy wcześniej, wspomniana historia po raz pierwszy pojawiła się w Radio Farda, irańskiej gałęzi Radia Wolna Europa/Radia Swoboda, będących narzędziami propagandy CIA, a także w należącym do syjonistów serwisie The Media Line. Zaś tym artykułem z 30 czerwca „Jerusalem Post” zaprezentował historię szerszej publiczności.

Obecny chwyt propagandowy pełen jest nieścisłości, zupełnie jak było ze zdjęciem dziewczyny, czy też kobiety (w zależności, jakiemu źródłu dajemy wiarę), które w mig rozeszło się w szczytowym momencie „zielonej rewolucji” – nieudanego dzieła CIA; okazało się bowiem, że Neda Soltani wcale nie nazywa się Neda Soltani.

John Bolton, amerykański były dyplomata przy ONZ oraz jeden ze wspólników Izraela w jego zbrodniach, ogłosił na antenie Fox News, że Izrael ma 8 dni na atak na irańską instalację atomową. „8 dni” minęło i nic, ale interesujące jest, że gdy tylko uruchomiono elektrownię – zbudowaną zresztą przez Rosjan – Izrael i Rosja podpisały umowę o długoterminowej współpracy wojskowej. Do tego Rosyjskie Siły Zbrojne kupiły wcześniej 12 izraelskich samolotów bezzałogowych, zaś minister obrony Izraela Ehud Barak powiedział, że Izrael „jest gotowy podzielić się z armią rosyjską swoim doświadczeniem w kwestiach antyterroryzmu oraz środków bezpieczeństwa”.

Szczegóły umowy nie są znane, ale wygląda na to, że wszyscy główni aktorzy sceny geopolitycznej wykorzystują mem „wojny z terrorem”, chcąc powiększyć własny arsenał. Francja robi to samo, usiłując sprzedać pociski przeciwczołgowe Libanowi, ku pozornej irytacji amerykańskich polityków. Jak jednak wiadomo, stara jak świat taktyka zbrojenia wszystkich stron konfliktu jest tym, co Ameryka i jej zausznicy robią najlepiej.

Dopiero czas pokaże, czy wszystkie te wydarzenia potwierdzają szykowanie się Izraela do ataku na Iran. Równie dobrze może być tak, że Izrael w krzykliwy sposób chce odwrócić uwagę od swoich jakże prawdziwych, codziennych ataków na to, co pozostało z Palestyny.

Jak NIE rozmawiać o pokoju

Prześladowania Palestyńczyków to dla Izraela chleb powszedni. Nawet mimo orwellowskiej dwumowy obecnej na sponsorowanych przez USA rozmowach pokojowych w Waszyngtonie, minister spraw zagranicznych Avigdor Lieberman bardzo wyraźnie oznajmił, że pokój między Izraelem i Palestyńczykami nie zostanie osiągnięty w najbliższej przyszłości. Co więcej, stwierdził, że pokój nie jest możliwy „ani za rok, ani za przyszłego pokolenia”. Trwająca agresja i ekspansja osiedleńcza, za które odpowiada prawicowy rząd, są jasnym dowodem, że Izrael nie ma zamiaru szukać pokojowego rozwiązania.

Izraelska prawica prowadzi tajną strategię, która wyraźnie ma na celu storpedowanie wszelkich rozmów pokojowych. Drugim najbardziej wpływowym konsultantem strategicznym w Izraelu, jak go określił magazyn „Forbes”, jest Moshe Klughaft. Otóż Klughaft pociągał za sznurki w decyzjach rezerw wojskowych po drugiej wojnie libańskiej, przez co po cichu doprowadził do zatrzymania programu wydzielenia Strefy Gazy z Izraela.

© Unknown - Zdjęcie z poprzedniej izraelskiej inwazji

W zeszłym miesiącu, zanim rozpoczęły się rozmowy pokojowe, Izrael kazał zniszczyć dwa nowe meczety w Zachodnim Brzegu, a 17 sierpnia izraelskie czołgi wkroczyły do Strefy Gazy, ostrzeliwując dom niewinnych Palestyńczyków. Zaledwie dwa dni po rozpoczęciu rozmów izraelskie myśliwce zbombardowały miasto na południu Strefy Gazy, Khan Yunis, oraz tunele w Rafah, raniąc wielu ludzi.

Dla mieszkańców Gazy życie staje się udręką nie do zniesienia. Dyrektor tamtejszego szpitala ostrzegł, że brak dostaw paliwa zagraża życiu pacjentów. Biuro ONZ ds. Pomocy Humanitarnej (OCHA) wydało raport stwierdzający, że w ciągu ostatnich dziesięciu lat Izraelskie Siły Zbrojne stopniowo ograniczały dostęp Palestyńczyków do pól uprawnych po gazańskiej stronie granicy, jak również do stref połowów u wybrzeży Strefy Gazy. Izraelscy osadnicy już od 40 lat sieją zniszczenie na okupowanych ziemiach palestyńskich, nieustannie dopuszczając się zbrodni – zabójstw przy użyciu broni palnej i noży, pobić, rozjeżdżania Palestyńczyków, kradzieży ich ziemi, domostw i wody, niszczenia pól, wycinania drzew, palenia upraw, kradzieży zbiorów, obław na palestyńskie domy i blokowania dróg. Istnieje wiele zeznań naocznych świadków tych straszliwych czynów.

Jednym z największych problemów jest radykalna mentalność syjonistycznych przywódców religijnych Izraela. Jej przykładem jest rabiniczny podręcznik zabijania nie-Żydów, który wywołał burzę w Izraelu i ujawnił, jak wielką władzę mają morderczy zeloci nad tamtejszym rządem. Książka zawiera 230 stron z zasadami zabijania nie-Żydów. Inny przypadek, do którego doszło na krótko przed rozmowami pokojowymi: wpływowy rabin Ovadia Yosef ogłosił podczas kazania, że Bóg powinien zrzucić plagę na Palestyńczyków i ich przywódcę, otwarcie pragnąc ich śmierci. Najwyraźniej także umarli stwarzają „demograficzne zagrożenie” w okupowanej Jerozolimie, bowiem 4 sierpnia izraelskie buldożery zniszczyły 15 grobów na cmentarzu Mamilla. I podobnie jak w RPA w czasach apartheidu, izraelskie ministerstwo edukacji zatwierdziło budowę nowej szkoły „tylko dla białych”.

Jest jednak nadzieja: grupa Amerykanów zamierza wysłać samolot z pomocą humanitarną dla Gazy. Tej jesieni również z Kanady ma wypłynąć łódź z pomocą, która ponadto zabierze stamtąd towary na eksport. Libański statek Mariam, z samymi kobietami na pokładzie oraz lekami do walki z rakiem, także będzie próbował przerwać blokadę. Niedorzeczny Ehud Barak twierdzi, że celem misji jest mordowanie Izraelczyków.

Źródłem innych obiecujących wiadomości są Izraelczycy, którzy ryzykują więzieniem za włączanie się do kampanii obywatelskiego nieposłuszeństwa. Po tym, jak umieszczone na Facebooku zdjęcia izraelskiej żołnierki, pozującej przy Palestyńczykach z opaskami na oczach, zwróciły uwagę świata, dwie byłe żołnierki opowiedziały o własnych doświadczeniach z wojska. Dzięki temu rysuje się tak potrzebny obraz ISO – inny od powielanego przez posłuszne media i oscylującego wokół auto-reklamy armii jako „najbardziej moralnych oddziałów na świecie”.

W rzeczywistości to chyba najmniej moralna armia, ale wspierana dobrze opłacaną i skomplikowaną machiną PR. Pojawiają się już jednak rysy na tym obrazie, a rosnące światowe poparcie dla zakończenia nielegalnej okupacji palestyńskiego społeczeństwa jest pokrzepiające.

Afgańska farsa dobra i bez ‘Al Kaidy’

© unknown - Jak długo jeszcze USA będą w Afganistanie?

Wszyscy wykazujący choć odrobinę zainteresowania, a przy tym potrafiący myśleć samodzielnie, już dawno powinni byli dojść do tego prostego wniosku, że „Al Kaida” jest albo całkowicie fikcyjną organizacją, albo grupką tak małą i drugorzędną, że nie stanowi najmniejszego zagrożenia. Inaczej mówiąc, nawet jeśli istnieje, to jej znaczenie zostało niewyobrażalnie rozdmuchane, celem przerażenia mieszkańców Zachodu i zmuszenia ich, by uwierzyli, że najkrwawsze zamachy terrorystyczne ostatnich lat nie były bezpośrednio czy pośrednio finansowane przez służby wywiadowcze USA, Wlk. Brytanii, Izraela oraz ich sojuszników. Taka zagrywka zapewnia niezliczoną ilość wymówek dla toczenia wojen i narzucania kontroli nad światową populacją.

Nie powinno być zatem nic zaskakująco przełomowego w raporcie londyńskiego Międzynarodowego Instytutu Studiów Strategicznych (IISS), stwierdzającym to, o czym już dawno wiedzieliśmy:

Raport, któremu przewodził były zastępca dyrektora brytyjskiej agencji wywiadowczej MI6, stwierdza, że zagrożenie ze strony Al Kaidy i talibanu zostało „wyolbrzymione” przez zachodnie siły. Kierowana przez USA misja w Afganistanie rozrosła się ponad miarę, gubiąc po drodze swój pierwotny cel, jakim było pokonanie Al Kaidy. Wojna w Afganistanie – stwierdza się raporcie, używając wyjątkowo bezceremonialnego języka – jest „przedłużającą się katastrofą”.

Choćby niedawno, szef CIA Leon Panetta przyznał, że w Afganistanie nie ma więcej niż 50 członków Al Kaidy. Mimo to jednak, prezydent USA Barack Obama potroił liczbę stacjonujących tam żołnierzy do 120 tysięcy w celu zwalczenia Al Kaidy.

Raport następnie przyznaje, że obecność zachodnich żołnierzy w Afganistanie tylko wzmaga narodowy opór. To samo zjawisko obserwowaliśmy w latach 80., podczas sowieckiej okupacji Afganistanu.

Co ciekawe, wspomniana część raportu nadzorowana przez byłego wiceszefa MI6, Nigela Inskstera, znajduje niewielką część Al Kaidy obecną także gdzie indziej, głównie w Somalii oraz Jemenie. Waszyngtonowi to wystarczyło, by nasilić ataki na oba niespokojne kraje.

Pomimo uwag raportu, prezydent Obama „złagodził” swoją wcześniejszą decyzję wycofania żołnierzy amerykańskich przed lipcem przyszłego roku. I chociaż dalej używa tej daty jako wyznacznika, teraz upiera się, że ewentualne wycofanie będzie zależeć od „panującej tam sytuacji”.

Po zakreśleniu tak niesprecyzowanych ram czasowych dodaje: „Nie ma co do tego wątpliwości: wycofanie dojdzie do skutku, ponieważ otwarta wojna nie służy ani naszym interesom, ani Afgańczyków”. Taki sprzeczny przekaz służy utrzymaniu społeczeństwa – oraz samych żołnierzy – w niepewności, związanej z próbą pogodzenia myśli, że żołnierze nie zostaną tam na dłużej, a zarazem, że nie powrócą w najbliższym czasie.

W sierpniu zginęło 65 do 75 żołnierzy koalicji. To znaczy, że około siedemdziesiąt rodzin dowiedziało się, że ich dzieci, rodzice, rodzeństwo, nie wrócą już do domu. Amerykański rząd zdaje się liczyć na to, że obywatele po prostu do tego przywykną, biorąc pod uwagę fakt przyjęcia legislacji przez Kongres, przyznającej 1,3 miliarda USD na budowę baz wojskowych, co oznacza, że „siły USA będą walczyć tam [w Afganistanie] przez następne lata, jeśli nie całe dekady”.

W ogłoszeniu przetargu, zamieszczonym w zeszłym tygodniu na stronie internetowej rządu USA, przedstawiono plany rozbudowy jednej z amerykańskich baz powietrznych w Shindand na zachodzie Afganistanu, z której ponad dwadzieścia lat temu korzystała armia sowiecka podczas okupacji Afganistanu.

Projekt przewiduje budowę nowych pasów startowych, hangarów, koszar, magazynów, zbrojowni oraz innych obiektów. Powstaną one z myślą o żołnierzach sił specjalnych, którym Waszyngton zleca m.in. zabójstwa, będące obecnie kluczowym elementem wojen USA. Budynki będą mieścić także jednostkę operującą bezzałogowymi dronami, zajmującą się „zbieraniem informacji, obserwacją i zwiadem”, a także nalotami rakietowymi.

Powyższe wsparcie finansowe dla tajnych operacji nie obejmuje “kwoty 5,3 miliardów USD przeznaczonej na budowę nowych obiektów dla afgańskich sił bezpieczeństwa, donosi „Post”, cytując informację Pentagonu, że większość »pozostałych obiektów ma zostać zbudowana w ciągu najbliższych trzech, czterech lat«.”

Każdy, kto uważa, że USA jednak zamierzają wyjść z Afganistanu, niech się dobrze zastanowi. Gen. bryg. William Caldwell, kierujący szkoleniem afgańskich sił bezpieczeństwa, w wypowiedzi skierowanej 23 sierpnia do dziennikarzy akredytowanych przy Pentagonie, nakreślił obraz, który słowa Obamy, co do uzależnienia wycofania się z Afganistanu od „panującej tam sytuacji”, umieszcza w nieco szeszym kontekście. Jednym ze znaków tego, że Afganistan jeszcze długo nie zdoła samodzielnie kierować sprawami bezpieczeństwa kraju, jest wysoka śmiertelność wśród nowych rekrutów. Wielu z nich po prostu „znika” niedługo po ukończeniu 17-tygodniowego szkolenia, wielu ginie w walkach. Oznacza to, że:

(…) biorąc pod uwagę obecne tempo uszczuplania się szeregów, powiększenie Afgańskich Narodowych Sił Bezpieczeństwa o 56 tysięcy rekrutów, celem osiągnięcia do 2011 roku liczebności 305 tysięcy, wymagać będzie poboru i przeszkolenia 141 tysięcy żołnierzy i policjantów. Dla zobrazowania tej sytuacji wystarczy powiedzieć, że aby wypełnić plan na 2011 rok będziemy musieli w ciągu przyszłych 15 miesięcy zwerbować i wyszkolić w przybliżeniu tylu ochotników, ilu żołnierzy obecnie liczy cała armia afgańska.

© Associated Press/Reza Shirmohammadi - Abdul Manan, kandydat we wrześniowych wyborach do parlamentu, trafił do szpitala po tym, jak został postrzelony w mieście Herat na zachód od Kabulu, 28 sierpnia 2010.

Głównym celem ostatnich działań zbrojnych stała się twierdza talibów, Kandahar, gdzie w sierpniu niemal codziennie dochodziło do zabójstw byłych i obecnych członków tamtejszego rządu. 1 września w zamachu zginął Mohammed Hassan Taimuri, przewodniczący organizacji aranżującej pielgrzymki do świętej dla muzułmanów Mekki. Gdy wychodził z biura, zdalnie odpalany ładunek umieszczony na zaparkowanym w pobliżu motocyklu eksplodował, zabijając jego oraz inną osobę. Wobec wzmożonej aktywności USA w rejonie, ich gorącego pragnienia usprawnienia skrycie przeprowadzanych zamachów, mając też na uwadze wcześniejszy dowód na udział sił specjalnych w atakach na mieszkańców amerykańskich „teatrów działań wojennych”, bardzo na miejscu jest podejrzenie, że USA prowadzą w Kandaharze nie tylko otwarte akcje zbrojne.

30 sierpnia trzech członków organizacji humanitarnej Oxfam zginęło w eksplozji „improwizowanego ładunku wybuchowego”, zmuszając organizację do zawieszenia  działalności w tym kraju do czasu przeanalizowania kwestii bezpieczeństwa. Zamach dziwnie zbiegł się z niezapowiedzianą wizytą brytyjskiego wicepremiera Nicka Clegga u swoich żołnierzy w Afganistanie. Jak się okazało, celem odwiedzin było zapewnienie żołnierzy, że osiągnięto postęp, sytuacja „wychodzi na prostą” i na 2015 rok zaplanowano rozpoczęcie wycofywania wojsk.

Wojna ma absolutnie druzgocący wpływ na psychiczną i emocjonalną sferę normalnego człowieka. Być może jednak osobnicy, którzy nie są zdrowi psychicznie, traktują pole bitwy jak „plac zabaw”?

Żołnierze USA oskarżeni o zabójstwo afgańskich cywilów

Dwunastu amerykańskim żołnierzom postawiono zarzut popełnienia straszliwych zbrodni w Afganistanie, od mordowania cywilów po kolekcjonowanie kawałków ciał ofiar. Według czwartkowej wypowiedzi Pentagonu, ta sprawa nadszarpnęła dobre imię Ameryki w oczach świata.

Jak wynika z aktu oskarżenia prokuratorów wojskowych, ujawnionego w tym tygodniu, żołnierze piechoty z 5th Stryker Brigade stacjonującej w stanie Waszyngton zostali wysłani do prowincji Kandahar rok temu, zaś morderstwa miały miejsce między styczniem a marcem.

[…]

Rzeczniczka armii podała, że czwórkę żołnierzy oskarżono o posiadanie kawałków ludzkich ciał, między innymi kości palców, czaszki, kości nóg oraz zęba. Treść oskarżeń nie mówi jednak nic o tym, skąd one pochodziły.

Pakistan: Między powodzią a dronami

Obok milionów Pakistańczyków pozbawionych domów i tysięcy tych, którzy zginęli z ręki szalejącej natury na początku sierpnia, wielu innych mieszkańców Pakistanu wciąż ginie z powodu walk wewnętrznych i bombardowań, prowadzonych przez ich władze oraz USA.

W pierwszym ataku amerykańskiego drona od czasu pojawienia się katastroficznej powodzi, który nastąpił 14 sierpnia, zabitych zostało co najmniej 13 „niezidentyfikowanych rebeliantów”, co najpewniej oznacza, że była to ludność cywilna. Tego samego dnia autobus z dziesięcioma Pendżabami został zatrzymany, pasażerowie zmuszeni do wyjścia, po czym zastrzeliło ich 30-35 mężczyzn z „nieznanego ugrupowania”. W innym miejscu sześć osób malujących dom zostało zastrzelonych przez dwóch mężczyzn na motocyklach.

Następnie 20 sierpnia zastrzelono polityka, co doprowadziło do zamieszek i aktów przemocy w Karaczi na południu Pakistanu, w których zginęło kilkanaście osób.

Karaczi jest głównym portem dla dostaw zaopatrzenia, jakie USA i NATO dostarczają do Afganistanu, a zarazem jednym z największych miast świata. Głos mają tam dwie partie polityczne: Partia Narodowa Awami, reprezentująca społeczność pasztuńską, oraz Zjednoczony Ruch Narodowy (MQM), tworzony przez imigrantów, którzy przybyli do Karaczi z Indii w 1947 roku, i ich potomków. Wspólnie, obie partie reprezentują większość mieszkańców tego 18-milionowego miasta. Wiadomo też, że obie mają silne powiązania ze zorganizowanymi grupami przestępczymi, nazywanymi „plemiennymi mafiami”, oraz że wykorzystują te powiązania w walce o polityczną dominację. Skutkiem tego są nieustanne zamachy na polityków, w których w ostatnim tylko miesiącu zginęło 100 cywilów.

23 sierpnia zamachowiec-samobójca wysadził się przy meczecie w Waziristanie, zabijając 14 osób. Tego samego dnia wybuchła bomba w szkole, gdzie odbywało się spotkanie przywódców plemiennych, w wyniku czego zginęło 7 osób. Następnego dnia amerykański dron wystrzelił pociski w stronę budynku na północy regionu, zabijając 20 cywilów:

Jak podały tamtejsze władze, pociski wystrzelone w poniedziałek z amerykańskiego samolotu bezzałogowego zabiły 13 rebeliantów i 7 cywilów w północnym Waziristanie.

Stwierdzono, że celem ataku była kryjówka rebeliantów. Większość zabitych stanowili afgańscy talibowie. Wśród ofiar były także cztery kobiety oraz troje dzieci – podano w oświadczeniu.

Zwróćcie uwagę na odniesienie do “13 rebeliantów”. Armia USA musi stosować takie zabiegi słowne, bo inaczej okazałoby się, że łącznie zginęło 20 cywilów.

Zamachy w Lahore

Stale obecne w Pakistanie walki wewnętrzne nasiliły się 1 września, kiedy trzy bomby wybuchły podczas procesji szyitów, stanowiących mniejszość w tym kraju.

Co najmniej 35 osób zginęło, a ponad 250 zostało rannych. Nie wiadomo, jak doszło do detonacji bomb. Większość świadków twierdzi, że tylko druga eksplozja wyglądała na zamach samobójczy – czego dowodem miała być oderwana głowa, choć bomby były na tyle silne, że powinny pozostawić szczątki również wielu innych ofiar.

Z zamachem powiązano dwie grupy:

Mimo że do zamachu przyznało się ugrupowanie Laszkar-e-Dżangwi Al Alami, pakistański wywiad podejrzewa o to Tehrik-e-Taliban Pakistan. Także minister spraw wewnętrznych Pakistanu, Rehman Malik, winą za zamach oskarżył tę drugą grupę.

Wszelkie przesłanki wskazują na to, że faktycznie Laszkar-e-Dżangwi mógł stać za zamachem. Już bowiem od momentu swojego powstania w 1996 roku, kiedy to wyodrębnił się z innego ekstremistycznego ugrupowania, za cel obrał sobie wymordowanie jak największej części szyickiej mniejszości w Pakistanie.

Dlaczego więc, choć grupa przyznała się do zamachu, pakistańskie władze kierują uwagę w stronę Tehrik-e-Taliban Pakistan (TTP)?

Stopień organizacji, strategii wojskowej oraz kierownictwa wśród talibów z terytoriów klanowych w Pakistanie znacząco wzrósł w ciągu kilku ostatnich lat. Z początkiem kampanii zbrojnej pod przywództwem USA w Afganistanie w 2001 roku, sojusznicy i zwolennicy pakistańskiego talibanu nie byli jeszcze określani jako „talibowie”. Ówczesna sytuacja jest już jednak odległym wspomnieniem. Dziś, miejscowi talibowie w Pakistanie są liczącą się siłą, toczącą walki zarówno z pakistańską armią, jak i z siłami NATO.

Transformacja ze stronników i zwolenników w powszechne siły talibów, obecne na Federalnie Administrowanych Obszarach Plemiennych (FATA), dokonała się, gdy wiele małych grup rebeliantów, dotychczas działających samodzielnie, zaczęło ze sobą współpracować. Taki rozwój wypadków miał miejsce w czasie, gdy pakistańskie siły zużywały większość środków szukając „obcokrajowców” na obszarach związanych z Al Kaidą (mniej więcej w latach 2002-2004). Niedługo potem wiele innych ekstremistycznych grup, uznanych w Pakistanie za nielegalne, zaczęło dołączać do talibów w obrębie FATA – jedne jako zwolennicy, inne w roli partnerów.

W trakcie tego procesu pakistańscy talibowie nigdy jednak nie wtopili się w struktury afgańskiego talibanu, kierowanego przez Mułłę Omara; rozwinęli za to własny organizm. Z ich perspektywy, świadomie zapewnili sobie miejsce w Pakistanie, posługując się w tym celu walką zbrojną, a kiedy indziej zawierając umowy z pakistańskim rządem, zachowujące ich autonomię w regionie. W wyniku zaniedbań, ich obecność została zaakceptowana w co najmniej dwóch okręgach FATA – Południowym i Północnym Waziristanie.

Wtedy też talibowie pakistańscy stali się alternatywą dla plemiennych starszyzn. Kiedy pakistański rząd zdał sobie sprawę z owej dynamiki zmian i próbował przywrócić instytucję zgromadzenia plemiennego (jirga), było już za późno. Talibowie zabili około 200 klanowych przywódców pod zarzutem szpiegostwa na rzecz Pakistanu i Ameryki.

Te wypadki tłumaczą powstanie nowej organizacji – Tehrik-e-Taliban Pakistan (TTP). TTP obejmuje „ruch” talibów pakistańskich, którzy zjednoczyli się w grudniu 2007 roku pod dowództwem Baitullaha Mehsuda – poszukiwanego przywódcy rebeliantów z Południowego Waziristanu.

Różnorakie ugrupowania zbrojne pod płaszczykiem “pakistańskich talibów” zyskują pozycję i wpływy (w Pakistanie), a rząd bezradnie rozkłada ręce. Łącząc TTP (oraz afgańskich talibów) z ostatnimi zamachami w Lahore, rząd być może stara się ukazać ich swoim zachodnim najeźdźcom jako poważne zagrożenie, a tym samym zapewnić sobie dodatkową pomoc i wsparcie zbrojne, potrzebne do utrzymania w ryzach kraju, który nieuchronnie zmierza w stronę krwawego przewrotu lub powszechnej wojny domowej. Jeżeli o to właśnie chodziło, to pakistański wywiad dostał szybką odpowiedź od USA, które 1 września z miejsca uznały TTP za „zagraniczną organizację terrorystyczną”.

Ahmed Raszid napisał na łamach “The National Interest”:

Chyba żadna elita polityczno-wojskowa na świecie nie ma takich ambicji stania się regionalną potęga, takiego pragnienia, by urosnąć w siłę mimo marnego zaplecza surowców, i tak słabego kontaktu z rzeczywistością, jak elita w Pakistanie. (…) To kraj odizolowany, pozbawiony przyjaciół we własnym regionie, zmagający się z niespotykaną plagą krajowego terroryzmu ze strony ekstremistów, wyszkolonych niegdyś przez własne wojsko. A mimo to, usiłuje prowadzić „przyszłościową politykę” w Afganistanie, aby zapewnić władzę przychylnemu Pakistanowi rządowi w Kabulu, gdy tylko wyjadą stamtąd Amerykanie. (…)

Pakistański establishment wojskowo-wywiadowczy, czy “państwo w państwie”, jak się go nazywa, stracił już w walce z terrorystami ponad 2300 żołnierzy – większość w ciągu ostatnich 15 miesięcy, od kiedy Amerykanie postanowili zająć się przynajmniej pakistańskim talibanem, nie mogąc podołać afgańskiej siatce. Nie zważając na owe straty i niskie morale wśród swojej armii, w dalszym ciągu prowadzi wybiórczą taktykę względem ekstremistów, nie tykając tych, którzy walczą z Indiami albo zabijają zachodnich i afgańskich żołnierzy w konflikcie na sąsiednim podwórku. Armia, która od 2001 roku otrzymała od USA pomoc zbrojną wartą blisko 12 miliardów dolarów, a do tego cieszy się przychylnością NATO, nadal udziela bezpiecznego schronienia przywódcom afgańskich talibów. (…)

Siedliskiem ruchu rebeliantów jest siedem okręgów plemiennych: Bajaur, Mohmand, Khyber, Orakzai, Kurram oraz Północny i Południowy Waziristan, leżące przy północno-zachodniej granicy Pakistanu, gdzie plemiona Pasztunów – nazywanych pakistańskimi talibami – prowadzą otwartą walkę z państwem. (…) 8 czerwca dopuścili się zuchwałego ataku na konwój ciężarówek wiozących sprzęt dla żołnierzy NATO w Afganistanie, stacjonujących w gęsto zaludnionym północnym Pendżabie, paląc 50 pojazdów. Mówi się, że talibowie mogą zamknąć port w Karaczi, dokąd przybywa 80 procent zaopatrzenia dla sił NATO. Istnieją także powszechne obawy, że wojsko utraci kontrolę nad krajem w obliczu coraz silniejszych, bezkarnych i bardziej zorganizowanych ekstremistów. (…)

Tak więc talibowie pakistańscy stosują dwojaką metodę walki: po pierwsze, za pomocą terroru dążą do osłabienia państwa i jego struktur; druga metoda to konflikty na tle religijnym, wymierzone przeciwko tym wszystkim, którzy zdaniem talibów nie są prawdziwymi muzułmanami. Ta nietolerancja mocno zakorzeniła się w Pakistanie w ciągu ostatnich trzydziestu lat, a wzmaga ją obecnie idea dżihadu przyświecająca działaniom Al Kaidy i pakistańskiego talibanu. Bezradność rządu w tej kwestii zmusiła niektóre grupy muzułmanów do sięgnięcia za broń i wzięcia spraw w swoje ręce. A to z kolei prowadzi do dalszej utraty kontroli przez państwo.

Pełny obraz sytuacji streszcza Kamran Shafi w rozemocjonowanym artykule opublikowanym przez DAWN.com:

Nie miejcie żadnych wątpliwości, panowie; [ataki w Lahore] to nic innego jak zamach stanu sił ciemności, który nie oszczędzi nikogo, w tym żadnego polityka, nieważne z jakiej opcji. Te bestie nie rozróżniają prawicy od lewicy, istnieje tylko podział my-oni, a ich cel – utworzenie Islamskiego Emiratu Pakistanu.

Kończymy ten rozdział niezwykle trafną obserwacją zawartą w artykule poświęconym sytuacji w Afpaku, zamieszczonym na stronie foreignpolicy.com:

Poza przerwaniem ich [Al Kaidy i ugrupowań rebelianckich] działań, prawdziwym wyzwaniem [dla Pakistanu] jest inwigilacja dowódczych struktur siatek terrorystycznych, celem odkrycia ich sponsorów. Tego, co obserwuje się w Pakistanie, nie można wyjaśnić prostym stwierdzeniem, że są to „akty terroru dokonywane przez grupy fanatyków religijnych”. To wojna na wykończenie, w której ataki ekstremistycznych ugrupowań na państwo wyraźnie mają na celu jego destabilizację, a także osłabienie jego gospodarki.

Wygląda na to, że Pakistan zmaga się obecnie z masą rodzimych i zagranicznych interesów, podsycanych przez mieszankę fanatyzmu religijnego, ideologii politycznej, a być może i zewnętrzne siły, posługujące się grupami bojowników lub ich odłamami po to, by utrzymać destabilizację w Pakistanie. Odnalezienie, kto za tym wszystkim stoi, jest zadaniem dla potężnego establishmentu wywiadowczego. Jeśli on temu nie podoła, zmowa między fanatycznymi grupami, gangami oraz obcymi siłami – wielokrotnie przewyższającymi siły Al Kaidy – będzie dalej wyniszczać ten kraj.

Może być i tak, że owi sprawcy są członkami Tajnej Grupy, którzy wniknęli w ten establishment wywiadowczy.

Irak: Kłamstwa na zewnątrz, nierząd wewnątrz

© Maya Alleruzzo/Associated Press - W związku ze zbliżającą się datą 31 sierpnia, oznaczającą koniec operacji wojskowych w tym kraju, jednostki ostatniej brygady amerykańskiej w Iraku przekroczyły w czwartek rano granicę z Kuwejtem.

Pewnie pamiętacie, jak siedem lat temu Bush junior wyłonił się z kabiny myśliwca na lotniskowcu u wybrzeży USA, w pełnym stroju pilota, po czym sloganem „Mission accomplished” ogłosił koniec wojny w Iraku. Wszyscy widzieli to w telewizji, więc musiało być prawdą, racja?! Wojna się skończyła, zaś Amerykanie mogli dalej żyć snem patriotyzmu i zapomnieć o wciąż siedzących w Iraku żołnierzach oraz o piekle, jakie przeżyli – i nadal przeżywają – Irakijczycy, których zgodnie z wiarygodnymi szacunkami zginęło ponad milion. (Dla pełnego obrazu sytuacji w Iraku, obejrzyjcie te relacje i poczytajcie o problemie z dostawami prądu.)

Teraz kolej na Obamę, by ogłosił “wykonanie misji”. Z jednej strony, amerykański prezydent wycofa z Iraku część żołnierzy (zostanie 50 tysięcy), z drugiej zaś, w ich miejsce sprowadzi „cywilne firmy do spraw ochrony” (czytaj: najemników). Czy dla udręczonej społeczności lokalnej zrobi różnicę, że mężczyźni z karabinami maszynowymi nie będą nosić mundurów? Oczywiście że nie, ale z punktu widzenia odpowiedzialności taka różnica będzie widoczna. Jak się okazało, trudno jest oskarżyć żołnierzy amerykańskich o naruszanie praw człowieka w Iraku, natomiast osądzić amerykańskich najemników, których zjawi się tam jeszcze więcej, będzie praktycznie niemożliwe:

Masowe pojawianie się firm ochroniarskich w Iraku odbywa się w krytycznym dla nich momencie, kiedy podniesiona została kwestia ich nietykalności, czy wręcz bezkarności.

Jako przykład podajmy, że od 2004 roku nasza organizacja, Center for Constitutional Rights (CCR) zabiega drogą sądową w USA o to, by prywatne firmy ochroniarskie, które dopuszczają się łamania praw człowieka, poniosły za to odpowiedzialność. Firmy zasłaniają się tak zwaną „obroną rządowych wykonawców”, tłumacząc, że skoro zawarły umowę z rządem USA na pełnienie swoich obowiązków, nie mogą zostać pociągnięte do odpowiedzialności za żadne domniemane nadużycia, których dopuściły się podczas trwania powyższej umowynawet jeśli owymi nadużyciami są zbrodnie wojenne. Firmy ponadto zarzucają CCR, że przypadki przez nią ujawnione rodzą „kwestie natury politycznej”, nieodpowiednie dla oceny sądowej. Te argumenty padają w każdym procesie z ostatnich lat i jak dotąd działania firm ochroniarskich nie zostały rozpatrzone przez sądy federalne.

Przypomnijcie sobie sprawę pracowników Blackwater, którzy zabili 17 cywilów na placu Nisur w Bagdadzie, podczas krwawej strzelaniny w 2007 roku. Czy ktoś z was słyszał, żeby któryś z nich został za to skazany? My też nie.

© Ali Al-Alak/AFP - Budynek zawalony w wyniku eksplozji bomby samochodowej w Kut, 160 kilometrów na południowy-wschód od Bagdadu.

Ameryka jeszcze długo nie oderwie swego buciora od irackiej ziemi. Wręcz przeciwnie, imperium amerykańskie chce zapewnić sobie stały pobyt, wykorzystując w tym celu ambasadę w Bagdadzie, przez którą pociąga za sznurki marionetkowego rządu Iraku. Zwróćcie uwagę, jak bardzo zmienił się komentarz Obamy na temat Iraku od czasu objęcia przez niego prezydentury. Słowa pana „Hope” brzmią niepokojąco podobnie do jego poprzednika, pana Idioty. Stwierdzeniami typu: „nasi żołnierze są stalą naszego okrętu-państwa i choć nasz naród przemierza niespokojne wody, oni przydają nam pewności, że nasz kurs jest prawidłowy”, Obama chyba stara się przebić samego Busha w sypaniu kłamstwami i bełkotem.

Podczas gdy Obama próbuje słowami zahipnotyzować społeczeństwo, skoordynowane wybuchy samochodów-pułapek pochłonęły na terenie Iraku 50 ofiar, domniemani zamachowcy-samobójcy zabili 12 osób w bazie irackiej armii, a kolejnych 60 osób zginęło w eksplozji, do której doszło w irackim ośrodku rekrutacji do tamtejszej armii.

Pytanie, dlaczego Irakijczycy mieliby wysadzać w powietrze własne dzieci? Oczywiście, że tego nie robią. Kto w takim razie byłby zainteresowany przedłużaniem chaosu w tym kraju, a tym samym „zachęceniem” armii USA do pozostania na miejscu? Wiecie już…?

Cointel-Leaks, czyli przecieki kontrolowane

Użyjmy nieco logiki w kwestii Juliana Assange’a i jego WikiLeaks. Wiki-Man zyskał reputację przeciwnika establishmentu poprzez ujawnianie spisków, korupcji i innych przestępstw. A jednak wszystko, co ma do powiedzenia na temat jednego z najbardziej oczywistych spisków – operacji pod fałszywą flagą – czyli zamachu z 11 września, to:

W wywiadzie udzielonym 19 lipca dziennikowi „Belfast Telegraph” oświadczył,

„Za każdym razem, kiedy ludzie będący u władzy planują coś w sekrecie, spiskują. Więc spiski są wszędzie. Istnieją również zwariowane teorie spiskowe. Ważne jest, aby ich ze sobą nie mylić….” Co z 9 / 11?: „Złości mnie, że ludzie zajmują się fałszywymi spiskami, takimi jak 9/11, kiedy my przedstawiamy dowody prawdziwych konspiracji – związanych z wojną czy przekrętami finansowymi na ogromną skalę”. Co z Konferencją Bilderberga? „Trudno to nazywać spiskiem, w sensie sieci. Opublikowaliśmy ich notatki ze spotkania”.

Niewyraźny pan Assange

No dobrze. Więc pan Assange cierpi na wiki-dziurę w swojej zdolności myślenia, jeśli chodzi o 9/11. Wiele osób na to cierpi, ale większość z nich nawet nie zabiera się za zbadanie tego tematu. W przypadku Assange’a jednak, przywiązuje on wielką wagę do swojej roli powiernika „poufnych informacji”, trudno zatem zrozumieć, jak może być takim ignorantem w kwestii tego, że w rzeczywistości 9/11 było spiskiem rządowym. Chyba że Assange doskonale zdaje sobie sprawę z prawdy, ale unika rzucenia wyzwania Oficjalnej Teorii Spiskowej na temat 9/11 (tej z genialnym jaskiniowcem i 19 nienawidzącymi wolności kolesiami, uzbrojonymi w noże do cięcia kartonu), gdyż nie za to mu płacą. Zgodnie z tym scenariuszem panu Assange, jako agentowi Cointelpro, przydzielono by zadanie ujawnienia opinii publicznej kilku wiarygodnych przecieków, ażeby zaskarbić sobie powszechne zaufanie, a następnie przekonania publiki, że nie dzieje się nic bardziej nieprawego od tych rzeczy, które on ujawnia. Krótko mówiąc, rolą Assange’a jest mącenie wody i wywoływanie dezorientacji. Jeśli tak jest, łatwiej będzie zrozumieć, dlaczego  „przeciekły” do niego dokumenty, obciążające generała (w stanie spoczynku) Hamida Gula, byłego szefa pakistańskiej agencji wywiadu wojskowego ISI, o regularne spotkania z Al-Kaidą i talibańskimi przywódcami (wszystkimi pięćdziesięcioma) oraz organizowanie samobójczych ataków na siły NATO w Afganistanie. Generał Gul jest jednym z niewielu osób publicznych, które słusznie przypisały ataki z 9/11 „Mossadowi i jego wspólnikom” – co jest najbardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem, wspartym wieloma danymi. Czy to naprawdę przypadek, że WikiLeaks atakuje Gula, kiedy Gul atakuje oficjalną wersję 9/11?

Prawdziwa rola Assange’a i WikiLeaks była szeroko kwestionowana w Internecie, a nawet przez „Russia Today” – kanał telewizyjny, prawdopodobnie finansowany przez Rosję wyłącznie w celu przeciwdziałania zachodniej (amerykańskiej, brytyjskiej i izraelskiej) propagandzie.

Tak więc Assange potrzebuje czegoś dla zwiększenia swojej wiarygodności. Jak można to osiągnąć? Co powiecie na zmontowanie przeciw niemu fałszywego oskarżenia – zarzutu, którego fałszywość można łatwo wykazać? W ten sposób Assange zaczyna wyglądać poważnie, bo najwyraźniej ktoś próbuje go uciszyć! Co ciekawe, w sierpniu Assange został w Szwecji  oskarżony o gwałt, ale kiedy tylko wiadomość rozeszła się po świecie, nakaz aresztowania został natychmiast anulowany. Czego więcej wam trzeba?

Do tych podejrzeń dokłada się fakt, że zgodnie ze słowami samego Assange’a, WikiLeaks uzyskuje około połowy funduszy ze skromnych dotacji zbieranych za pośrednictwem swojej strony internetowej, a drugą połowę – z tajnych „kontaktów osobistych”, w tym „ludzi z paroma milionami, którzy zwracają się do nas i mówią: »Dam ci 60 000 albo 10 000«”. Assange mówi, że od początku 2010 roku jego zespół otrzymał około 1.000.000 dolarów. Dla kontrastu, z doświadczenia skromnych redaktorów SOTT wynika, że nie ma aż tak wielu milionerów-miłośników prawdy, którzy byliby skłonni przekazywać czeki alternatywnym stronom internetowym. Wyciągnięcie wniosków pozostawiamy czytelnikom.

Dystopia w stylu Wielkiego Brata

Od wielu już lat wojsko, policja i korporacje stopniowo zmieniają nas w cudownie dystopiczne społeczeństwo pod okiem Wielkiego Brata i sierpień niczym się w tej kwestii nie różnił od poprzednich miesięcy. Według raportu amerykańskiego Departamentu Obrony, w okresie od 2005 do 2009 roku  ponad 1100 samobójstw zostało popełnionych przez członków amerykańskich sił zbrojnych. Oczywistą odpowiedzią na to nękające amerykańską armię wykrwawianie się mogłoby być wycofanie wojsk z Iraku i Afganistanu. Nic z tego, to zwyczajnie nie wchodzi w grę, ale nie martwcie się, Pentagon już opracowuje plan uruchomienia produkcji pozbawionych skrupułów „uniwersalnych żołnierzy”. Program Agencji Badawczej Zaawansowanych Projektów Obronnych DARPA – “Warfighter enhancement” (udoskonalanie żołnierza) – przewiduje aplikowanie żołnierzom silnych dawek propranalolu, który będzie wyciszał reakcję organizmu na stres i w zasadzie zmieni ich w bezemocjonalne istoty. W 2004 roku Chris Floyd pisał o tym w swej książce Manufacturing Intent: The Army’s Cult of Killing Leaves a Generation Gap (plan produkcji: wojskowy kult zabijania przyczyną konfliktu pokoleń):

Programy DARPA pod nazwą „war fighter enhancement” (udoskonalanie żołnierza) – będące przyspieszeniem trwającego przez długie lata dwustronnego bio-majsterkowania – zakładają wstrzykiwanie młodym ludziom hormonalno-neurologiczno-genetycznych mieszanek, wszczepianie im mikroprocesorów i elektrod w celu kontrolowania organów wewnętrznych i funkcji mózgowych, oraz faszerowanie ich lekami tłumiącymi niektóre z naturalnych ludzkich odruchów, takich jak potrzeba snu, strach przed śmiercią, czy opór przed zabijaniem przedstawicieli własnego gatunku. […] Niektóre z prowadzonych obecnie badań dotyczą tak naprawdę zmieniania kodu genetycznego żołnierzy – modyfikowanie fragmentów DNA w celu ukształtowania nowego podgatunku człowieka, który niczym maszyna będzie zabijał bez końca i bez chwili wytchnienia.

Stany Zjednoczone całkowicie uzależniły się od swoich kontrahentów w zakresie podstawowych funkcji związanych z bezpieczeństwem narodowym i działalnością służb specjalnych. „Washington Post” opublikował w lipcu opracowanie pod nazwą Inside Top Secret America (wewnątrz ściśle tajnej Ameryki) – rozległy portret głęboko sprywatyzowanych militarno-korporacyjno-wywiadowczych instytucji Stanów Zjednoczonych. Opisane jako „olbrzymi i ukryty aparat do wojny z terrorem”, z „oficjalnym” budżetem 75 miliardów dolarów, służby specjalne Stanów Zjednoczonych dysponują:

1931 zakontraktowanymi firmami do zadań specjalnych, wykonującymi „ściśle tajne” operacje na rzecz 1271 organizacji rządowych w ponad 10 tysiącach miejsc na terenie całego kraju. 533 z tych firm kontraktowych założono po atakach z 9/11.

Około 90 procent ściśle tajnych operacji wykonuje nie więcej niż 110 kontrahentów. Najwięksi z największych to powszechnie znane koncerny: Booz Allen Hamilton, L-3 Communications, CSC, Northrop Grumman, General Dynamics oraz SAIC.

Baza danych TSA nie obejmuje firm, które wykonują zwykłe „tajne” prace, jest ich bowiem zbyt wiele.

Pentagon poinformował niedawno o „najpoważniejszym w historii wypadku narażenia bezpieczeństwa amerykańskich komputerów wojskowych” i oskarżył zagraniczną agencję o niezdolność zagwarantowania bezpieczeństwa jego poufnym sieciom komputerowym. To żenujące, delikatnie mówiąc, kiedy amerykańskie wojsko deklaruje chęć wykorzystania swoich umiejętności obronnych do rozszerzenia swego oddziaływania na prywatną cyber-infrastrukturę, która obejmuje m.in. ogólnokrajowe sieci elektroenergetyczne, sieci transportowe i sieciowe systemy finansowe.

Coraz częściej obserwujemy, jak technologia i metodologia wypracowana na wojskowych poligonach doświadczalnych przenoszona jest do strefy praworządności cywilnej. Policyjne metody interwencyjne stały się nie do odróżnienia od wojskowych, a jako że ściślejsza kontrola nad swobodą przemieszczania się i swobodami obywatelskimi nabiera mocy prawnej, wkrótce nikt już nie będzie miał wątpliwości, że mamy do czynienia z Państwem Policyjnym w całej okazałości.

© Austin Cline

Arizona trzyma się swojego niezwykle surowego prawa „imigracyjnego”, aresztując mnóstwo osób protestujących przeciw niemu. Wprawdzie sędzia federalny zablokował najbardziej kontrowersyjne części legislacji przed wprowadzeniem ich w życie, ale i tak jej zwolennicy wezwali do natychmiastowego przeprowadzenia akcji aresztowania wszystkich „nielegalnych”. Aż 18 stanów zamierza przeforsować podobne przepisy, a Amerykańska Unia Wolności Obywatelskich (ACLU) zastanawia się, czy Nowy Jork stał się kolejnym stanem, w którym obowiązuje okazywanie dokumentów do kontroli. Według doniesień „New York Timesa” ACLU dowiedziała się, że nie tylko mieszkańcy Arizony powinni obawiać się życia w gestapo-społeczeństwie. W stanie Nowy Jork uzbrojeni agenci Border Patrol (straży granicznej) rutynowo wsiadają do podmiejskich autobusów i pociągów, żeby legitymować pasażerów i wyłapywać tych z podejrzanym statusem prawnym.

Dowodem skrajności, do jakiej doszło rozrastające się Państwo Policyjne, może być najnowsze żądanie Obamy, który chce mieć tajny i nie wymagający nakazu sądowego dostęp do rejestrów internetowych.

Zaawansowaną technologicznie broń laserową instaluje się w okręgowych więzieniach, a można tam trafić np. za zwykłe sfilmowanie amerykańskiego policjanta. Policja testuje przeniesione żywcem z fabuły filmu „Raport Mniejszości” oprogramowanie przewidujące przestępstwa. W masowej akcji na terenie środkowego zachodu aresztowano 370 imigrantów. Inwazyjne i zagrażające zdrowiu skanery ciała wypuszczono w penetrujących ulice furgonetkach. Najnowszy taki skaner szkieletu potrafi identyfikować „terrorystów” z odległości 50 metrów.

W Stanach Zjednoczonych skanery ciała (które, jak władza przyznaje, jednak przechowują zdjęcia) oferowane są jako opcja do wyboru, ale w rzeczywistości „opcja bez skanera” staje się coraz bardziej upokarzająca, a niczemu nie winni podróżujący muszą poddawać się absurdalnemu przesłuchaniu i zastraszaniu.

Każdy nasz ruch jest śledzony i zapisywany. Amerykański rząd może teraz używać GPS-u żeby was namierzyć z pominięciem normalnie wymaganych procedur uzyskania nakazu. Młodzi i bezkrytyczni studenci z Kaliforni otrzymują zaimplantowane urządzenia śledzące, a w jednej z dzielnic Chicago plecaki uczniów wyposaża się w małe urządzenia rozmiarów metki, które zostawiają ślad w logach, w chwili gdy uczeń wsiada do, lub wysiada z, autobusu.

Łatwe do przewidzenia było wykorzystanie zdjęć lotniczych do wykrywania pomniejszych przestępstw. W stanie Nowy Jork wykorzystano zdjęcia z Google Earth do zidentyfikowania blisko 250 domów, których właściciele nie uzyskali przewidzianego prawem pozwolenia na wybudowanie basenu spełniającego określone normy bezpieczeństwa. W Zjednoczonym Królestwie policyjny helikopter wziął udział w akcji aresztowania zbieracza leśnych gałązek.

Neutralność Internetu to gorący temat, a w sierpniu spotkaliśmy się z pewnymi ciekawymi i budzącymi spore zaniepokojenie zagraniami wielkich graczy. Kiedy Federalna Komisja Łączności (FCC) zorganizowała w szkole średniej w Minneapolis swoje pierwsze publiczne spotkanie w sprawie neutralności Internetu, wybuchły akcje protestacyjne. Sprawa dotyczy planu przejęcia przez Google i Verizon kontroli nad dostawcami Internetu. Chociaż ich propozycję rozpoczyna neutralnie brzmiące “Google i Verizon nawiązały współpracę w celu wypracowania skutecznych metod ochrony neutralności Internetu”, ich projekt w rzeczywistości umożliwi operatorom bezprzewodowych sieci szerokopasmowych decydowanie o uczestniczeniu dostawców treści internetowych w ruchu sieciowym. Operatorzy będą mogli według własnego uznania obciążać finansowo, blokować i spowalniać dowolnego dostawcę treści. Jak tłumaczy artykuł „FAQ: Net Neutrality and Why You Should Care” (Neutralność Internetu i dlaczego powinniście uważać), skoro w wyniku regulacji rządowych dokonywanych przez FCC kontrolę przejmą operatorzy sieci, to możemy się spodziewać podobnej sytuacji jak w przypadku przedsiębiorców naftowych przejmujących kontrolę nad wodociągami. Byłoby to oczywiście rażącym lekceważeniem ogółu społeczeństwa z korzyścią dla zasobnych przedsiębiorstw. Opłaty za połączenie internetowe ustalane byłyby podobnie do opłat za telewizję kablową, gdzie klienci płacą więcej za “dodatkowe” kanały.

Podczas gdy wojskowe i rządowe agencje rozwijają swoje nikczemne technologie inwigilacji i zbierania danych, międzynarodowe firmy wykonują swoją działkę, pakując technologie orwellowskiego Wielkiego Brata w powabne formy, mające wzbudzić pożądanie u konsumentów. Naukowcy z IBM opracowują technologię, która umożliwi wyświetlanie konsumentom spersonalizowanych reklam na bilboardach rodem z „Raportu Mniejszości”, odpowiadających ich osobistym upodobaniom. Na dorocznym festynie w Izraelu, Coca-Cola i Facebook użyły izraelskich nastolatków w charakterze ochotniczych królików doświadczalnych testujących system śledzący RFID. Każdy z uczestników otrzymał opaskę na nadgarstek z zawierającym RFID gadżetem wzorowanym na kapslu Coca-Coli, dzięki której jego strona na Facebooku uaktualniała się za każdym razem, gdy uczestnik klepnął w jeden z wielkich przycisków „lubię to”, porozmieszczanych przez Coca-Colę na całym terenie. Podczas dni otwartych na Uniwersytecie Minnesota dzieci nieświadomie wyraziły zgodę na oddanie próbek własnego DNA w ramach realizowanego projektu badawczego nad genetyką człowieka.

Na pocieszenie dodamy, że wielu miłujących prywatność internautów z niecierpliwością oczekuje na uruchomienie Diaspory, Facebooka opartego na zasadach otwartego oprogramowania.

My nie zapominamy

Chcielibyśmy zakończyć ten odcinek Łączenia Punktów wyrazami uznania dla tych wszystkich, którzy zachowali czyste sumienie i głośno i wyraźnie wytknęli powracającemu na scenę Toniemu Blairowi, że jest zbrodniarzem wojennym.

Tony Blair zostaje obrzucony jajkami i butami, kiedy przybywa do księgarni promować swoją kontrowersyjną autobiografię, a antywojenna aktywistka próbuje wręczyć mu obywatelski nakaz aresztowania

Jeżeli chcieliście dołączyć do protestujących i przegapiliście ten moment, nie martwcie się. Możecie dołączyć do tych, którzy w księgarniach przekładają autobiografię Blaira do działu kryminałów lub powieści fantastycznych – tam, gdzie jej miejsce.

– –

Ten artykuł jest przekładem oryginału zamieszczonego w języku angielskim na stronie:

dokonanym przez polskich tłumaczy z grupy QFG – edytorów blogu PRACowniA.

Materiał ten został opublikowany przez SOTT.NET – projekt Quantum Future Group, Inc – i jest jego własnością. Zezwala się na kopiowanie i publiczne rozpowszechnianie pod warunkiem podania oryginalnego źródła i autora oraz żródła przekładu.

Dodatkowe informacje uzyskasz pisząc na adres: pracownia-iv@o2.pl

Reklamy

3 komentarze »

  1. „Ze swoimi wstępniakami i esejami takich osób, jak Thomas Friedman, „New York Times” odgrywa wiodącą rolę w przygotowaniu amerykańskiej publiki na uznanie nowej, przeciągającej się fazy ekonomicznych wyzwań oraz pogodzenie się z niższymi standardami życia.”

    a na wikipedii:

    Thomas Friedman was born in St. Louis Park, Minnesota, a suburb of Minneapolis. He attended Hebrew school five days a week until his bar mitzvah,[1] then St. Louis Park High School where he wrote articles for his school’s newspaper.[2] He became enamored with Israel after a visit there in December 1968, and he spent all three of his high school summers living on Kibbutz Hahotrim, near Haifa.[3] He has characterized his high school years as „one big celebration of Israel’s victory in the Six-Day War.”

    Urodzony w USA. Lojalny Izraelowi. W mediach tresujący amerykańskich ludzi do uznania swego psiego losu, do popierania wojen. Przykłady takich człeni jak on można podawać na pęczki. Widzę, że Żydzi generalnie lubią się wspierać i zostawać politykami, dziennikarzami, bizensami itd. Tworzą elity władzy w Róznych krajach. Friedman dostał nagrodę im. Pulitzera – też Żyda, a przyznającymi pewnie byli głównie Żydzi. Tego już nie sprawdzałem.

    Zamieszkane kraje uważają oni za „swoje”, jako przedmioty. Ich krajem-duszą jest tylko Izrael. Z krajów podbitych wysysaja tylko soki. Roszczą sobie pretensje do rządzenia innymi. Czy to nie wredne działanie? Czy ludzie nie powinni się przed tym bronić? Przecież to jest niewidzialny podbój i czysty imperializm!

    Komentarz - autor: Zerohero — 29 października 2010 @ 15:53

  2. PS. dodam tylko, że nie jestem naiwnym idealistą i przyjmuję do wiadomości, że rózne nacje czasem toczą wojny, a czasem nawet się eksterminują. Po prostu patent „na infiltrację” jest wg. mnie wyjątkowo odrażający bo oznacza ciągłą agresję i stan wojny z ludźmi wobec których oficjalnie deklaruje się przyjaźń. Żołnierzem staje się każdy świadomy przedstawiciel nacji infiltratorów. Nieświadomi szybko się asymilują wychodząc z załóżenia, że sa przede wszystkim ludźmi

    Komentarz - autor: Zerohero — 29 października 2010 @ 18:01

  3. Czy to nie wredne działanie? Czy ludzie nie powinni się przed tym bronić?

    Wredne. Albo inaczej, patologiczne. Ale kimże my jesteśmy – Ty czy ja – żeby mówić, co ludzie powinni robić, a czego robić nie powinni? Ja w każdym razie wolę zajmować się swoimi powinnościami, może dzięki nim niektórzy nieświadomi coś sobie uświadomią. 🙂

    Dziękuję za uzupełniającą notkę z Wiki i za komentarz.

    PS/ Artykuł jest już w całości, brakująca część została doklejona.

    Komentarz - autor: iza — 14 listopada 2010 @ 00:49


RSS feed for comments on this post. TrackBack URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: