PRACowniA

6 sierpnia 2010

Psychiczne okrucieństwo: Zmyślona rzeczywistość i kultura kłamstw

Filed under: Polityka,Psychologia,Różne — iza @ 03:23
Tags: , ,

Harrison Koehli
Sott.net
10 lutego 2010 21:23 EST

Pamiętam przypadek chłopca, którego jakiś czas temu posłałem do Huntsville Hill na krzesło elektryczne. Mój wyrok, moje świadectwo. Zamordował 14-letnią dziewczynkę. Gazety opisywały to jako zbrodnię w afekcie, lecz on wyznał mi, że nie było w tym żadnej pasji. Dodał, że jak daleko sięgał pamięcią, zawsze myślał o zamordowaniu kogoś, a gdyby mógł, to zrobiłby to raz jeszcze. Zdawał sobie sprawę, że pójdzie do piekła. „Będę tam za piętnaście minut”. Nie wiem, co o tym sądzić. Nie wiem. Tego przestępstwa nie można w ogóle ocenić. Nie o to chodzi, że się tego boję. Żyłem w przekonaniu, że muszę być gotowy na śmierć, wykonując tę pracę. Lecz nie chcę wybiegać zanadto do przodu tylko po to, by zetknąć się z czymś, czego nie rozumiem. Człowiek musiałby narazić swoją duszę na niebezpieczeństwo. Musiałby powiedzieć „W porządku, będę częścią tego świata”.- Szeryf Bell w „No Country for Old Men” (To nie jest kraj dla starych ludzi)

Od dziesięcioleci bracia Coen udowadniają swoje mistrzostwo w portretowaniu tragikomicznych elementów rzeczywistości amerykańskiego życia – od dziwacznych i trywialnych, po głębię moralnego upadku i całkowitego zdeprawowania – a ich filmy obrazują funkcjonowanie kryminalnego umysłu i jego zróżnicowanych korzeni psychicznych. Docierają do jądra ludzkich słabości, kuszącej wizji „darmowego lunchu” i zagadkowej otchłani psychopatycznego umysłu. W ostatnich latach największą uwagę przyciągnął Javier Bardem w roli Antona Chigurha, psychopatycznego zabójcy w nagrodzonej Oscarem coenowskiej adaptacji powieści Cormaca McCarthy’ego „To nie jest kraj dla starych ludzi”. W wielu wątkach pokrywa on się z poprzednim dziełem Coenów, „Fargo”, gdzie publiczność ogląda filmowy dramat oczami szeryfa okręgowego z zachodniego Teksasu, Eda Toma Bella (Tommy Lee Jones). Podzielamy jego niepewność i bolesne pragnienie zrozumienia bezsensownej przemocy, z jaką zmaga się on każdego dnia.

Jak wspomniałem w moim ostatnim eseju Pathocracy: Brave New World or 1984, „tworzenie literackiego świata (w tym przypadku filmowego) może wiele nas nauczyć, nie zapewni nam jednak drogi wyjścia. Do tego potrzebna jest nam odpowiednia wiedza”. Jeśli bowiem wyjdziemy do realnego świata bez tej wiedzy, to – jak mówi bohater Tommy Lee Jonesa – narazimy na niebezpieczeństwo swoją duszę. Musimy posiadać co najmniej nikłą świadomość tego, z czym przyjdzie nam się zmierzyć.

Główną inspirację dla tej części artykułu zaczerpnąłem z prawdopodobnie najgorszego filmu braci Coen, Intolerable Cruelty (Okrucieństwo nie do przyjęcia), z Georgem Clooneyem i Catherine Zeta-Jones w rolach głównych. Aktorzy wcielają się w postacie płytkich i chciwych karykatur ludzkich w komedii opowiadającej o hollywoodzkiej niewierności i finansowych manewrach małżeńskich. Clooney gra osiągającego zawrotne sukcesy zawodowe, nie przebierającego w środkach prawnika do spraw rozwodowych, a Zeta-Jones – zimną uwodzicielkę, która zdobywa, a później porzuca bogatego męża, zatrzymując połowę jego fortuny. Obydwoje ukazują zadziwiającą zdolność do kłamstw na każdy temat. Oczywiście para ta wiąże się ze sobą. Film sam w sobie nie jest rewelacją, ma jednak coś do powiedzenia na temat sponeryzowanej kultury Zachodu.

Zatrzymajmy się na chwilę przy słowach bohatera Clooneya, Milesa Masseya, wypowiedzianych do zdradzającej żony, przyłapanej na gorącym uczynku i pragnącej „uczciwej” reprezentacji w sądzie:

Hmm… Hmm… Tak, pani mąż wykazał niebywałą wręcz dalekowzroczność przy robieniu tych fotek. Fakt, przy braku basenu obecność osoby do jego konserwacji mogłaby się wydać podejrzana. Ale niech pani sama powie, kto naprawdę jest tu ofiarą? Pani pozwoli, że coś zasugeruję. Pani mąż, przy każdej nadarzającej się okazji, znęcał się nad panią fizycznie…

Podczas gdy bracia Coen humorystycznie rozwijają tę tendencję kreowania przez ludzi swojej własnej wersji rzeczywistości – czasem przekraczając wszelkie granice rozsądku – powyższa kwestia podsumowuje sposób myślenia tych filmowych bohaterów, a przy okazji – całego zachodniego systemu prawnego. I to właśnie wydaje mi się interesujące. Kultura, w obrębie której dla prezentowania się w lepszym świetle jednostki przejawiają niemal wrodzone skłonności do kłamania i tworzenia indywidualnych fikcji, a nawet i wierzenia w nie, i w której brak jest powszechnego zrozumienia zjawiska psychopatii, skazuje się na nieuniknioną samozagładę.

Istnieje termin na określenie owych fikcyjnych rzeczywistości, w których tak zręcznie poruszają się ludzie podobni do Milesa Masseya. Nazywamy je przykrywkami (ang. cover stories) – są historiami wykreowanymi w celu uwiarygodnienia treści kłócących się z rzeczywistą sytuacją. Założenia są bardzo proste. System prawny opiera się na następującym mechanizmie działania: Jak przedstawić klienta, winnego stawianych mu zarzutów, w wystarczająco dobrym świetle, aby przekonać sędziego i ławę przysięgłych o jego niewinności? Na ile kłamstw mogę sobie pozwolić, aby wykazać, że to mój przeciwnik jest kłamcą? Jak przedstawić ofiarę mojego klienta jako agresora, stronę winną zajściu? Jest to, innymi słowy, zarządzanie percepcją, tworzenie nowej wersji “prawdy” – takiej, która sprzyjać będzie klientowi. Jest to manipulacja „faktami” w taki sposób, że słowo „fakt” zupełnie traci swoje znaczenie.

Idea przykrywek tak dobrze charakteryzuje naszą rzeczywistość, że starając się wyśledzić ich rodowód docieramy do istoty ludzkiej natury – tego mrocznego terytorium, które zostało już zgłębione przez wybitnych filozofów, mistyków, pisarzy i poetów. Otóż większość naszych wyobrażeń na temat życia – od naszego codziennego drobnego samooszukiwania się po „wielkie kłamstwa” wprawnych graczy, tytułujących się przywódcami – sprowadza się do zmyślonych historyjek, mających ukryć prawdę, której nie chcemy widzieć, a często i zbyt przerażającą rzeczywistość.

Jaka jest więc geneza przykrywek? Przede wszystkim, jest to sprawa związana z powszechną ludzką skłonnością do dysocjacji. Niekoniecznie jest to coś niewłaściwego, gdyż dzięki tej właśnie cesze świadomości jesteśmy w ogóle w stanie funkcjonować w świecie doświadczeń jako żywe, myślące i czujące istoty.

Dysocjacja pozwala nam regulować rzeczywistość, skupić uwagę i uniknąć rozproszenia wskutek bezmiaru absorbujących świadomość sygnałów napływających w danym momencie. To dzięki dysocjacji brutalna rzeczywistość daje się jakość wytrzymać. Kiedy jesteśmy maltretowani, odcinamy świadomość, żeby złagodzić ból płynący z poczucia zasadniczej zdrady. W sytuacjach zagrożenia życia odsuwamy na bok niepotrzebne informacje, bowiem dla naszego przetrwania niezbędna jest zawężona uwaga. Umiejętność ta jednak przeważnie jest nadużywana. Kiedy za bardzo przyzwyczajamy się do jej łagodzącego efektu, ryzykujemy, że zaczniemy się oszukiwać, a to narazi nas na jeszcze większą krzywdę.

Psycholog i pisarz, John F. Schumaker, w swojej książce “The Corruption of Reality” (Deformacja rzeczywistości) przedstawia listę typów dysocjacji:

Ta ewolucyjna strategia [tj. zachowanie licznych korzyści płynących ze zwiększonej świadomości przy jednoczesnym ograniczeniu wpływu tej adaptacji na emocje] pojawiła się w postaci zdolności mózgu do odcinania się od własnych zasobów informacyjnych.

Mówiąc ściślej, ludzki mózg wykształcił zdolność do (a) selektywnego postrzegania środowiska, (b) selektywnego przetwarzania informacji, (c) selektywnego przechowywania wspomnień, (d)  selektywnego odłączania się od zachowanych wcześniej wspomnień, oraz (e) selektywnego zastępowania odciętych od świadomości danych informacjami bardziej “przyjaznymi dla użytkownika”.

Łobaczewski nazywał te procesy podświadomą selekcją i substytucją informacji, czego przykłady łatwo znajdziemy w różnych wariacjach postaci układnego klienta owego prawnika rozwodowego.

Oto przykładowy scenariusz: mąż wraca do domu wcześniej niż zwykle. Na podjeździe do swojego przestrzennego domu w zachodnim Hollywood dostrzega samochód serwisu basenowego. To podejrzane, ponieważ on nie ma basenu, obecność konserwatora tych budowli nie ma żadnego uzasadnienia. Jednakże albo niecierpliwe oczekiwanie na wielki mecz, na który i tak się już trochę spóźnił, a może apetyczna gryczana kanapka w lodówce, powoduje odepchnięcie od siebie tego paradoksalnego, wewnętrznego spostrzeżenia. Mężczyzna ma o wiele ciekawsze sprawy na uwadze. Sięga więc po kanapkę, ogląda mecz, a gość od basenów, w skarpetkach, wymyka się z domu. To jest właśnie (a) selektywne postrzeganie. Nie jest to jeszcze pełne zaprzeczenie, gdyż informacja nie została przetworzona w stopniu wystarczającym, by doprowadzić do konkluzji, wartej następnie zanegowania.

Selektywne przetwarzanie (b) jest trochę bardziej zawiłe, a przykładem może tu być zaprzeczanie – podświadome blokowanie niewygodnych wniosków. W tym przypadku, nasz nieszczęsny bohater przybywa do domu w momencie, gdy gość od basenu wsiada do swojego vana i odjeżdża. Udaje mu się zaprząc dość władz umysłowych, by na widok znaku firmowego na vanie zaświtała mu myśl: „Zaraz, zaraz…” Przez chwilę przypomina sobie wcześniejsze sytuacje, gdy wyczuwał męską wodę kolońską na skórze żony, lecz po chwili potrząsa głową: “To niedorzeczne”. Stając na progu drzwi do prawdy, cofa się w ostatniej sekundzie. I podczas gdy tymczasowo blokuje ból związany z poznaniem prawdy, blokuje również korzyści płynące z przejścia przez te drzwi i doznania chwilowego bólu, z jakim ten krok się wiąże.

Podświadomy dobór przesłanek pojawia się troszkę wcześniej w procesie rozumowania. Gdyby umysł był policjantem, podświadoma selekcja odpowiadałaby fałszowaniu dowodów – danych, spostrzeżeń i wspomnień – których używamy, by dojść do logicznych wniosków na temat świata, innych ludzi i siebie samych. Dzieje się to w momencie, gdy umysł odsuwa i tłumi tę informację, która doprowadziła do nieprzyjemnych konkluzji. W ten sposób dochodzimy do wniosku, który jest pozornie i logicznie poprawny, lecz „nie jest nawet fałszywy*”, gdyż użyte przesłanki nie mają żadnej wartości.

[* to znaczy, że nie da się nic powiedzieć o jego słuszności, nie ma związku z rzeczywistością; Wolfgang Pauli]

W przypadku (c) i (d) wspomnienia są tymi danymi, którymi manipulujemy. Pewne wspomnienia nie są w ogóle zachowane, inne są blokowane przez traumę, a jeszcze inne nie przychodzą po prostu do głowy, bo musielibyśmy stanąć twarzą w twarz z niewygodną prawdą.

Załóżmy teraz, że nasz hipotetyczny mąż, po zauważeniu zaparkowanego vana, wchodzi do domu i widzi żonę schodzącą z piętra z o wiele młodszym od siebie kolesiem od basenów. Oboje mają przyspieszony oddech i nerwowo się rozglądają. Są zaskoczeni, lecz szybko reagują przygotowaną wcześniej historią „przykrywką”: „Robercie, czy znasz pana od basenów, Jima? To mój stary przyjaciel. Chodził od domu do domu oferując swoje usługi, kiedy cudownym zbiegiem okoliczności trafił i do nas! Właśnie nadrabialiśmy zaległości!”

Co za ulga! W oka mgnieniu ulotniły się wszelkie upokarzające wspomnienia obcych męskich zapachów (selekcja przesłanek), pozostały z nich jedynie przebłyski, rozproszone w przestrzeni uspokojonego mentalnego krajobrazu.

Zignorowany został fakt, że oboje wyłonili się niewątpliwie z sypialni na piętrze, dość niezwykłego miejsca na odświeżanie kontaktu ze zwykłym znajomym. Mimo wszystko historyjka jest przekonująca, zwłaszcza w ich okolicy, a Sue zawsze była bardzo lubiana. Przede wszystkim jednak, znacznie wygodniej jest uwierzyć.

Zatuszowanie sprawy się powiodło, a konkluzja (ona nie zdradza) była możliwa dzięki podanym przez żonę zmyślonym faktom, podchwyconym przez błędne procesy myślowe Roberta. To jest właśnie podmiana przesłanek, najbardziej złożony proces w tej grupie, lub –  jak to określił Schumaker – (e) selektywne podmienianie odrzuconych informacji na “przyjaźniejsze dla użytkownika”. Łobaczewski zauważa, że substytucja jest zasadniczo półświadomym procesem, najczęściej wspomaganym kolektywnie podczas rozmowy. Może się ona również pojawić w wewnętrznym dialogu: „Co? Czyżby mnie zdradzała? To mogłoby tłumaczyć tę wodę kolońską… Że co? Stary przyjaciel? Co za ulga!”. Praktykowana z wystarczającym oddaniem dla tanich imitacji prawdy, może stać się nieznośnym nawykiem.

To błędne koło oszustw prowadzi nas do sedna sprawy. Kiedy społeczeństwo nabiera zwyczaju przekręcania prawdy, coraz łatwiej o nadużywanie tego w złej wierze i upowszechnienie się. Zachodnia kultura już się tym dusi. Ewolucyjny mechanizm przystosowania się mózgu staje się drogą na skróty, dzięki której unikamy zmierzenia się z niewygodnymi obrazami siebie i innych ludzi.

W momencie gdy proces przechodzi z automatycznego i nieświadomego (zaprzeczenie) na coraz bardziej świadomy (substytucja), nasze myślenie staje się coraz bardziej patologiczne i kompletnie niepoprawne, co sprawia, że stajemy się bezbronni wobec tych, którzy czerpią korzyści z tego typu skłonności do „ratowania twarzy”.

Łobaczewski pisze:

Ludzie, którzy zbyt często używają myślenia konwersyjnego w celu znalezienia wygodnych konkluzji lub budowania zręcznych, paralogistycznych lub paramoralistycznych stwiedzeń, prędzej czy później zaczynają robić to samo z jeszcze błahszych powodów, tracąc zdolność świadomego kontrolowania własnych procesów myślowych. A to nieuchronnie prowadzi to do błędnego postępowania, za które płacić muszą zarówno oni sami, jak i inni.

Ludzie, którzy (…) utracili zdolność do rzeczowego myślenia, a tym samym stan własnej higieny psychicznej, zatracają także naturalny krytycyzm wobec myślenia, wypowiedzi i postępowania osób, u których ich dewiacje psychiczne demonstrują się w podobny sposób. Myślenie konwersyjne rodzi się u tych drugich ze stałego spychania z pola świadomości skojarzeń samokrytycznych. Ludzie „zakłamani” tracą więc zdolność odróżniania tego co patologiczne od tego co normalne ludzkie i odwrotnie. To otwiera w społeczeństwach wrota zakażenia dla ponerogennego działania czynników patologicznych.

Innymi słowy, oszukując samych siebie stajemy się łatwą ofiarą dla psychopatów, którzy nas okłamują. Możemy do tego stopnia identyfikować się ze swoją narodowością, że filtrujemy negatywne myśli o naszych przywódcach i naszym zachowaniu wobec innych krajów. Możemy ignorować okrucieństwa popełniane w naszym imieniu. Gorzej, możemy złapać przynętę rzuconą przez naszych przywódców i podmieniać ważne dane, dochodząc do pseudo-logicznych i pseudo-moralnych opinii. „Oni na to zasługują, ponieważ nas nienawidzą”. ”Ta masakra nie była tak naprawdę masakrą. Oni pierwsi otworzyli ogień, a my tylko broniliśmy się”. „Ten facet miał broń masowej zagłady”. „To oni chcą nas pozabijać, musimy zrobić wszystko, żeby nie mieli na to szansy”.

Kupujemy historię-przykrywkę; trafiony-zatopiony. W kategoriach kultury proces ten nazywa się tworzeniem mitów. Wymyślamy wielkie historie, na wpół mitycznych ojców narodów i dokumenty wspierające fałszywą wiarę w to, czym wcale nie jesteśmy. Proces ten został szeroko opisany w wielu książkach. Na początek polecana jest najnowsza publikacja Burtona Macka Myth and the Christian Nation, można również sięgnąć po bestseller Shlomo Sanda The Invention of the Jewish People, doskonałe studium działania tych procesów. To poprzez kulturową substytucję danych zaczynamy postrzegać siebie jako ludzi wrogich innym narodom. Przekręcamy dostępne fakty i dochodzimy do mylnych wniosków co do tego, kto jest prawdziwym wrogiem ludzkości oraz przeoczamy, kto jest w głównej mierze odpowiedzialny za propagowanie mitów i manipulowanie nimi – psychopaci.

Weźmy takiego Bieliźnianego Zamachowca. Dostępne nam fakty wręcz krzyczą, że ten dzieciak był kozłem ofiarnym zachodnich wywiadów (ekhm! To znaczy Mossadu), lecz chociaż stosowne informacje i wskazówki zostały opublikowane przez główne serwisy informacyjne, logiczne wnioski zdołały wyciągnąć jedynie alternatywne strony internetowe, jak choćby sott.net. Wszyscy inni ślepo promują niedorzeczne „przykrywki”. Jak napisał Detroit News:

Pozwolenie Abdulmutallabowi na zachowanie wizy zwiększało szansę federalnych śledczych na ujęcie terrorystycznej siatki, o uczestnictwo w której jest on oskarżony, „zamiast wyeliminować w tej próbie tylko jednego żołnierza”.

Naprawdę? A Mossad po prostu przez przypadek miał swobodny dostęp i nadzór nad bezpieczeństwem tego lotniska? A ten świetnie ubrany Amerykanin, z odpowiednimi koneksjami, którego istnieniu FBI zaprzeczało przez kilka tygodni, był jedynie bogatym wujaszkiem! Sytuację świetnie obrazuje uwaga dra Sidneya MacDonalda Bakera:

Emipirycy to ci, którzy wierzą w to, co widzą. Racjonaliści to ci, którzy widzą to, w co wierzą. (Detoxification and Healing, str. 50)

Empiryk patrzy na dane i widzi, że Adbulmutallab miał wsparcie, najprawdopodobniej ze strony tych samych agencji wywiadowczych, których zadaniem jest „zapobieganie” terroryzmowi. Racjonalista opiera się na kilku przekonaniach, które zaburzają jego procesy logicznego myślenia. „To musi być tak, bo…”. Albo też „to musi wyjaśniać sprawę”. Kiedy takie ograniczone myślenie staje się nawykiem, zwykle słyszymy: “Po prostu w to nie wierzę”. „Nie mogę uwierzyć, że nasz rząd i wojsko mogły dopuścić się takich rzeczy”.

Lecz z odpowiednimi podstawami, na które składa się wiedza z zakresu psychopatologii i ludzkiej psychologii, surowe realia nie są tak po prostu odrzucane. Zobaczcie to wideo o izraelskiej napaści na Gazę w styczniu 2009, jako przykład ukazania rzeczywistych wydarzeń. Jest to do bólu prawdziwe, przerażające i wolne od zawiłych mentalnych manewrów, stosowanych w celu odrzucenia brutalnej rzeczywistości.

Zeszłoroczny, krytycznie oceniony film o wojnie w Iraku –The Hurt Locker (W pułapce wojny), zawiera dobry materiał do testowania tych myślowych procesów. Film pokazuje operacje elitarnego oddziału saperów armii USA, którzy zajmują się IED’ami (improvised explosive device, improwizowany ładunek wybuchowy), samochodami pułapkami, „żywymi bombami” oraz penetrują tereny po wybuchach. Swoje niezwykle realistyczne spojrzenie i fabułę (bez wspominania jednak o udziale Blackwater i ich “zabawach”) film zawdzięcza prawdopodobnie scenarzyście i producentowi, Markowi Boalowi, który spędził trochę czasu w Iraku, towarzysząc prawdziwemu oddziałowi saperów.

Scenariusz odkrywa jedynie to, co postacie widzą i czego doświadczają. Dla uważnego widza ów brak jakiegokolwiek komentarza tłumaczącego brutalną sytuację mówi sam za siebie. Wykrywane są bomby, lecz nigdy ich konstruktorzy. Odnajdowane są schowki, lecz nigdy ich właściciele. Odnaleziono ciało zamordowanego młodego chłopca z bombą wszytą w brzuch. Na dobrą sprawę, poza jednym snajperem i jego towarzyszami, nie widać żadnego tak zwanego „wroga”, jest tylko założenie, że wrog istnieje i jest prawdziwy. To zrozumiałe, zważywszy, że zbrojny opór na okupowanym terytorium jest czymś nieodzownym. Prawda jest jednak taka, że jedynymi łotrami, jakich widzimy na filmie, są Amerykanie – jak na przykład dowódca, który wydaje rozkaz zamordowania niegroźnie rannego Irakijczyka – albo przebrani w arabskie stroje brytyjscy łowcy nagród (SAS?), których główni bohaterowie spotykają na pustyni.

Zauważalny brak jakiejkolwiek namacalnej “terrorystycznej sieci” jest szczególnie widoczny w dwóch scenach. W pierwszej z nich oddział saperów zostaje wezwany do „samobójczego zamachu” w Zielonej Strefie. Sierżant grupy jako jedyny spostrzega, że była to prawdopodobnie zdalna detonacja. W drugiej scenie kilku żołnierzy spotyka „zamachowca samobójcę” w kamizelce wypełnionej materiałem wybuchowym. Podczas gdy większość bliskich histerii żołnierzy chce zastrzelić tego człowieka, okazuje się, że niezidentyfikowani osobnicy zmusili go, by wbrew swojej woli założył kamizelkę i zbliżył się do żołnierzy.

Chociaż film tego nie ujawnia, druzgocąca większość, jeśli nie wszystkie „zamachy samobójcze” w Iraku są ukartowane i zorganizowane przez amerykański, brytyjski i izraelski wywiad w celu stworzenia iluzji istnienia wroga. Tym sposobem usprawiedliwia się ciągłą okupację oraz zyskowną Niekończącą się Wojnę ze sfabrykowanym wrogiem. Schemat myślenia o wojnie w Iraku – czy to samych żołnierzy, czy też amerykańskiej bądź światowej opinii publicznej – zbudowany jest na fałszywej przesłance istnienia wroga. Naturalnie „dopowiadamy sobie resztę historii”, jednak dopiero wtedy, gdy dostarczone zostaną bazowe informacje, pozwalające nam dopełnić dzieła naszej kolektywnej substytucji danych. W efekcie, brak prawdziwego wroga pozostaje niezauważony.

Czytelników przyzwyczajonych do odżywiania się szkodliwą papką dawkowaną przez mainstreamowe szmatławce z pewnością doznają szoku po przeczytaniu powyższego. Efektem tego mogą być drwiny albo wybuchy w stylu: „To niedorzeczność!”, z towarzyszącą im zapamiętałą gestykulacją. Lecz w społeczeństwie, gdzie całe grupy zawodowe opierają się na ludziach rozmyślnie manipulujących prawdą, by tylko wygrać spór, gdzie utrzymywanie porządku służy interesom politycznym i kontyngentom, a nie ochronie obywateli, i gdzie ludzie są tak przyzwyczajeni do kłamstwa, że uważa się je za rzecz normalną i w pełni akceptowaną – czy w taką rzeczywistość faktycznie tak trudno uwierzyć?

Kiedy rozważymy pewne fakty, w które – pojedynczo – względnie łatwo uwierzyć, sytuacja staje się jaśniejsza. Psychopaci wręcz rozkwitają w korporacjach i polityce (vide: Madoff i Blagojevich), a ci bardziej okrutni są najgorszymi kryminalistami (większość seryjnych zabójcow to psychopaci). Przy nieograniczonych lewych budżetach, z armią żołnierzy – mięsa armatniego – z przebiegłym wywiadem od pokoleń doskonalącym sztukę przeprowadzania zamachów tak, by wyglądały na wypadki, polityczni psychopaci, z racji swoich wpływów, są potencjalnie najbardziej niebezpieczni. Kiedy zestawić te fakty z istnieniem społeczeństw, które straciły umiejętność myślenia, oczywiste fałszywe historyjki trafiają na podatny grunt zachodniego umysłu, gdzie prawda została pogrzebana, a matactwo bierze się za autentyczność.

– –

Ten artykuł jest przekładem oryginału zamieszczonego w języku angielskim na stronie:

dokonanym przez polskich tłumaczy z grupy QFG – edytorów blogu PRACowniA.

Materiał ten został opublikowany przez SOTT.NET – projekt Quantum Future Group, Inc – i jest jego własnością. Zezwala się na kopiowanie i publiczne rozpowszechnianie pod warunkiem podania oryginalnego źródła i autora oraz żródła przekładu.

Dodatkowe informacje uzyskasz pisząc na adres: pracownia-iv@o2.pl

Reklamy

1 komentarz »

  1. Całe prawo oparte jest na kłamstwie i manipulacji, tak jak procesy prawnicze, bo zawsze musi wygrać nie ten kto ma rację , a kto ma więcej pieniędzy na prawników.

    Każdą „prawdę” można przegłosować, ale to nie znaczy,że to jest PRAWDA.

    Komentarz - autor: Stawol — 10 sierpnia 2010 @ 12:00


RSS feed for comments on this post. TrackBack URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: