PRACowniA

23 lipca 2010

Łączenie Punktów: Zemsta Izraela, broń jądrowa i ekobójstwo w Zatoce (2)

Sott Editors
Sott.net
08 czerwca 2010 11:16 EDT

Nuklearne zagrywki

© Xinhua/Reuters - Demonstranci z transparentami uczestniczący w marszu przeciwko broni nuklearnej. Nowy Jork, 2 maja 2010.

Nowojorska konferencja ONZ, jaka odbyła się w tym miesiącu, poświęcona była rozbrojeniu nuklearnemu, stając się krokiem naprzód w kwestii międzynarodowego porozumienia co do utworzenia na Bliskim Wschodzie przed 2012 rokiem strefy wolnej od Broni Masowego Rażenia, a co za tym idzie, przynajmniej zatrzymania nuklearnego wyścigu. Jednocześnie jednak, język konferencji wskazuje, że obecnie istotnie istnieje „wyścig zbrojeń nuklearnych”, podsycany rzekomo przez Iran, przy czym Izrael jest gdzieś na dalszym planie. Prawda jednak jest taka, że nie ma żadnego „wyścigu”. Na Bliskim Wschodzie tylko jeden kraj ma broń atomową. Izrael ma jej tyle, że mógł nawet pozwolić sobie na sprzedaż kilku bomb południowoafrykańskiemu reżimowi apartheidu w 1975 roku. Sam Izrael nie uczestniczył w konferencji, ponieważ nie jest sygnatariuszem Układu o Nierozprzestrzenianiu Broni Jądrowej (NPT). Oczekuje pewnie, że świat przymknie oko na jego bomby i uda, że Izrael nie posiada broni jądrowej. Dzięki temu do przyjęcia będzie zaprzeczenie, jakoby państwo to stanowiło zagrożenie dla Bliskiego Wschodu i całego świata. Niechęć USA co do wydania wiz irańskim delegatom biorącym udział w konferencji jest zrozumiała, zważywszy na wiadomość, jaką Irańczycy mieli do przekazania – że „broń nuklearna to największe zagrożenie dla świata” – stoi ona bowiem w jawnej opozycji do propagandy syjonistów, zarzucającej Iranowi pościg za technologią nuklearną, którą będzie mógł „powalić” Izrael. Podczas gdy tysiące ludzi wyszły na ulice, by wyrazić poparcie dla świata bez bomb atomowych, amerykańscy gospodarze nie szczędzili sił, by oddalić dyskusję na temat arsenału Izraela.

Jedyną głową państwa obecną na konferencji był prezydent Iranu, Ahmadineżad. Słuchając mass mediów można było odebrać wrażenie, że ten „maniak” groził zniszczeniem całego świata. Sprawdźmy więc, co przegapiły setki delegatów, kiedy na znak protestu opuściły salę w trakcie jego przemowy:

Broń nuklearna to ogień zagrażający ludzkości, a nie środek bezpieczeństwa.”

„Posiadanie tej broni nie jest powodem do dumy – jest raczej odrażające i haniebne”, powiedział Ahmadineżad.

„Jeszcze bardziej haniebne jest grożenie użyciem jej. Nie da się tego porównać do żadnej zbrodni w historii”, oświadczył.

Bez wątpienia to majaczenie szaleńca, wygłoszone do tego w kraju z ponad 5000 bombami atomowymi. Czego spodziewają się po nas Izrael i USA, gdy słyszymy takie słowa? Mamy myśleć, że Ahmadineżad łże w żywe oczy? A może uwierzyć, że był to zręczny manewr stwarzający pozory pokojowych intencji Iranu, podczas gdy ten po cichu buduje bomby, którymi „zmiecie Izrael z powierzchni ziemi”? To właśnie, że Iran niezmiennie apeluje o światowy pokój i nuklearne rozbrojenie, każe USA i Izraelowi wytężać siły, by przekonać nas, że jest dokładnie odwrotnie.

Tymczasem w przeciągu trzech dni doszło do kilku znaczących przecieków, dotyczących arsenału nuklearnego Izraela. Najpierw rząd RPA ujawnił dokumenty z 1975 roku, w których ówczesny minister obrony Izraela, Szymon Peres, wyrażał zgodę na sprzedaż reżimowi apartheidu pocisków nuklearnych. Zaraz potem amerykański rząd odtajnił „tajny raport” dotyczący sprzedaży Izraelowi materiałów nuklearnych w latach 50. i 60. Z jego treści wynika, że między 1957 a 1967 rokiem rząd Stanów Zjednoczonych dostarczał Izraelowi wzbogaconego uranu, pozwalającego na budowę broni atomowej. No i stało się. Mordechaj Vanunu przesiedział w więzieniu wszystkie te lata ku przestrodze dla tych Izraelczyków, którzy chcieliby ujawnić prawdę o programie nuklearnym swojego kraju, a teraz potwierdzono, że w okresie prezydentury Eisenhowera USA zaopatrywały Izrael w technologię nuklearną. Ile z tego wykradziono (jak w aferze z Jonathanem Pollardem), a ile trafiło do Izraela w wyniku tajnych umów z rządem USA, pozostaje nierozstrzygnięte. Jednak jak pisze Gordon Duff, pewne jest to, że „[ujawnione dokumenty] czynią wszelką pomoc USA dla Izraela nielegalną. Skoro Izrael posiada broń atomową z pogwałceniem traktatów międzynarodowych, co zostało właśnie potwierdzone, to podobnie jak w przypadku Iraku i Iranu, Ameryka musi zażądać jego inspekcji oraz rozbrojenia. Nie ma innego wyjścia. Takie jest prawo”. Tak więc USA nie są w stanie dłużej utrzymać roli “światowego policjanta”, gdy zbroją i chronią państwa terrorystyczne.

© Press TV

Gdy już nuklearna przeszłość Izraela została ujawniona, nowy szef MAEA wezwał go do otwarcia swoich instalacji atomowych do inspekcji. „Nigdy do tego nie dojdzie”, odparł na forum konferencji członek amerykańskiej delegacji. W zeszłym roku Obama obiecywał Iranowi, że „wyciągniemy do was rękę, jeśli rozluźnicie pięść”. Wielkie słowa z ust pokojowego noblisty, ale co z czynami? Przełomowe negocjacje w kwestiach wymiany uranu pomiędzy Turcją, Iranem i Brazylią – co turecki premier Erdogan określił jako „wyjątkowa okazja” do osiągnięcia porozumienia w kwestii cywilnego programu atomowego Iranu – zostały storpedowane już następnego dnia, kiedy USA ogłosiły, że będą zabiegać o nowe sankcje, wymierzone w irańskie instytucje finansowe i handel zagraniczny. Prezydent Brazylii, Lula da Silva, ujawnił korespondencję, jaką prowadził z Białym Domem w czasie negocjacji z Iranem, ilustrującą dwulicowość administracji Obamy. Biały Dom nie zaprzeczył prawdziwości listu. Oznacza to, że rządy Brazylii i Turcji zostały celowo wmanewrowane w nabranie przekonania, że ich działania znalazły poparcie rządu USA, podczas gdy ten nie spodziewał się osiągnięcia przez nie porozumienia, w związku z czym udaremnił zawarcie umowy, po czym przeszedł do kontrataku.

Izrael za wszelką cenę chce konfrontacji z Iranem. Zaś Iran nie może nic zrobić, by zatrzymać parcie syjonistów ku wojnie. Miesiąc po miesiącu stara się spełniać wymogi wyznaczane mu przez Radę Bezpieczeństwa ONZ i MAEA, jednak za każdym razem poprzeczka zostaje nieoczekiwanie podniesiona, a to dzięki dwulicowym działaniom USA. Do tego wrogowie Iranu, jak sami otwarcie przyznali, prowadzą tajne operacje wojskowe zarówno w obrębie jego granic, jak i u jego sąsiadów.

Podaliśmy wcześniej, że syjonistyczny wysłannik Obamy, Rahm Emmanuel, spotkał się z przywódcami Izraela na krótko przed atakiem na flotyllę wiozącą pomoc dla Gazy. Jego wizyta mogła zatem dać Izraelowi zielone światło do akcji. Zaraz potem jednak sytuacja się zmieniła, gdy pomimo wzmożonej presji Izraela, USA na nowojorskiej konferencji podjęły „bezprecedensową” decyzję udzielenia poparcia dla rezolucji ONZ, oficjalnie wzywając Izrael do podpisania Traktatu o Nierozprzestrzenianiu Broni Jądrowej i udostępnienia swoich arsenałów do inspekcji. Mieliśmy uwierzyć, że był to „głośny policzek” dla Izraela, „zupełne zaskoczenie” i zdradzieckie zerwanie wieloletniego paktu między tymi dwoma państwami co do utrzymania w tajemnicy izraelskiego programu nuklearnego. Gdy więc prawda o jego arsenale nuklearnym wyszła na jaw, Izrael jeszcze tego samego dnia wysłał w pobliże wód granicznych Iranu trzy okręty podwodne typu Delfin (zbudowane w Niemczech)… uzbrojone w pociski atomowe. Nie dość, że Izrael mocno trzyma w garści rząd USA przez współudział w zamachach z 11 września, nie mniejszy wpływ ma widać także na Niemcy, szachując ich ciemnymi kartami wspólnej historii: oto bowiem rząd Angeli Merkel w ciągu ostatnich 6 miesięcy zafundował Izraelowi sześć takich okrętów.

Nie przestaliśmy jednak podejrzewać, że owa „zdrada” USA mogła być częścią melodramatycznego przedstawienia syjonistów, mającego zwieść cały świat. I słusznie – podczas gdy większość rządów potępiła atak Izraela na konwój z pomocą humanitarną dla Strefy Gazy, Obama skorzystał z okazji i publicznie zapewnił Izrael, że jego „interesy nuklearne są zagwarantowane”. Co oznacza, że USA nie kiwną palcem, by zmusić Izrael do udziału w planie stworzenia na Bliskim Wschodzie strefy wolnej od broni nuklearnej. Będą w dalszym ciągu zajmować niezdecydowane stanowisko, nie dotrzymywać zobowiązań i kłamać w żywe oczy.

© Sott.net

Udział Ameryki w zbrodniach Izraela jest oczywisty. Obama wybiera ignorancję, wierząc w bzdury Izraela o tym, że konwój przemycał broń dla Gazy. Jednak nie wszystkim w rządzie amerykańskim podoba się jego służalczość wobec Izraela. W ciągu kilku ostatnich miesięcy SOTT opublikował wiele interesujących rewelacji zaczerpniętych z portalu Veterans Today. Zdaje się, że ktoś z kręgów władzy uznał ów portal za dobre ujście dla przecieków obciążających Izrael. W ramach takiego przecieku pewne źródło podało, że Izrael miał podzielić się z USA swoimi podejrzeniami, iż ładunek konwoju mógł zawierać „zaginione pociski”. Historia o „zaginionych pociskach” krąży już od jakiegoś czasu. Uważa się, że pociski nuklearne wyprodukowane nielegalnie (przy izraelskiej pomocy) w Republice Południowej Afryki, wysłane (w 1991 roku-przyp.) do USA i Wlk. Brytanii w celu ich rozbrojenia, ostatecznie znalazły się w rękach Izraela, działającego przez agentów i międzynarodowy rynek nielegalną bronią. Od tamtej pory służą one Izraelowi za przynętę, zmuszającą USA do ich poszukiwania przy użyciu sił zbrojnych, byle tylko nie dopuścić do przejęcia ich przez islamskich terrorystów. Zgodnie z tym scenariuszem, administracja Busha naprawdę wierzyła, że wkracza do Iraku po Broń Masowego Rażenia Saddama, przy czym nie szukali przenośnych laboratoriów, jak to Colin Powell wytłumaczył Radzie Bezpieczeństwa ONZ, ale namacalnych bomb atomowych, ukrytych gdzieś na terenie Iraku. W takim razie, jeżeli ktokolwiek w Pentagonie zawierzył tym informacjom i oparł się na nich w uzasadnieniu inwazji na Afganistan i Irak, w dziwny sposób przemilczał jednak ten szczegół. Czy te pociski istnieją naprawdę, czy może są częścią trwającej manipulacji Tajnej Grupy, w ramach której rząd USA ugania się za nimi gdziekolwiek mu się każe, tego nie wiemy. Ta interesująca kwestia pozostaje jak dotąd w sferze domysłów.

Zabłąkana torpeda

Już wcześniej zauważyliśmy [PL, patrz: „Szczekający pies”], że tarcia między obiema Koreami przykuwają uwagę świata akurat wtedy, gdy rośnie niepokój w kwestii Iranu. Pod koniec marca południowokoreańska łódź patrolowa zatonęła z 46 osobami w pobliżu wód Korei Północnej. Wówczas południowokoreański rząd nie przywiązywał szczególnej wagi do doniesień, że łódź mógł storpedować ich północny sąsiad. Kto więc karmił media tymi informacjami? W każdym razie, miesiąc później południowokoreański wywiad zmienił swoją wersję i orzekł, że za zatopienie okrętu odpowiedzialne były samobójcze „mini łodzie podwodne” z Korei Północnej, wbrew powszechnej wiedzy o możliwościach wojskowych tej ostatniej, które nie mogą równać się z potencjałem Seulu (wspomaganego przez USA). Zresztą taki krok byłby głupotą z jej strony. Korea Południowa jest faktycznym protektoratem USA, gdzie od zakończenia II wojny światowej stacjonują tysiące żołnierzy amerykańskich. Jej siła wojskowa jest przedłużeniem amerykańskiej siły wojskowej, jej aparat bezpieczeństwa i wywiad są przedłużeniem tych samych imperialnych struktur wojskowych stworzonych przez USA. W skrócie, Korea Południowa jest głównym garnizonem w Azji dla wojsk Amerykańskiego Imperium. Drugim takim miejscem jest Japonia. Tamtejszy premier niedawno ustąpił z powodu silnej presji Amerykanów, by utrzymać ich ogromną bazę na Okinawie.

To ciekawe, że południowokoreański rząd starannie unikał bezpośredniego oskarżenia Kim Dzong Ila o incydent, podczas gdy wywiad wyraźnie wskazywał na Koreę Północną jako sprawcę. Pytamy więc ponownie, kto stoi za tymi doniesieniami? Po wstępnym zbadaniu znalezionych szczątków torpedy, włącznie z ich analizą chemiczną, stwierdzono że przyczyną zatonięcia „Cheonan” była torpeda niemieckiej konstrukcji. Z tego co wiemy, Korea Północna nie posiada żadnych niemieckich łodzi podwodnych czy torped. Zaraz, niemieckie łodzie podwodne…

© AP Photo - Gigantyczny dźwig wyławia wrak południowokoreańskiego okrętu „Cheonan”

Dwa tygodnie później, Joint Civilian-Military Investigaion Group (JIG), międzynarodowa grupa badawcza, w której skład wchodzą „eksperci wojskowi” z USA, Wlk. Brytanii, Australii i Szwecji, opublikowała kolejny raport w tej sprawie. Pozorując obiektywne zbadanie wydobytego wraku i torpedy, ta szemrana grupa, której akcja przejawia wszelkie cechy działań dezinformacyjnych Tajnej Grupy, całkowicie zaprzeczyła wnioskom poprzedniego raportu konkludując, że wydobyta torpeda „idealnie pasuje” do modelu CHT-02D, znajdującego się na liście broni eksportowanej przez Koreę Północną. Jak stwierdzono w raporcie, „dowody niezbicie prowadzą do wniosku, że torpedę wystrzelił północnokoreański okręt podwodny. Nie ma innego równie prawdopodobnego wyjaśnienia”. W rzeczywistości jednak, jak wykazał Scott Creighton, torpedy w ogóle do siebie nie pasują. Śruba napędowa znalezionej torpedy wcale nie przypomina tej w północnokoreańskim modelu CHT-02D. Co więcej, członek południowokoreańskiej ekipy śledczej, Shin Sang-cheol, ujawnił swoje podejrzenia co do napisu „1 beon” („Numer 1”) znalezionego na kawałku torpedy, stwierdzając że ów napis, który posłużył za argument obciążający Koreę Północną, został umieszczony na torpedzie dopiero po jej wyłowieniu. Nic dziwnego więc, że w drugim raporcie nie widniały nazwiska jego autorów, co utrudniało dotarcie do źródła. Było to całkowite fałszerstwo mające obarczyć winą Koreę Północną i zatrzeć ślady prawdziwego sprawcy. Rząd w Seulu skutecznie ocenzurował Shin Sang-cheola, wytaczając przeciwko niemu śledztwo w związku z „rozsiewaniem fałszywych pogłosek” na temat incydentu z „Cheonan”. Tymczasem amerykańskie media wytężają siły, by przepchnąć wersję o „Złej Korei Północnej”. Mimo to władze w Pjongjang (Phenian) zaciekle odrzucają zarzuty i zwróciły się o udostępnienie im dowodów, aby mogli je zbadać osobiście, jednak prośba została odrzucona.

Na początku maja izraelski prezydent Szymon Peres narzekał przed mediami, że Korea Północna sprzedaje technologię nuklearną jego wrogom, nazywając ją „sklepem wolnocłowym” z bronią dla Iranu. A przecież Izrael – w tym i Peres – robi dokładnie to samo od lat! Wystarczy przypomnieć sobie wszystkie te bandyckie kraje, którym Izrael od dziesięcioleci sprzedaje technologię na broń nuklearną i konwencjonalną – nawet swoim „śmiertelnym wrogom”. Izrael jest w istocie skutecznym punktem wymiany na światowym rynku bronią. Podejrzenie, że mógł on przekazać Korei parę takich łodzi nie jest więc bez podstaw. Nie sugerujemy tutaj, by Izrael był bezpośrednio odpowiedzialny za niedawne wydarzenia w pobliżu Półwyspu Koreańskiego, jednak bez dwóch zdań intrygujące jest to, że o owym punkcie zapalnym robi się głośno w tym samym czasie, kiedy Rada Bezpieczeństwa ONZ omawia plan utworzenia na Bliskim Wschodzie strefy wolnej od broni jądrowej, a co za tym idzie, zakończenia hegemonii Izraela w regionie. Pisujący dla „Asia Times” Kim Myong Chol donosi, że Korea Północna oskarża Stany Zjednoczone o zatopienie „Cheonan”, co, jak argumentuje, miało być skutkiem „przyjacielskiego ognia” podczas wspólnych ćwiczeń z udziałem amerykańskich i południowokoreańskich okrętów, jakie odbywały się wówczas w tamtym rejonie. Spodziewanym następstwem tego incydentu było podjęcie przez obie Koree wzmożonych działań przygranicznych, zwieńczonych wysłaniem strzałów ostrzegawczych w stronę okrętów Korei Północnej. Pjongjang ponownie zapewnił, że nie ma nic wspólnego z incydentem, po czym zagroził otwartą wojną, na co reakcją Seulu było zerwanie wszelkich umów handlowych z Północą. Odgrywając przez 57 lat rolę straszaków Tajnej Grupy, tym razem mogą one być naprawdę o krok od wojny.

Nowojorski niewypał

© Associated Press - Uwaga! W samochodzie jest nawóz i fajerwerki!

Jeśli wznowienie napięcia między Koreami miało skierować uwagę świata na sprawy dalekie, prawie-terrorystyczny atak na Times Square znalazł się w centrum uwagi w przeddzień odbywającego się nieopodal zgromadzenia ONZ. W naszym marcowym odcinku [PL] zwróciliśmy uwagę na rosnącą świadomość Amerykanów co do faktu, że 11 września był wewnętrzno-zewnętrzną robotą, konspiracją syjonistycznych szaleńców przeciwko ludzkości. Jakby w odpowiedzi na ten trend zaczęły mnożyć się przypadki „podejrzeń o krajowy terroryzm” oraz pomówień wobec obywateli USA o konspirowanie przeciwko krajowi, czego kulminacją był projekt drakońskiej ustawy duetu McCain/Lieberman, w którym apelują oni o ostrzejsze środki w zapobieganiu tym wszystkim wyssanym z palca scenariuszom, podawanym przez media.

Na kilka dni przed incydentem z Times Square pojawiła się wiadomość o innym terroryście-widmie, który wrócił zza grobu i ukrywa się w górach na północy Pakistanu. Jak ogłosił pewien oficer pakistańskiego ISI, „który pragnął zachować anonimowość”, Hakimullah Mehsud cudownie przeżył nalot dronu CIA w styczniu. Nie dość tego, jego ludzie ponownie zagnieździli się w dolinie Swat, mimo że armia pakistańska wypleniła ich stamtąd w operacji przeprowadzonej w 2009 roku.

Tymczasem w wieczór poprzedzający incydent z Times Square, prezydent Obama zabawiał dziennikarzy podczas corocznej kolacji Washington Correspondents Associacion, serwując dowcipy o dronach, Goldman Sachs i jego Nagrodzie Nobla. Następnego dnia Times Square zamknięto na dziesięć godzin po tym, jak pewien weteran z Wietnamu – a obecnie sprzedawca koszulek – spostrzegł podejrzany „dymiący” samochód zaparkowany na Broadwayu. Wkrótce policjanci wyjęli z owego Nissana Pathfinder trzy butle z propanem, fajerwerki, dwa 17-litrowe pojemniki z benzyną, dwa tanie budziki, przewód elektryczny oraz metalowe pudełko zawierające słabą mieszankę nawozów, zresztą źle dobranych, bo nie miała prawa wybuchnąć. Co do fajerwerków ustalono, że pochodzą ze sklepu w hrabstwie Pike w Pensylwanii, a zakupiono je osiem tygodni przed incydentem. Rzecznik sieci Phantom Fireworks podał, że wśród znalezionych przedmiotów był „stożek, rurka, zapalnik i paczka ośmiu petard M-88, przy czym żaden z nich nie stwarzał realnego zagrożenia”. Budziki zaś były plastikowymi tandetami z importu. Jak widać, także międzynarodowemu terroryzmowi  kryzys gospodarczy daje się we znaki. To istotnie olbrzymi spadek formy w porównaniu z jednoczesnymi porwaniami samolotów na najpilniej strzeżonym niebie na świecie.

© Unknown - Zabójcza broń: petardy M-88 z firmowego sklepu

Amerykańskie media oczywiście z miejsca oskarżyły muzułmanów, jednak co warto zauważyć, nikt nie wziął odpowiedzialności za incydent. Dopiero SITE Intelligence, prywatna grupa pseudo wywiadowcza, kierowana przez byłą żołnierz ISO Ritę Katz, natrafiła na nagrania wideo rzekomo stworzone przez pakistańskich talibów, na których przyznają się oni do próby zamachu. Hmm, Rita Katz… nazwisko skądś znajome… a tak, to ta sama Rita Katz, której sposobem na życie jest wymyślanie muzułmańskich terrorystów i wprawianie Ameryki w histerię poprzez ujawnianie w mediach wątpliwych wiadomości internetowych, a także nagrań wideo i audio, wygrzebanych ze stron skupiających „zradykalizowanych” muzułmanów, mających dość imperialnych wojen Ameryki i Izraela.

Śledzenie wysiłków mediów starających się złożyć tę farsę w coś przypominającego spójną historię byłby zabawny, gdyby jej konsekwencje nie były dla wszystkich tak poważne. Pierwotna wersja wydarzeń była mniej więcej taka: samochód pozostawiono przy biurowcu medialnego giganta, Viacom. Własnością Viacom jest Comedy Central. Comedy Central emituje serial animowany „South Park”. Jego jubileuszowy odcinek przypomniał histerię, wywołaną swego czasu przez duński dziennik Jyllands-Posten (opublikował karykaturę Mahometa), tym razem spowodowaną ukazaniem Mahometa przebranego za misia. Niedługo potem amerykańska organizacja „Revolution Muslim” na swojej stronie internetowej zagroziła atakami na twórców serialu za takie bluźnierstwo. Ale jak się zaraz potem okazało, zajście nie mogło posłużyć niedoszłemu zamachowcowi za motyw: „Revolution Muslim” to znane zbiorowisko amerykańskich żydów, którzy „przyjęli islam” i bezkarnie mogą siać nienawiść, podczas gdy niewinni amerykańscy muzułmanie stale są nękani i wysyłani za granicę na tortury.

Przyjrzyjcie się tej stronie internetowej. Jest ona bliżej Al Kaidy niż ktokolwiek inny, bowiem sama jest „al kaidą”, czyli bazą danych. To baza danych aktorów, kozłów ofiarnych i ludzi świadomie lub nieświadomie wrobionych do roli pożądanej przez zachodnie agencje wywiadowcze. Nafaszerowany „faktami”, wykresami, tabelami, profilami i zwykłymi pogłoskami, IntelCenter jest kolejnym wytworem Mossadu, który sprawia wrażenie organu śledzącego poczynania najgroźniejszych złoczyńców świata. Jednak w istocie to zbiór strzępków informacji, w większości całkowicie nieprawdziwych i bez pokrycia, stwarzając nie kończące się okazje do wymyślania fantastycznych scenariuszy, które potem trafiają do mediów. Najskuteczniejsza ich bajka to taka, która najlepiej pasuje do obecnej wersji wydarzeń. Gdy w święta Bożego Narodzenia pojawił się Bieliźniany Zamachowiec, należało powiązać incydent z trwającym obracaniem w pył wsi rebeliantów Houthi przez jemeńskie i amerykańskie okręty, przybyłe z pomocą despotycznym reżimom Arabii Saudyjskiej i Jemenu. W tym przypadku (tj. nieudanego zamachu na Times Square – przyp.), niewypowiedziana brudna wojna Obamy w Pakistanie niezwłocznie wymagała zastrzyku argumentów – Ameryce potrzebne było jakieś uzasadnienie dla dalszego bombardowania Pasztunów przez drony CIA.

Po tym, jak SITE razem z IntelCenter “odkryły na islamistycznej stronie” nagranie talibów, przyznających się do próby zamachu, i gdy tylko sugestia, że winnych należy szukać w Pakistanie, zdążyła zagnieździć się w umysłach ludzi, pozostało już tylko wskazać kozła ofiarnego. Dwa dni po incydencie Faisal Shahzad został aresztowany w dramatycznym stylu na lotnisku Kennedy’ego, kiedy siedział już w samolocie szykującym się do odlotu do Dubaju. Do jego domu w Connecticut wtargnęli agenci FBI, zaś w Pakistanie tamtejsza policja aresztowała jego rodzinę i przyjaciół. Wyśledzono go dzięki temu, że trzy tygodnie wcześniej miał kupić za gotówkę Nissana Pathfinder, pozostawionego na Times Square. Początkowo nie łączono go z żadną grupą terrorystyczną. Jednak po kilku godzinach od zatrzymania, ten Pakistańczyk z amerykańskim obywatelstwem przyznał, że działał w pojedynkę, z jednej strony biorąc na siebie wyłączną winę za usiłowanie spowodowania eksplozji w jednym z najpilniej strzeżonych miejsc w Ameryce, jednocześnie jednak wykazując powiązania z „pakistańskim talibanem”. Oskarżono go o próbę zdetonowania „broni masowego rażenia”. Tak, najwidoczniej nawóz i butle z gazem od teraz zaliczają się do tej kategorii. Gdyby tylko Cheney i spółka wiedzieli, że środki ogrodnicze mogą być zaklasyfikowane jako broń masowego rażenia, z pewnością umieściliby na tej liście cały inwentarz Saddama.

Chociaż był na liście zakazu lotów, Shahzadowi pozwolono wrócić z Pakistanu do mieszkania w Connecticut. Wiadomo zresztą, jak skuteczne są listy osób z zakazem lotów w typowaniu potencjalnych terrorystów. Nasz młodociany bieliźniany zamachowiec także był na tej liście, i do tego nie miał paszportu, a mimo to, przy odrobinie pomocy swoich przyjaciół, zdołał pomyślnie przejść kontrolę na lotnisku w Amsterdamie (za bezpieczeństwo którego odpowiada firma z Izraela). Tego rodzaju „niedopatrzenie” nie przejdzie w przypadku Shahzada, zważywszy na udział w śledztwie najwyższych kręgów wojskowych i wywiadowczych. Otóż w doniesieniu zamieszczonym na swojej stronie internetowej, stacja WCBS ujawniła udział tajnych samolotów wywiadowczych Pentagonu w zatrzymaniu terrorysty-niewypałka, ale zaraz potem pospiesznie odwołała swoją rewelację:

Ostatecznie to tajne samoloty wojska i wywiadu doprowadziły do jego (Shahzada) schwytania. Uzbrojone w numer jego telefonu komórkowego, krążyły na nowojorskim niebie, aż przechwyciły połączenie z liniami lotniczymi Emiratów, co później pozwoliło zatrzymać go na lotnisku Kennedy’ego. […]

”The Nation” wskazuje, że obaj prowadzący śledztwo mężczyźni mają głębokie powiązania z tajnymi „programami ograniczonego dostępu” Pentagonu. […]

W pewnym momencie śledztwa FBI zaczęło obserwować ruchy Shahzada, jednak straciło go z oczu aż do czasu, gdy pojawił się na liście pasażerów samolotu lecącego do Emiratów. Możliwe, że wspomniane samoloty zostały wtedy użyte do wyśledzenia go. Jednakże pierwotna relacja WCBS o tym, że samoloty „przechwyciły połączenie z liniami lotniczymi Emiratów”, nie zgadza się z treścią artykułu w „New York Times”, gdzie podano, że władze nie wiedziały, iż Shahzad zarezerwował lot, aż do momentu , gdy w ostatniej chwili pojawił się na odprawie pasażerów. […]

A może był to dron? Na stronie Pajamas Media znajduje się zapis rozmowy, w czasie której pewien emerytowany pracownik NSA powiedział Annie Jacobs:

Emerytowany pracownik Agencji Bezpieczeństwa Narodowego (NSA), pragnący zachować anonimowość, stwierdził że kluczową rolę w schwytaniu Faisala Shahzada odegrał system przechwytywania sygnałów (SIGINT).

Współpracując z Joint Terrorism Task Force, agenci NSA śledzili Shahzada, lokalizując sygnały z jego telefonu komórkowego, prawdopodobnie przy użyciu drona.

© Unknown - Siedząc za konsolą w USA, piloci dronów zabijają Pakistańczyków

“Programy ograniczonego dostępu” Pentagonu i NSA obok siebie? To sugeruje, że Shahzad był poddany nadzwyczaj ścisłej obserwacji, dzięki czemu służby mogły wybrać odpowiedni moment na jego zatrzymanie tak, by wyglądało to na próbę ucieczki z kraju. Udział Pentagonu to również wyraźny znak tego, że była to w całości operacja Tajnej Grupy. Przesłuchawszy jego krewnych i znajomych w Pakistanie, tamtejsze władze orzekły, że nie wykryto żadnych powiązań łączących Shahzada z „terrorystami” w Pakistanie. W odpowiedzi, Hillary Clinton natychmiast oskarżyła Pakistan o „ukrywanie Bin Ladena” – co w żargonie Wojny z Terrorem znaczy tyle, co: „Jeśli nie będziecie trzymać się scenariusza, zrobimy tam wam piekło”. Jej groźby uwiarygodnił nalot dronów, trzeci od czasu incydentu z Times Square, tym razem zabijając 14 „rebeliantów”.

Głównym argumentem obciążającym Shahzada był jego 5-miesięczny pobyt w pakistańskim Peszawarze, nazywanym przez media „siedliskiem terrorystów Al Kaidy”, przed powrotem do Stanów. W rzeczywistości żyją tam miliony zwykłych Pakistańczyków, terroryzowanych przez najemników z Blackwater i oddziały specjalne z USA i Izraela. Mieszka tam także zamożna rodzina Faisala. Jak się okazuje, jego ojcem jest Baharul Hak, emerytowany wicemarszałek pakistańskich sił powietrznych oraz wicedyrektor urzędu lotnictwa cywilnego Pakistanu. Cóż to za zbieg okoliczności, że obaj – Bieliźniany Zamachowiec i pan Petarda – mają rodziców niegdyś obracających się wśród elit ich państw. Nikt jednak nie oszuka Kifjata Aliego, kuzyna ojca Shahzada, który aresztowanie nazwał „konspiracją, dzięki której (Amerykanie) mogą zbombardować więcej Pasztunów”.

Faisal mieszkał w USA od trzech lat, robiąc analizy finansowe w firmie kontrolowanej przez Apollo Management LP, którym kieruje Leon Black (śledztwo Jeffa Gatesa przeciw szefowi Faisala ujawniło ścisłe jego związki z wielkimi przekrętami na Wall Street). Dom w Connecticut wziął na kredyt. Klucze od tego domu ów groźny międzynarodowy terrorysta zostawił w swoim SUV-ie zaparkowanym na Broadwayu, razem z kluczykami do auta. Podsumowując, jego środowisko rodzinne, stanowisko służbowe, nieistniejące powiązania z pakistańskimi terrorystami, udział Pentagonu i NSA w jego aresztowaniu, ale też zajście samego incydentu w przeddzień konferencji, która miała ujawnić światu arsenał nuklearny Izraela – wszystko to wskazuje, że Faisal Shahzad stał się kozłem ofiarnym, pasującym do roli „nabytku pakistańskiego talibanu” albo też „domorosłego terrorysty”. Oczywiście oba te scenariusze mijają się z prawdą, ale kto tam będzie dociekał. Tak stworzona histeria napędza amerykańską machinę wojenną za granicą, przywraca do życia uśpione projekty ustaw (Violent Radicalization and Homegrown Terrorism Prevention Act of 2007) oraz wydłuża bytowanie Izraela na szczycie łańcucha pokarmowego, nasilając Wojnę z Terrorem™ i „Zderzenie Cywilizacji”.

© Rehan Khan / EPA - Zostawcie nas!

Od chwili jego aresztowania, nikt nie widział się z Faisalem, nie ma też żadnych zdjęć, a on sam nie pisnął słowa o stawianych mu zarzutach. Zmuszeni więc jesteśmy polegać wyłącznie na oficjalnych komunikatach amerykańskich władz. Czy rzeczywiście przyznał się do zarzutów? Czy był przedtem torturowany? Podobnie jak w przypadku „samotnego strzelca” z Fort Hood, majora Malika Hasana, nigdy się tego nie dowiemy, bowiem jeśli chodzi o terrorystów, śledztwo rządzi się własnymi prawami: tajne zarzuty, tajni świadkowie, tajne dowody… ci ludzie są uznani winnymi jeszcze zanim postawią stopę w sądzie. Jak podała Agence France-Presse, „Władze zapewniły, że on [Shahzad] współpracował ze śledczymi, którzy skorzystali z mało znanego prawa do zwłoki w wyczytaniu mu praw Mirandy”. „Mało znanego”, bo być może takowe wcale nie istnieje (albo po cichu dodano je do kodeksu karnego, i to po fakcie). Wskazywałoby to, że nie odczytano mu jego praw, ponieważ chciano go usidlić albo wymusić na nim zeznania. I jak się szczęśliwie okazało, Shahzad „przyznał się” do odbycia szkolenia akurat w Waziristanie – tym samym regionie na północnym-wschodzie Pakistanu, gdzie amerykańskie drony od początku roku nasiliły bombardowania. Ostatni taki nalot, w którym zginęło 6 „rebeliantów”, miał miejsce dzień po nieudanym zamachu w Nowym Jorku, zwiększając liczbę ofiar dronów do 300 w tym roku. Szacunki pakistańskich gazet mówią o ponad 600 samych tylko cywilach zabitych w nalotach, rozpoczętych w połowie 2008 roku. Liczba ofiar jeszcze wzrośnie, i to dramatycznie, bowiem CIA otrzymało zgodę Białego Domu na rozszerzenie programu dronów.

Groźby zamachów i fałszywe alarmy to codzienność w Nowym Jorku, jednak wybuch histerii po tym najnowszym incydencie przybrał wręcz patologiczne rozmiary. Przykładowo, zepsuta ciężarówka spowodowała zamknięcie Triborough Bridge. Fakt, że nie było przy niej kierowcy wydał się na tyle podejrzany, że do akcji musiał wkroczyć oddział SWAT i grupa saperów. Times Square z kolei był 7 maja ewakuowany dwukrotnie – pierwszy raz, gdy „na chodniku znaleziono podejrzany pakunek”, który okazał się turystyczną chłodziarką zawierającą… książki i butelki z wodą, zaś przyczyną ponownej ewakuacji okazało się pudełko z czyimś obiadem. A po to, by żaden dobry kryzys – prawdziwy czy wymyślony – nie pojawiał się na próżno, władze Nowego Jorku ogłosiły, że zaawansowana sieć inwigilacji miasta zostanie usprawniona i powiększona o obejmie cały Manhattan.

Strefa ograniczeń

© ZianoPhoto - "New World Order"

Inwazyjną naturę skanerów ciała i typ osobników je obsługujących wyraźnie zobrazowało aresztowanie pracownika TSA (Administracji ds. Bezpieczeństwa Transportu) za pobicie kolegi, który z niego zażartował. Otóż kiedy ów pracownik o nazwisku Negron przeszedł przez skaner w ramach odbywanych ćwiczeń, kolega zażartował z jego małych genitaliów. Ten w rewanżu naszedł go na parkingu dla pracowników i pałką policyjną uderzył go w ramię i w plecy. Analogiczny incydent zdarzył się na lotnisku Heathrow w Londynie, gdzie za podobne żarty jeden z pracowników otrzymał oficjalną naganę. W tym przypadku nieprzyzwoite komentarze padły pod adresem koleżanki, która przeszła przez skaner. Tego rodzaju wybryki pracowników na tak odpowiedzialnych stanowiskach raczej nie budują społecznego zaufania do nowych „środków bezpieczeństwa”. Prawdą jest, że prześwietlenie trwa o wiele krócej niż przymusowe zdejmowanie butów, paska i innych rzeczy osobistych, ale w efekcie rozdmuchiwania zagrożenia terroryzmem i zaostrzenia środków bezpieczeństwa mniej ludzi decyduje się na lot. I choć ograniczenie ruchu powietrznego może również być zamierzonym skutkiem, tym niemniej najważniejszym celem jest większa inwigilacja, zwiększona kontrola i większe zyski dla firm oferujących technologię. Jak ujął to Kevin Mitchell, przewodniczący Business Travel Coalition: „Branża bezpieczeństwa jest odporna na kryzysy. Obejmuje ona cały świat i wciąż się rozrasta”.

Od 2006 roku ponad 3 000 funkcjonariuszy „wyszukujących podejrzane zachowania” zostało przydzielonych do ponad 160 lotnisk na terenie USA, co miało stanowić „niewidoczny środek bezpieczeństwa”. Niestety, ekipa wynajęta do wypatrywania terrorystów na amerykańskich lotniskach nie zdołała dotąd złapać ani jednego, kosztując w zeszłym roku podatników 200 milionów dolarów. Broniąc tej kosztownej klapy, TSA stwierdziła, że jest to „kluczowa warstwa bezpieczeństwa, oparta na badaniach naukowych”. Jednak badania naukowe mówią co innego:

W raporcie zespołu naukowców z National Academy of Sciences z 2008 roku stwierdzono, że „analizowanie zachowań” może „bardzo łatwo prowadzić do naruszania prywatności” oraz nie ma żadnych dowodów potwierdzających skuteczność procedury. Raport stwierdza dalej, że podejrzanie zachowujący się człowiek równie dobrze może planować pozamałżeński romans, a nie zamach terrorystyczny.

© Scroogle.org

Przez cały maj nasi “znajomi” z Facebooka i Google zajęci byli niszczeniem swojej reputacji obrońców prywatności. Nie dość, że Facebook został przyłapany na samowolnym wysyłaniu danych użytkowników do reklamodawców, to wprowadził też zmiany, mające rzekomo zapewnić użytkownikom większą prywatność. Jednak po spotkaniu, którego odbyciu się zaprzeczali, szefowie Facebooka spuścili nieco z tonu. I chociaż akcja „ostatni dzień na Facebooku” okazała się klapą, ich fatalny model zarządzania Facebookiem skazany jest na porażkę. Tylko czekać, aż projekty takie jak „joindiaspora” zaoferują fanom Facebooka lepszą alternatywę.

Z kolei złowieszczy zamysł Google wreszcie wyszedł na jaw, gdy jego samochody z kamerami krążyły po ulicach w Niemczech, Ameryce i Wlk. Brytanii, rejestrując każdy bezprzewodowy router WiFi, na jaki natrafiły. Dzięki temu wszystkie miejsca, gdzie używa się tych niebezpiecznych urządzeń do połączenia z Internetem, zostały umieszczone w bazie danych Google.

Projekt był tajny do czasu, gdy śledztwo w Niemczech wymogło na Google przyznanie się do „pomyłkowego” ściągnięcia e-maili i innych danych z niezabezpieczonych bezprzewodowych sieci, które nie były chronione hasłem. Z całą pewnością nie była to zwykła pomyłka, zważywszy na to, że patent, który Google przedstawił Urzędowi Patentów i Znaków Towarowych w listopadzie 2008 roku, pokazuje wyraźnie, że ten gigant wśród wyszukiwarek celowo stworzył technologię do zbierania, analizy i wykorzystywania danych, przesyłanych przez użytkowników za pomocą sieci bezprzewodowych.

Nieudany zamach na Times Square posłużył za dobry chwyt marketingowy, pobudzając nowojorskie władze do zwiększenia wydatków na masową inwigilację. Burmistrz Michael Bloomberg odwiedził orwellowski Londyn, aby podpatrzeć tamtejszy system śledzących kamer i przywieźć Wielkiego Brata do Nowego Jorku. „Żyjemy w świecie pełnym zamachowców-samobójców. Żyjemy w świecie międzynarodowego terroryzmu” – Bloomberg wyrecytował propagandowy slogan Wojny z Terrorem. Naprawdę jednak żyjemy w świecie, gdzie przywódcy każą nam drżeć przed międzynarodowym terroryzmem, dbając tym samym o pełne kieszenie kompleksu przemysłowo-szpiegowskiego, a jednocześnie pozbawiając nas wolności obywatelskich.

Strach jest najlepszym narzędziem dławienia oporu wobec technologii inwigilacji i zarazem budowania poparcia dla jej rozwoju. W Wielkiej Brytanii, National Health Service ostrzega przed „przykrymi konsekwencjami”, jeżeli ktoś zapragnie wybrać swoje dane z elektronicznej bazy, która zdaniem samych lekarzy jest chaotyczna. Do bazy trafiły już informacje o ponad 1,25 miliona pacjentów, a ostatecznie liczba ta ma wzrosnąć do 50 milionów. Rząd potwierdził, że dane nie są chronione i wstrzymał ich pobieranie, kiedy wyszło na jaw, że mogły być wprowadzane do systemu bez wiedzy pacjentów.

© unknown - Policja w Quebecu aresztuje agentów prowokatorów podczas szczytu G20 w 2007 roku

W USA, w tym samym czasie, gdy ustawodawcy wyszli z propozycją regulowania dostępu do Internetu, amerykańskie Cyber-Dowództwo (U.S. Cyber Command, CYBERCOM) po latach przygotowań oficjalnie stało się w pełni operacyjne. CYBERCOM zamierza uruchomić program „ochronny” cywilnych sieci, a żeby usprawiedliwić swoje istnienie, dorzucił nieco alarmistycznej retoryki o „potencjalnych zagrożeniach w Internecie”. Jego głównym orędownikiem jest Michael McConnell, który w administracji Busha odpowiadał za cyber-bezpieczeństwo i ostrzegał, że Stany Zjednoczone „prowadzą dziś cyber-wojnę, i wojnę tę przegrywamy”. Aby ją wygrać, trzeba koniecznie wpompować masę publicznych pieniędzy w umowy z firmami konsultingowymi takimi jak Booz Allen Hamilton, który od początku kwietnia zdążył zarobić tą drogą 400 milionów dolarów. I tym razem nie powinno być niespodzianką, że wspomniany już „cyber-wojownik” Michael McConnell jest wicedyrektorem nigdzie indziej, jak w Booz Allen.

W dniach 25-27 czerwca przywódcy oraz bankierzy z państw G8/G20 mają spotkać się  w Toronto w Kanadzie, w celu podjęcia decyzji, które jeszcze bardziej nasilą wyzysk ludzi i środowiska. Kanadyjski konserwatywny rząd i establishment policyjno-wojskowy zebrały prawie miliard dolarów na zapewnienie bezpieczeństwa podczas szczytu. Nie zdecydowali jeszcze, czy zastosują nielegalne środki i skorzystają z pomocy prowokatorów, jak to miało miejsce w 2007 roku na szczycie północnoamerykańskich przywódców w Montebello w Quebec. Środki bezpieczeństwa będą obejmować broń dźwiękową, tysiące policjantów,  tworzenie „stref swobodnego protestowania”, rekrutowanie kierowców ciężarówek i kurierów do szpiegowania demonstrantów, a także 70 nowych kamer przemysłowych. Jak głosi Biuletyn Obowiązków Policji w Toronto, „W imię bezpieczeństwa, policjanci będą mieli wolną rękę, jesli chodzi o akcje w mieście”. Paul Franklin przedstawia jeszcze bardziej złowieszczą rzeczywistość, kryjącą się za operacją wielkiego zabezpieczania miasta – władze „posłużą się nadchodzącym szczytem do ulepszenia technik i środków, które znajdą zastosowanie podczas ewentualnych zamieszek w przyszłości, a także aby przyzwyczaić społeczeństwo do działań rodem z państwa policyjnego”.

W tym miesiącu nagrodę Wielkiego Brata za Orwellowską Osobliwość SOTT przyznaje brytyjskim urzędnikom, którzy wymierzyli pewnej staruszce karę grzywny wysokości 80 funtów za okropną zbrodnię, jaką było karmienie ptaków. Jest to dzieło wolontariuszy ze Straży Sąsiedzkiej zaczerpniętej wprost z Orwella, wymierzających sprawiedliwość w oparciu o szpiegowanie współobywateli i nielegalne ich filmowanie:

Donosiciele nagrywają śmiecących mieszkańców, po czym umieszczają nagranie na Youtube. To z kolei zachęca sąsiadów tych osób do ujawnienia ich tożsamości. Nagrania te trafiają także do lokalnych władz, gdzie posłużą za dowód przy wyznaczaniu grzywny.

Do złudzenia przypomina to sposób działania Gestapo, któremu robotę w znacznym stopniu ułatwiali gorliwi obywatele. Istnieje mimo wszystko cień nadziei na zatrzymanie tego pochodu ku brytyjskiemu państwu policyjnemu. Nowy rząd koalicji konserwatystów i demokratów przygotował bowiem projekt ustawy ograniczającej użycie przez państwo kamer oraz baz danych gromadzących DNA i inne informacje.

Chcemy to zobaczyć na własne oczy.

© unknown – Kryminalistka złapana na gorącym uczynku

[cdn…]

– –

Ten artykuł jest przekładem oryginału zamieszczonego w języku angielskim na stronie:

dokonanym przez polskich tłumaczy z grupy QFG – edytorów blogu PRACowniA.

Materiał ten został opublikowany przez SOTT.NET – projekt Quantum Future Group, Inc – i jest jego własnością. Zezwala się na kopiowanie i publiczne rozpowszechnianie pod warunkiem podania oryginalnego źródła i autora oraz żródła przekładu.

Dodatkowe informacje uzyskasz pisząc na adres: pracownia-iv@o2.pl

Advertisements

1 komentarz »

  1. Jak niewiarygodnie głupi może być człowiek wykorzystując 70% energii produkowanej na cele wojenne, a człowieka można zniszczyć 700 razy przy tym stanie nasycenia bronią.

    Czy ci co tak myślą,że to ich nie dotyczy, że schowają się w podziemnych tunelach i urządzonych siedzibach. To ludzie bez wyobraźni, psychopaci.

    Komentarz - autor: Stawol — 24 lipca 2010 @ 09:53


RSS feed for comments on this post. TrackBack URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.

%d bloggers like this: