PRACowniA

17 lutego 2010

Kometa Biela i krowa pani O’Leary

Laura Knight-Jadczyk
sott.net
3 lutego 2008

Ostatniej nocy obejrzeliśmy film zrobiony przez Discovery Chanel, pt. Superkometa – Po zderzeniu. Z grubsza biorąc, przenosi on kometę, która zgładziła dinozaury do współczesnych  realiów. Dodano do tego dość kiczowaty wątek o grupie osób zmagających się z sytuacją w trakcie impaktu i po nim, żeby przedstawić możliwe ludzkie reakcje na tego rodzaju globalny kataklizm. Próbując pokazać, co mogłoby się wydarzyć (i co według nich faktycznie zdarzyło się w przeszłości), autorzy wykorzystali tego samego typu ciało kometarne, jakie przypuszczalnie doprowadziło do wyginięcia dinozaurów – przyjęto ten sam rozmiar komety, tę samą lokalizację zderzenia, po czym zastosowano komputerowe modelowanie stworzone w trakcie pracy nad owym zamierzchłym wydarzeniem. Rzecz niespecjalnie kreatywna  i sugerująca, że autorzy tak naprawdę nie znają wszystkich możliwych skutków takiego zderzenia i próbują po prostu poskładać swoje liche domysły oparte na tym jednym impakcie, przy czym niektóre z nich (lub większość) mogą być jedynie spekulacjami, aczkolwiek z pewnością jest w tym też trochę porządnej nauki.

W filmie uwydatniono to, co do tej pory już zauważyliśmy w naszym cyklu artykułów – różnicę pomiędzy amerykańską szkołą uderzeń asteroid, które zdarzają się jedynie co kilka milionów lat, a szkołą brytyjską, która postuluje, że pomiędzy tymi, tak odległymi czasowo wydarzeniami, z dużą częstotliwością występują deszcze obiektów znacznie mniejszych.

Najlichszą częścią tego „dramo-dokumentu” było oczywiście przedstawienie słabości ludzi w obliczu takiego zdarzenia. Choć i to – na swój sposób – było użyteczne. Pewien koleś, który nie potrafił pojąć natury tego wydarzenia, kontynuował podróż do „domu” (akurat w miejsce impaktu), pomimo że w oczywisty sposób z domu nic nie zostało. Na dobrą sprawę, emocje poprowadziły go do śmierci.

Pozostali ludzie nie przestali zachowywać się tak, jakby świat był ciągle taki sam, przez co porządnie się nacierpieli, niemniej jednak uczyli się, jak sobie radzić. Ich brak wiedzy na temat takich wydarzeń był ewidentny i to on stanowił główny ich problem.

Jeden z ekspertów użył w filmie sformułowania „KIEDY tak się zdarzy…”,  jakby dla niego – i reszty ekspertów – było oczywiste, że możemy się spodziewać takiego wydarzenia w bliskiej przyszłości. Nad tymi problemami pracuje bardzo wielu naukowców – włącznie z dużą grupą studiującą możliwe ludzkie reakcje i zachowania, a także sposoby radzenia sobie z tłumami – i już sam ten fakt powinien zaalarmować nas, że JEST coś, czego nie znajdziemy w nagłówkach gazet, choć z pewnością za pomocą takich filmów jak „Superkometa – Po zderzeniu” testuje się społeczne reakcje.

Leży przede mną na biurku książka – jedna z  ponad 30 woluminów oraz mnóstwa prac naukowych związanych z tematem uderzeń komet i asteroid, które zgromadziłam w trakcie swoich badań nad tym zagadnieniem. Tytuł tej książki to Zagrożenia dla cywilizacji ze stron komet i asteroid (Hazards due to Comets and Asteroids). Jest to praca zbiorowa, napisana przez 120 autorów, pod redakcją Toma Gehlrelsa, opublikowana przez University of Arizona Press w 1994.

Jest w tej książce coś, na co chciałabym zwrócić waszą uwagę, zanim zajmiemy się naszą główną katastrofą dnia – kometarną krową pani O’Leary.

Wymieniona wyżej pozycja, „Zagrożenia dla cywilizacji ze stron komet i bolidów”, która – jak wspomnieliśmy – została opublikowana w 1994 (w reakcji na nadciągającą ku Jowiszowi kometę Shoemaker-Levy), zawiera opracowanie zaczynające się na stronie 1225 (o tak, to GRUBA książka!), autorstwa Roberta L. Parka z Amerykańskiego Towarzystwa Fizycznego, Loriego B. Garvera z Narodowego Towarzystwa Kosmicznego (National Space Society), Terry’ego Dawsona, pracownika a później przewodniczącego Izby Komitetu Nauki, Technologii i Kosmosu, oraz należącego do partii republikańskiej kongresmena George’a Browna (można go znaleźć wymienionego TUTAJ). Oto zebrane główne wnioski tego opracowania:

Nasze rozumienie historii Ziemi i jej mieszkańców ulega radykalnej zmianie. Jest teraz jasne, że powolne procesy zmian geologicznych i ewolucji są regularnie przerywane przez naturalne katastrofy na skalę globalną – katastrofy, będące skutkami kolizji dużych asteroid i komet z Ziemią. Jest to, używając popularnego terminu, „zmiana paradygmatu”.

Ten „nowy katastrofizm” nie różni się wiele od rewolucji będących konsekwencją takich idei jak system heliocentryczny Kopernika, darwinowska teoria ewolucji czy teoria wielkiego wybuchu. Z perspektywy czasu tego rodzaju rewolucyjne idee wydają się oczywiste. Po przeczytaniu „O powstawaniu gatunków” (The Origin of Species) Thomas Huxley skomentował książkę w prosty sposób: „Dlaczego ja o tym nie pomyślałem?” A teraz my, patrząc na Księżyc, zastanawiamy się, dlaczego musiało upłynąć tyle czasu, zanim zadano pytanie, czy proces, który uformował jego powierzchnię, wciąż trwa. […]

Duża rozpiętość czasowa pomiędzy głównymi zderzeniami ma swoje implikacje dla polityki społecznej. Rządy nie funkcjonują w geologicznej skali czasu. Na preriach Północnej Dakoty, w pobliżu miasteczka Grand Forks znajdują się opuszczone ruiny amerykańskiego systemu antybalistycznego. …Zbudowany zgodnie z postanowieniami traktatu ABM [Anti-Ballistic Missile Treaty – traktat z 1972 r. o ograniczeniu rozwoju, testowania i rozmieszczania systemów antybalistycznych] obiekt Grand Forks przeznaczony był do wsparcia naszych możliwości odwetowych. Jego gotowość bojową zadeklarowano w 1975 – a zlikwidowano go jeszcze w tym samym roku. Przywódcy narodowi zostali przekonani przez tych naukowców, którzy mówili, że obiekt Grand Forks może przeciwdziałać zagrożeniu dla naszej interkontynentalnej balistycznej floty rakietowej, choć inni uczeni ostrzegali, że system jest niebezpieczny i nieefektywny. Ośrodek zamknięto, ponieważ pieniądze na jego obsługę były potrzebne przy innych projektach, które uznano za pilniejsze.

Nauczka z Grand Forks jest lekcją starą jak świat – społeczeństwa nie będą w nieskończoność utrzymywać systemu obrony przeciwko rzadko występującemu i nieprzewidywalnemu zagrożeniu. Rządy przeważnie szybko reagują na kryzysy, lecz nie bardzo nadają się do utrzymywania stanu gotowości przez dłuższy czas. Nawet w krótkiej skali ludzkiego życia środki finansowe są ostatecznie przeznaczane na bardziej palące problemy, bądź też pozwala się, by obrona zanikała, aż do stanu braku gotowości. Według doniesień medialnych, podczas wielkiej powodzi w 1993 roku amerykański korpus saperów poczynił przygotowania do zamknięcia olbrzymich żelaznych bram w rozległym kompleksie umocnień brzegów Mississippi i jej dopływów jedynie po to, by przekonać się, że niektóre z bram zostały usunięte i sprzedane na złom. Okresowe inspekcje zawieszono w celu zaoszczędzenia pieniędzy. No tak, cywilizacja będzie sobie dobrze radziła i przetrwa dostatecznie długo, aż stanie wobec zagrożenia impaktem asteroidy. Wygląda jednak na to, że wcześniej zgładzą nas nasze własne destrukcyjne porywy i nieoczekiwane konsekwencje stosowania naszych technologii. Oczekiwanie, że rządy utrzymają zaangażowanie w obronę przed rzadkimi zdarzeniami, kiedy znajdują się pod stałą presją reagowania na bardziej bezpośrednie kryzysy, jest wysoce nierealistyczne.

W szczególności teraz [1994], kiedy główne mocarstwa pozbywają się broni nuklearnej, jakakolwiek wzmianka o obronie nuklearnej przeciwko tak mało prawdopodobnym zagrożeniom, jak kosmiczne kolizje, będzie postrzegana jako próba środowiska zbrojeniowego utrzymania się w grze. Niebezpieczeństwo wykorzystania jakiegokolwiek systemu łagodzącego [skutki kolizji] dla celów militarnych musi być uznane za bardziej bezpośrednie zagrożenie. […]

Biorąc pod uwagę częstotliwość przeszłych kolizji, mało prawdopodobne jest, by poważne uderzenie z kosmosu zdarzyło się w następnym stuleciu. […]

Dyskusja na temat łagodzenia może służyć jednemu społecznemu celowi. Ważne jest, by zniszczenia nie zostały uznane za nieuniknione, w przeciwnym bowiem razie społeczeństwo może nie chceć wiedzieć o zbliżającym się zagrożeniu. Sympozjum w 1992 roku dotyczące wykrywania asteroid, którego gospodarzem było NASA, doszło do wniosku, że dostępna technologia może skutecznie poradzić sobie z zagrażającą asteroidą, pod warunkiem, że ostrzeżenie przyjdzie z kilkuletnim wyprzedzeniem. Wniosek ten nadaje ważność poglądowi, że obecne wysiłki powinny koncentrować się na wykrywaniu i określaniu orbit.

Zadaniem nauki jest zidentyfikowanie zagrażających Ziemi obiektów oraz opracowanie terminarzy ich zbliżania się. Tutaj zadanie jest ściśle specjalistyczne i jasno określone. […]

Nacisk słusznie położono na impakty, które mogą mieć konsekwencje o zasięgu globalnym. Jednak nawet uderzenie obiektów zbyt małych, by stanowiły zagrożenie ponadlokalne, może – jak podkreślono – zostać błędnie zidentyfikowane jako eksplozja nuklearna. Największe prawdopodobieństwo takiej błędnej identyfikacji występuje w krajach, które niedawno dołączyły do „potęg nuklearnych”, a tym samym mogą nie posiadać wystarczająco zaawansowanych metod weryfikacji.

Nie jest to jedynie hipotetyczny problem. Pamiętamy podejrzenia, iż anomalia, którą satelita Vela wykrył w 1978 roku na południowych wodach Oceanu Indyjskiego, jest południowo afkrykańsko-izraelską próbą nuklearną. Mimo że ani źródła wywiadowcze, ani monitoring atmosferyczny nie dysponowały potwierdzającymi to domniemanie dowodami, zrodzone wtedy międzynarodowe napięcia trwały przez lata. W tamtym okresie sugerowano, że mógł to być artefakt powstały po uderzeniu mikrometeorytu w satelitę Vela, niespecjalnie jednak brano pod uwagę możliwość, że satelita zarejestrował obraz wybuchu asteroidy w atmosferze. Obserwacja satelitarna z 1990 roku bolidu nad zachodnim Pacyfikiem została opisana przez Reynolda (1993). Niebezpieczeństwo błędnej identyfikacji, które rośnie wraz z rozprzestrzenianiem się broni wśród niewystarczająco przygotowanych narodów, jest po części zmniejszane dzięki upublicznianiu możliwości zaistnienia takiej sytuacji. Jednakże jedynym pewnym sposobem uniknięcia takiej niefortunnej reakcji byłaby powszechna świadomość zbliżającego się impaktu. Co ponownie kładzie nacisk na wykrywanie.

Wysiłki w nakłanianiu rządów, by zainwestowały znaczne środki finansowe w oszacowanie zagrożenia uderzeniem asteroidy, muszą pokonać barierę, którą zwykło się nazywać „giggle factor” [śmiechu warty; termin dotyczący np. teorii naukowej uważanej za zbyt niedorzeczną, by miała być poważnie brana pod uwagę – przyp.] Oczywiście elekci z Waszyngtonu nie są zasypywani pocztą od wyborców skarżących się, że członkowie ich rodzin zostali właśnie zabici, bądź ich posiadłość zniszczona, przez grasującą asteroidę. […]

Zaangażowanie Kongresu ograniczyło się do Committee on Science, Space and Technology  amerykańskiej Izby Reprezentantów, którego obecny przewodniczący, George Brown z Kalifornii, od wielu lat interesował się tematem zagrożenia niesionego przez asteroidy. Komitet zalecił NASA  przeprowadzenie dwóch międzynarodowych sympozjów na temat zagrożeń ze strony asteroid. […]

W marcu 1993 roku odbyło się oficjalne posiedzenie Podkomisji do spraw kosmosu [Space Subcommittee] mające na celu przeanalizowanie wyników obu sympozjów. Niektórzy członkowie sceptycznie podchodzili do realności zagrożenia. Lecz nawet ci, którzy zdawali sobie sprawę z tego, że duże zderzenie jest jednynie kwestią czasu, nie mieli poczucia pilnej potrzeby działania. […]

Częstotliwość uderzeń różnej wielkości obiektów jest znana z ograniczoną dokładnością. W szczegolności obiekty o rozmiarach do kilku metrów średnicy eksplodują w atmosferze nie docierając do powierzchni ziemi. Chociaż energia uwalniana podczas takiej eksplozji może być wielokroć silniejsza niż energia uwolniona w trakcie wybuchu bomby w Hiroszimie, eksplozje te najczęściej zachodzą nad obszarami oceanów bądź nad słabo zaludnionymi regionami i z tego względu nie są odnotowywane. […]

Wobec braku społecznego nacisku, Kongres raczej nie podejmie w tym kierunku żadnych działań. Kiedy społeczeństwo zrozumie, że Ziemia wraz z życiem na niej zostały ukształtowane przez kosmiczne kolizje (i że proces ten wciąż trwa), będzie bardziej skłonne do poparcia nauki, która będzie w stanie określić stopień zagrożenia. Dlatego też społeczność akademicka musi skoncentrować się na publicznej edukacji. […]

Wszystko to składa się na pewien dylemat. Choć informowanie społeczeństwa jest rzeczą ważną, wzbudzanie strachu jest niebezpieczne. … Naukowcy dobrze by zrobili, unikając na przykład takich określeń jak „bliskie przejście” [near miss]. Dla społeczeństwa „bliskie przejście” jest jak uderzenie wiatru od przejeżdżającej ciężarówki, kiedy schodzi się z krawężnika – a nie jak od ciężarówki, która przejechała sześć godzin wcześniej. […]

Nawet w tak wyważonych gazetach jak „New York Times” czy „Washington Post” pracownicy odpowiedzialni za tytuły nie potrafią się oprzeć pokusie i nawet artykułom zupełnie rozsądnie dyskutującym kwestię potencjalnego zagrożenia nadają tytuły w rodzaju „skała zagłady”, „kosmiczne kule” czy „kometa zabójca”. Takimi nagłówkami gra się na przesadnym lęku przed zdarzeniami, nad którymi w odczuciu ludzi nie ma się kontroli. Obraz obojętnej góry z kamienia i metalu, kierowanej przez  niezmienne prawa fizyki i nieuchronnie zdążającej na spotkanie z Ziemią, jest istną wizją z koszmarów. Znamienne jest to, że Natura zaoferowała nam nadzwyczajną, a jednocześnie nie stanowiącą zagrożenia, demonstrację. Uderzenie komety Shoemaker-Levy 9 w Jowisza w lipcu 1994 roku stwarza historyczną możliwość edukacji społeczeństwa bez narażania kogokolwiek na terror sytuacji.

Podczas ostatniego przejścia w pobliżu Jowisza Shoemaker-Levy 9 rozpadła się w sznur 21 części. Całkowita energia, uwolniona przez zderzenia wszystkich części z powierzchnią Jowisza, będzie równoważna miliardowi megaton trotylu. Mimo że fragmenty uderzą w powierzchnię Jowisza niewidoczną z Ziemi, miliony miłośników astronomii będą obserwować to zdarzenie chociażby po to, by zobaczyć rozbłyski odbijające się od księżyców planety. Parę godzin później Jowisz ukaże nam miejsce uderzenia. Istnieją spory co do tego, co będzie widoczne, lecz nikt nie wątpi, że widok będzie spektakularny.

Kometarno-asteroidalna społeczność naukowców musi jedynie zadbać o to, by wszystko zostało w pełni i dokładnie wytłumaczone. Dalej już wiadomość rozejdzie się sama: (1) zgromadzona energia kosmicznych impaktów jest niewyobrażalna, (2) jest to proces, który wciąż zachodzi.

Ten człowiek miał sporo wiary w ludzi, nieprawdaż? Myślał, że wystarczy, aby wszyscy naukowcy przekazali do wiadomości publicznej całą prawdę, a otrzymają oni wsparcie wystarczające do sfinansowania skatalogowania asteroid przecinających orbitę Ziemi i stanowiących zagrożenie. Myślał również, że główny problem stanowią asteroidy, które da się wykryć i skatalogować.

Wydaje mi się oczywiste, że ktoś całkowicie źle zrozumiał „lekcję urządzeń w Grand Forks”. Nasuwa się pytanie, czy elity władzy tworzą Wojnę z Terrorem dla wywarcia bezpośredniego i stałego nacisku na opinię publiczną w celu uzyskania wsparcia, potrzebnego do zgromadzenia broni nuklearnej, by móc ją potem użyć przeciwko asteroidom. Wiecie, coś w rodzaju dobroczynnego kłamstwa, podtrzymywanego kosztem poświęcenia około miliona irakijskich istnień. Coś jak sprawa z Madeleine Albright. W 1996  ówczesna ambasador, Madeleine Albright, została zapytana przez  korespondenta „60 minut”, Lesleya Stahla, w nawiązaniu do wieloletnich sankcji ekonomicznych nałożonych przez USA na  Irak: „Słyszeliśmy, że umarło pół miliona dzieci. Chodzi mi o to, że to więcej niż zmarło w Hiroszimie. Czy to nie za wysoka cena?”

Na co ambasador Albright odpowiedziała: „Myślę, że to bardzo trudna decyzja, jednak co do ceny, uważamy, że sprawa jest jej warta”.

Czy jest więc tam na górze ktoś, kto uważa, że gromadzenie broni nuklearnej jest dobrym pomysłem na obronę planety przed kosmicznej natury zagrożeniem?

To samo pytanie można zadać w jeszcze inny sposób: czy Władza Realna używa w stosunku do ustawodawców zagrożenia ze strony asteroid, by ci wspierali fałszywą Wojnę z Terrorem w celu otrzymania i utrzymania wsparcia ze strony mas, podczas gdy w rzeczywistości planuje faszystowskie przejęcie świata? Zauważcie, że praca cytowana powyżej mówi również:

Niebezpieczeństwo wykorzystania jakiegokolwiek systemu zmniejszającego [skutki kolizji] dla celów militarnych musi być uznane za bardziej bezpośrednie zagrożenie. […]

Trudno powiedzieć, co się dzieje w umysłach dewiantów. Jednego możemy być pewni –  niebezpieczeństwo kometarnego bombardowania jest realne, aktualne i potwierdzone naukowo. Niestety, informacja ta nie wypływa od naszych przywódców, którzy – nawet jeśli są świadomi zagrożenia i gromadzą broń nuklearną w celu zmiany kierunku zbliżających się asteroid i komet – nie zawracają sobie głowy uświadomieniem ludziom wyników badań naukowych nad tym zagadnieniem, co z łatwością mogliby uczynić.

Nawet pobieżnie przeglądając ten prawie 1300 stronicowy tom, w którym zebrane zostały praktycznie wszystkie dostępne wówczas i potwierdzone naukowo dane na temat uderzeń komet i asteroid, można zauważyć, że jeszcze przed uderzeniem komety Shoemaker-Levy 9 temat był rozpatrywany w bardzo interesujący sposób. Od tamtego czasu nasze zrozumienie ewoluowało; no, przynajmniej dla niektórych z nas tak było. Szkoła amerykańska utknęła w miejscu wraz ze swoją „pojedynczą olbrzymią asteroidą w rozległej skali czasowej”, prawdopodobnie z powodu nacisków politycznych, by prawdziwy problem utrzymać w tajemnicy. Moją uwagę przyciągneła przytoczona w książce praca autorstwa Shoemakera, w której wspomina on, że znanych jest jedynie 140 kraterów pouderzeniowych na powierzchni Ziemi. Całkowicie zignorował kratery Carolina Bays, których prawdziwa natura została opisana przez Richarda Firestone’a, Allena Westa i Simona Warwick-Smitha w książce The Cycle of Cosmic Catastrophes: Flood, Fire, and Famine in the History of Civilization [Cykl kosmicznych katastrof: powodzie, pożary oraz głód w historii cywilizacji]. Z tego co wiem, istnieje ponad 50 000 tego typu tworów. Przerażające!

We wspomnianej powyżej pracy zauważamy również wzmiankę: „Częstotliwość impaktów obiektów o różnych wielkościach znana jest z ograniczoną dokładnością. W szczególności, obiekty o rozmiarach do kilku metrów średnicy eksplodują w atmosferze nie docierając do powierzchni ziemi”. Najwyraźniej ten facet nie należał do grupy skupionej wokół wspomnianego w poprzednim artykule, Trzydzieści lat kultów i komet, generała brygady S. Pete Wordena, który był przekonany, że „powinniśmy zwracać większą uwagę na obiekty ‘klasy Tunguskiej’ – te mające około 100 metrów średnicy ciała mogą uderzać w Ziemię nawet kilka razy w stuleciu z niszczącą siłą broni nuklearnej”.

W każdym razie, autorzy powyżej cytowanej pracy wykazywali otwartą postawę wobec społeczeństwa i edukowania go, której nie podzielają nasze obecnie rządzące elity.

Skoro mowa o generale Wordenie i jego mało znanej uwadze – po opublikowaniu ostatniej części tego cyklu kometarnego paru członków Forum SOTT, poszukując dodatkowych informacji na ten temat, dokopało się do bardzo ciekawych rzeczy. Wygląda na to, że w latach 30. XX wieku miały miejsce dwa inne zdarzenia, porównywalne z Tunguską:

Dwie „Tunguskie” w Ameryce Południowej w latach 30-tych?

Ten artykuł był opublikowany w grudniowej edycji z 1995 roku dwumiesięcznika WGN, wydawanego przez IMO [International Meteor Organization]. Został napisany przez Duncana Steela z Anglo-Australijskiego Obserwatorium [Anglo-Australian Observatory].

Istnieją dowody dwóch poteżnych eksplozji bolidów nad Ameryką Południową w latach 1930-1940. Wygląda na to, że jedna z nich nastąpiła 13 sierpnia 1930 nad Amazonią, w pobliżu granicy brazylijsko-peruwiańskiej, a druga 11 grudnia 1935 nad Gujaną Brytyjską. Zauważono, że te daty te pokrywają się ze szczytowym natężeniem rojów Perseid i Geminid, jednak jakiekolwiek powiązanie ich z tymi deszczami meteorytów jest bardzo dyskusyjne. Identyfikacja takich wydarzeń jest istotna, w szczególności dlatego, że wskazują one na potrzebę ponownego oszacowania częstotliwości detonacji ciał typu tunguska w atmosferze.

Następny jest ten:

12 lutego 1947: Deszcz około 70 ton żelaza

W tym tygodniu obchodzimy złotą rocznicę jednego z chyba najbardziej spektakularnych impaktów, jakie do tej pory można było ujrzeć. O godzinie 10:40 12 lutego 1947 roku, nieprawdopodobnie jasny bolid wypalił sobie drogę przez niebo nad wschodnią Syberią i rozrzucił na tym dzikim terenie około 70 ton żelaznych meteorytów. Ponieważ zostało to bardzo dobrze udokumentowane, upadek Sikhote-Alin stał się wielkim dobrodziejstwem dla nauki.

Syberyjskie wydarzenie z 1947 roku jest przez większość autorów uważane za jedno z dwóch najbardziej istotnych w tym stuleciu spotkań Ziemi z obiektami z kosmosu. Był to żelazny meteor, który rozpadł się zaledwie 10 kilometrów nad powierzchnią ziemi. Utworzył ponad 100 kraterów, z największym o średnicy około 25 metrów. Strefa rozrzutu obejmuje obszar o wymiarach 2 km na 1 km. Nie było żadnych ogni czy podobnego typu destrukcyjnych efektów, jak w wypadku Tunguskiej. Głównie postrzępione drzewa i połamane gałęzie. Odnaleziono w sumie około 23 ton meteorytów i oszacowano całkowitą masę obiektu (zanim się rozpadł) na około 70 ton.

(źródło: Sky Publishing Corporation i George Zay)

Jest tego oczywiście więcej, jednak już choćby tylko to pokazuje nam, że na naszej planecie dzieje się bardzo wiele rzeczy, których nie jesteśmy świadomi. To właśnie stwierdza Victor Clube w swoim sprawozdaniu dla USAF i Oxfordu, które podesłał mi w związku z tym tematem. Powróćmy więc do Clube’a i naszego przeglądu historycznego:

Następny okres aktywności kometarnej, do którego odwołuje się Clube, obejmuje Rewolucję Amerykańską (1775 – 1783) i Francuską (1789 – 1799), oraz kryzys z połowy dziewiętnastego wieku. Na razie pominę obie rewolucje i przejdę od razu do czasów kryzysu z dziewiętnastego wieku, ponieważ jest on bardzo interesujący i zaprowadzi nas prosto do naszego dzisiejszego tematu dnia.

Próbując poznać szczegóły wspomnianego kryzysu z połowy dziewiętnastego wieku, trafiamy na całą masę spraw, o których na pewno uczyliście się w szkole na lekcjach historii, lecz nie zostały one nigdy zestawione w tak interesujący sposób jak teraz! To, co się wtedy wydarzyło, było „Rewolucją Przemysłową”. Lecz przypominało to trochę Renesans, z tego względu, że nałożyło się wówczas na siebie wiele interesujących wydarzeń.

Początki Rewolucji Przemysłowej i narodziny kapitalizmu przypadają mniej więcej na końcówkę osiemnastego wieku. Wiek dziewiętnasty to burzliwa epoka, rozpoczynająca się od krachu na giełdzie w 1825, przechodzącego następnie w Panikę z 1847 – zapaść brytyjskiego rynku finansowego powiązaną z końcem epoki rozkwitu linii kolejowych w latach 40-tych. Kryzys z 1847 mógłby się okazać dużo bardziej katastrofalny w skutkach, gdyby nie ekonomiczne ożywienie w związku z odkryciem złota w Kalifornii w 1849 roku.

Po okresie dobrobytu rozpoczęły się serie wojen i rewolucji. Pierwsza włoska wojna o niepodległość w 1857, następnie amerykańska wojna domowa z 1862, Powstanie styczniowe w Polsce w 1863, druga interwencja zbrojna Napoleona w Meksyku i kampania przeciwko Danii w 1864, która rozpoczęła wojny pruskie prowadzone przez Bismarcka. Bismarck zaatakował Austrię w 1866 i odniósł zwycięstwo nad Francją w 1871. Następnie republikańskie powstanie w Hiszpanii, które przyczyniło się do obalenia królowej Izabeli. Na koniec ostatnia interwencja zbrojna Ludwika Napoleona, zakończona rozpadem Imperium w 1871.

Po upadku Napoleona II we Francji rozpoczęła się wojna domowa, władzę przejęli Paryscy Komunardzi. Wkrótce jednak zostali rozgromieni, w trzeciej Republice przywrócono porządek, a do końca stulecia ustąpiła fala rewolucyjna.

Warto rozważyć inne wydarzenia, które miały miejsce w tym czasie. Z misjonarskim zapałem rozprzestrzeniano wszędzie kapitalizm przemysłowy. Zachodni inwestorzy wędrowali po świecie, szukając okazji do rozpoczęcia handlu i do inwestowania w cokolwiek, co można było kupić lub sprzedać. W trakcie tego procesu miliony ludzi przemieściło się ze starego świata do nowego, podczas największej masowej migracji w historii. Nauka stała się służebnicą przemysłu i kapitalizmu. Obroty światowego handlu w 1830 wyniosły 1,75 miliarda dolarów, w 1850 wzrosły do 3,6 miliardów, osiągając niebotycznie wysoki poziom 9,4 miliardów w 1870.

Tak więc Clube miał rację. Przez około dwadzieścia pięć lat cały zachodni świat był wrzącym tyglem pełnym wojen i rewolucji oraz ludzi czerpiących z nich korzyści materialne. Kiedy było już po wszystkim, imperialne potęgi Europy, które miały rządzić światem do 1914, były silnie ukonstytuowane. Co więcej, w Appamattox stworzono nowy federalny, kapitalistyczny byt – Stany Zjednoczone..

Oczywiście w tym czasie działy się też inne rzeczy. W latach 1830-1860 wyraźnie zaznaczył się gwałtowny wzrost żarliwości religijnej. Wszędzie wieszczono bliski powrót Chrystusa. Manuel de Lacunza, katolicki ksiądz z Ameryki Południowej, napisał (pod pseudonimem Juan Josafa Bez-Ezra) książkę pt. „Przyjście Mesjasza w Chwale i Majestacie”, którą opublikowano w Hiszpanii w 1812 roku. Był on przekonany, że Jezus wkrótce nadejdzie. William Miller (adwentysta dnia siódmego) ogłosił, że Chrystus nadchodzi, i przepowiedział to na rok 1844. Edward Irving z Anglii i Johann Bengel w Niemczech prawie jednocześnie doszli do wniosku, że przepowiednie Daniela, wskazujące na koniec czasów, właśnie się wypełniały. Mason w Szkocji, Leonard H. Kelber w Niemczech i wielu innych głosiło powtórne przyjście Chrystusa. W 1845 spirytysta Andrew Jackson Davis wygłosił 157 wykładów na temat nowej ery, na które to odczyty regularnie uczęszczał Edgar Allen Poe. Moda spirytystyczna rozpoczęła się w 1848 od sióstr Fox. Mourant Brock z Kościoła Anglikańskiego zauważył, że moda na eschatologię rozprzestrzeniła się na całą Europę i sięgała aż do Indii. (Patrz: “The Story of Prophecy”, Henry James Forman).

Jak zauważa Clube, ta religijna gorliwość występowała równolegle z kosmicznymi wydarzeniami.

W 1843 pojawiła się jedna z największych komet w historii. Wielka Kometa Marcowa 1843, formalnie nazwana C/1843 D1 oraz 1843 I, została odkryta 5 lutego 1843 i momentalnie pojaśniała. Należała do grupy Kreutza komet muskających Słońce – rodziny komet pochodzących z rozpadu komety macierzystej (X/1106 C1) na wiele fragmentów około 1106 roku. Komety te mijają Słońce ekstremalnie blisko – w odległości rzędu kilku długości promienia Słońca – często stając się z tego powodu bardzo jasnymi.

C/1843 D1 zmierzała szybko w kierunku niesamowicie bliskiego peryhelium – poniżej 830 000 km – które osiągnęła 27 lutego 1843 roku, kiedy to mogła być widziana za dnia w odległości zaledwie jednego stopnia od Słońca! Zrobiła pętlę i 6 marca 1843 minęła Ziemię, świecąc najjaśniej następnego dnia. Ostatni raz widziano ją 19 kwietnia 1843. Nigdy wcześniej ani nigdy potem żaden ze znanych obiektów nie minął Słońca w tak niewielkiej odegłości. „American Journal of Science” i „New York Tribune” poświęciły wtedy komecie specjalne rubryki. Można by powiedzieć, że „kometarna gorączka” osiągnęła rozmiary pandemii!

Wielka Kometa z 1843 – wciąż nienazwana – rozwinęła ogon o długości ponad 2 jednostek astronomicznych, najdłuższy znany ogon kometarny do 1996 roku, kiedy to pomiary wykazały, że ogon komety Hayakutake był prawie dwa razy dłuższy.

W 1857 anonimowy niemiecki astrolog przepowiedział, że 13 czerwca owego roku w Ziemię uderzy kometa. Zbliżająca się katastrofa stałą się tematem rozmów w całej Europie. Francuski astronom, Jacques Babinet, próbował uspokajać ludzi, oświadczając, że kolizja pomiędzy kometą a Ziemią nie wyrządzi szkód. Przyrównał impakt do „muchy uderzającej pociąg”. Zdaje się, że jego słowa niewiele dały. Paryski korespondent amerykańskiego czasopisma „Harper’s Weekly” napisał:

Kobiety poroniły, zaniedbano uprawy, spisano testamenty, wynaleziono kometo-odporne ubrania, stworzono kometarne ubezpieczenie na życie (składki płatne z góry)… a wszystko dlatego, że jakiś twórca almanachu… uznał za stosowne opatrzyć tydzień rozpoczynający się 13 czerwca adnotacją: „W tym mniej więcej czasie oczekuj komety”.

Cofnijmy się na chwilkę do roku 1826. W tymże roku Wilhelm von Biela odkrył kometę 3D. Stała się znana jako Kometa Biela. Po raz pierwszy została dostrzeżona w 1772 przez Charlesa Messiera, następnie w 1805 przez Jean-Louis Ponsa. Von Biela odkrył ją w 1826 (27 lutego), gdy zbliżała się do peryhelium, i wyliczył jej orbitę, odkrywając jej okresowość wynoszącą 6,6 lat. Z tego powodu została ona nazwana jego imieniem, a nie Messiera czy Ponsa. Była to dopiero trzecia (w tamtych czasach) kometa, po sławnych kometach Halleya i Enckego, która okazała się być okresową. Następnie francuski astronom M. Damoiseau obliczył jej tor i ogłosił, że przy swoim następnym powrocie kometa przetnie orbitę Ziemi w odległości 32 tysięcy kilometrów, w punkcie, w którym Ziemia znajdzie się miesiąc później!

Kiedy przybyła w 1832, faktycznie rozminęła się z Ziemią o miesiąc. Ponownie pojawiła się w latach 1839 i 1846. W 1846 zaobserwowano, jak rozpadła się na dwa kawałki. W 1852 zaobserwowano ją ponownie, jako dwa fragmenty odległe od siebie o 2 miliony kilometrów. Każda część miała własną głowę i ogon.

Kometa nie pojawiła się w 1852, 1859 ani 1866. „Edinburgh Review” odnotowuje ten dziwny stan rzeczy:

Zafrapowani astronomowie pozostawali w stanie dręczącej niepewności co do tego, co się z nią stało. Na początku roku 1866 to uczucie zakłopotania znalazło swój wyraz w Dorocznym Raporcie Rady Królewskiego Stowarzyszenia Astronomicznego [Annual Report of the Council of the Royal Astronomical Society]. Ten stan denerwującej niepewności utrzymywał się przez następnych sześć lat. Minął trzeci czas przejścia przez peryhelium, a po zaginionym ciele niebieskim nie było śladu. Lecz 27 listopada 1872 nocni obserwatorzy zostali zaskoczeni przez nagły i wspaniały widok spadających gwiazd i meteorów, których wcale nie przewidywano…[źródło]

Meteory nadlatywały z tej części nieba, gdzie we wrześniu spodziewano się komety. Innymi słowy, trajektoria była taka sama i Ziemia przecięła tor komety zgodnie z przewidywaniami, tylko że prędkość komety była nieco zmieniona. „The American Journal of Commerce”  pisał, że meteory spadały jak płatki śniegu. Profesor Olmstead, matematyk z Yale University, oszacował ten deszcz na 34640 spadających gwiazd na godzinę. „The New York Journal of Commerce” napisał, że żaden filozof ani uczony nigdy nie odnotował podobnego wydarzenia. Meteory te stały się znane jako Andromedydy bądź „Bielidy” i wydawało się oczywiste, że ich pojawienie się wskazywało na śmierć komety. Meteory były widywane przy innych okazjach do końca dziewiętnastego wieku, lecz do dzisiaj już zanikły.

Czy to już wszystko na ten temat?

Może nie.

Otóż w niedzielę 8 października 1871 roku, o godzinie dziewiątej trzydzieści wieczorem, w trzech różnych stanach USA miały miejsce wydarzenia, które przyczyniły się do śmierci setek ludzi i zniszczenia ogromnych ilości mienia, doprowadzając miliony osób do stanu najdzikszej trwogi i popłochu. Poniższe fragmenty pochodzą z „History of the Great Conflagration” (Historia Wielkiej Pożogi), Shean & Upton, Chicago 1871. [źródło]

Lato 1871 było nader suche, wyglądało to jakby wilgoć całkowicie wyparowała z powietrza. W ową niedzielę warunki atmosferyczne na całym Północnym Zachodzie miały nad wyraz osobliwy charakter. W tym czasie autor mieszkał w Minesocie, setki mil od miejsca katastrof, a jednak nigdy nie zapomni panujących wtedy warunków. W powietrzu, w sposób alarmujący, czuć było spaleniznę, materiały i substancje łatwopalne oraz żar jakby prosto z pieca. Można by rzec, że do wywołania globalnej eksplozji wystarczyłaby zapałka bądź iskra. Było to dziwne i nienaturalne. Nigdy wcześniej ani później nie czułem ani nie widziałem czegoś takiego. Ci, co to przeżyli, potwierdzą moje relacje.

O tej godzinie – wpół do dziesiątej wieczorem – niemalże w tej samej chwili w trzech stanach – Wisconsin, Michigan oraz Illinois – w miejscach oddalonych od siebie o setki mil wybuchły pożary z rodzaju tych najdziwniejszych i najbardziej niszczycielskich, o ile wiemy – w wyniku samozapłonu.

W stanie Wisconsin, na jego wschodniej granicy, w gęsto zalesionym obszarze w pobliżu jeziora Michigan, teren o powierzchni czterystu mil kwadratowych, ciąnący się na północ od Hrabstwa Brown i obejmujący Peshtigo, Manistee, Holland i niezliczoną ilość wiosek na wybrzeżach Green Bay, został spustoszony przez bezwzględne tornada ognia. Na miejscu zginęło siedmiuset pięćdziesięciu ludzi, nie licząc ogromnej ilości rannych, okaleczonych i poparzonych, którzy zmarli później. Zniszczone zostały posiadłości o łącznej wartości ponad trzech milionów dolarów. (str. 393, 394 i nast.)

„O zachodzie słońca powietrze zastygło w bezruchu. Przez dwie godziny nie było widać żadnych oznak zagrożenia, lecz parę minut po dziewiątej, dziwnym zbiegiem okoliczności w tym samym czasie, kiedy rozpoczął się pożar w Chicago, ludzie z wioski usłyszeli straszliwy ryk. Był to ryk przedzierającego się przez lasy tornada. W mgnieniu oka na nieboskłonie pojawił się przerażający blask. Jeszcze przed chwilą ciemne niebo momentalnie pokryło się buchającymi płomieniami.

Świadek tej straszliwej sceny mówi, że ogień nie rozprzestrzeniał się stopniowo, z kierunkiem wiatru, zajmując kolejne drzewa i pozostałe obiekty, lecz pierwszą rzeczą, jaką spostrzegli, była ognista trąba powietrzna otoczona wielkimi chmurami, która spadła znad wierzchołków drzew i momentalnie spowiła wszystko wokół. Biedni ludzie padali martwi wdychając dym albo gorące powietrze. Potwierdzają to odnalezione duże ilości zwłok leżących na drogach lub na otwartych przestrzeniach, gdzie nie było widocznych oznak pobliskiego ognia, jak również brak spalonych ubrań czy śladów poparzeń na ciałach. W rejonie Sugar Bush, który jest rozległą polaną, w niektórych miejscach szeroką na osiem kilometrów, odnajdywano jedynie zwłoki, leżące na otwartych drogach pomiędzy ledwie nadpalonymi ogrodzeniami. Żadnych śladów ognia, po prostu leżeli tam, jakby usnęli. Wygląda na to, że to zjawisko tłumaczy fakt, że tak wielu ginęło masowo. Tłoczyli się w grupach, z dala od budynków, drzew czy innego rodzaju łatwopalnych materiałów, najprawdopodobniej uważając to za najbezpieczniejsze rozwiązanie, by ostatecznie umrzeć razem. (str. 372)

Inny świadek mówi:

„Wiele zostało powiedziane na temat intensywności żaru płomieni, które zniszczyły Peshtigo, Menekaune, Williamsonville, etc., lecz osobie z zewnątrz wszystkie te opisy mogą dać jedynie nikły obraz rzeczywistości. Żar porównywano do wywołanego skoncentrowym na jakimś przedmiocie płomieniem palnika, lecz nawet to nie oddaje w pełni tego zjawiska. Mamy na przykład miedzianą centówkę, wyciągniętą z kieszeni martwego mężczyzny z Sugar Bush w Peshtigo, która zilustruje, co mamy na myśli. Ta centówka została częściowo stopiona zachowując jednak swój okrągły kształt, a znajdująca się na niej inskrypcja jest czytelna. Pozostałe monety w tej samej kieszeni były również częściowo stopione, a mimo to ubranie i ciało mężczyzny nie były nawet osmalone. Nie wiemy, w jaki sposób to wyjaśnić, chyba że – jak twierdzą niektórzy – tornadu i ogniowi towarzyszyły zjawiska elektryczne”. (373).

Nadszedł dzień ostateczny – to dominująca idea wśród tych ludzi, jak zgodnie podają źródła. Choć obznajomieni byli z ogniem, o czymś takim nigdy nawet nie słyszeli. Nie potrafili podać innej interpretacji tego złowrogiego ryku, tego wybuchu płomieni na niebie i tego ognia spadającego prosto z niebios, momentalnie pożerającego wszystko, czego dotknął.

Nie ma dwóch podobnych do siebie opisów tego wielkiego tornada, które nawiedziło i pochłonęło wioskę. Wyglądało to jakby „ogniste demony z piekła rodem zostały spuszczone z uwięzi” – mówi jeden ze świadków. „Nadeszło z nieba jak ogromna ściana płomieni” – mówi drugi. „To był bezlitosny deszcz ognia i *piasku*. „Płonęła cała atmosfera”. Niektórzy mówią o „wielkich, przetaczających się kulach ognia, strzeających seriami płomieni”. Ogień rozprzestrzeniał się nad dachami i drzewami i momentalnie zajmował całe ulice. Nikt nie mógł się oprzeć podmuchowi. Był to wyścig ze śmiercią, która była nad, za i przed nimi. (Ibid 374).

Inżynier, odwiedzający Peshtigo w sprawach służbowych, mówi:

„Kiedy ogień wokół rozszlał się na dobre, żar rósł tak gwałtownie, że będąc jakieś sto metrów od mostu i najbliższych budynków, musiałem położyć się za kłodą osiadłą na mieliźnie głębokiej na ponad pół metra. Zanurzając się co jakiś czas i trzymając głowę blisko tafli wody, tuż za kłodą, byłem w stanie oddychać. Obok był tuzin innych osób, chowających się za tą samą osłoną. Gdyby udało mi się przedostać przez rzekę i wejść pomiędzy budynki na drugim brzegu, zginąłbym jak wielu innych”.

W Michigan, w pobliżu portu Huron, pozostał jedynie Allison Weaver, zdeterminowany, by – o ile to możliwe – chronić młyn, nad którym sprawował opiekę. Wiedział, że nadchodzi ogień, więc wykopał sobie płytką studzienkę, zrobił solidną osłonę z desek, by się nią zakryć, i tak  przygotowany czekał na pożogę. Cytuję:

„Wypełnił ją niemal po brzegi wodą i zadbał o to, by ziemia wokół, w promieniu kilku rod (1 roda = ok. 5m), była dobrze zmoczona. Udając się do młyna zaciągnął ze sobą czterocalową deskę, przeciął ją na dwie części, zwracając uwagę na to, by szczelnie pokryły otwór jamy. „Domyślałem się, że będzie to ryzykowne” – mówi – „ale to było najlepsze, co mogłem wymyślić”. O północy miał wszystko przygotowane i już wówczas było słychać okropny, nie do zniesienia ryk. Polana wokół miała dziesięć do dwunastu akrów. Weaver mówi, że jak sięgnąć wzrokiem, przez dwie godziny zanim dotarł do niego ogień, widać było nieprzerwany potok uciekających małych zwierząt. Kiedy na moment przysiadł odpocząć po kolejnym polewaniu budynku, w pełnym galopie wpadł przez wrota koń. Weaverowi zrobiło się go żal, kiedy patrzył na drżące i trzęsące się z przerażenia zwierzę. Po chwili koń parsknął, dając wyraz swojej trwodze, okrążył dom dwa czy trzy razy i wystrzelił jak rakieta w kierunku lasów”.

„Zaraz potem nadszedł ogień. Weaver stał w gotowości obok studzienki, ciekaw jednak widowiskowego wtargnięcia płomieni. Ryk nasilał się z każdą sekundą, powietrze stawało się coraz bardziej duszące, z góry opadła chmura kurzu i popiołu, a pomiędzy drzewami można było dostrzec płomienie. Nie rozprzestrzeniały się stopniowo po ziemi ani nie przeskakiwały z drzewa na drzewo, lecz przybyły w postaci tornada. Ściana ognia sięgająca od ziemi aż po wierzchołki drzew. Kiedy tylko pojawiła się na polanie, wskoczył do swojej studzienki i nasunął pokrywę. Nie widział już, co się dzieje, ale mógł słyszeć. Mówi, że płomienie nie zatrzymały się ani na chwilę, a ryk trwał nieprzerwanie, i ledwie zdążył zasłonić nad sobą otwór, a dom i młyn stanęły w płomieniach i zawaliły się ciągu pięciu minut. Dym natarł na niego z pełną siłą, a kryjówka stała się tak gorąca, że z ledwością mógł oddychać”.

„Wiedział, że deski nad jego głową palą się, lecz pamiętając, jakie są grube, postanowił poczekać, aż ryk płomieni ucichnie. Następnie głową i rękoma obrócił je i zaczął gasić wodą. Mimo że noc była zimna i woda początkowo go wychłodziła, żar – podnosząc stopniowo temperaturę – sprawił, że poczuł się w miarę komfortowo. Pozostał w swoim ukryciu aż do poranka, co jakiś czas obracając pokrywę i gasząc płomienie, aż w końcu najgorsze minęło. Ziemia wokół paliła się w paru miejscach, po domu i młynie nie pozostało nic, liście, zarośla i belki zostały zmiecione do czysta, pozostała tylko sadza i popiół”. (390).

W Wisconsin, w pobliżu Williamson’s Mills, na posiadłości należącej do pana Boormana znajdowała się duża, płytka studnia. Ludzie, otoczeni przez płomienie i oszalali ze strachu, wskakiwali do studni myśląc, że w wodzie będą bezpieczni..

„Bezlitosna furia płomieni zapędziła ich do dołu, by tam, walcząc ze sobą nawzajem, stracili życie – niektórzy utonęli, inni spalili się lub udusili. Nikt nie ocalał. Odnaleziono trzydzieści dwa ciała, we wszelkich możliwych pozycjach, a powykręcane kończyny i agonalne wyrazy twarzy dawały świadectwo potwornej historii, jaka się tam rozegrała”. (386)

James B. Clark z Detroit, któryprzebywał w tym czasie w Uniontown, w Wisconsin, pisze:

„Ogień ruszył gwałtownie jak pocisk wystrzelony z karabinu i przeleciał półkolem wokół osady. Przerażająca gwałtowność, z jaką nacierały płomienie, jest niemal niewyobrażalna. Pędzący ogień wydawał się pożerać i unicestwiać napotkane drzewa”.

Od strony ściany ognia nadciągała w ich kierunku czarna masa:

Było to bydło i konie pędzące w popłochu w naszą stronę, rycząc, becząc i rżąc w galopie; gnały z zatrważającą prędkością, z szeroko otwartymi ze strachu oczami, każdy ich ruch potwierdzał szał przerażenia. Niektóre były poważnie poparzone, w desperackiej próbie ucieczki musiały pewnie pokonać duży obszar zajęty ogniem.

W pewnej odległości za nimi biegł samotny koń, dysząc i rżąc z wyczerpania. Był osiodłany i –  jak początkowo myśleliśmy – miał przytroczoną u boku torbę. Gdy się zbliżył, ku naszemu zdziwieniu ujrzeliśmy na jego grzbiecie chłopca, przylgniętego do szyi zwiecięcia. Cugle miał owinięte wokół dłoni, a jego palce kurczowo zaciskały się na grzywie konia. Niewiele było trzeba, by zatrzymać zmęczonego konia i uwolnić bezradnego dzieciaka. Zabraliśmy go do domu i zrobiliśmy wszystko, co było w naszej mocy; niestety, nawdychał się dymu i umierał. Minął jakiś czas i chłopak ożył na tyle, by móc mówić. Przedstawił się jako Patrick Byrnes i powiedział: „Ojciec, matka i dzieci dostali się do wozu. Nie wiem, co się z nimi dalej stało. Wszystko jest spalone. Umieram. Och! Czy piekło może być gorsze od tego?” (383)

Kiedy opuścimy Wisconsin i przemieścimy się o jakichś czterysta kilometrów na wschód, w okolice jeziora Michigan, a potem w poprzek stanu Michigan, napotkamy tego samego typu warunki, jednak nie tak tragiczne w ofiarach. Pożary pozbawiły dachu nad głową piętnaście tysięcy ludzi; ich zapasy, ubrania, uprawy zostały zniszczone, konie i bydło zginęły. Z tego około pięć do sześciu tysięcy domostw spłonęło w tę samą noc, kiedy płomienie pożerały Chicago i Wisconsin. Całkowite straty materialne przekroczyły milion dolarów; nie tylko wioski i miasta, ale całe okręgi miejskie zostały zmiecione do cna.

Lecz to właśnie w stronę Chicago musimy się skierować, by odkryć najbardziej zaskakujące wyniki tych atmosferycznych anomalii. Nie musimy tu opowiadać całej historię ze szczegółami. Świat zna  ją na pamięć. Ograniczona ilość miejsca pozwala mi odnieść się jedynie do jednego bądź dwóch punktów.

Pożar wybuchł spontanicznie. Dowiedziono, że historia o lampie naftowe,j przewróconej przez krowę pani O’Leary, jako przyczynie pożaru, była nieprawdziwa. To atak gazów z ogona Komety Biela spalił Chicago!

Komendant straży pożarnej zeznał: „Czułem w kościach, że będziemy mieli pożar”. Mówiąc o stodole pani O’Leary:

„Mieliśmy płomienie pod kontrolą i nie rozprzestrzeniłyby się dalej, lecz następnie doniesiono mi, że pali się kościół św. Pawła w odległości dwóch przecznic na północ” (163)

Sprawdzili pożar w kościele, lecz – „Następnie dowiedziałem się, że pożar wybuchł w młynie Batehamów”.

Dziennikarz z „New York Evening Post” pisze, że widział w Chicago „budynki z dala od linii ognia i nie mające z nim styczności, które stawały w płomieniach zapalając się wewnątrz”.

Nie należy zapominać, że jesień 1871 zaznaczyła się niespotykanymi pożarami w znacznie oddalonych od siebie regionach. Ósmego października – tego samego dnia, kiedy płomienie ogarnęły Wisconsin, Michigan i Chicago – stany Iowa, Minnesota, Indiana i Illinois zostały poważnie zdewastowane przez pożary prerii, zaś w Alleghenach, łańcuchu górskim Sierra [Nevada] u wybrzeży Pacyfiku i w Górach Skalistych oraz w rejonie rzeki Red [Red River of the North] szalały przerażające pożary.

Annual Record of Science and Industry” z 1876, strona 84:

„W roku 1872, przez cztery tygodnie przed i cztery po wielkim pożarze w Chicago, w Stanach Zjednoczonych i Brytyjskich Prowincjach płonęły ogromne obszary leśnie i preriowe”.

Płomienie, które pożarły dużą część Chicago, miały niespotykany charakter i wywoływały wyjątkowe efekty. Całkowicie stopiły najtwardsze materiały budowlane, wcześniej uznawane za ognioodporne. Żelazo, szkło, granit zostały stopione w groteskowe zlepki, jakby zostały włożone do pieca hutniczego. Żaden materiał nie zdołał się oprzeć temu podmuchowi.

Cytuję ponownie z pracy Sheahana i Uptona:

„Ogromne konstrukcje kamienne i ceglane topiły się pod naporem dzikich płomieni tak, jak topią się i znikają płatki śniegu wpadający do wody, i prawie tak samo szybko. Sześciokondygnacyjne budynki stawały w płomieniach i w mgnieniu oka znikały na zawsze… W pobliżu wielkiego dworca kolejowego Union Depot ogień podwoił swoją moc i wypalił kilometrowy obszar na południe, wpadł prosto w objęcia huraganu – huragan ten uformował się w idealne tornado, przed którym nie było ratunku… Zadziwiające, fantastyczne ognie w kolorze błękitu, czerwieni i zieleni, przesuwały się po gzymsach budynków”. [„History of the Chicago Fire” („Historia pożaru Chicago”) 85, 86]

Czcigodny William B. Ogden tak wtedy pisał:

„Ogniowi towarzyszyło najstraszliwsze tornado, jakie jeszcze nigdy tutaj nie wiało” [Ibid 87].

„Najbardziej uderzającą właściwością ognia była jego wysoka temperatura. Nic się przed nim nie uchowało. Na setkach ogołoconych akrów nie można było odnaleźć nawet jednego kawałka drewna i, niepodobnie do innych pożarów, ten nie pozostawił niczego na wpół spalonego… Ogień zmiótł z ulic wszelki kurz i śmieci, konsumując je natychmiastowo”. [Ibid 119]

Ateński marmur spłonął jak węgiel!

„Żeby właściwie ocenić intensywność żaru i pojąć kompletne spalenie wszystkiego, co było z drewna, trzeba wiedzieć, że na placu jednej z wielkich fabryk narzędzi rolniczych były składowane setki ton rudy żelaza. Ruda znajdowała się w odległości sześćdziesięciu metrów od najbliższego budynku. Na południe od niej płynęła rzeka szeroka na czterdzieści pięć metrów. Oprócz fabryki, żaden większy budynek nie znajdował się w zasięgu ognia. Mimo to jednak, żar był tak potężny, że ta kupa żelaza stopiła się i ciekła, a teraz stanowi jedną ogromną, niemal zwartą masę”. [Ibid 121]

Wedle szacunków burmistrza Medilla straty materialne wyniosły sto pięćdziesiąt milionów dolarów, zaś liczba ludzi pozostawionych bez dachu nad głową to sto dwadzieścia pięć tysięcy. Kilkaset osób straciło życie.

„Opisy naocznych świadków przypominały raczej holokaust z nieba, niż przypadkowy pożar wywołany przez zdenerwowaną krowę. A właściwie, zgodnie z teorią zaproponowaną przez kongresmena z Minnesoty, Ignatiusa Donnelly’ego, niszczycielski ogień z 1871 naprawdę spadł z góry, w postaci nieobliczalnego ogona kometarnego. W czasie swojego przejścia w 1846 kometa Biela w niewytłumaczalny sposób podzieliła się na dwie części. Powinna była powrócić w roku 1866, lecz się nie pojawiła. Podzielona głowa komety Biela ostatecznie pojawiła się w 1872 jako deszcz meteorów.

„Donnelly sugerował, że w 1871 pojawił się oddzielony ogon i to on stanowił zaczątek nawałnicy ognia, która zmiotła Środkowy Wschód, uszkadzając bądź niszcząc całkowicie dwadzieścia cztery miasta i pozostawiając za sobą 2000 ofiar. Do poszerzenia zasięgu pożogi bez wątpienia przyczyniła się panująca tej jesieni susza.

„Obecnie historia koncentruje się wyłącznie na pożarze Chicago i w dużym stopniu pomija horror z Peshtigo, jak go wtedy nazywano. Całkowicie ignoruje też kometę Biela i nie bierze pod uwagę jej ogona jako przyczyny [pożarów]. (Ken Rieli)

Bez wątpienia ta historia zwróciła uwagę Victora Clube’a!

Dziesięć lat później mieliśmy Wielką Kometę z 1881 (C/1881 K1), odkrytą przez Australijczyka, astronoma amatora, Johna Tebbutta. Dziś możemy usłyszeć o niej jedynie to, że była jedną z pierwszych komet sfotografowanych i przestudiowanych naukowo. Niemniej jednak ta kometa, pojawiając się zaledwie dziesięć lat po poprzednich wydarzeniach, dała co niektórym do myślenia.

W 1882 Ignatius Donnelly, który już był stwierdził, że Wielki Pożar Chicago został wywołany przez kometarne fragmenty, opublikował książkę pt. „Ragnarok”, w której przedstawił tezę, że w przeszłych stuleciach ogromna kometa mijała w bliskiej odległości Ziemię. Intensywność żaru bijącego od komety wznieciła ogromne pożary, które szalały po całym globie. Donnely sugerował, że kometa zrzuciła na powierzchnię Ziemi ogromne ilości pyłu, wywołała trzęsienia, rozpłaszczyła góry i zainicjowała epokę lodowcową. Nawet niektóre z cudów opisanych w Biblii wyjaśniał przy pomocy tej komety, sugerując, że opowieść o zatrzymaniu się Słońca na polecenie Jozuego była prawdopodobnie upamiętnieniem tego wydarzenia. Czytelnicy książki Donnelly’ego byli przerażeni jego opisami szalejącego na niebie „oślepiającego i płonącego potwora”, przypiekającego planetę nieziemskim żarem i wstrząsającego lądami „najpotężniejszymi z potężnych gromów”.

W 1893 Camille Flammarion, najprawdopodobniej zainspirowany przez Donnelly’ego (nie wspominając o tym, co się działo na nieboskłonie), napisał „Koniec Świata”, gdzie opowiada o fikcyjnej kolizji Ziemi z pięćdziesiąt razy od niej większą kometą. Drastyczna proza Flammariona zapewniła jego książce natychmiastowy rozgłos! (Powinniśmy zwrócić uwagę, że ogromny wpływ na Flammariona wywarł jego przyjaciel i współpracownik, Allan Kardec, francuski pedagog, student medycyny, lingwista i badacz „komunikacji duchowej”. Był on również przyjacielem Julesa Violle’a, prawdopodobnie prawdziwej tożsamości legendarnego alchemika, Fulcanelliego.)

Czyż to wszystko nie było ciekawym przedstawieniem historii? Nie wydaje się już tak szara i nudna, co? No to czas wrócić do narracji Victora Clube’a. Myślę, że to, o czym on pisze, będzie teraz miało znacznie więcej sensu!

W pojęciu różnych współczesnych społeczności naukowych fakt dostrzeganego w tych epokach niebezpieczeństwa, istotny historycznie z racji wzrostu eschatologicznego zainteresowania, cechuje się pewnego rodzaju fizycznymi zakłóceniami (klimat? choroby?), które w ekonomiczną i społeczną działalność wprowadzają dezorganizację na szeroką skalę, nawet do zapaści cywilizowanych społeczeństw, prowadząc następnie do rewolucji, masowych migracji i wojen, rozprzestrzeniających się na skalę globalną. Okoliczności takich załamań cywilizacji są oczywiście sprawą najwyższej wagi. Systematyczne studia nad nimi podjęto w Ameryce (i nie tylko) w takich instytutach jak Centrum Badań Porównawczych w dziedzinie historii [Center for Comparative Reserch In History], Społeczeństwo i Kultura [Society and Culture] na uniwersytecie California w Davis (Goldstone, 1991). Jednak dla „oświeconych” eschatologia wciąż pozostaje anomalią i na dobrą sprawę nie dokonano jeszcze całkiem pewnych powiązań pomiędzy nią a kosmicznymi wydarzeniami. Jednakowoż powinniśmy przypomnieć, że – jak to zwykle bywa przy okazjach takich załamań – wielu może widzieć „płonące gwiazdy niosące światu głód, plagi i wojny; książętom śmierć; królestwom klątwy wielorakie; [i] wielkie straty mienia wszelakiego…”

Trzy najwcześniejsze z tych epok to oczywiście okresy Inkwizycji i wielkich europejskich polowań na czarownice (które przesiąkły do Ameryki), kiedy to władze kościelne wespół ze świeckimi odwodziły ludzi od wyrażania jakichkolwiek (astrologicznych) twierdzeń, jakoby sfera niebieska oddziaływała na ziemskie sprawy. Historie naukowych rewolucjonistów – Kopernika, Bruna, Galileusza i Newtona – są świadectwami brutalności, z jaką narzucano najbardziej akceptowalny (w tamtych czasach) pogląd na Kosmos. W rzeczy samej, każda z tych historii nadal jest dopasowywana [do obecnie akceptowalnego poglądu na Kosmos], a Newton – z czego obecnie zdano sobie sprawę – w czasach, w których przyszło mu żyć, musiał pracować w warunkach poważnej cenzury.

Akceptowalna część jego naukowego dorobku została oczywiście opublikowana i przez ponad 300 lat wielokrotnie udowodniła swą wartość. Jednakże nieakceptowana część, traktująca o „płonących gwiazdach” i eschatologii, nie doczekała się publikacji przez około 250 lat. Jeden z pierwszych, który zbadał ten materiał (Keynes 1947), był tak zaskoczony tym kontrastem, że nazwał Newtona nie tyle „pierwszym człowiekiem epoki rozumu”, co „ostatnim z magów, ostatnim spośród Babilończyków i Sumerów”. Tak więc to ojcowie założyciele Towarzystwa Królewskiego za czasow Restauracji Stuartów wymyślili „oświecony” sposób szydzenia z kosmicznego zagrożenia i społecznego niepokoju. Nie bez znaczenia jest fakt, że podczas tej ostatniej i najkrótszej z powyższych epok anglojęzyczne narody trzymały się pewnie i prosperowały, gdy inne słabły (Goldstone, loc cit). W konsekwencji, w głównej mierze anglosaskim „osiągnięciem” było całkowite odrzucenie kosmicznych katastrof i wprowadzenie przed 150-200 laty naukowej zasady uniformitarianizmu.

Jeśli  bombardowanie naszej planety przez krótkookresowe komety bądź pył kometarny jest rzeczywiste (a coraz bardziej na to wygląda), zaś skutki takich zdarzeń są ekstremalnie zgubne, i jeśli faktycznie kolejny spektakl takich wizytacji już się spóźnia (na co również wygłąda), jaki efekt może wywrzeć na status quo planety społeczna świadomość owych wydarzeń? Czy nie straciłaby na znaczeniu fałszywa „wojna z terrorem” i czy ludzie na całym świecie nie zażądaliby natychmiast od swoich politycznych przywódców powtórnego rozważenia priorytetów i podjęcia wszystkich możliwych działań w celu zmniejszenia tego zagrożenia? A jeśli polityczni przywódcy odmówiliby i stałoby się jasne, że to poważne zagrożenie dla życia miliardów ludzi od dawna było powszechnie znane wśród politycznych elit (wraz z konsekwencjami, jakie niesie), co wtedy? Rewolucja? Ostatnie hura przed szóstym wymarciem?

Kto wie. Wiemy jedynie, że wiedza ta, w całej rozciągłości, jest zatajana i marginalizowana. Zbadanie powodów tych psychologicznych gier i sztuczek może być bardzo interesujące. Właśnie na to zwrócimy naszą uwagę w następnej części: Dlaczego ludzkość jest tak głucha, głupia i ślepa?
Część siódma: Tunguska, rogi księżyca i ewolucja

– –

Ten artykuł jest przekładem oryginału w języku angielskim:
Comet Biela and Mrs. O’Leary’s Cow
dokonanym przez polskich tlumaczy z grupy QFG – edytorów blogu PRACowniA.

Materiał ten został opublikowany przez SOTT.NET – projekt Quantum Future Group, Inc – i jest jego własnością. Zezwala sie na kopiowanie i publiczne rozpowszechnianie pod warunkiem podania oryginalnego źródła i autora oraz źródła przekładu.

Dodatkowe informacje uzyskasz pisząc na adres: pracownia-iv@o2.pl

Advertisements

3 komentarze »

  1. Teraz w Ziemię uderzyć może Nibiru w 2012 r.
    Nibiru, które jest statkiem matką Reptalian.
    Statkiem matka Ziemian jest Ziemia.
    Może przy takiej perspektywie warto przemyśleć zostanie złodziejem?
    Kraść przez rok i pożyć bogato przez 2 lata.
    Idę myśleć.

    Komentarz - autor: obudzony — 20 lutego 2010 @ 16:46

  2. @obudzony
    A co byś powiedział na odwrócenie kolejności? Najpierw myśleć, a potem pisać? Większość naszych gości z powodzeniem i korzyścią dla wszystkich stosuje tę metodę, więc może i Tobie przypaść do gustu.

    Komentarz - autor: iza — 21 lutego 2010 @ 14:20

  3. Swietny material,wielkie dzieki.Mieszkam w okolicach Chicago od kilku lat,ale przyznaje ze nigdy nie slyszalam o pozarze Peshtigo,nie mowiac juz o teorii komety ktora mogla spowodowac te pozary.

    Komentarz - autor: monika/illinois — 24 lutego 2010 @ 17:17


RSS feed for comments on this post. TrackBack URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d bloggers like this: