PRACowniA

23 listopada 2009

Tunguska, rogi księżyca i ewolucja

Filed under: Zagrożenia dla Ziemi — pracowniaiv @ 02:11
Tags: , , , ,

[Tunguska, the Horns of the Moon and Evolution] 

Laura Knight-Jadczyk
sott.net
Tue, 12 Feb 2008 13:39 UTC

©Peter Grego - Impresja na temat wydarzenia z 1178 roku

Ostatnim razem napisałam, że zamierzam pomówić o tym, jak bardzo wasi “wspaniali przywódcy” was nienawidzą i wami gardzą oraz jak kreślą plany waszej śmierci, podczas gdy większość z was jest już tak zidiociała, że nie tylko tego nie widzi, ale beztrosko zmierza w stronę katastrofy – swojej i swoich dzieci. Zamierzam do tego dojść, jednak najpierw chcę dokończyć parę kwestii i przypomnieć kilka uwag.

Jak wspomniałam w moim wcześniejszym artykule, [dwuodcinkowy] serial dokumentalny kanału Discovery Channel zatytułowany „Superkometa – Po zderzeniu”, przenosi do współczesnych warunków kometę, która zmiotła z powierzchni Ziemi dinozaury – film wykorzystuje obiekt kometarny tego samego typu, co kometa, która przypuszczalnie spowodowała wymarcie dinozaurów. Poza identycznymi rozmiarami odwzorowano także to samo miejsce zderzenia. Tak powstały model komputerowy minionego wydarzenia miał spróbować pokazać, co może się zdarzyć w przyszłości (i co ich zdaniem mogło się było wtedy wydarzyć).

Badania nad historią Ziemi prowadzone przy użyciu różnorodnych naukowych metod wykazują, że relatywnie długie okresy “ewolucji” przerywane były gwałtownymi, ogromnymi zmianami, które nazywamy katastrofami. Wielu naukowców wskazało na okresowość tych nagłych zdarzeń. Czego nikt zdaje się nie znać w pełni, to mechanizm, który wywołuje te zdecydowanie okresowe katastrofy.

Sugeruje się, że periodyczność tych zdarzeń ma związek z cyklami galaktycznymi, na co istnieją silne dowody przedstawione przez Victora Clube’a w jego książce „The Cosmic Winter” [Kosmiczna zima]. (Nota bene, możecie  zapomnieć o nonsensie narosłym wokół „Planety Nibiru” i „Projektu Camelot”). Clube wskazuje, że galaktyczne pływy powodują przemieszczanie się do naszego Układu Słonecznego ogromnych komet i to właśnie produkty ich rozpadu oddziałują silnie i bezpośrednio z Ziemią, ze zmiennymi skutkami w różnych (i bardzo często się powtarzających!) okresach, prowadząc w efekcie do zmian geologicznych. Pokazuje też, że rozpad wielkiej komety wytwarza ogromną ilość gruzu, z obiektami o średnicy wahającej się od 10 km średnicy poprzez setki lub tysiące jednokilometrowych skał, aż po wielkie roje obiektów o rozmiarach poniżej kilometra. Wiele z nich ma czarną jak sadza powierzchnię, co czyni je prawie niemożliwymi do dostrzeżenia, a  pod względem orbity są bardzo podobne do meteorów z roju Taurydów, chociaż niewielka ich część może mieć orbitę obróconą o 90 stopni. Clube przypuszcza, że tysiące lub dziesiątki tysięcy lat temu wiele asteroid (jeśli nie większość, a może i wszystkie) w Układzie Słonecznym oderwało się od gigantycznej komety (albo wielu takich) i to te właśnie roje szczątków wydają się być najpoważniejszym i najbliższym w czasie zagrożeniem dla naszej planety.

Na przykład jedna z dużych asteroid poruszająca się po orbicie przecinającej ziemską nazywa się Hefajstos. Ma około 10  kilometrów średnicy – prawie taki sam rozmiar, co asteroida przedstawiona w wyżej wspomnianym filmie (model wymierania dinozaurów) jako ta, która zderza się z Ziemią. Jest prawdą, że efekty uderzenia takiego obiektu byłyby odczuwalne globalnie, nie jest jednak pewne, czy byłyby aż tak „globalne”, jak pokazano w filmie.

©William Hartmann - Wizja impaktu zapisanego w warstwie K-T

Niemniej jednak, powiązanie pojedynczego obiektu z masowymi wymieraniami zostało szeroko spopularyzowane i może się to okazać niefortunne, biorąc pod uwagę kwestię częstych i mniej „globalnych” zdarzeń, wspominanych przez Clube’a.

Problem w tym, jak wskazuje Clube, że z astronomicznego punktu widzenia jest mało prawdopodobne, żeby pojedyncze duże zderzenie było jedynym powodem takich wymierań. Co więcej, gdy wziąć pod uwagę szczegóły dowodów, zarówno astronomicznych jak i geologicznych, w scenariuszu obejmującym jeden obiekt kolizyjny pojawia się wiele niezgodności.

Kiedy Alvarezowie[1] – ojciec i syn – natrafili na warstwę irydu w obrębie granicy K-T[2], ogłaszając, że w takich ilościach iryd mógł zostać rozrzucony jedynie w wyniku upadku dużego meteoru, ta szokująca wiadomość została w podnieceniu podchwycona przez prasę i wszyscy wyruszyli na poszukiwania irydu.

Clube wskazuje, że z wyjaśnieniem obecności irydu w warstwach K-T opartym na “pojedyńczym uderzeniu” wiąże się parę problemów. Pierwszy problem jest taki, że koncentracja tego pierwiastka jest za duża. Dlaczego? A to dlatego, że jeśli byłby to pojedynczy gigantyczny obiekt, to taka asteroida wyrzuciłaby do atmosfery materiał skorupy ziemskiej o masie kilkaset razy większy od swojej, prowadząc do wymieszania się materiałów. Oznacza to, że iryd byłby znacznie przerzedzony i nie opadłby na powierzchnię planety w takim stężeniu, w jakim go znaleziono. Jednakże w wielu przebadanych miejscach zauważono, że iryd został rozrzedzony jedynie dwudziestokrotnie w stosunku do pierwotnego stężenia (mając na uwadze, że iryd stanowi jedynie niewielki procent całkowitej masy pozaziemskiego obiektu!)

Ponadto, inne substancje chemiczne kojarzone z rzekomym pojedynczym zderzeniem nie całkiem pasują do teorii kamiennego meteoru – występuje obfitość rzadkich pierwiastków, takich jak osm i ren, oraz ogromne, przekraczające normę ilości pierwiastków takich jak antymon i arsen. Z uwagi na te odkrycia Clube wskazuje, że po erupcji wulkanu Kilauea w styczniu 1983 roku próbki materiału zebrane z wulkanu okazały się zawierać wysoką koncentrację arsenu, selenu i innych pierwiastków znalezionych w dużych ilościach w „twardym dnie”. Te wulkaniczne cząsteczki były również bardzo bogate w iryd. Clube sugeruje, że anomalia w występowaniu irydu może okazać się fałszywym tropem. Zauważa: „…warto zastanowić się nad tym, czy gdyby w 1980 roku naukowcy wiedzieli o wulkanicznym źródle irydu, [Alvarezowie] wysunęliby hipotezę upadku meteoru?”

Raczej nie.

W pewnym sensie dobrze się stało, ponieważ przynajmniej przyciągnęło to uwagę prasy, tym bardziej, że Clube wskazał na fakt, iż istnieje imponująca ilość dowodów na to, że zjawisko wymarcia nie było zwykłym procesem zmian ewolucyjnych i wymierania. Na przełomie kredy i trzeciorzędu miały miejsce katastrofalne zmiany – głęboki ekologiczny szok – i zniszczenia zdecydowanie musiały być nagłe. Tak więc teoria Alvarezów dała impuls rozważaniom tego zagadnienia w świecie, który był całkowicie zdominowany przez uniformitaryzm[3].

Do interesujących odkryć związanych z tym etapem historii Ziemi należy wykrycie w twardym dnie wielkich pokładów sadzy. Wniosek jest oczywiście taki, że podczas tego wymierania szalały globalne pożary. Film próbował przedstawić to za pomocą modeli komputerowych (opartych na założeniu uderzenia pojedynczej wielkiej asteroidy), w których cała atmosfera Ziemi rozgrzała się do tego stopnia, że następowały samoczynne zapłony. Możliwe, że nie całkiem tak się to odbyło, nawet przy założeniu uderzenia ogromnego meteoru.

©Canadian Museum of Nature, Ottawa - Cienka warstwa gliny, która zaznacza granicę między skałami kredowymi a trzeciorzędowymi. Warstwa ta została odnaleziona w wielu miejscach na świecie. Jest to wszechobecna cienka warstwa materiału, zawierająca duże ilości rzadkiego irydu, oraz dodatkowo sadzę z rozległych pożarów.

Clube wskazuje również i na to, że nie ma ani śladu szczątków meteorytu w postaci kamiennych wtrąceń w osadach.

Bez zagłębiania się we wszystkie detale, wystarczy powiedzieć, że – jakby nie patrzeć – wygląda na to, iż to nie odosobnione uderzenie pojedynczej, dziesięciokilometrowej asteroidy było przyczyną globalnego wymierania.

Jaki jest zatem realistyczny scenariusz?

Clube przedstawia dowody, że owo masowe wymieranie było jednym ze skutków bombardowania [Ziemi] przez wiele – dziesiątki, setki czy nawet tysiące – fragmentów kometarnych albo obiektów typu meteorów (czasem całkiem sporych), które uwolniło do ziemskiej atmosfery obfite ilości pyłu meteorytowego, przy czym wiele z tych obiektów eksplodowało jeszcze w powietrzu, powodując deszcz ognia. Roje te „pływały” w strumieniach pyłu kometarnego – a były go tony – który mógł wypełnić atmosferę i opadać na ziemię przez miesiące czy lata. Wysoka koncentracja irydu w warstwach z okresu wymierania dinozaurów odnaleziona w wielu miejscach, a także brak istotnych śladów szczątków meteorytu są trudne do wytłumaczenia, kiedy rozważa się pojedyncze potężne zderzenie, ale łatwe do zrozumienia, gdy weźmie się pod uwagę pył kosmiczny jako główną przyczynę. Dodajmy, że coraz więcej dowodów wskazuje na mnogość zderzeń [ciał kosmicznych z Ziemią] w strefie K-T, jak również w wielu innych okresach globalnej katastrofy, takich jak wymieranie permsko-triasowe. Teoria roju kometarnego dobrze też wyjaśnia ogromną ilość sadzy we wspomnianych warstwach gleby. Gigantyczny pożar obejmujący całą Ziemię można wyjaśnić wyjątkowo intensywnym deszczem meteorów, którego raczej nie mógł spowodować pojedynczy obiekt, nawet o rozmiarach rzędu 10 km. Krótko mówiąc, jest bardzo prawdopodobne, że wymieranie dinozaurów było złożonym, traumatycznym i długo trwającym wydarzeniem.

©Unknown - Co widziały dinozaury?

Clube stawia wniosek, że  Ziemia jest swego rodzaju magazynem informacji o swoich interakcjach z całą galaktyką i że to sama galaktyka wraz z położeniem Ziemi w jej obrębie sterują cyklami wymierania, a to głównie dlatego, że te ostatnie dość dokładnie wpasowują się w znane nam cykle galaktyczne.

Wśród wszystkich tych dowodów zdecydowanie rzuca się w oczy rola bardzo dużych komet, które wkraczają do Układu Słonecznego i rozpadają się, pozostawiając smugi pyłu. Smugi te oddziaływują z naszą planetą jeszcze przez tysiąclecia po przechwyceniu i rozerwaniu (niekoniecznie tylko jednego) obiektu macierzystego przez siły działające wewnątrz Układu Słonecznego. Fakt, że takie bombardowania Ziemi miały miejsce w innych epokach, staje się coraz szerzej znany, o czym świadczy choćby praca Richarda Firestone’a, Alana Westa i Simona Warwicka-Smitha, którzy uznali Carolina Bays[4] za kratery powstałe po eksplozjach kometarnych, które nastąpiły w powietrzu, jak miało to miejsce w przypadku katastrofy tunguskiej. W istocie, podobne „kratery” z dokładnie taką samą morfologią odkryto w rejonie tunguskim. Szacuje się, że do zdarzenia doszło około 12 500 lat temu i że było ono globalną katastrofą. Życie na Ziemi niemalże się wtedy skończyło. Co jest przerażające w tym wydarzeniu, to ogromna ilość kraterów – ponad 50 000.

©Unknown – Północna Karolina, liczne kratery w Robeson County

©Unknown – lotnicze zdjęcie kraterów Carolina Bays

©Unknown – Największy krater na tym zdjęciu ma średnicę około 2 km

Gwiazda towarzysząca?

Clube krótko wspomina o hipotezie gwiazdy towarzyszącej zauważając, że “z pewnością hipoteza gwiazdy towarzyszącej opiera się na założeniu centralnej roli, jaką w naszej galaktyce odgrywa tworzenie się kometarnych deszczy w wyniku regularnie pojawiających się w obłoku komet zaburzeń”. Następnie odrzuca on tę hipotezę jako prowadzącą do „niemożliwych do pokonania problemów”. „Niemożliwymi do pokonania problemami” są sugerowane okresy orbitalne hipotetycznej gwiazdy towarzyszącej oraz jego pogląd, że gdyby mechanizmem napędowym była faktycznie gwiazda towarzysząca, miałoby miejsce znacznie więcej zderzeń pozostawiających kratery. Może on mieć całkowitą rację, a jego teoria licznych galaktycznych pływów i narodzin komet w zimnych, ciemnych głębinach kosmosu zdecydowanie obejmuje główne elementy wiedzy o naszym kosmicznym środowisku. Jak zauważa:

Podstawą przedstawionej tu teorii o ziemskich katastrofach jest astronomia, oparta na obserwacjach nieba. […] Jeśli chcemy poznać prawdziwy obraz, musimy być pewni, że naszemu spojrzeniu nie umyka żaden fakt, mogący mieć związek z zagadnieniem. Dane „twarde” dla geologa muszą być połączone z poważaniem dla twardych faktów astronomicznych. Innymi słowy, nie potrzebujemy, żeby kilometrowa asteroida wylądowała nam przed nosem i zademonstrowała ilość uwolnionej w ten sposób energii kinetycznej. W szczególności, poprawne ujęcie zagadnienia musi wyjaśniać zarówno ostatnie jak i dawne zdarzenia w historii Ziemi. Dlatego też gigantyczna kometa i właśnie źródła historyczne są istotnymi elementami przy poszukiwaniu pełnej prawdy. To właśnie ten nierozerwalny związek między niedawną a najbardziej odległą przeszłością jest tym, co nadaje badaniom pilności – jeśli źle uchwycimy pełny obraz, to następną stertą starych kości w ziemi mogą być nasze.

W tym cyklu artykułów zaprezentowaliśmy parę mocnych dowodów na to, że najprawdopodobniej idee Clube’a są poprawne albo bardzo bliskie prawdy – Ziemia była wielokrotnie i regularnie zalewana prysznicem pozaziemskiego pyłu i prawie zawsze okazywało się to katastrofalne w skali lokalnej, krajowej, a nawet kontynentalnej. Z dowodów tych zdaje się jasno wynikać, że historia sama w sobie nie jest procesem ewolucji, ale częściej procesem dewolucji, skoro każdy kryzys kosmiczny skutkował „przetrwaniem szczęściarzy, jako przeciwieństwo do „przetrwania najzdrowszych” [http://en.wikipedia.org/wiki/Survival_of_the_fittest], a te najbardziej niedawne kryzysy zostały wzmocnione i wykorzystane przez rządzące elity, dążące do zrealizowania swoich planów. Przy innych okazjach Ziemia cierpiała z powodu uderzeń, które z ledwością przyciągnęły uwagę ludzkości. Jednym z takich wydarzeń była Tunguska.

Tunguska

Tuż po godzinie 7:15 czasu lokalnego, 30 czerwca 1908r. na centralnym płaskowyżu Syberii miało miejsce niezwykle intensywne uderzenie [z kosmosu]. Jednak region ten (wielkości połowy USA) jest tak odizolowany i rozległy, że minęło prawie dwadzieścia lat, zanim świat Zachodu dowiedział się o tym wydarzeniu.

Jak mógł wyglądać bolid Tunguska

W nocy z 30 czerwca na 1 lipca niebo nad Europą było dziwnie jasne. Nad całym Zjednoczonym Królestwem, ponad 4500 km od punktu uderzenia, można było grać w krykieta i czytać gazety przy blasku nocnego nieba. Z Belgii nadchodziły opisy ogromnej czerwonej zorzy nad horyzontem, już po zachodzie słońca, jakby szalał gdzieś wielki ogień. To dziwnie jasne niebo widziano nad całą Europą, europejską częścią Rosji, zachodnią Syberią i daleko na południe, aż po góry Kaukazu. Zdjęcia robiono o północy lub później, z minutowym czasem naświetlania, w Szwecji, Szkocji i daleko na wschód aż po uniwersyteckie miasto Kazań, nad brzegiem Wołgi…

Gazety i czasopisma naukowe poświęciły wówczas sporo uwagi temu wydarzeniu. Niektórzy myśleli, że to drobinki lodowe uformowały się wysoko w atmosferze i odbijały światło słoneczne. Inni uważali, że miało to związek z jakimś dziwnym zaburzeniem zorzy. Kohl, duński astronom, zwrócił uwagę na fakt, że nieco wcześniej nad Danią zaobserwowano kilka bardzo dużych meteorów, i sądził, że pył kometarny w wyższych warstwach atmosfery może wyjaśniać ten fenomen. Nie było jednak zgody co do tego, co się rzeczywiście wydarzyło.

Ponad 800 km na południe od miejsca uderzenia, w Irkucku w pobliżu Bajkału, przy granicy z Mongolią, sejsmograf zarejestrował silne drżenie ziemi.

Około 600 km na południowy zachód od miejsca eksplozji 30 czerwca o godz. 7:17 motorniczy pociągu linii transsyberyjskiej musiał zatrzymać pociąg z obawy przed wykolejeniem z powodu drżenia i wstrząsów.

Silne podmuchy wiatru były odczuwalne w miastach oddalonych o 500-600 km.

W irkuckiej gazecie z 2 lipca donoszono, że w wiosce oddalonej od Tunguzkiej o około 300 km, wieśniacy widzieli zbliżającą się do Ziemi kulę ognia jaśniejszą od Słońca, za którą ciągnęła się ogromna chmura czarnego dymu i rozwidlony język ognia oraz słychać było głośny huk jak od wystrzału z karabinu.

„Wszyscy mieszkańcy wioski w panice wybiegli z domów. Starsze kobiety płakały i wszyscy myśleli, że zbliża się koniec świata.” […]Lokalne gazety syberyjskie przynosiły informacje o ognistej kuli na niebie i o budzącej grozę eksplozji, ale do jesieni 1908 roku sprawa przycichła, a w Petersburgu, Moskwie oraz na Zachodzie historia przeszła niezauważona. Okolica, w której miało miejsce to wydarzenie (sam środek Syberii), była jednym z najtrudniej wówczas dostępnych rejonów na Ziemi. [… ] Jednakże, przetrwały wieści o tym nadzwyczajnym wydarzeniu, przekazane przez geologów i innych naukowców pracujących na tym terenie. Przyciągnęło to uwagę badacza meteorów, Leonarda Kulika […] Jednak dopiero w 1927 roku ekspedycja prowadzona przez Kulika ostatecznie dotarła na miejsce eksplozji z 1908 roku. […]

Energia wybuchu została obliczona na podstawie stopnia powalenia lasu i fal niewielkiego ciśnienia, które nadciągnęły z prędkością dźwięku i zostały zarejestrowane przez barografy na całym świecie […] Ciągi fal były niepodobne do jakichkolwiek wcześniej zanotowanych, ale przypominają te powstające w wyniku wybuchu bomby wodorowej. Wydaje się, że impakt miał energię od 30 do 40 megaton, czyli kilkudziesięciu przeciętnych bomb wodorowych.

Data uderzenia (30 czerwca) odpowiada przechodzeniu Ziemi przez maksimum roju Beta Taurydów. Z tego, jak i z trajektorii upadku wydaje się wynikać, że tunguski obiekt należał do Taurydów. Prawdopodobnie Ziemia przeszła przez zagęszczenie w tym roju.

Następstwa eksplozji Tunguskiej

Następstwa eksplozji Tunguskiej

Rysunek pokazuje kierunki podmuchu

Rysunek pokazuje obszar zniszczenia w porównaniu do powierzchni okręgu stołecznego Waszyngton

Wystąpienie w tym stuleciu impaktu o energii bomby wodorowej daje trochę powodów do niepokoju. Ciekawe, czy historyczna percepcja byłaby taka sama, gdyby bolid trafił w teren zamieszkały albo w miasto. Jednak w rzeczywistości uderzenie w rejonie Tunguzkiej jest całkiem trywialne:

W tym roku, w niedzielę poprzedzającą noc świętojańską, po zachodzie słońca i zaraz po pojawieniu się na niebie Księżyca, pięciu lub więcej mężczyzn, którzy siedzieli zwróceni twarzami w stronę Księżyca, było świadkami przedziwnego zjawiska. Księżyc w nowiu [raczej w ostatniej kwadrze – przyp.] świecił wtedy jasno i jak zawsze w tej fazie jego rogi były skierowane na wschód. Nagle górny róg rozdzielił się na dwa. Ze środka tego podziału wytrysnęła smuga ognia, wyrzucając na znaczącą odległość ogień, żar i iskry. W międzyczasie zakręcony, jakby zaniepokojony rogal Księżyca, według słów tych, którzy mi o tym opowiedzieli, a widzieli to na własne oczy, zwinął się jak zraniony wąż. Następnie powrócił do swojego właściwego kształtu. Zjawisko to powtórzyło się przynajmniej kilkanaście razy – płomień przybierał różne kręte kształty, po czym wracał do normy. Po tych transformacjach Księżyc od rogu do rogu, czyli wzdłuż całego swojego [widocznego] obwodu, stawał się niemal czarny. Historia ta została mi przedstawiona przez mężczyzn, którzy widzieli to na własne oczy i są gotowi przysiąc na własny honor, że nie ubarwili ani nie sfałszowali powyższej relacji.

To osobliwe sprawozdanie zapisane jest w kronikach średniowiecznego mnicha znanego jako Gerwazy z Canterbury. Wydarzenie miało miejsce w roku 1178 n.e. w dniu 18 czerwca według kalendarza juliańskiego, co odpowiada wieczorowi 25 czerwca w kalendarzu gregoriańskim. Jeśli sprawozdanie jest prawdziwe, to oczywistym jest, że zostało w nim opisane pewne niezwykłe zdarzenie na Księżycu, i ekspert ds. meteorów, Hartung, postawił hipotezę, że to, co zostało zaobserwowane i odnotowane 800 lat temu, było zderzeniem meteoru z Księżycem, a płomień był mieszaniną rozżarzonych gazów albo odbiciem światła słonecznego od pyłu wyrzuconego z krateru. Zaczernienie Księżyca na jego obwodzie było tymczasową zawiesiną pyłu podtrzymywaną przez ulotną atmosferę. […]

Hartung wydedukował, że jeśli jest tam krater, to powinien  mieć średnicę przynajmniej 10 km, posiadać jasne promienie rozciągające się na odległość ponad 100 km i znajdować się pomiędzy 30 i 60 stopniem szerokości geogr. północnej i 75 a 105 stopniem długości geograficznej wschodniej na Księżycu.

Tak się składa, że jest taki krater o przewidzianych cechach – krater nazwany imieniem siedemnastowiecznego heretyka, Giordano Bruno. Położony jest na 36 stopniu szerokości geogr. północnej i 105 stopniu długości geogr. wschodniej, w obrębie przewidzianego obszaru. Ma ok. 20 km średnicy i wyróżnia się swoją niezwykłą jasnością oraz imponującym systemem promieni, rozchodzących się na setki kilometrów. […]

©Unknown - Krater Giordano Bruno na księżycu ma ponad 22km średnicy

©Unknown - Krater Giordano Bruno na księżycu.

Należy zwrócić uwagę na to, że NASA próbowała obalić teorię Hartunga, mówiąc:

Takie zderzenie spowodowałoby podobną do zamieci, trwającą tydzień meteorową burzę na Ziemi – jednak nie odnotowano takiej burzy w żadnym źródle historycznym, włączając w to europejskie, chińskie, arabskie, japońskie i koreańskie archiwa astronomiczne.

Otóż z naszych dotychczasowych badań wiemy, że niekoniecznie tak jest. Mogły nastąpić zderzenia z Ziemią, o których nikt nie wiedział – co potwierdza Tunguska – i niekoniecznie musiałoby być tak, że obiekt uderzający w Księżyc spowodowałby zamieć meteorów na Ziemi.

Wróćmy do Clube’a:

Jest przeznaczeniem wszystkich gatunków wyginąć i większość gatunków podobnych do człowieka już wymarło. Oprócz wymierania, mają miejsce w naturze duże wahania w liczebności populacji, czasem w obrębie kilku lat. Czynnikiem kontrolującym jest często klimat, a na klimat Ziemi mogą w znacznym stopniu wpływać warunki astronomiczne.

Postuluje się, że obecne „zmiany klimatyczne” związane są z przechodzeniem Ziemi przez chmury kosmicznego pyłu. Być może nawet zjawiska takie jak „chemtrails” [smugi chemiczne] są efektem gromadzenia się takiego pyłu w wyższych warstwach atmosfery.

Dwa i pół wieku pomiędzy kronikami Gerwazego z 1178 roku a początkiem Czarnej Śmierci w Europie w 1348 to okres „ostrego kryzysu społecznego”. Co najmniej jeden kronikarz donosi o najbardziej bezpośredniej przyczynie plagi w 1345, pisząc: „Od Chin po Persję lał się deszcz ognia; sypiąc płatkami jak śnieg i podpalając góry i równiny oraz inne ziemie, z kobietami i mężczyznami. Następnie pojawiły się olbrzymie masy dymu. Ktokolwiek to przetrwał, umierał w ciągu sześciu godzin…” Wydaje się możliwe, że fundamentalną rolę w tym procesie grało globalne ochłodzenie Ziemi. Arktyczna pokrywa polarna rozciągnęła się, zmieniając układ cyklonów i prowadząc do katastrofalnych żniw. To z kolei doprowadziło do głodu na szeroką skalę, śmierci i społecznego rozprzężenia.

W Anglii i Szkocji mamy opuszczone wioski i farmy, gwałtownie wzrastające ceny pszenicy i upadające populacje.

Wschodnia Europa doświadczyła serii niespotykanie surowych zim z grubą pokrywą śniegu. Kroniki klasztorne w Polsce i Rosji mówią o kanibalizmie, zbiorowych mogiłach przepełnionych zwłokami oraz o migracjach na zachód.

Nawet jeszcze przed nadejściem Czarnej Śmierci, w późnych czasach średniowiecznych, w drodze była katastrofa ludzka na ogromną skalę. Faktycznie, przejściowe ochłodzenie wykracza sporo poza okres […] plagi. Fluktuacje takie odnajdujemy w zapisach historycznych i istnieją dowody, że te klimatyczne napięcia są powiązane nie tylko z głodem, lecz również z czasami wielkich społecznych zamieszek, wojen, rewolucji oraz migracji ludności na masową skalę.

Pomimo swoich traumatycznych efektów, te globalne ochłodzenia prawdopodobnie nie były większe niż około jeden stopień w okresie letnim w stosunku do dzisiejszych temperatur – jednak nawet stosunkowo niewielkie klimatyczne zmiany miały znaczny wpływ na historię ludzkości. Poważne ochłodzenie klimatu to  rożnica kilku stopni. Przy naszej aktualnej zależności od upraw „zielonej rewolucji” – wąsko przystosowanych do dawania wysokich plonów przy zawężonym zakresie odpowiadających im warunków klimatycznych – początek takiej „zimy” przyniósłby światowej populacji katastrofalne skutki w ciągu dekady, a nawet w ciągu jednego roku. Takie wydarzenia nie należą do codziennych doświadczeń, a fakt ich istnienia nie jest powszechnie znany, nawet jeśli stanowią zagrożenie znacznie bardziej przerażające niż jakiekolwiek lepiej znane katastrofy, takie jak trzęsienia ziemi, klęski głodu czy powodzie. […] Co więcej, cywilizacja stoi w obliczu nierozpoznanego jak dotąd kosmicznego zjawiska, które mogłoby bez ostrzeżenia pogrążyć ją w mrokach średniowiecza. (Clube, „The Cosmic Winter” [Kosmiczna Zima])

Co można zrobić?

Niestety nastanie i zasięg następnej kosmicznej zimy zależy obecnie od licznych imponderabiliów, które wykraczają poza zakres aktualnej wiedzy – nie da się teraz ocenić, co przyniesie przyszłość. Nie jest to oczywiście satysfakcjonujący stan rzeczy. Nie możemy również oczekiwać, że Natura powstrzyma się przez wzgląd na naszą ignorancję i brak przygotowania. Jednakże dostrzegając powagę zagrożenia kosmiczną zimą dla przetrwania ludzkości i zauważając ogromne wydatki rzędu miliardów dolarów przeznaczane na całą gamę przygotowań na okoliczność wszelkich pomniejszych nieszczęść i katastrof, zarówno antropogenicznych jak i naturalnych, nie wyłączając chorób i wojen nuklearnych, należy również zauważyć, że ani jeden cent z podatków nie jest obecnie przeznaczany na badania poświęcone temu zagrożeniu. […]

Pierwszym krokiem musi więc być poszukiwanie. Asteroida na orbicie Taurydów, niosąca 100 tysięcy megaton energii uderzeniowej, ukazująca się na nocnym niebie, przez lornetkę byłaby dostrzegalna na około sześć godzin przed uderzeniem. W chwili, kiedy dałaby się zobaczyć gołym okiem, do kolizji zostałoby najwyżej pół godziny. Tuż przed upadkiem przez około 30 sekund byłaby widziana jako jasno świecący ruchomy obiekt. To nie dość czasu, żeby przygotować się do [kosmicznej] zimy. Pierwszą potrzebą jest więc gruntowne przeszukanie ziemskiego otoczenia oraz odkrycie i wyśledzenie pewnie dziesiątek tysięcy obiektów. Technicznie jest to wykonalne.

Przeprowadzenie takiego programu obserwacyjnego, nowatorskiego badania przeszłości, wspartego nowymi astronomicznymi ujęciami, również jest konieczne – nie tylko dla samego badania, ale również dla lepszego zrozumienia zagrożeń. […]

Od zwykłej statystycznej projekcji trzeba będzie przejść do szczegółowej prognozy, a więc rozpoczęcia badań zarówno środowiska Ziemi jak i naszej historii i prehistorii. Jak zaznaczyliśmy, takie studia nie mogą być postrzegane jedynie jako akademicka zabawa: nie ma nic akademickiego (teoretycznego) w uderzeniu o sile 1000 megaton, a współczesna perspektywa „błędu nuklearnego”, nie wspominając o kryzysie jądrowym, jeszcze pogarszają sprawę.

A jeśli zaczną wyć syreny, co wtedy? Przy możliwościach obecnej technologii ledwie wykonalne może być zmienienie kursu małej asteroidy – pod warunkiem dostatecznie wczesnego jej wykrycia – ale nie roju takich obiektów […] Przynajmniej, w odróżnieniu od naszych przodków, mamy szansę zadziałać – nie musimy już bezradnie powierzać swojego losu bogom. Głównym obecnie problemem jest uświadomienie sobie istnienia problemu. 

Trzy tysiące lat temu, zgodnie ze starym jak świat zwyczajem, królowie Babilonu wciąż zatrudniali księży-astronomów, żeby ostrzegali o kosmicznych wizytach. Tysiąc lat temu cesarze Chin wciąż polegali na tego typu zdolnościach, a w Europie papież zobaczył wiadomości zapisane na nieboskłonie i przynaglał do Świętej Wojny. To ostatnie było jednak odstępstwem. Przez ostatnie dwa i pół tysiąca lat dawało się dostrzec zanik i upadek bogów niebieskich oraz nasilające się przekonanie, że kosmos jest ustabilizowany. Ta zmiana paradygmatu była nieuświadomiona, poręczna, skryta i całkowita. Zapewne ponownego odkrycia zagubionej tradycji nie udałoby się uzyskać wyłącznie na podstawie analizy starożytnych tekstów. Klucza musiały dostarczyć, i dostarczyły, akcesoria współczesnej nauki. Stanowi to zbawienną lekcję zarówno na temat jakości ludzkiego rozumowania i możliwości długotrwałego pozostawania w błędnym rozumieniu, jak i na temat istotnej jedności wiedzy.

Naiwnie jednakże byłoby sądzić, że wystarczy tylko wskazać głęboko tkwiące szczeliny w strukturze współczesnej wiedzy, żeby uczeni zasiedli do konstruowania lepszej struktury, w ramach której człowiek mógłby planować swoją przyszłość. W status quo zainwestowany jest znaczący kapitał intelektualny – kapitał wystarczający do zagwarantowania, że zainteresowani zachowaniem status quo, ci „oświeceni” i „panujący”, będą w dalszym ciągu przedstawiali nam kosmos w dogodnej dla nich, nieszkodliwej postaci. Historia idei ujawnia, że niektórzy idą nawet dalej i działają jako swego rodzaju policja myśli, zaganiając potencjalnych odmieńców do szeregu. Dla nich chwilowa władza ma pierwszeństwo przed losem całego gatunku. (Clube, “The Cosmic Winter”)

Uznany astronom, Fred Hoyle, przyjaciel i współpracownik Clube’a, zamieścił parę interesujących uwag w swojej książce: „Katastrofy kosmiczne i narodziny religii”, ujmując rzecz podobnie jak Clube.

Nauka jest wyjątkowym obszarem ludzkiej działalności pod tym względem, że rozporządza rozległymi zasobami wiedzy pewnej. Kolektywna opinia naukowców, specjalistów w danej dziedzinie, na temat dowolnego poruszanego przez nich problemu będzie prawie zawsze słuszna. Jest wątpliwe, żeby gros wiedzy na tych obszarach uległo w przyszłości zmianie, nawet za kilka tysięcy lat. A ponieważ technologia opiera się niemal wyłącznie na wiedzy z tych właśnie obszarów, produkty technologii działają tak, jak mają działać. 

Jednak w przypadku obszarów wiedzy niepewnej sprawa przedstawia się zgoła inaczej. W rzeczywistości jest dokładnie odwrotnie – z prawie zawsze błędną opinią naukowców włącznie.

Łatwo to udowodnić. Gdyby bowiem tak nie było, przy tak dużej w dzisiejszych czasach ilości naukowców i z racji – ku ich radości – dużego finansowego wsparcia, niepewne problemy byłyby już rozwiązane. Możecie więc być pewni, że tam, gdzie problemy długo nie znajdują rozwiązania, mimo znacznej ilości pracujących nad nimi naukowców, idee użyte do atakowania problemu muszą być błędne.

Błędem jest więc zwracanie uwagi na popularne idee przy rozwiązywaniu niepewnych kwestii, a im bardziej poważane są te idee, tym pewniej są błędne. […]

Kolejną ważną kwestią omawianą w książce są początki życia, które – zgodnie z uznaną opinią – są tutejsze, ziemskie. Wyobraźcie sobie historię Ziemi sprowadzoną do jednego dnia. W takim wypadku życie nie pojawiło się w ciągu ostatnich 20 godzin, ponieważ skamieniałości dowodzą, że istniało wcześniej. Nie powstało również w pierwsze 3 i 1/2 godziny, ponieważ w tym wczesnym okresie Ziemia była tak intensywnie bombardowana pociskami z kosmosu, że nie przetrwały nawet kamienie, brutalnie rozbijane w drobny pył. Tak więc jeśli życie powstało na Ziemi, to nastąpiło to pomiędzy 3:30 a 4:00 rano. Poprosimy w takim razie o  dowody na to, że ten niezwykły biochemiczny cud narodzin życia wydarzył się w tym dosyć krótkim czasowym przedziale historii Ziemi. Przetrwało z tamtego okresu trochę kamieni sedymentacyjnych, ale niestety zostały tak bardzo rozgrzane, że wszelkie skamieniałe dowody życia i jego początków, jakie mogły były istnieć, przepadły. Tak więc dowody potwierdzające powszechnie uznane wierzenie są żadne. 

To świetny przykład popularnego wierzenia opartego na niczym.

Kolejnym znaczącym aspektem jest skala niesławy, jakiej doświadcza ten, kto tej idei zaprzecza. Wystarczy skromna wiedza z zakresu biochemii, by zorientować się, że to jeszcze jeden sposób na wywołanie powszechnej wrzawy.

Biologia jest tego pełna. Wmawia się nam, że dobór naturalny działa w kierunku rozprzestrzeniania drobnych korzystnych mutacji i tłumienia czynników niekorzystnych. Jeśli jednak gatunek ma się istotnie w jakimkolwiek kierunku rozwinąć, drobne zmiany muszą być częste, a w takim przypadku zmiany dobre i złe nakładają się na siebie, jak więc doborowi naturalnemu udaje się je rozdzielić? Przy generalnie częstszym występowaniu niekorzystnych zmian niż korzystnych – co do tego panuje powszechna zgoda – wszystkim co dobór naturalny może zrobić, w każdym razie w dowolnym prostym systemie replikacyjnym, to zminimalizować tempo, w jakim zmiany prowadzą ku gorszemu.

Można by pomyśleć, że przy odrobinie chęci i dbałości problem ten powinien zostać rozwiązany, o ile jednak wiem, tak się nie stało. Skamieniałości z ostatnich 500 milionów lat dostarczają poważnej listy zarzutów wobec biologicznego spojrzenia na ewolucję.  Dostarczają pod dostatkiem przykładów zmian drobnych i nielicznych (lub żadnych) przykładów poważnych zmian. Jeśli teoria ewolucji jest poprawna, a tak podejrzewam, wielkie zmiany następują nagle, a małe powoli. Te duże zmiany są tak gwałtownie, że nie mogą być odtworzone z przypadkowych momentów uwiecznionych w skamieniałościach. Mówiąc językiem fizyków, ewolucja odbywa się według schematu dającego się przedstawić za pomocą ciągu funkcji delta, a nie gładko, jak chciałyby ją widzieć uznane instytuty naukowe.

Ponad sto lat temu Alfred Russel Wallace zauważył, że wyższe cechy człowieka nie mają żadnej przyczyny, podobnie jak sam Kosmos. Tam gdzie cechy ludzkie zostały wykształcone przez ewolucję i dobór naturalny, tam występują małe różnice pomiędzy osobnikami. Przy zapewnionych równorzędnych możliwościach treningu, wyniki w biegu na czas zdrowych mężczyzn w wieku 20 lat nie będą się różnić o więcej niż 10 procent, nawet w stosunku do biegaczy olimpijskich.

Jednak w przypadku cech wyższych jest zupełnie inaczej. Na podstawie wywiadów z nauczycielami sztuk plastycznych Wallace oszacował, że tylko jedno dziecko na sto rysuje instynktownie. Podobne proporcje występują też w muzyce i matematyce. Natomiast dla wyjątkowo wybitnych w tych dziedzinach proporcje są jak jeden do miliona. Zauważywszy to, Wallace postawił hipotezę, że podczas gdy zdolności o małym rozrzucie, jak np. bieganie, były istotne dla przetrwania prymitywnego człowieka, wyższe zdolności nie mają dla przetrwania żadnego znaczenia.

Może niezupełnie jest to prawda? Może „wyższe zdolności” mają znaczenie dla przetrwania w sensie jednostek potrafiących „odczytać znaki” w naukowo sprawdzalny sposób? Albo, nieco spekulując, być może wyższe zdolności były w stanie zapewnić przetrwanie dzięki możliwości ostrzeżenia innych o nadciągającej katastrofie, dając tym samym impuls do podjęcia odpowiednich przygotowań w celu przetrwania?

Uważa się, że w ciągu dwunastu lat spędzonych w Amazonii i lasach Wschodnich Indii, Wallace osobiście odkrył 30 tysięcy nowych gatunków. Utrzymywał się wysyłając swoje okazy agentowi w Londynie, który następnie sprzedawał je do muzeów. Przez większość czasu, kiedy nie pisał swoich epokowych dzieł o ewolucji biologicznej, żył wśród dzikich plemion. Wallace wiedział więc sporo na temat sposobów przetrwania prymitywnych ludzi, prawdopodobnie więcej niż ktokolwiek inny z jego pokolenia i być może więcej niż ktokolwiek dzisiaj. Jego poglądy na tę sprawę są więc wielkiej wagi. Mówił on, że nigdy nie spotkał się z sytuacją, w której  znajomość matematyki pomogłaby dzikim plemionom. Tak rzadko umieli liczyć, że w ciągu 12 lat spotkał tylko kilku, którzy potrafili policzyć do dziesięciu.

Jego konkluzją było to, że wyższe cechy, cechy o znacznym wśród ludzi zróżnicowaniu, nie wykształciły się w wyniku doboru naturalnego.

Zdolności wykształcone w drodze doboru naturalnego charakteryzują się słabym zróżnicowaniem. Zdolności nie wykształcone w drodze doboru naturalnego cechuje duży rozrzut. […]

Myślę, że wyższe cechy muszą mieć źródło w genetyce, tak samo jak i pozostałe. Tajemnicze jest natomiast to, że musimy być wyposażeni w te geny, zanim będą mogły się do czegoś przydać. Kolejność wydarzeń jest odwrotna niż byśmy się normalnie spodziewali, co oczywiście napawa goryczą ogólnie uznane opinie. Sprzeciw budzi fakt, że podważa to czyjeś poglądy, prowadząc do pojawiania się całej gamy nowych idei. Dokładnie tego nie lubi powszechne uznanie, albowiem rozkwita ono jedynie w czasach stagnacji. […]

Już w 1813 roku, podczas wykładu dla Towarzystwa Królewskiego w Londynie, William Wells opisał proces ewolucji jako zachodzący drogą doboru naturalnego. We wczesnych latach trzydziestych XIX w. pojawiły się pytania o szczegóły przebiegu tego procesu. Czy jest on w stanie wyjaśnić wielkoskalową ewolucję, podobnie jak robi to dobrze znana wersja teorii ewolucji, wykorzystująca obraz rozgałęzionego drzewa? Zgodnie z przeważającą opinią – nie, i ma to swój powód, ten sam, który uniemożliwił znalezienie na to pytanie odpowiedzi entuzjastów późniejszego ruchu darwinistycznego.

Zaobserwowano, że rośliny i zwierzęta zawsze, albo prawie zawsze mają ograniczone siedliska, zazwyczaj z całkiem wyraźnie zakreślonymi granicami, w których się rozwijają, a poza którymi – nie.

Czemu, jeżeli ewolucja mogła stworzyć bardzo duże różnice jak te między końmi, niedźwiedziami  i naczelnymi, nie mogłaby stworzyć tych znacznie mniejszych różnic, które posłużyłyby gatunkom do poszerzenia granic ich ograniczonych siedlisk?

Dlaczego gatunki nie mają plastyczności (jak zostało to nazwane) pozwalającej im rozprzestrzenić się na cały świat? Fakt, że zdecydowanie tak się nie stało, sugeruje, że podczas gdy drogą doboru każdy gatunek dostosował swoje zdolności w dostępnym mu zakresie, zakres ten w każdym przypadku jest niewielki, znacznie mniejszy niż ten potrzebny do wytworzenia różnicy między końmi a niedźwiedziami. (Hoyle, The Origin of the Universe and the Origin of Religion)

Zacytowane wyżej uwagi Hoyle’a budzą oczywiście wiele pytań, ale pierwsze, które przychodzi mi na myśl to czy ludzie z „wyższymi zdolnościami” są mutacjami? Wiąże się z tym jeszcze inne pytanie: czy mutacjami, tyle że w innym kierunku, są również psychopaci? Ale nie chcę się jeszcze zagłębiać w ten temat, zachowajmy go na następny artykuł. Chcę natomiast powtórzyć to, co napisałam w poprzednim artykule:

Jeśli krótkookresowe bombardowanie naszej planety przez komety albo pył kometarny faktycznie się zdarza (a coraz bardziej wydaje się to być prawdą), a efekty takiego zdarzenia są skrajnie szkodliwe, i jeśli faktycznie czeka nas powtórka takiego przedstawienia (co również wydaje się być prawdą), to czym dla aktualnego status quo naszej planety może poskutkować powszechna tego świadomość? Czy fikcyjna „wojna z terrorem” nie straciłaby na znaczeniu i czy ludzie na całej planecie nie zaczęliby się natychmiast domagać, żeby ich polityczni przywódcy zastanowili się nad priorytetami i podjęli wszelkie możliwe działania, żeby zmniejszyć zagrożenie? A jeśli ci polityczni liderzy odmówiliby i wyszłoby na jaw, że to śmiertelne zagrożenie dla życia miliardów ludzi istniało od dawna i było dobrze znane politycznej elicie (ze wszystkimi implikacjami), to co wtedy? Rewolucja? Jedno wielkie hurra przed szóstym wymarciem?

Kto wie. Wiemy tylko, że wiedza ta, w najpełniejszym znaczeniu tego pojęcia, jest zatajana i marginalizowana. Interesujące może być odkrycie powodów tych psychologicznych gier i zagrywek. Przyjrzymy się temu w następnej kolejności – dlaczego ludzkość jest tak Głucha, Głupia i Ślepa?

Dojdziemy do tego!

– –

Przypisy:

1) Luis Walter Alvarez (1911-1988) – amer. fizyk eksperymentalny i wynalazca, laureat Nagrody Nobla; Walter Alvarez (ur. 1940) – amer. prof. nauk planetarnych na University of California, Berkeley; doktorat z geologii na Princeton University. 

2) Warstwa osadów rozgraniczająca warstwy kredy od trzeciorzędu, bogata w iryd. Więcej: w Wikipedii (ang.)

3) Uniformitaryzm, aktualizm geologiczny – zasada geol., w myśl której czynniki działające na skorupę ziemską były w przeszłości podobne do obecnych i wywoływały podobne procesy geol.

4) Carolina Bay – pas eliptycznych depresji ciągnący  się wzdłuż Wschodniego Wybrzeża przez osiem stanów: Delaware, Maryland, New Jersey, Karolinę Północną, Karolinę Południową, Wirginię, Georgię oraz Florydę.

Reklamy

10 Komentarzy »

  1. Nie doczytując do końca artykułu miałem zamiar napisać o ukrywaniu wiedzy i utrzymywaniu całej populacji w wielkiej ignorancji ,w stosunku do osiągnięć nauki w ogóle, przez skorumpowanych naukowców wszelkiego typu, od historii Świata i poszczególnych Narodów po nauki fizyczne i techniczne, z całą szeroką gama różnych nauk i ich specjalności.
    Nie będę się zastanawiał dlaczego, bo Pani Laura w dość szerokim zakresie to wyjaśniła, ale myślę,ze najważniejszym powodem jest utrzymywanie populacji w ciągłym strachu, nie przejmując się jej losem, jak swoim własnym, przy wykorzystaniu skorumpowanych mediów, których cała gama rozlewa się po świecie.

    Problem poruszony przez Panią jest bardzo poważny i wymaga upowszechnienia, co próbuje Pani robić, ale ostatnie zdanie z artykułu oddaje podejrzenie , a nawet pewność, że ludzkość jest Głucha, Głupia i Ślepa ???
    To stwierdzenie ma swoje konotacje w skorumpowanych mediach, które pracują nad tym aby ludzkość nie słyszała, aby nie zmądrzała i nie widziała tego co jest na widoku, bo najłatwiej schować wszystko na widoku, zajmując ludzkość właśnie tematami zastępczymi wywołującymi strach np. fikcyjną pandemią świńskiej grypy., czy fałszywe globalne ocieplenie i tragiczne dla życia zmiany klimatu.

    Myślę,że nie wszystko rządzącym światem, tym „oświeconym” , się udaje, bo świadomość ludzka staje się coraz większa i rośnie w dalszym ciągu, dzięki wielu filmom , artykułom podobnym do pańskiego, szeroko propagującym wiedzę o istocie zbrodniczego postępowania tych „oświeconych”.

    Wypadałoby podziękować Pani i innym propagatorom wiedzy o rzeczywistości , w której wszyscy trwamy i mieć nadzieję,że nasza wiedza o rzeczywistości również będzie rosła , jak nasza świadomość, dla przeciwdziałania tym chorym zamierzeniom.

    Komentarz - autor: Kapol — 23 listopada 2009 @ 15:16

  2. Patrząc na źródła wiedzy astronomicznej jaką dysponujemy obecnie poza przejściem naszej planety przez równik galaktyczny (czego skutki trudno oszacować posługując się jedynie modelami) nie widać oznak żadnych kosmicznych fajerwerków dla „uświetnienia” roku 2012. Kalendarz Majów został zdyskredytowany jako źródło o katastrofie. Zagrażające nam trajektorie znanych bolidów są śledzone, nie słychać nic o kursie kolizyjnym, któregokolwiek z nich. Skąd więc przypuszczenia o deszczu asteroidów mającego nawiedzić Ziemię akurat w roku 2012?

    Komentarz - autor: nocny — 23 listopada 2009 @ 16:27

  3. Coś o ukrywaniu informacji.
    http://www.space.com/news/090610-military-fireballs.html

    Komentarz - autor: Numriel — 23 listopada 2009 @ 19:44

  4. @nocny
    A kto tu cokolwiek mówi o 2012 albo o kalendarzu Majów? Poza Tobą, rzecz jasna.

    Komentarz - autor: iza — 23 listopada 2009 @ 20:40

  5. @Nurmiel
    Czytales ten wpis na naszym blogu?

    Komentarz - autor: iza — 23 listopada 2009 @ 23:14

  6. W rzeczy samej w tekście nie ma nic o 2012, że o biednych Majach nie wspomnę 🙂 Zapuściłem takie przypuszczenie, że te informacje o astrozagrożeniach zaczynają krążyć w obiegu informacyjnym wobec daty 2012 szczególnie często. Histeria wokół tej daty opiera się na źle pojętym kalendarzu Majów. Dlatego o tym napisałem. Środowiska astronomiczne śledzą te obiekty cały czas, społeczeństwo „jara” się tym tematem okazyjnie. Jak jest powód by zacząć jakąkolwiek modę znajdą się spece by to wykorzystać.
    Z asteroidami problem jest taki, że bardzo trudno przewidzieć ich rzeczywistą trajektorię, przestrzeń kosmiczna pełna jest przecież różnych oddziaływań. Nie dysponując zaawansowanym sprzętem pomiarowym i obserwacyjnym nie da się nic w tej dziedzinie ustalić. Tylko profesjonalne placówki badawcze mogą takie badania prowadzić. Jeśli dobrze zrozumiałem przytaczane materiały przez cytowanych autorów mają dowieść że środowiska naukowe tego nie robią. Jeśli źle zrozumiałem proszę mnie poprawić. Trudno się jednak z tym zgodzić śledząc chociażby doniesienia licznych stron astrofizycznych, że ani jeden cent nie jest wydawany na badania pod kątem zagrożeń ze strony rojów asteroidowych. Skąd więc ten wniosek? Budowanie atmosfery strachu wykorzystując niewiedzę potencjalnego czytelnika nie jest nowością. Każdy chce ugrać dla siebie bilet do zainteresowania, szczególnie w szaleństwie magicznej daty 2012. Tak bym to widział. Co do zdarzenia tunguskiego to z pewnością nie był to żaden znany obiekt asteroidowy jest to dowiedzione w licznych publikacjach.

    Komentarz - autor: nocny — 24 listopada 2009 @ 11:08

  7. @nocny

    Diabeł ukrywa się w szczegółach, które Ty zdajesz się wrzucać do jednego worka. Zachęcam Cię do uważnego przeczytania wszystkich artykułów cyklu kometarnego. Najlepiej oczywiście w oryginale, bo co oryginał to oryginał, poza tym nie wszystkie są przetłumaczone. Ale nawet nasze przekłady powinny Ci dostarczyć sporo informacji.

    Jako wskazówkę zacytuję fragment tego wpisu:

    Nauka mainstreamowa, zwłaszcza amerykańska, skupia się na dużych kometach i asteroidach i przed nimi stara sie uchronić Ziemię. Rzecz w tym, ze tego typu impakty zdarzają się bardzo rzadko, więc i zagrożenie dla Ziemi z ich strony jest stosunkowo niewielkie. Clube uważa, że prawdziwe zagrożenie dla naszej planety stanowią komety, które rozpadły się na drobne kawałki. Zderzenia z takimi fragrentami komet (mniejszymi niż 1 km) zdarzają się dużo częściej, stąd stanowią poważniejsze niebezpieczeństwo, zwłaszcza kiedy wkalkuluje się ryzyko masowego zbombardowania przez takie odłamki.

    Komentarz - autor: iza — 24 listopada 2009 @ 15:26

  8. Możliwe że czytałem,ta informacja pojawiała się w różnych źródłach i żeby podać ów link musiałem sam wpisać w wyszukiwarkę odpowiednie zdanie bo jakbym szukał po źródłach które kiedyś czytałem to parę godziny by mi zeszło. 🙂
    Inny nius dosyć popularny niedawno,zbyt zauważalne by je ukryć chodź dziwne że zaczeli o tym pisać po kilkunastu dniach.
    http://www.telegraph.co.uk/science/space/6444895/Asteroid-explosion-over-Indonesia-raises-fears-about-Earths-defences.html

    Komentarz - autor: Numriel — 25 listopada 2009 @ 00:43

  9. @nocny

    Warto też pamiętać o jeszcze jednym, mało widocznym (o ile w ogóle) diable, a mianowicie o zagrożeniu ze strony ciemnych komet. Można było o tym poczytać w sierpniowym odcinku Łączenia Punktów.

    @Numriel

    A ten nius to już 29 października widniał w zakładce „Best of the Web” na Sott.net

    Zignorowane przez zachodnie media: Indonezyjska asteroida wybuchła z energią „małej bomby atomowej”

    pozdrawiam

    Komentarz - autor: Darek — 25 listopada 2009 @ 10:04

  10. i poczucie humoru Laury ze swadą jest wyśmienite ,bo cóż nam mogą zgotować oprócz tego co czynią. ?

    Komentarz - autor: Janko — 14 września 2010 @ 04:19


RSS feed for comments on this post. TrackBack URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: