PRACowniA

26 Marzec 2009

Panowie wojny i ich język

Filed under: Różne,Świat wokół nas — pracowniaiv @ 13:08
Tags: , ,

Notka: Dzisiaj przedstawiamy artykuł, którego treść może okazać się pomocna podczas prób zrozumienia niektórych zagadnień z drugiej części lutowego odcinka Łączenia Punktów (nieustannie pracujemy nad jego przekładem).

Artykuł zaczerpnięty stąd.


„Panowie wojny i ich język” – Murid Barghuti

Murid Barghuti urodził się w 1944 roku w Deir Ghassaneh koło Ramalli (Zachodni Brzeg Jordanu). Opublikował dwanaście zbiorów poezji, jest znany w wielu krajach arabskich i licznych stolicach europejskich. W 2000 roku nagrodzony Palestine Award for Poetry i medalem literackim Naguiba Mahfouza za autobiograficzną książkę „I saw Ramallah”. Opublikowano ją po angielsku w AUC Press z przedmową Edwarda Saida (1997), została przetłumaczona na wiele języków. W maju 2003 ukazało się jej nowojorskie wydanie kieszonkowe (Random House).

„Palestyńczycy są jak rak. Jest wiele sposobów na leczenie raka. Na razie stosujemy chemioterapię”. Moshe Yalon, szef sztabu armii izraelskiej.

„Powinniśmy kiedyś zmniejszyć liczbę Palestyńczyków żyjących na terytoriach”. Eitan Ben Eliahu, dowódca izraelskich wojsk lotniczych.

„Za każdą z naszych ofiar powinno zginąć tysiąc Palestyńczyków”. Michael Kleiner, przewodniczący partii Herut

„Mam pełne zaufanie do likwidatorów”. (izraelska brygada zabójców działaczy palestyńskich) generał Meir Dagan, szef Mossadu

„Żadnych negocjacji” George W. Bush, prezydent Stanów Zjednoczonych.

Co może zrobić poeta przeciwko językowi latającemu w powietrzu i nurkującemu na dno zbrodni razem z izraelskimi F16 i helikopterami Apache? Jestem Palestyńczykiem, przeciwko któremu ten język jest kierowany, można więc sobie wyobrazić jak ciężka i zawiła musi być droga do poezji, o której marzę. Bo już Nietzsche mówił „Ten, który walczy z potworami powinien zważać, by sam nie zmienił się w potwora. Kiedy patrzysz w otchłań, otchłań patrzy również w głąb ciebie”.

Chciałbym śpiewać światu moją poezję, ale tragiczna historia i bezlitosna geografia krzyczą mi nad głową. Codziennie otoczony śmiercią i upokorzeniem marzę o stworzeniu poematu o życiu. Przyciśnięty do ściany językiem apartheidu i nienawiści charakterystycznym dla izraelskich generałów, którym pomaga antypalestyński chór budowniczych imperium jak Bush, Cheney, Rumsfeld, Condolezza Rice, Wolfowitz i Perle, mam ochotę napisać poemat o miłości!

Jedynym postmodernistycznym elementem w okupowanej i zdewastowanej Palestynie jest izraelska armia okupacyjna z jej supernowoczesną technologią. Przedłużająca się okupacja spowodowała sklerozę naszego języka. Nasze wiersze są bardziej rozbite niż nasze ulice. Każdy z nas ma jednak świadomość, że trzeba opierać się wojskowym krzykom, prostackiej wyobraźni i „poematom khaki” – to nie jest łatwe zadanie. Jako ofiary, wywłaszczeni wygnańcy ciągle przeżywający nowe groźby, godziny policyjne, kary zbiorowe, upokorzenia kolejnych okupacji, my palestyńscy poeci powinniśmy walczyć nie tylko ze wszystkimi tymi życiowymi niebezpieczeństwami i całkowitą bezsilnością, ale też z estetyczną kruchością naszej poezji. Żyjąc pod naciskiem cierpienia i nadziei, między naszą sprzedajną rzeczywistością a marzeniem pisania prawdziwej poezji, walczymy by uwolnić nasze wiersze od opresyjnego ciężaru języka wojny.

Mam o cztery lata więcej niż państwo Izrael. Urodziłem się w 1944 roku w Deir Ghassaneh, wsi położonej na wzgórzach wschodniej Palestyny, koło Ramalli. Jako dziecko spotykałem czasem Palestyńczyków o trochę innym akcencie niż nasz, Barghoutich – stanowiliśmy całą populację Deir Ghassaneh i siedmiu okolicznych wiosek. Przybywali skądś, prosili o schronienie i jedzenie. To wtedy pierwszy raz usłyszałem słowo „uchodźca”. Wytłumaczono mi, że zostali wygnani ze swoich domów, że przybywają z setek nadmorskich wiosek, zniszczonych przez zbrojne oddziały syjonistów, którzy w 1948 proklamowali państwo Izrael.

„Uchodźcy?” – zapytałem mego ojca, bo przecież byli oni tak samo Palestyńczykami jak my. Ich niezrozumiały pobyt w naszym regionie wywoływał długie odpowiedzi i pytania bez końca. Wtedy też pierwszy raz usłyszałem o Deir Yassin. Widziałem horror i przerażenie na twarzach opowiadających masakrę w tej małej, podjerozolimskiej wsi, w której zabito setki Palestyńczyków. Masakra w Deir Yassin była w różnym stopniu powtarzana w licznych innych miejscach. Rezultatem było masowe wygnanie setek tysięcy Palestyńczyków i ich rozproszenie po krajach sąsiednich, na ich miejscu powstało państwo żydowskie. Kiedy w zachodniej Palestynie proklamowano państwo Izrael amerykański prezydent Truman potrzebował tylko dwóch minut by je uznać.

Jednak uświadomiłem sobie co znaczy być uchodźcą dopiero gdy sam nim się stałem. Gdy izraelska armia zaczęła okupować Deir Ghassaneh wraz z resztą wschodniej Palestyny w 1967 roku, biuletyny informacyjne zaczęły mówić o okupacji „West Bank”, „Zachodniego Brzegu Jordanu”. Korupcja języka nigdzie chyba nie jest tak oczywista jak w tym przypadku. By sfabrykować to określenie odniesiono je do Jordanu, jego zachodnich wybrzeży, a nie historycznej Palestyny. Zachodni Brzeg Jordanu to tylko określenie geograficzne, ale nie żaden kraj, żadna rodzinna ziemia.

Walka o język staje się walką o ziemię. Zniszczenie jednego powoduje zniszczenie drugiego. Gdyby Palestyna znikła jako słowo, zginęłaby też jako kraj i ojczyzna. Nazwa Palestyny miała zresztą zniknąć. Okupant chciał, by została zapomniana, zgaszona, martwa. Izraelscy przywódcy, przekonani, że cała Palestyna należy do nich, skonkretyzowali mit nadając memu krajowi nazwę biblijną Judei i Samarii, aż zaczęli nadawać hebrajskie nazwy naszym miastom i wsiom.

Bez względu na to czy chodzi o Zachodni Brzeg Jordanu czy Judeę i Samarię faktem jest, że te terytoria są okupowane. Ale to nie problem… izraelskie rządy lewicowe, prawicowe czy koalicyjne po prostu opuszczają słowo „okupowane”, mówią już tylko o Terytoriach. O co tu chodzi? To jedno słowo pozwala zapomnieć o żyjącym tam narodzie, zaciera historię. Okupant narzuca swoją własną definicję Palestyńczyka jako kryminalisty, terrorysty, raka, wszy, karalucha, żmii, wirusa itd. To zadanie nie może być dobrze wykonane bez odpowiednich narzędzi: materializacji mitu w rzeczywistość polityczną, ubrania strategii wojennych i taktyk wojskowych w terminy moralne i misjonarskie. I wszystko staje się łatwe, bądź tym, który fabrykuje definicję. Definiuj! Klasyfikuj! Diabolizuj! Dezinformuj! Upraszczaj! Doklejaj etykietki! A potem wyślij czołgi! Zabijaj wroga! Kto odważy ci się przeciwstawić? Czyż nie chodzi o prawo do obrony?

Podczas gdy zwykła, codzienna mowa to już ciężar dla poety, język polityki jest jak duszący smog. Tak było zawsze, ale świat jest skonfrontowany teraz z językiem, który zabija, z głupią mową, która tworzy inteligentne bomby i wysyła młodych ludzi na pola masakr… Czy słowobójstwo może prowadzić do ludobójstwa? Zbytnie upraszczanie zawsze było czynnikiem prowadzącym do porażki poezji, prozy i właściwie każdego przekazu, ale gdy stanowi ono główną cechę przemówień politycznych prowadzi do licznych form fanatyzmu i fundamentalizmu. Upraszczanie połączone z poczuciem niezwyciężonej wyższości i dodatkiem sacrum może stać się, jak uczy nas historia, receptą na faszyzm. To dlatego retoryka „my-oni” czy „z nami, albo ze złem” jest nie tylko nieodpowiedzialnym żargonem, ale i aktem wojny.

Terrorystyczny atak na Nowy Jork jest godzien pogardy i został potępiony przez wszystkie narody świata. Jako palestyńska ofiara okupacji izraelskiej i jako poeta od razu utożsamiłem się z ofiarami w obu wieżach, współczułem każdej duszy straconej tego dnia. Teraz, gdy upłynęło tyle czasu, zastanawiam się, dlaczego 11 września wszedł do historii bez podawania roku 2001? Mówi się „11 września” i to wszystko. Oczywiście zawodowi analitycy mogą znaleźć odpowiednią odpowiedź, ale wydaje mi się, że George Bush wraz ze swymi doradcami z aktualnej amerykańskiej administracji chcieli by ta data wydawała się ahistoryczna i apolityczna, by zatrzymać i w końcu zniweczyć poczucie ciągłości historii, jej złożonej współzależności i wielowątkowości, by dać początek ponurej i podstępnej teorii, która widzi w Jedenastym Września początek historii!

To sprytne uproszczenie zakłada, że akcja i reakcja powinny być widziane jako walka absolutnego Zła z absolutnym Dobrem. Ni mniej ni więcej. Pozwala to Białemu Domowi unieważnić każdą historyczną czy polityczną analizę, wykluczyć albo zdyskwalifikować najmniejszy związek z każdym innym problemem na ziemi, ignorować prawo międzynarodowe i praktycznie zniszczyć rolę ONZ zagrażając w ten sposób porządkowi międzynarodowemu. Czy naród amerykański i ludy reszty świata mają prawo analizować i badać ten perfidny język? Czy mogą o nim myśleć? Tak, w teorii tak. Ale administracja Busha nie pozwala na zbyt głęboką analizę. Poprzez manipulację językiem rząd amerykański chce zdeformować system podstawowych przekonań całych narodów. Chce „organizować” rezultaty myśli i kontrolować przyszłość każdej idei!

A co to ma wspólnego z pisarstwem i pisarzami naszych czasów? Co mogę zrobić z moją poezją i moim językiem, tu i teraz, w mojej części świata? Co się dzieje z poetą w społeczeństwie objętym kataklizmem, w którym ludzie żyją w wiecznym napięciu, w destabilizacji, wystawieni na codzienny horror i niekończące się cierpienie? W ciągu dziesięcioleci Palestyna była zepchnięta na brzeg historii, na brzeg nadziei i beznadziei, obecna i nieobecna, dostępna i niedostępna, przerażająca i przestraszona, rozdarta na strefy A, B, C itd. Ta Palestyna jest moją tożsamością i stanowi brak mojej tożsamości, moją narzuconą pamięć i narzucone zapomnienie, to spis adresów w połowie wypełniony numerami przyjaciół, nieobecnych sąsiadów i rodziców, do których nigdy nie będę mógł zadzwonić. Tym numerom, z niejasnych racji mego serca, nigdy nie odejmę nazwisk. Ani natura ani wiek nie są najczęstszymi przyczynami śmierci Palestyńczyków.

Śmierć przyjęła nas do rodziny. Ma wśród nas prawo stałego pobytu. Wisi nad nami dzień i noc, patrzy na nas dokądkolwiek pójdziemy. Śmierć żyje spokojnie w kraju, który od każdego – starca z laską, kobiety ze swoim szalem, niemowlęcia ze swoją białą butelką – wymaga ciągłego pamiętania, ciągłego zapominania, że – co jeszcze bardziej okrutne i nieludzkie – ciągle musimy być bohaterami. Biedny musi być kraj, który od swych obywateli wymaga wszelkich rodzajów heroizmu. To jest granica życia, albo życie na granicy.

Chcecie zakończyć okupację swojej rodzinnej ziemi. Opieracie się. Ale okupacja staje się coraz bardziej brutalna. Wasze marzenie normalnego życia przekładacie na później i odnosicie wrażenie, że wszystko jest tymczasowe. A kiedy już przyzwyczaicie się do życia w tej prowizorycznej wieczności zrozumiecie co znaczy być Palestyńczykiem! Przedłużająca się okupacja przeszkadza wam swobodnie kierować waszymi sprawami. Wciska się w każdy aspekt rzeczywistości, w życie i śmierć. Wciska się w tęsknotę, oburzenie i pożądanie, zwykły fakt poruszania się po ulicy. Przenika do waszych wyjść i powrotów byle gdzie, na targu, na pogotowiu w szpitalu, w szkole, na plaży, w waszym pokoju albo dalekiej stolicy.

W społeczeństwie kataklizmu wszelkie priorytety są zahamowane bądź pomieszane, z priorytetami kulturowymi włącznie….ale zawsze istnieją, nawet w oku cyklonu, który zmiata narody, grupy ludzi twórczych, którzy badają intrygującą właściwość sztuki opierającej się samozniszczeniu. W jednym ze swych pierwszych artykułów, znakomity amerykański poeta W.S. Merwin pisał: „Tam gdzie przeważa niesprawiedliwość (a gdzie ona nie przeważa?) poeta […] nie ma innego wyboru jak tylko wskazać zło tak szczerze jak może i domagać się spełnienia wymogów sprawiedliwości dla ofiar wśród których żyje”.

Dzielę z nim tę opinię i zgadzam się z nim kiedy podkreśla niebezpieczeństwo grożące takiemu poecie, wystawionemu na utratę swojej niezastąpionej jednostkowości, widzącemu jak jego talent może być zdeformowany przez oczekiwania. Izrael zabrał nam ziemię naszej poezji i poezję naszej ziemi. Jednak horyzont tej poezji rozpościera się ponad tę dwoistość, która próbuje zawłaszczyć to co uniwersalne, ludzkie, intymne czy osobiste. Większość palestyńskich pisarzy ma tego świadomość. Dla fanatyka upraszczanie jest użyteczne, ale dla poety to samobójstwo. Cierpienia jakiegoś narodu nie powinny usprawiedliwiać – w żadnej formie artystycznej – bylejakości, stereotypów i tego co zużyte. Nie wolno nam akceptować – pod pretekstem naszej historycznej tragedii – zastępowania obrazu plakatem, śpiewu marszem wojskowym, sztuki teatralnej kazaniem, powieści czystą ideologią czy poematu sloganem.

Nigdy nie mogłem się pogodzić z rozpowszechnionym konceptem tzw. poezji patriotycznej, w której człowiek i naród są zawsze dobrzy i mają absolutną rację. W takiej sytuacji poeta i jego kraj, rząd, partia, religia, tradycja, przynależność polityczna, wojna, pokój itd. są adorowane i cieszą się pełnym zaufaniem. Tymczasem pisanie, jak już kiedyś mówiłem, to ciągłe przemieszczanie się. Przeniesienie się poza to co stało się zwyczajem, co powtarzalne i ciągle gotowe do użycia. Przeniesienie się poza utarte ścieżki miłości i utarte ścieżki wrogości. Poza przekonania jakiejś partii politycznej, poza pojęcie bezwarunkowego poparcia, rodziny, społeczności, państwa. Poeta próbuje uciekać od dominującego języka rzeczywistości. Zrywać się z łańcucha poklasku i kolektywnych tabu. Kiedy uda mu się uciec i uzyskuje wolność staje się „obcy”. Można nawet powiedzieć, że poeta jest wolny o ile jest „obcy”. Nic nie może ulżyć jego duszy szukającej wyzwolenia, nawet jego rodzinna ziemia. Chwyta się własnego sposobu postrzegania świata i próbuje go przekazać. Będzie lekceważony przez tych, którzy trzymają się gotowych recept, nie znających trwogi, żyjących z nieprzyzwoitą łatwością. Nazwą go mało wiarygodnym, lunatycznym, zmiennym, całą serią przymiotników ustawionych równo jak słoiki na półce.

Poezja, która się podlizuje sama w sobie jest sprzecznością. Poezja jest postawą krytyczną wobec uniwersum, w którym naprężanie muskułów i arogancja siły zajmują środek sceny, w którym wojna stała się podstawową opcją politycznego wyboru. W ostatnich latach widzieliśmy jak rozprzestrzeniają się małe wojny, jak w różnych zakątkach planety powtarzają się ataki wojskowe. Termin „proces pokojowy” jest sam w sobie mylący. Stanowi nowy dowód na pełną hipokryzji manipulację językiem, jest tylko eufemizmem służącym przedłużaniu cierpienia i brakowi sprawiedliwości. Jednostronnie ustalana sprawiedliwość jest totalną niesprawiedliwością. A kiedy „proces pokojowy” jest ustalony i nadzorowany przez stronnicze supermocarstwo dla podtrzymania swej hegemonii i dominacji staje się tylko zielonym światłem dla agresji, pozwoleniem na zabijanie i zaproszeniem do wojny.

Zatruta mowa nie może funkcjonować bez kluczowej roli zatrutych mediów. Wydaje się miliardy dolarów by nas przekonać do wojny! Kolorowe programy, ożywione debaty, konferencje prasowe… kanały telewizyjne ciągną nas w kierunku wojny, edukują nas na temat korzyści wojny i wzywają nas nie tylko do akceptacji wojny, ale również do oklasków! Jaka jest rola intelektualisty w takim przypadku? Czyż mężczyźni i kobiety mediów nie są twórczymi pisarzami, myślicielami, teoretykami, erudytami i artystami, którzy pozwalają sprowadzić się do roli narzędzi wojny i służby piekła? Znaczenie odważnej mniejszości intelektualnej nie może być ignorowane w żadnym społeczeństwie. W czasach „khaki”, w których żyjemy, jest potrzebna jak nigdy. W walce o język cisza niczego nie załatwia, a przyzwolenie to przestępstwo.

W czasach kryzysu uczymy się powoli akceptować tryb przypuszczający i czasowniki niedokonane. Doświadczenie uczy, że w więzieniu lub obozie więźniowie marzą o małych cudach jak kąpiel, fryzjer, list, wizyta albo ołówek; na stole operacyjnym pacjent marzy o kropli wody po obudzeniu się z narkozy; sparaliżowany marzy o najmniejszym ruchu, a tonący o źdźble słomy. Może żyjemy w epoce drobnych marzeń? Jako Palestyńczyk, którego historię i geografię anulowano, a rodzinną ziemię okupowano, wiem doskonale, że człowiek uciśniony na ogół nie wylatuje w „wieczne wyżyny” tylko głęboko nurkuje w przyziemne sprawy szukając w ziemi ocalałych korzeni, z których kiedyś może wyrosnąć roślina, może drzewo. Czyż Martin Luther King nie podsumował aspiracji wielu pokoleń afroamerykańskich poetów bardzo prostą wizją białych i czarnych dzieci wsiadających do tego samego szkolnego autobusu? Czyż nie zapłacił życiem za tak przyziemne marzenie? Marzenia stają się tym bardziej tragiczne i niebezpieczne im są prostsze.

Wiele moich wierszy powstaje z drobnych, właściwie mikroskopijnych marzeń, które mogą wydawać się bez znaczenia. Był czas kiedy poetycka wyobraźnia próbowała uciekać od rzeczywistości, ale teraz, jak twierdzę, próbuje jej stawić czoła. Buduję poprzez poetycką wyobraźnię własną percepcję i doświadczenie życia, nową wersję rzeczywistości, różną od oryginału. I być może z powodu tej różnicy wchodzi ona w problematyczną sprzeczność, antagonistyczny dialog z prawdziwą codziennością. Mowa jest tu kluczowym słowem. Mowa to element wspólny języka ulicy i poezji. Język poezji jest naszą propozycją innej mowy świata. Dla niej próbujemy odnaleźć specyfikę każdego słowa, opieramy się zbiorowej wulgaryzacji, budujemy nowe powiązania wyrazów by tworzyć nowe widzenie rzeczy. Poezja wychodzi z orkiestry żeby grać solo na instrumencie języka. To dlatego wyobraźnia poetycka jest aktem sprzeciwu par excellence. To deklaracja buntu na pokładzie okrętu świata, który zawsze płynie kursem wyznaczonym bez nas.

To zaskakujący paradoks: podczas gdy mocarstwa polityczne obficie posługują się żarliwością, hiperbolą i romantycznymi wzlotami języka, poeci używają mowy oszczędnej, niemalże fizycznej, o „chirurgicznej precyzji”. Poeci ciągle odnawiają swój język w opozycji do status quo czyniąc z niego środek gwarantujący przeżycie. Poeci sprzeciwiają się i potępiają zbiorowy układ istniejących pewników i ich oficjalnych reprezentantów, wyrażając jednocześnie swą niezdolność do pokonania ich. Ta porażka jest być może powodem smutku poezji. W moich wierszach odwołuję się raczej do konkretu niż abstrakcji, raczej do percepcji oka niż do duchowej kontemplacji. Oko poety widzi jednocześnie dwie strony medalu. Widzi:

Zmieszanie pewnego siebie
Pożądanie zakonnicy
Obscenę kaznodziei
Wielkość trywialnego
Godność przegranego
Samotność zwycięzcy
I to absurdalne uczucie zimna
Kiedy spełnia się marzenie

Jeden z czarujących cudów poezji polega na tym, że może ona dzięki swej formie opierać się mowie autorytarnej. Korzystając z eufemizmu, chirurgicznej precyzji, mowy konkretnej i fizycznej poeta opiera się abstrakcji, generalizacji, hiperbolom, mowie generałów rozpalonych niczym tandetni kochankowie. Poeci palestyńscy podlegają często przeciwstawnym naciskom: z jednej strony publiczność żąda bezpośredniego i jasnego traktowania problemów i trosk wspólnoty, z drugiej ich wnętrze żąda wydobycia jednostkowości, tego co osobiste i naprawdę intymne. Zachowanie równowagi między sprzecznościami zawsze było niezawodnym znakiem tego co twórcze i doskonałe. Poeta w sposób naturalny przejmuje się zarówno tym co intymne i tym co powszechne, ale ci, którzy chcą by zajął się tylko tym pierwszym pchają go w kierunku psychiatrii klinicznej, a ci, którzy chcą by skupił się na drugim obarczają go obowiązkami dziennikarza.

Podczas gdy widmo wojen krąży nad światem widzimy panowanie języka, który można by nazwać mową międzynarodowego apartheidu, to język etykietek i szybkich definicji, dzielący państwa na dwie prostackie kategorie złych i dobrych.

Dla wszystkich ludzi godnych szacunku, zakochanych w życiu, pięknie, pokoju, osobistej integralności, równości i sprawiedliwości, poszukiwaczy prawdy, przyjaciół natury i artystów wiek XXI zaczął się od katastrofy. Indywidualny i państwowy terroryzm, fundamentalizm i fanatyzm atakują ze wszystkich stron. Język, zamiary i akty wszystkich terrorystów, kaznodziejów globalizmu, neoimperialistów i panów wojny wystawiają na niebezpieczeństwo ludzkie życie i czynią z naszej planety kulę strachu.

Tymczasem poezja pozostaje w naszych rękach nadzwyczajnym narzędziem oporu przeciwko obskurantyzmowi i milczeniu. Nie możemy zmyć ze słów nienawiści tak jak zmywa się zatłuszczone naczynia wodą i mydłem, ale my, poeci świata, przynajmniej próbujemy pisać wiersze by przywrócić szacunek myśli i nadać sens naszej egzystencji. Jesteśmy świadomi tego, że zawsze będziemy mniejszością i że nikt nam nie zagwarantuje sukcesu, ale nie możemy stać się wspólnikami tych, którzy – w imię sprawiedliwości skrojonej na swą miarę – bez mrugnięcia okiem głoszą wojny, by odebrać życie niewinnym.

Tekst ukazał się w „Autodafe” (przeglądzie Międzynarodowego Parlamentu Pisarzy) no 3-4 Wiosna 2003.

tłum: Jerzy Szygiel

Advertisements

Dodaj komentarz »

Brak komentarzy.

RSS feed for comments on this post. TrackBack URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.

%d bloggers like this: