PRACowniA

2 lutego 2009

Współczesne mity

Filed under: Zagrożenia dla Ziemi,Świat wokół nas — iza @ 06:54

Ponieważ praca nad przekładem pozostałej części grudniowego odcinka „Łączenia punktów” niespodziewanie się przeciągnęła (mamy nadzieję zamieścić ją najpóźniej we wtorek), dziś – nie bez powodu – znaleziony w sieci esej prof. Zbigniewa Jaworowskiego. Nie bez powodu, jako że wiąże się on tematycznie z tym, o czym już pisaliśmy i o czym można będzie poczytać w przyszłości, między innymi w dalszej części CTD. Znający język angielski mogą zapoznać się z najnowszym odcinkiem serii CTD na stronie SOTT.

WPÓŁCZESNE MITY
Zbigniew Jaworowski

Lęk, instynktowny mechanizm obronny, jest od wieków wykorzystywany przez wszystkie systemy społeczne i religijne. Jego uogólnione fantasmagoryczne projekcje, podobne do apokaliptycznych wizji Św. Jana, końca świata, oczekiwań milenijnych, czy też personifikowane w postaci bóstw zniszczenia, ciągną się za nami od czasów niepamiętnych. Dziś przybrały formę strachu przed zniszczeniem planety przez człowieka. Strach rozwinął się w pradawnych przed-ludzkich czasach i potem, gdy Homo sapiens podlegał ciągłym zagrożeniom, dramatycznie wpływającym na długość życia. W paleolicie trwało ono średnio dwadzieścia lat, skracane wpływem naturalnego środowiska: atakami drapieżników, pasożytów, bakterii i wirusów, upałem, chłodem, głodem i niedoborem wszystkiego. Przez tysiąclecia i wieki całe fizyczną ciężką pracą i wysiłkiem intelektualnym tworzyliśmy cywilizację, która wyzwoliła nas od większości naturalnych zagrożeń, doprowadzając w ciągu ostatnich 100.000 lat do czterokrotnego przedłużenia życia, a w XX wieku w znacznym stopniu uwolniła nas od fizycznego bólu, przekleństwa niezliczonych pokoleń. Nie uwolniliśmy się jednak od śmierci, ani od jej lęku, pozostawiając pole do działania tym którzy oferują życie wieczne. Ponieważ uwolnienie się od konieczności umierania nie wydaje się ani możliwe ani potrzebne, życie po życiu długo jeszcze będzie atrakcyjne dla tych co nie chcą się godzić z kresem istnienia. Wszyscy ci którym przynosi korzyść wzbudzanie strachu, oczywiście nie starają się go zmniejszyć. Na miejsce prawdziwych zagrożeń które zmiotła cywilizacja, podstawiają nowe, najczęściej całkowicie iluzoryczne. Instynkt lęku, trwale zapisany genetycznie i kulturowo, jest prawdopodobnie główną przyczyną zadziwiająco bezkrytycznej łatwości z jaką społeczeństwo przyjmuje nowe współczesne strachy, zastępujące przerażające jeszcze niedawno demony, duchy, diabły, piekła i czarownice.

Ostatnie zlodowacenie, tak jak i każde z dziesięciu poprzednich, trwało około 100,000 lat. Kiedy 10,500 lat temu skończyło się ociepleniem, prawdopodobnie dochodzącym obecnie swego końca, ludzie zaczęli zmieniać biosferę, ale w bez porównania mniejszej skali, i z mniejszą szkodą dla świata żywego, niż robiły to kolejne epoki lodowe, powtarzające się po każdym krótkim ociepleniu, trwającym 10 do 11 tysięcy lat. Przede wszystkim czyniliśmy to przez rolnictwo, o wiele bardziej niż przez niż przez współczesny przemysł: gospodarką ogniową przetworzyliśmy afrykańskie lasy równikowe w sawannę, europejskie, azjatyckie i amerykańskie puszcze i stepy w pola uprawne, zwiększając przy tym produktywność biologiczną planety. Po drodze wytworzyliśmy w sobie wrogi stosunek do przyrody, która od prawieków wzbudzała poczucie zagrożenia, zaczęliśmy ją ujarzmiać, uważać za coś nie tylko groźnego ale i niedoskonałego, „doczesnego”, godnego pogardy i odrzucenia. W kręgu kultury śródziemnomorskiej, z zarozumiałym antropocentryzmem uznaliśmy siebie za istoty wyższe, różne od całego świata żywego, poddanego na posługę nam, stworzonym na „obraz i podobieństwo” transcendentnego absolutu. W końcu oddzieliliśmy całą sferę przyrody od siebie, uznając że nasze czyny i ich skutki nie są naturalne lecz „sztuczne”, tak że nawet dzisiaj twierdzenie, że np. żarówka czy komputer nie są niczym innym jak częścią natury i owocem ewolucji, większości ludzi na świecie wydaje się dziwne. Jednocześnie jednak pielęgnowaliśmy w sobie poczucie winy i skalania, grzechu pierworodnego, głęboko w nas zakorzenione, będące może ekspiacją za arogancki antropocentryzm, ale raczej nie poprawiające stanu naszego zdrowia psychicznego.

Słuszny odwrót od tego wyobcowania, duchowego odejścia od natury, rozpoczął się już od racjonalistycznych czasów Jana Jakuba Rousseau. Jednak podstawowe idee Oświecenia zostały w końcu XVIII wieku zaatakowane przez kilku filozofów, z których najważniejszymi byli Emanuel Kant i Georg Wilhelm Hegel. Wydaje się, że podstaw współczesnego ruchu ekologicznego należy doszukiwać się przede wszystkim w idei Hegla, głoszącej że jednostki są tylko przydatkami państwa, oraz w jego sławnym stwierdzeniu: „Pojedyńcza osoba, nie muszę tego nawet mówić, jest czymś drugorzędnym, i jako taka musi poświęcić się dla etycznej całości. Stąd, jeżeli państwo żąda ofiary życia, jednostka musi je oddać”. Od początku XX wieku ruch ten przybrał, głównie w Niemczech, formę wojowniczej filozofii, której ojcem był Ernest Haeckel, twórca słowa „ekologia”. Podobnie jak wielu innych ekologów starał się wpłynąć swymi ideami na politykę i promował ich wprowadzanie metodami siłowymi. W latach dwudziestych w Niemczech ekologiczny ruch „Powrotu do Ziemi”, ze swymi anty-technologicznymi ideałami był w pełni rozwoju, aktywnie atakując kapitalizm, uznany za indywidualistyczny, skierowany przeciw naturze, marnujący zasoby przyrody i nie holistyczny. Holistyczna biologia nie widzi zasadniczej różnicy między światem żywym i nieożywionym, uznając systemy biologiczne Ziemi za wspólny organizm, dyrygowany prawem silniejszego, zdeformowaną darwinowską zasadą „fitness”. Pod koniec XX wieku rozwinęła się ona w teorię „Gaji” (od greckiej bogini Ziemi, stworzycielki bogów), uznającą że cała Ziemia wraz ze skałami, wodą oceanów, powietrzem i wszystkimi żywymi organizmami tworzy jeden wspólny i samosterowny organizm. Bez woli jej autora, Jamesa Lovelocka, teoria została zmieniona w quasi-religię twierdzącą że człowiek jest nie tylko zbędny na Ziemi, lecz szkodliwy, że jest „rakiem biosfery”.

W latach trzydziestych najbardziej rozwinięty był niemiecki ruch „Zielona Rewolucja”, którego naczelne hasło „Krew i Ziemia” (Blut und Boden) wskazywało na wizję holistycznej łączności organizmu z glebą. Na arenie politycznej lobby ekologiczne radziło sobie świetnie (obecnie o niebo lepiej i w skali nie jednego państwa lecz globu), żądając wprowadzenia ustaw pro-ekologicznych, m.in. w sprawie rolnictwa organicznego. Wprowadzenie tych ustaw stało się jednym z punktów programu politycznego NSDAP, partii Adolfa Hitlera, a napisy „Blut und Boden” pojawiły się na bagnetach noszonych przez członków Hitlerjugend. Kant głosił ideę samo-poświęcenia dla innej osoby, Hegel samo-poświęcenia dla „organicznej całości”, Haeckel samo-poświęcenia dla „Matki Natury”. Etyka Kanta została wykorzystana do zbudowania totalitarnego państwa, mimo, że sam Kant wprost go nie zalecał. Hegel zalecał i Haeckel zalecał i zalecali wiodący ekologowie lat trzydziestych. W czasie drugiej wojny, gdy okazało się, że ekologiczna ideologia przeszkadza w rozwoju technologicznym niemieckiej maszyny wojennej, wycofano się z organicznego rolnictwa, a ruchowi „Powrót do Ziemi” pozwolono w Niemczech umrzeć własną śmiercią.

Ferment lat sześćdziesiątych ujawnił jednak, że niemiecka ideologia ekologiczna ożyła w Stanach Zjednoczonych i w Europie, pomimo że idee Kanta, Hegla itp. utraciły swą siłę moralną, po tym jak świat przekonał się jakie skutki przynosi w praktyce „poświęcanie się” dla „społeczeństwa” i „ludzkości”. Pod różnymi formami kontynuowana jest nadal osiemnastowieczna idea Tomasza Malthusa o ograniczonych zasobach, będących rzekomo w konflikcie z rozwijającą się ludzkością. Malthus sądził, że żywność pochodzi z humusu, którego ilość jest ograniczona. Fałszywość tego twierdzenia wykazały w r. 1873 badania Emila Godlewskiego, który jako pierwszy udowodnił, że nie humus lecz atmosferyczny dwutlenek węgla, CO2, którego emisja z wnętrza Ziemi jest niewyczerpalna, jest podstawowym budulcem życia. W XIX wieku idei Malthusa uległ Thomas Huxley. Wyprzedzając o pięćdziesiąt lat epokę cyklonu B, przedstawił rozwiązanie problemu przeludnienia przy pomocy „chloroformowania” nieprzystosowanych. Jego wnuk, Julian Huxley, w r. 1964 jako pierwszy nazwał ludzkość „rakiem planety”, co weszło do katechizmu ruchów ekologicznych. Pojęcie „Lebensraum”, wywodzące się od Malthusa i odnoszone przez nazistów do narodu niemieckiego, rozszerzyło się obecnie na całą Ziemię, jako używane bez końca wyrażenie „the carring capacity of the planet Earth”.

Gaja przyniosła podstawową zmianę w ruchu ekologicznym, którego pierwotnym celem była troska o człowieka, a obecnie jest nim troska o planetę, z całkowitym pominięciem dobra ludzi i negacją ich pozytywnej roli w przyrodzie. To ostatnie, jak sądzę, jest projekcją pojęcia grzechu pierworodnego, immanentnego poczucia winy, głęboko zakorzenionego w naszej kulturze. Bardziej radykalne odłamy tego ruchu głoszą hasła o charakterze wręcz samobójczym. Oto kilka przykładów wypowiedzi głównych przywódców ruchów ekologicznych: Książę Filip, w wywiadzie dla Deutsche Presse Agentur w 1988 r.: „Gdybym mógł być reinkarnowany, chciałbym powrócić jako morderczy wirus, po to by zmniejszyć ludzką populację”. Można nie być entuzjastą intelektu brytyjskiego księcia, ale tego rodzaju wypowiedzi należy traktować poważnie, gdyż są one sygnałem zachodzących aktualnie zmian kulturowych, które mogą spowodować nieszczęścia wielokrotnie groźniejsze od tych które przyniosły wszystkie poprzednie ideologie. Steward Brand z Whole Earth Catalogue: „Zażyczyliśmy sobie, my eko-entuzjaści, aby nadeszła jakaś katastrofa albo jakaś społeczna zmiana, która jak wybuchem bomby przeniesie nas do Epoki Kamiennej”. Dawid Graber, biolog z US National Parc Service: „Szczęście ludzkie, a z pewnością ludzka płodność, nie jest tak istotna jak dzika i zdrowa planeta. Niektórzy z nas mogą tylko mieć nadzieję że pojawi się odpowiedni wirus”. Profesor Paul Taylor z City College of New York: „Gdyby nastąpiło całkowite, absolutne i ostateczne zniknięcie Homo sapiens, to nie tylko Ziemska Wspólnota Życia trwałaby dalej, ale zakończenie epoki ludzkiej na Ziemi byłoby powitane z niezwykłą ulgą”. Fin Pentti Linkola: „Wszystko co rozwinęliśmy przez ostatnie 100 lat powinno być zniszczone”. Christopher Manes (w książce Green Rage: Radical Environmentalism and the Unmaking of Civilization, 1990): „należy zredukować populację ludzką, eliminować całkowicie spalanie paliw kopalnych, skończyć z hodowlą bydła, odbudować puszczę na polach uprawnych, odtworzyc populacje wielkich drapieżników takich jak niedźwiedzie grizli i wilki, oraz „odprzemysłowić” Zachód”. Wszystko to powtórzył Unabomber w swym Manifeście opublikowanym w Internecie w r. 1996, nasz rodak.

Jest zastanawiające i groźne, że hasła dekonstruktywizmu, zniszczenia cywilizacji, a przy okazji nas wszystkich, zaczęli głosić nie tylko sekciarze z organizacji ekologicznych, lecz również przedstawiciele rządów i organizacji międzynarodowych. Maurice Strong, Asystent Specjalny Generalnego Sekretarza Narodów Zjednoczonych Kofi Annana, który w czerwcu 1992 był sekretarzem generalnym sponsorowanej przez ONZ Konferencji Środowisko i Rozwój (zwanej „Szczytem Świata”), kładącej podwaliny pod propozycje ograniczeń energetycznych mających zbawić świat przed skutkami ocieplenia klimatu, rzekomo powodowanymi przez człowieka, stwierdził: „Co byłoby gdyby mała grupa przywódców światowych doszła do wniosku, że głównym zagrożeniem dla Ziemi jest działalność krajów bogatych? I jeśli świat ma przetrwać, to bogate kraje winny podpisać umowę w sprawie redukcji ich wpływu na środowisko. Czy one to uczynią? Wniosek grupy jest: NIE. Bogate kraje nie zechcą tego zrobić. Nie życzą sobie zmiany. Więc aby uratować planetę, grupa decyduje: Czyż nie jest jedyną nadzieją dla planety upadek krajów uprzemysłowionych? Czyż nie jest naszym obowiązkiem doprowadzić do tego? Ta grupa przywódców światowych tworzy więc tajny związek, mający doprowadzić do ekonomicznego upadku”. Warto przyjrzeć się co Strong uważa za groźne dla biosfery: nowoczesne wyposażenie mieszkań, klimatyzację, podmiejskie dzielnice mieszkaniowe, duże spożycie mięsa, mrożonki i gotowe dania oraz oczywiście paliwa kopalne. W czasie tej konferencji Maurice Strong powiedział również: „Możemy dojść do punktu w którym jedyną drogą ocalenia świata będzie doprowadzenie do zagłady cywilizacji”. US Undersecretary of State for Global Issues, Timothy Wirth, poparł wtedy Stronga: „Winniśmy propagować sprawę ogrzewania klimatu. Nawet jeśli teoria ogrzewania klimatu nie jest prawdziwa, będzie to właściwe działanie”. Inny pracownik Departamentu Stanu, Richard Benedick, stwierdził „Traktat w sprawie ogrzewania klimatu musi być wprowadzony w życie, nawet jeśli brak jest naukowych dowodów na poparcie efektu cieplarnianego”. Maurice Strong oświadczył również, że „zrównoważony rozwój” może być osiągnięty przez „dobrowolne dążenie do nędzy … redukcję zużycia zasobów … i wstrzymanie kontroli umieralności”.

Wszystko to jest echem osiemnastowiecznych zaleceń pastora Tomasza Malthusa, który w r. 1798, w swej książce „En Essay on the Principle of Population as it Affects the Furure Improvement of Society, with Remarks and Speculations of Mr. Godwin, M. Condorcet, and other Writers” pisał: „Wszystkie dzieci urodzone ponad liczbę potrzebną do utrzymania tego poziomu populacji, muszą koniecznie ginąć, dopóki śmierć dorosłych nie opróżni dla nich miejsca […] Dlatego winniśmy ułatwiać zwiększenie śmiertelności, zamiast głupio i nieskutecznie przeciwstawiać się działaniu natury […] W naszych miastach winniśmy budować węższe ulice, stłaczać więcej ludzi w domach i popierać powrót zarazy. Na wsi winniśmy budować osiedla blisko stojących bajor, a w szczególności zachęcać do osiedlania się na wszelkich bagnach i miejscach niezdrowych”.

Odrodzenie ruchów ekologicznych zaczęło się od publikacji w r. 1962 książki Rachel Carson „Silent Spring”, w której autorka oskarżyła kapitalizm i przemysł o nieszczęścia powodowane użyciem pestycydów a zwłaszcza DDT. Skorupki jaj ptasich miały stawać się pod jego wpływem cienkie i całe populacje ptaków wyginąć wskutek stosowania DDT w rolnictwie i przy zwalczaniu malarii. DDT wycofano. Ale nim to uczyniono okazało się, że nie DDT jest powodem cienkich skorup, oraz że w okresie stosowania DDT liczba ptaków w Ameryce wzrosła. W r. 1972 kampania przeciw DDT osiągnęła swą kulminację w czasie trwających siedem miesięcy „hearingów” (posiedzeń) w U.S. Environmental Protection Agency – EPA (amerykańskie ministerstwo ochrony środowiska, powołane jako pierwsze w świecie 1 stycznia 1970, biurokratyczny moloch zatrudniający obecnie 20.000 osób). W czasie tych posiedzeń 125 ekspertów przedstawiło dowody, że DDT jest nieszkodliwy dla zdrowia ludzi, ryb i innych organizmów wodnych, dzikiego ptactwa i dzikich ssaków. Stwierdził to w podsumowaniu przewodniczący hearingów. Ignorując opinie ekspertów szef EPA William Ruckelshaus wprowadził zakaz stosowania DDT w USA. W ciągu kilku lat zakaz ten objął niemal wszystkie kraje. Dzięki użyciu DDT pod koniec lat sześćdziesiątych malaria była już bliska całkowitego wykorzenienia. W r. 1970 liczba ofiar malarii spadła na świecie do 200.000 rocznie, a przed wprowadzeniem DDT wynosiła kilka milionów rocznie. W samych Indiach w r. 1945 zmarło na malarię milion osób a w r. 1960, po wprowadzeniu do akcji DDT, kilka tysięcy. WHO oceniła, że DDT ocaliło na świecie około 100 milionów ludzi. Obecnie uważa się, że wskutek wycofania DDT umiera na malarie około 5 milionów ludzi rocznie. Było to wspaniałe zwycięstwo ekologów, oparte na emocjonalnych i jak się okazało niesłusznych oskarżeniach DDT o szkodzenie ptakom, i była to klęska nauki, rozumu i ludzkości.

Dziesięć lat później, w r. 1972, ukazał się raport tzw. Klubu Rzymskiego, „Limits to Growth” (Granice Wzrostu), wydany w postaci książki, której nakład w ciągu następnych lat osiągnął trzy miliony egzemplarzy. Książka była poświęcona prognozie rozwoju świata do roku 2100 i malowała ponurą przyszłość, obciążając za nią człowieka i cywilizację. Stała się ona biblią ekologów, wpłynęła na myślenie i głęboki pesymizm większości intelektualistów, doprowadziła do restrykcyjnych aktów legislacyjnych w wielu krajach i wzbudziła lęki ogarniające cały świat. Lęki są ciągle trwałe również dzisiaj, a zalecenia książki są dalej realizowane, chociaż została ona uznana za „niedorzeczną” („ludicrous study”, NATURE, vol. 369: 109, 1994) i żadne z jej apokaliptycznych przewidywań nie sprawdziło się. Skażenie środowiska miało po roku 2000 wejść w fazę wykładniczą, dążąc do nieskończoności i prowadząc do globalnego kryzysu żywnościowego, a także do automatycznego zahamowania rozwoju ludzkości. Woda w Bałtyku miała już od lat siedemdziesiątych mieć niemal zerowe stężenie tlenu i stracić zdolność podtrzymywania życia. Do r. 2001 miały się wyczerpać światowe zasoby miedzi, złota, ołowiu, rtęci, gazu naturalnego, ropy, srebra, cyny i cynku. Powierzchnia ziemi ornej miała w r. 2000 być o 500 milionów hektarów niższa niż potrzeba do wyżywienia ludności świata. Książka nawoływała do powstrzymania rozwoju technologicznego, do przejścia w stan stagnacji, określany jako „równowaga globalna”. Na dowód wielkiego skażenia biosfery cytowano w niej wyniki oznaczeń ołowiu w lodzie z Grenlandii. Była to praca opublikowana przez trzech amerykańskich badaczy, z której wynikało, że stężenie ołowiu z lodach Grenlandii wzrosło 500 razy. W pracy tej Amerykanie powoływali się na moją publikację z r. 1968, w której po raz pierwszy w świecie przedstawiłem jak w ciągu poprzednich stu lat zmieniała się zawartość ołowiu i radionuklidów w małym lodowcu zawieszonym w turniach nad Morskim Okiem. Jak wykazałem potem, wyniki Amerykanów były błędne, źle przeprowadzili analizę lodu, a w globalnej atmosferze nie nastąpił zauważalny wzrost poziomu ołowiu.

Slogan „Limits to growth” przerobiono na „zrównoważony rozwój”, brzmi to lepiej, znaczy to samo i jest bardziej mgliste, a mglistość zapewnia trwałość każdej ideologii. Kultywuje się dalej eko-lęki rozognione przez Klub Rzymski i kilka nowych: radiofobia czyli strach przed promieniowaniem jądrowym, ocieplanie klimatu, niszczenie warstwy ozonowej, chemiofobia czyli strach przed substancjami wytworzonymi przez człowieka, skażenie metalami ludzi i środowiska, nadchodzący kryzysem energetyczny, bomba populacyjna, kwaśne deszcze, niszczenie gatunków, niszczenie gleby, inżynieria genetyczna itd. Pomimo, że biosfera Ziemi trwa już miliardy lat i nie zabiły jej koszmarne katastrofy, wybuchy gwiazd super-nowych, uderzenia wielkich asteroidów, wylewy lawy pokrywające setki tysięcy kilometrów kwadratowych, a nawet całkowite zlodowacenie wszystkich lądów, ekolodzy wmawiają nam, że biosfera jest niesłychanie krucha i człowiek łatwo może ją zniszczyć. Na szczęście nie może. Warto przyjrzeć się bliżej owym strachom, bez emocji i ideologicznych uprzedzeń, lecz w świetle aktualnej wiedzy. Postaram się to uczynić w przyszłości dla tych z nich, którymi zajmowałem się bezpośrednio w ciągu czterdziestu lat pracy naukowej. Przystępowałem do niej pod wpływem tych właśnie lęków: jako lekarz bałem się skutków promieniowania które w przypadku wojny jądrowej mogło wyniszczyć Polaków, bałem się skutków energetyki jądrowej, a także bałem się skutków zdrowotnych i środowiskowych skażeń powodowanych rozwojem ciężkiego przemysłu w Polsce i na całym świecie. Badania tych zagadnień wprowadziły mnie, jakby niechcący, na pole geofizyki, do badań stratosfery i kriosfery (lodowców), zmian klimatu i warstwy ozonowej. Wraz z moimi kolegami starałem się zdobyć własny pogląd na te sprawy, wynikający nie z „fotelowych” studiów, lecz z badań terenowych. Zorganizowaliśmy w tym celu m.in. dziewięć wypraw na czternaście lodowców w najważniejszych rejonach Ziemi pomiędzy Spitsbergenem a Antarktydą, przez dwadzieścia lat systematycznie posyłaliśmy nad Polskę samoloty MIG by zbierały radioizotopy i metale ciężkie z różnych wysokości w troposferze i stratosferze, i zbadaliśmy zawartość ciężkich metali w kościach ludzi którzy zmarli w Polsce i innych krajach w ciągu ubiegłych kilku tysięcy lat. W r. 1971 zgłosiłem projekt tych badań do U.S. Environmental Protection Agency (U.S.EPA), przywołując wszystkie te lęki i zagrożenia, a U.S.EPA była nim zachwycona. Jednak w miarę postępu badań znikał mój początkowy strach i pesymizm: nasze wyniki wyraźnie wskazywały, że w skali globu nie spowodowaliśmy skażeń atmosfery odróżnialnych od poziomu naturalnego, a w organizmie ludzi zawartość ołowiu była w drugiej połowie XX wieku kilkadziesiąt, a czasem setki razy mniejsza niż między średniowieczem i dziewiętnastym wiekiem i podobna jak w czasach przedhistorycznych. Takie wyniki badań były oczywiście politycznie niepoprawne i nie mogły podobać się U.S. EPA, która dołożyła do moich badań około 1,300 tysięcy dolarów (było to wtedy dużo pieniędzy). Nie mogły też podobać się żadnemu z ministerstw ochrony środowiska, które w ślad za U.S.EPA, jak grzyby po deszczu, pojawiły się niemal we wszystkich państwach i których najważniejszym raison d’être jest istnienie skażeń, zagrożeń zawinionych przez człowieka i strachów, nie ważne czy rzeczywistych czy imaginacyjnych.

To wszystko czym zajmuje się U.S.EPA i podobne instytucje ma aspekt etyczny i polityczny. Ten pierwszy jest bardziej oczywisty: obrazuje go np. to, że w przemyśle jądrowym ocalenie jednego życia ludzkiego przez stosowanie przepisów wynikających z przesadnej radiofobii kosztuje obecnie 2,5 miliarda dolarów, a ocalenie jednego życia w Krajach Trzeciego Świata przez szczepienia ochronne, na które chronicznie brak funduszy, kosztuje około 100 dolarów. Wprowadzenie zaleceń Szczytu Świata w Rio z r. 1992 i tzw. Protokołu z Kyoto z r. 1997 w sprawie obniżenia emisji CO2 o 5.2%, doprowadziłoby do zmniejszenia w r. 2030 Produktu Krajowego Brutto w krajach przemysłowych od 1,5% do 4,5%, dając w zamian obniżenie przewidywanego przyrostu temperatury z 1,40oC do 1,35oC, tj. zaledwie o 0.05oC, czyli nie wpłynęłoby istotnie na klimat. Natomiast podwojenie obecnego poziomu CO2 w atmosferze (niestety prawdopodobnie bez znaczenia dla zapobiegnięcia nadchodzącej nowej epoce lodowej) podwyższyłoby produkcję masy roślinnej i byłoby korzystne dla wszystkich organizmów żywych. W Stanach Zjednoczonych zwiększyłoby to dochód w rolnictwie i leśnictwie o 14,7 milardów dolarów rocznie. W sytuacji gdy coraz więcej danych naukowych wskazuje, że spalanie paliw kopalnych nie wpływa na obecne zmiany klimatu, i że rządzi nimi Natura (przede wszystkim aktywność Słońca) nie wydaje się moralnie uzasadnione podejmowanie, w imię spełnienia marzeń eko-fundamentalistów, decyzji które negatywnie wpłyną na ekonomię miliardów ludzi. Wpłyną natomiast pozytywnie na biurokrację: budżetom ministerstw finansów objęcie podatkiem całej światowej emisji CO2 przyniosłoby około 2,5 biliona dolarów rocznie.

Gdyby w Kyoto chodziło naprawdę o zmniejszenie zawartości CO2 w powietrzu i tzw. efektu cieplarnianego, to narzucającym się rozwiązaniem byłoby wyeliminowanie spalania paliw kopalnych i zastąpienie ich przez energetykę jądrową, która jest najczystszym, najbezpieczniejszym i najbardziej przyjaznym środowisku sposobem produkowania elektryczności, jedynym, który realnie może sprostać zapotrzebowaniom energetycznym ludzkości teraz i na wieki. Tymczasem Protokoł z Kyoto celowo ignoruje opcję nuklearną. Dlaczego? Profesor Margaret Maxey z Teksańskiego Uniwersytetu w Austin, uważa że jest to symptomatyczne dla myśli politycznej reprezentowanej przez Klub Rzymski, proponującej eliminację wojen i zjednoczenie świata pod jedną globalną władzą, poprzez ukazywanie ludziom nowego wspólnego wroga i wspólnego celu. Globalne eko-zagrożenia miałyby zastąpić zagrożenia militarne. Osobiście, nie mam nic przeciw temu, ale sprzeciwiam się metodom opartym na wzbudzaniu irracjonalnych lęków, walce z fałszywymi zagrożeniami i zaniedbywanie zagrożeń rzeczywistych. Członek komitetu wykonawczego Klubu Rzymskiego, Alexander King opublikował w r. 1991 wraz z Bertrandem Schneiderem książkę „The First Global Revolution”, w której czytamy: „W poszukiwaniu nowego wroga, który by nas zjednoczył, doszliśmy do wniosku, że skażenie środowiska, zagrożenie globalnym ociepleniem, brakiem wody, głodem itp. będą dobrymi kandydatami… Wszystkie te niebezpieczeństwa są powodowane przez działalność ludzką… Zatem rzeczywistym wrogiem jest sama ludzkość”. Ekolodzy twierdzą, że jest nim samo istnienie intelektu, zaś energetyka jądrowa jest ich sztandarowym straszakiem.

Już nie jeden raz w historii ludzkość, zanurzona w oparach absurdu, doprowadzała się do nieszczęść gorszych od wszelkich katastrof jakie sprowadza na nas Natura. W samym tylko XX wieku wymordowano 189 milionów ludzi w ludobójstwach, wojnach i niepokojach społecznych. Nośność ideologii ekologicznej, wykorzystującej altruistyczne cechy ludzi i instynkt lęku, jest bez porównania większa niż dawnych ideologii religijnych i mocarstwowych przybranych w nacjonalistyczne i społeczne piórka. Wydaje się, że nadszedł czas byśmy otrzęśli się, jak ze złego snu, z samobójczego uznawania się za obcą naturze aberrację, i zaakceptowali naszą rzeczywistą rolę do której przywiodła nas ewolucja: nie do biernego utrzymywania na Ziemi status quo ante, ale do roli świadomego gospodarza i obrońcy biosfery, którego intelekt i narzędzia techniczne przedłużą jej trwanie przez przyszłe eony czasu i poniosą życie poza Ziemię, w pustkę Wszechświata.

– –
Prof. dr. hab. Zbigniew Jaworowski jest pracownikiem Centralnego Laboratorium Ochrony Radiologicznej w Warszawie, byłym przewodniczącym Komitetu Naukowego Narodów Zjednoczonych ds. Promieniowania Atomowego (UNSCEAR) oraz prezesem Stowarzyszenia Ekologów na rzecz Energetyki Jądrowej (SEREN). Członek NIPCC. Zajmuje się badaniem skażeń ludności i środowiska globu oraz zmianami klimatu.

Advertisements

Dodaj komentarz »

Brak komentarzy.

RSS feed for comments on this post. TrackBack URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.

%d bloggers like this: