PRACowniA

23 sierpnia 2008

Wojny, Epidemie i Czarownice

Kolejny artykuł z serii o kometach. Dla przypomnienia, opublikowaliśmy już: Czarna Śmierć w nowym świetle: Kosmiczne powiązanie, Zagrożenia dla cywilizacji ze strony komet i bolidów, Kosmiczne polowanie na kaczki oraz Tunguska, psychopatia i szóste wymieranie

Notka do poniższego artykułu:
W angielskiej wersji artykułu używane jest słowo „witchcraft”, które w języku polskim nie ma odpowiednika, pasującego do każdego kontekstu. Słowo to składa się z dwóch: „witch” (czarownica, wiedźma) i „craft” (tu rzemiosło, kunszt, umiejętność, sztuka). W wolnym tłumaczeniu, jest to coś w rodzaju: rzemiosła magicznego uprawianego przez osoby nazywane czarownicami czy czarownikami. W słownikach znajdujemy tłumaczenie: czarna magia, czarodziejstwo, czary, czarnoksięstwo, czarostwo. Używamy więc tych pojęć wymiennie, adekwatnie do kontekstu.


Laura Knight-Jadczyk
sott.net
15 stycznia 2008

Było ciepłe, pogodne popołudnie w stolicy. Gwar stołecznego handlu i turystyki wypełnił ulice. Małe żeglujące statki usiały spokojne wody widoczne z okien budynków rządowych, dryfując na łagodnej południowej bryzie. Słońce połyskiwało na delikatnych falach i kilwaterach, dodając blasku makom i tulipanom kołyszącym się na brzegu. Wszystko było w porządku.

Lecz nagle niebo rozjaśniało jakby pojawiło się drugie, jeszcze jaskrawsze Słońce. Pojawiła się druga grupa cieni – początkowo długich i niewyraźnych, po chwili krótszych i znacznie ostrzejszych. Jednocześnie ze wszystkich stron dał się słyszeć syczący, ogłuszający dźwięk. Tysiące ludzi zadarło głowy, rozglądając się po niebie w poszukiwaniu tego nowego Słońca. Nad nimi rozkwitła ogromna biała, ognista kula, na wzór rozwijającego się, lecz teraz na dodatek oślepiająco jasnego kolosalnego papierowego kwiatu. Przez parę sekund ta wściekła ognista kula dominowała na niebioskłonie, zawstydzając Słońce. Niebo zapłonęło rozgorzałą bielą, powoli blednąc, przez żółć i pomarańcz, aż do groźnie wyglądającej miedzianej czerwieni. Okropne syczenie ustało. Gapie, oślepieni błyskiem, poparzeni jego dotkliwym żarem zakryli oczy i kulili się z przerażenia. Lokatorzy biur i apartamentów podbiegli w pośpiechu do okien, rozglądając się po niebie w poszukiwaniu źródła tego oślepiającego światła, które rozjaśniło ich pokoje. Ponad nimi ogromna warstwa burzowej, miedzianej chmury wypełniła firmament. Na wiele uderzeń serc miasto zamarło w ciszy, paraliżu i zdumieniu.

Nagle, bez ostrzeżenia, w miasto uderzył potężny podmuch, powalając przechodniów na ziemię. Pozamykane drzwi i okiennice wyleciały w futryn, ogrodzenia i dachy zajęczały i popękały. Fala uderzeniowa przemknęła przez miasto i szlaki wodne, przewracając zakotwiczone łodzie do góry dnem. Gorący, siarkowy wiatr jak przez otwarte drzwi piekła, oddech kosmicznych palenisk przetapiaczy żelaza, cisnął ku dołowi z nieba, wypełniony niekończącym się pogłosem trzęsień ziemi. Potem gorący oddech zwolnił i zatrzymał się; zwykła bryza powróciła z odnowioną rześkością, a zimne, południowe powietrze powiało przez miasto. Rozgrzane niebo ugasło do koloru ciemnej szarości, a następnie do złowieszczej czerni. Niespokojna czarna chmura zdawała się opadać z nieba jak skotłowane prześcieradło. Bardzo powoli i delikatnie zaczął opadać drobny, czarny pył, wstrzymywany i kręcony przez bryzę. Opadał tak przez godzinę lub dłużej, dopóki nie rozproszył się i nie rozwiał całkowicie, a chmury znikły z oczu.

Wielu ludzi myślało, że to koniec świata…

[Rekonstrukcja wydarzeń z Konstantynopola, 472 rok n.e. „Deszcz żelaza i lodu” („Rain of Iron and Ice”) (1996) John S. Lewis, profesor nauk planetarnych w Lunar and Planetary Laboratory, współdyrektor NASA/ University of Arizona Space Engineering Research Center, and Commissioner of the Arizona State Space Commission.]

W miarę jak kontynuuję grzebanie w tym temacie zainicjowane przeczytaniem dokumentów Victora Clube’a: Zagrożenia dla cywilizacji ze stron komet i bolidów, okazuje się, że z pewnością otworzyłam puszkę Pandory. W tej chwili mogę stwierdzić dwie rzeczy: 1) prowadzonych jest wiele tajnych badań na ten temat; 2) Wygląda na to, że sam Victor Clube zniknął. Obecnie paru naszych badaczy pracuje nad tym i dam Wam pózniej znać. Facet mógł po prostu przejść na emeryturę, lecz póki co wygląda to dość tajemniczo, biorąc pod uwagę o czym pisał.

W każdym razie gdy już raz wyciągniesz z puszki jednego robaka, wyłazić będzie przy okazji cała gromada innych, posplatanych z nim i trochę skonsternowany zaczniesz się zastanawiać, którego powinieneś wyciągnąć najpierw! A to co odkrywasz, kiedy ruszasz temat taki jak ten! Niesamowite! Na biurku mam stos książek i dokumentów wysoki na ponad pół metra!

Tak czy inaczej, według Dra Lewisa, którego fantastyczny scenariusz, jak by to było być świadkiem powietrznej eksplozji fragmentu komety jest zacytowany powyżej, nasza Ziemia doświadcza tego typu wydarzeń dosyć często, nawet jeśli w pewnym stopniu nieregularnie. Eksplozje na niebie – niektóre z nich ogromne – według niego i wielu innych naukowców głęboko wpłynęły na historię ludzkości. Co dziwne, historycy, jako grupa, nie rozmawiają o takich rzeczach. Jest to jedna ze spraw, która sprawia, że poszukiwania są tak utrudnione. Nie jest to po prostu kwestia przewertowania i przeczytania książki historycznej i odnalezienia słów autora mówiących: No to w 325 roku n.e. Konstantyn przeraził się wybuchu kometarnego nad głową i w efekcie zdecydował się przyjąć chrześcijaństwo i uczynić z niego religię państwową.

Jak to wpłynęło na historię?

Nawrócenie Cesarza na chrześcijaństwo z pewnością nie mogło zmienić wierzeń i zwyczajów większości jego poddanych. Lecz mógł on – i tak uczynił – wybrać, wyróżnić i udzielić przywilejów tym, których wiarę sam zaakceptował. Wybudował dla nich kościoły, zwolnił duchowieństwo z obowiązków obywatelskich i podatków, udzielił biskupom władzy świeckiej nad sprawami sądowymi i uczynił ich sędziami, od których werdyktów nie można było się odwołać.

Brzmi jak reżim faszystowski, hę?

Wczesne chrześcijaństwo miało bardzo wyraźne i nowe idee, które zostały wszczepione w judaizm. Zachowało ono i przekazało w zjadliwy sposób pewne ideały judaistyczne, co stworzyło fundament, na którym oparła się nasza nasza obecna kultura.

Główny schemat chrześcijaństwa – przyjęty wprost z judaizmu – to pojęcie GRZECHU.

Historia GRZECHU, od tamtego momentu aż do teraz, jest historią jego tryumfu.

Świadomość natury GRZECHU prowadziła do zwiększenia wysiłków różnych urzędów i usprawnienia ich metod działania. Urzędy te stały się centrami władzy ekonomicznej i militarnej, jakimi są do dziś.
Chrześcijaństwo – promując ideały Judaizmu pod maską „Nowego Przymierza” – zmieniło wzajemne relacje mężczyzn i kobiet. Zmieniło stosunek do jedynej pewnej w życiu rzeczy: śmierci. Zmieniło zakres wolności wyboru w kwestii tego, co ludzie mogą myśleć i w co wierzyć.

Poganie nie znosili żydów i chrześcijan, których religie akceptowały wyłącznie własnego boga i żadnych innych. Wzrastająca dominacja chrześcijaństwa stworzyła ostre konflikty pomiędzy religiami, a nietolerancja religijna stała się normą, nie wyjątkiem.

Chrześcijaństwo wprowadziło również jawny przymus wiary religijnej. Można by nawet powiedzieć, że zgodnie ze współczesną definicją kultu – jako grupy, która używa manipulacji i kontroli umysłu w celu wymuszenia czci – chrześcijaństwo jest Matką wszystkich Kultów – w służbie mizoginistycznych [wrogich kobietom], faszystowskich ideałów judaizmu!
Wzrastająca teokracja chrześcijańska Średniowiecza była pospieszyła z mobilizacjią sił militarnych przeciwko ludziom wierzącym w innych bogów, a zwłaszcza przeciwko chrześcijanom, którzy promowali mniej faszystowskie systemy wiary, prawdopodobnie włącznie z autentycznymi chrześcijanami i oryginalnym nauczaniem.

Przeobrażenie zachodniego świata z pogańskiego na chrześcijański skutecznie zmieniło sposób, w jaki ludzie postrzegali siebie oraz swoje relacje z rzeczywistością. I tak żyjemy z owocami tych zmian: z Niekończącą się Wojną.

Na jakiej podstawie możemy powiązać ze sobą panowanie chrześcijaństwa i eksplozje kometarne zdarzające się nad naszą głową?

W jednym z numerów NewScientist ( tom 178 numer 2400 – czerwiec 2003, strona 13) znajduje się artykuł, donoszący o odkryciu w Apeninach uderzeniowego krateru meteorytowego datowanego na czwarty lub piąty wiek n.e. . Obecnie krater jest „jeziorem okresowym”, z grubsza okrągłym, o średnicy 115 – 140 metrów, o wyraźne podniesionym brzegu, nie ma żadnych wpływających do niego wód ani zeń wypływających i zasilane jest jedynie przez opady deszczu. W pobliżu znajdują się tuziny mniejszych kraterów, jak te, które powstają, kiedy meteoryt o średnicy około 10 metrów, rozpada się na kawałki podczas wchodzenia w atmosferę.

Ekipa kierowana przez szwedzkiego geologa Jensa Ormo uważa, że krater powstał w wyniku lądowania meteorytu z siłą uderzenia jednej kilotony – co odpowiada bardzo małemu wybuchowi nuklearnemu – a impaktowi towarzyszyły fale uderzeniowe, trzęsienia ziemi oraz grzyb atomowy.

Próbki z powierzchni krateru zostały datowane na rok 312 plus minus 40 lat, lecz niewielkie ilości zanieczyszczeń współczesnym materiałem mogą wskazywać na datę znacznie późniejszą niż 312 r.

Legenda o spadającej gwieździe krąży w Apeninach od czasów rzymskich, lecz wydarzenie, które ona opisuje, pozostaje tajemnicą. Inne opisy z IV wieku przedstawiają barbarzyńców stojących u bram rzymskiego imperium w tym samym czasie, gdy ruch chrześcijański zagrażał jego stabilności od wewnątrz. Cesarz Konstantyn ujrzał na niebie niesamowitą wizję, z miejsca nawrócił się na Chrześcijaństwo i pod znakiem krzyża poprowadził swoją armię ku zwycięstwu. Lecz co takiego zobaczył?

Czy meteoryt trafiający we włoskie Apeniny był tym znakiem na niebie, który zachęcił go do odwołania się do chrześcijańskiego Boga w swojej rozstrzygającej bitwie w 312 r., kiedy to pokonał swego konkurenta, Cesarza Maksencjusza przy Moście Mulwijskim?

Przypomina nam to relację historyka Herodiana, opisującego oblężenie Akwilei przez Maksencjusza w latach 230, kiedy to żołnierze ujrzeli „boga Apollo” ukazującego się „częstokroć” nad miastem i walczącego w jego obronie. Herodian nie był pewien, czy żołnierze NAPRAWDĘ to widzieli, czy też wymyślili tę historię, żeby wytłumaczyć swoją porażkę. Ogólnie obowiązujące wytłumaczenie Jest oczywiście takie, że generałowie mieli zwyczaj opowiadać o „pojawianiu się”, żeby dodać odwagi swym oddziałom. Może jednak od czasu do czasu NAPRAWDĘ coś widzieli?

Przypomina mi to jeszcze o czymś: ostatnio czytałam w gazecie artykuł o facecie, któremu meteoryt przeleciał przez dach domu, kiedy ten był w pracy. Jego reakcja była nadzwyczaj interesująca: ogłosił, że był to „znak od Boga”, że musi iść do kościoła i odnowić swoją wiarę.

O co tu chodzi?

Clube pisze:

…[W] ciągu tych ostatnich lat odkryto istnienie ogromnego roju kosmicznych odłamków krążących po potencjalnie niebezpiecznej orbicie, co kilka tysięcy lat przecinającej orbitę Ziemi w czerwcu (i listopadzie). Co jest jeszcze bardziej zaskakujące, dowody tych faktów były w przeszłości z premedytacją zatajane. Jednak kiedy obie orbity dokładnie się przecinają, wzrasta szansa spotkania się z jądrem roju, do Ziemi dociera odpowiednio intensywniejszy strumień bolidów, upowszechnia się również przekonanie, że zbliża się koniec świata. Takie przekonanie może pojawiać się również przy innych okazjach, na przykład kiedy formują się nowe odłamki, ale przejście przez okolicę jądra roju miało miejsce – biorąc pod uwagę czas najbliższy okresowi życia Chrystusa – w czwartym tysiącleciu p.n.e., następnie w pierwszym tysiącleciu p.n.e., zdarzy się też prawdopodobnie znowu w ciągu nadchodzącego milenium.

Dlatego religia chrześcijańska rozpoczęła się, dość stosownie, od apokaliptycznej wizji przeszłości, w następstwie jednak ostatnich przejść przez okolicę jądra, kiedy minęło bezpośrednie zagrożenie, w rękach rewizjonistycznego kościoła prawda została przekształcona w mitologię, a wiedza o roju w swojej oryginalnej wersji, którą zawdzięczamy teraz pismom Platona i innych, była systematycznie zatajana.

Chrześcijańska wizja trwałego spokoju na Ziemi nie została bynajmniej powszechnie zaakceptowana i miała przejść jeszcze przez kilka stadiów „oświecenia”, zanim skrystalizowała w naszą aktualną świecką wersję historii, pod którą podpisuje się nauka, przewidując niewielkie, o ile w ogóle, zagrożenie z nieba. Jednakże brak niebezpieczeństwa jest iluzją, a długie ramię ułudy wczesnego chrześcijaństwa wciąż utrzymuje swój wpływ. […]

Idea straszliwych sankcji wiszących nad ludzkością nie jest oczywiście nowa. W przeszłości dość powszechnie obawiano się Armagedonu i panowało przekonanie, że nastąpi on w obecnym milenium. Co więcej, w ciągu ostatniego tysiąca lat to zazwyczaj właśnie reformatorski kościół rozbudzał ten strach. Lecz takie idee, ilekroć powstawały, zawsze napotykały zacięty opór. Czasem rzecznicy takich idei uciekali na nowo odkryte ziemie, gdzie we właściwym czasie napotykali miejscowy opór. Na przykład w Stanach Zjednoczonych, pomimo wolności słowa, stare podania o kosmicznej katastrofie od czasu do czasu (nawet w obecnym stuleciu) powracały, po to tylko, żeby spotkać się z odruchowym oburzeniem autorytetów – modelowy przykład dla teorii Pawłowa. Skoro tak, to chyba ironią jest fakt, że wybory w Stanach Zjednoczonych odbywają się generalnie w listopadzie, zgodnie z tradycją prastarych zgromadzeń plemion, co ma prawdopodobnie swoje źródło w realnym strachu przed końcem świata, kiedy to Ziemia przechodziła była przez rój.

W Europie dano sobie spokój z końcem świata w tym tysiącleciu, kiedy rozwinął się – jako opozycja do idei podtrzymywanych w trakcie Reformacji – oficjalny „opatrznościowy” pogląd na świat. Istotnie, utrzymywanie w tym czasie jakkolwiek odmiennego poglądu stało się czymś w rodzaju herezji, a ci, którym zdarzało się podburzać do obawiania się tego milenium, byli otwarcie potępieni. A że kosmiczna zima i Armagedon mają wspólne aspekty, oburzenie autorytetów nie jest niczym nowym. […]

Oświecenie, oczywiście, opiera się na poglądzie opatrznościowym i traktuje kosmos jak nieszkodliwą dekorację dla ludzkich spraw – jest to światopogląd, którego podtrzymanie jest zdaniem Instytutu tegoż Instytutu sprawą i pod którym z radością podpisują się kontrreformacyjny kościół oraz państwo. Faktycznie wygląda na to, że powtarzająca się kosmiczna presja – nadnaturalne wyjaśnienia – była umyślnie zaplanowane na podstawie chrześcijańskiej teologii i współczesnej nauki – niewątpliwie dwóch najbardziej wpływowych elementów zachodniej cywilizacji mających na celu kontrolowanie dobrego samopoczucia ludzkości.

W efekcie doszło do tego, że zaczęliśmy myśleć o globalnej katastrofie – czy to w wyniku wojny nuklearnej, dziury ozonowej, efektu cieplarnianego, itp. – jako perspektywie powstałej wyłącznie z naszej winy. Dlatego też, ponieważ stawiamy czoło „autorytetom”, które nigdy nie patrzą wyżej niż dachy, prawdopodobny impakt z kosmosu z trudem mieści się w narodowych planach. […]

Ludzkość objęta jest wielką iluzją kosmicznego bezpieczeństwa, iluzją, której ”establishment”, kościół, państwo ani Akademia nie zamierza burzyć. Trwanie w takiej iluzji nie pomoże w złagodzeniu kolejnej epoki ciemnego Średniowiecza, kiedy ta nastanie. Łatwo jednak to zmienić: wystarczy po prostu spojrzeć w niebo.

Zatem oburzenie bierze się ze szczególnie krótkowzrocznego stanowiska, które może ulokować ludzki gatunek niewiele wyżej od strusia oczekującego na zgubę dinozaurów. [Clube, (1990) Kosmiczna Zima (The Cosmic Winter)]

W Kosmicznym polowaniu na kaczki zerknęliśmy na podsumowujące wnioski Victora Clube’a płynące z jego obszerniejszego opracowania pod tytułem: Opisowy raport na temat zagrożeń cywilizacji ze strony bolidów i komet (Narrative Report on the Hazard to Civilization due to Fireballs and Comets), napisanego pod patronatem Sił Powietrznych USA i Departamentu Fizyki w Oksfordzie. W podsumowaniu tym Clube pisze:

Co około 5-10 pokoleń, na okres odpowiadający mniej więcej życiu jednego pokolenia, ludzkość podlega zwiększonemu ryzyku globalnego udaru za przyczyną innego rodzaju agencji kosmicznej.

Co około 5-10 pokoleń? To dosyć szokujące stwierdzenie. Jeśli jest to prawdą, to dlaczego nic o tym nie wiemy? Dlaczego historycy nic o tym nie wiedzą? Dlaczego przeciętni ludzie, którzy uczą się w szkole historii (taki mają obowiązek), nie wiedzą nic o tych sprawach?

Troszkę poszperałam w materiałach źródłowych Clube’a i odkryłam, że w rzeczywistości istnieje grupa ludzi zajmujących się tego typu rzeczami, lecz nie wydaje mi się, żeby robili to z zamiarem poinformowania społeczeństwa, nie mają też na uwadze interesu społeczeństwa. Spójrzmy na stronę INSAP (The Inspiration of Astronomical Phenomena) i pójdźmy tropem niektórych z ich linków. Ich pierwsza konferencja, w której uczestniczył Clube i do której niejawnie odwoływał się w swoim raporcie na temat Zagrożeń dla Cywilizacji (Hazards to Civilization), odbyła się w Mondo Migliore, pod patronatem Obserwatorium Watykańskiego, Rocco di Papa, pomiędzy 27 czerwca a 2 lipca 1994 roku. Na temat ich założeń czytamy:

Konferencje INSAP badają najrozmaitsze sposoby, na jakie ludzie z zamierzchłych i obecnych czasów wcielali astronomiczne wydarzenia w sztukę wizualną, literaturę i dramat. Położenie nacisku właśnie to wyróżnia INSAP spośród innych konferencji, które skupiają się na archeoastronomii, etnoastronomii czy astronomii kulturowej. INSAP dostarcza szerokim rzeszom artystów, pisarzy, muzyków, historyków, filozofów, naukowców i innych techniki pozwalającej im mówić o różnorodnych inspiracjach astronomicznych.

To oczywiście przypomina mi o ostatnich dziwnych wiadomościach na temat nowego Papieża eksmitującego Jezuitów z letniego pałacu papieskiego. Patrz: Papież nakazuje astronomom spakować swoje teleskopy (Pope tells astronomers to pack up their telescopes).

Podążając za tą historią, znajdujemy to: Włoscy naukowcy atakują papieskie uniki w odniesieniu do procesu Galileusza (Italian scientists attack Pope’s equivocation on Galileo trial)

Papież Benedykt XVI został zmuszony do odwołania wizyty na prestiżowym Uniwersytecie Sapienza (La Sapienza University) w Rzymie, po tym jak wykładowcy i studenci wyrazili oburzenie jego obroną działań kościołów katolickich wymierzonych przeciwko Galileuszowi.
Papież miał wygłosić odczyt na uniwersytecie w czwartek 17 stycznia 2008. […]

Sześćdziesięciu siedmiu wykładowców akademickich przyznało, że w swych komentarzach, które poczynił podczas szczytu Świętej Kongregacji dla Doktryny Wiary (Sacred Congregation for the Doctrine of the Faith), będącej następcą powszechnie znanej Inkwizycji, Papież skutecznie rozgrzeszył proces i skazanie astronoma Galileusza za herezje.

Jako Kardynał Josef Ratzinger, Papież Benedykt powiedział, że okazało się, iż Galileusz nie mylił się co do obrotowego ruchu Ziemi wokół Słońca i że późniejsze studia biblijne odrzuciły literalne odczytywanie tekstów, który to sposób pozwolił był Kościołowi zaprzeczać teorii Galileusza.

Niemniej jednak – powiedział – Galileusz był w tym czasie dogmatyczny i sekciarski w swych oświadczeniach i władze kościoła postąpiły rozsądnie, jeśli weźmiemy pod uwagę dostępny podówczas poziom wiedzy.

Naukowcy mówią, że jest to „obraźliwa” i nie do przyjęcia dwuznaczność. Kościół był niesprawiedliwy, irracjonalny i nieuczciwy w traktowaniu ich poprzedników i w otwartym odrzuceniu teorii Kopernika.

Nieźle! Tak czy inaczej, zanim Ratzinger został wybrany, żeby kierować Fabryką Katolickiego Szwindlu, Jezuici byli wyraźnie zainteresowani ogarnięciem tego, co dziej się tu, na naszej Dużej Niebieskiej Kulce – po co im to było, tego możemy już się nigdy nie dowiedzieć.

Clube był na jednym z ich spotkań i zaprezentował opracowanie, które jest tak interesujące, że poświęciłam trochę czasu i zamieściłam je jako plik tekstowy w bazie danych Sott’u: Natura rozproszonych kryzysów i Model cywilizacyjny Spenglera (The Nature of Punctuational Crises and the Spenglerian Model of Civilization) Niektóre fragmenty są dosyć ciężkie, lecz naprawdę warte przebrnięcia i przeczytania wszystkiego jak leci – może nawet więcej niż tylko raz – i solidnego przemyślenia implikacji, zwłaszcza odnośnie grup ludzi, które starają się wyszukiwać tego rodzaju informacje i przedstawiać je społeczeństwu. Clube dokładnie wyjaśnia, dlaczego należy uważać to za działalność rewolucyjną!

Powracając do opisowego raportu napisanego dla Oksfordu i USAF, mówi on:

Niezależnie od tego, czy ludzie są świadomi nadciągającego zagrożenia, czy nie, taka sekwencja wydarzeń wpływa osłabiająco na dotknięte nią pokolenia, ponieważ cywilizację powszechnie podlegają gwałtownym przejściom, takim jak rewolucja, migracja i zapaść.

W skrócie, niezależnie od tego, czy w tych okresach, kiedy „coś wisi w powitrzu, dosyć blisko i niebezpiecznie”, dochodzi do impaktów, czy nie, ludzie wariują, kiedy zaczynają czuć, że żyją na celowniku w kosmicznej strzelnicy. Tak, faktycznie wiedza o tym, że Ziemia pod naszymi stopami może nie być tak pewna i bezpiecznie ulokowana w kosmosie, stanowi zamach na nasze najgłębsze poczucie bezpieczeństwa. Prawie jakby Clube mówił nam, że istnieje jakiś rodzaj zaraźliwego szaleństwa, skłonność ludzi do ulegania panice, prawie jak stado bydła przepychające się w popłochu nad przepaścią, ponieważ ktoś przypadkiem (bądź umyślnie) wystrzelił z broni w powietrze. To nie jest nawet zła metafora, ponieważ, jak zauważymy w dzisiejszym odcinku, wygląda na to, że rządząca elita MA ZWYCZAJ czerpać korzyści z takich sytuacji, dla własnych celów, jakimi zazwyczaj są grabieże i przywłaszczanie sobie władzy.

Chociaż z czasem [rewolucje, migracje i zapaści] uważane za bezsensowne, takie przejścia są zazwyczaj do tego stopnia kłopotliwe dla państwowych elit, że historyczne i astronomiczne dowody zagrożeń są znienawidzone i tłumione.

W rzeczy samej, kiedy zanika szaleństwo i ludzie zaczynają zdawać sobie sprawę, jakich głupców z siebie zrobili i co ważniejsze, jakimi głupcami są ich przywódcy, kiedy widzą do jakiego stopnia rozsiały się śmierć i zniszczenie, zupełnie bez żadnego dobrego powodu, bo wyłącznie jako forma szaleństwa, jestem pewna, że w celu utrzymania w rękach władzy elity chcą zmieść wszystko pod dywan i sprawić, aby wszyscy zapomnieli, że się to w ogóle wydarzyło. Jak zobaczymy, nie zawsze się to udaje. Czasami ludzie są tak wrogo usposobieni, spstrzegłszy, jak byli traktowani przez swoich przywódców, że tacy przywódcy płacą dosyć wysoką cenę… czasem płacą własnymi głowami!

Kiedy jednakże ryzyko to ożywia się, takie „oświecenie” staje się pobudką do gwałtownych przejść, pojawia się bowiem żądanie historycznych i astronomicznych dowodów.

Taka zmiana i zmiana frontu, w połączeniu z urazem, są ewidentnie nieskuteczne i rzecz wymaga procedury wyeliminowania ryzyka.

Termin „oświecenie”, użyty powyżej, odnosi się do ludzi budzących się na to, co prawdopodobnie dzieje się tam, w kosmosie. Powracając do pełnego tekstu raportu, na stronie drugiej, gdzie omówiono możliwość impaktów olbrzymich pozostałości kometarnych, czytamy, że…

…ich obecność łatwo zdradza zodiakalny pył ciągle zbierający się na ekliptyce oraz dosyć nagłe spotkania, których Ziemia doświadcza przez okres kilku dziesięcioleci mniej więcej co dwieście lat… W wyniku tych spotkań powstaje nadmiar bolidów, przecinających ziemską atmosferę, powodując w konsekwencji zarówno zwiększone prawdopodobieństwo bombardowania przez mniej niż kilometrowe fragmenty ORAZ zwiększone ryzyko, że Ziemia przejdzie przez zagęszczenie jakiegoś niewielkiego strumienia odłamków a la Shoemaker-Levy.

Duża ilość bolidów i powtarzających się obserwacji komet wyraźnie wywołuje „eschatologiczne”[1] ożywienie – przepowiednie o zbliżającym się końcu świata – które może prowadzić do różnych społecznych niepokojów, co jest – jak zauważa Clube – wysoce niepożądane dla rządzących elit. W końcu, jeśli ludzie myślą, że świat się skończy, generalnie obwiniają za to swoich władców, bo byli tak zepsuci i źli! Żeby poradzić sobie z tego typu sprawami, ludzie zazwyczaj stwarzają sobie rzekomego wroga, odpowiedzialnego za to wszystko, a ten wywoła wojnę, która zmaże „chandrę końca świata” a przy okazji zabije większość ludzi! Mądrzy są, nieprawdaż?

Chciałabym jednak wrócić do tego komentarza „mniej więcej co dwieście lat”, gdzie Clube mówi, że zdarzało się to, po czym zostało zatuszowane przez „rządzące elity”, które są zakłopotane. Co jest, do diaska? Jak to bywa, w dalszej części opracowania dowiadujemy się, do jakich okresów on nawiązuje:

Od czasu Renesansu było pięć przeciągających się epok, kiedy to Ziemia najwyraźniej napotykała to rozdrobnione rumowisko niezauważonych wcześniej komet.

Z pracy Mike’a Baillie wiemy, że okres około 540 roku n.e. jest wysoce podejrzany, tak samo jak czasy Czarnej Śmierci. Wydarzania, które według Baillie’go działy się w tych okresach, poparte są bardzo mocnymi naukowymi danymi. Ale nie o tych okresach mówi tutaj Clube. On mówi „od czasu Renesansu”. Renesans oczywiście zaczął się zaraz po Czarnej Śmierci, którą Baillie uważa za okres bombardowania kometarnego, które zabiło praktycznie połowę ludzkości! (Przynajmniej tak wynika ze statystyk w odniesieniu do tych rejonów, gdzie statystyki były dostępne). Najszerzej rozumiany, Renesans obejmuje okres 200 lat, pomiędzy rokiem 1400 a 1600, choć specjaliści nie są zgodni, co do dokładnych dat. Czarna Śmierć rozpoczęła się w 1347/1348, czyli 50 lat wcześniej, można więc wywnioskować, że Czarna Śmierć była okresem wylęgania się Renesansu, lub że Renesans pojawił się jako reakcja na Czarną Śmierć.

W każdym razie widzimy teraz, że Victor Clube sugeruje, że w naszej zapisanej historii działo się o wiele więcej, niż wiemy, i że narodziny oraz upadki narodów i cywilizacji mogą być blisko powiązane z tym co dzieje się tam, w kosmosie! Kontynuując:

W trakcie tych epok, zasadniczo pokrywających się z Wojną Stuletnią, Reformacją, Wojną Trzydziestoletnią (włącznie z Angielską Wojnę Domową), okresem Rewolucji Francuskiej (włącznie z Wojną o nieodległość Stanów Zjednoczonych) i dziewiętnastowiecznym kryzysem rewolucyjnym w Europie [włącznie z Amerykańską Wojną Domową], władze państwowe niewiele mogły zrobić, by zmniejszyć lęk społeczeństwa w obliczu niebezpieczeństwa.

W porządku, teraz mamy jakieś konkretne okresy, kiedy zgodnie z przekonaniami Clube’a, et al, dziwne rzeczy działy się w kosmosie, wokół naszej planety. Spojrzenie w czasy przeszłe może nam pomóc w lepszym zrozumieniu obecnego okresu.

Wojna Stuletnia to okres 116 lat od 1337 do 1453 roku, Czarna Śmierć 1347/48 – 1351, następnie Renesans: 1400 do 1600. Jakieś bardzo paskudne rzeczy wtedy się działy! W każdym razie, jeśli chodzi o samą wojnę, był to konflikt pomiędzy Francją i Anglią, w związku z roszczeniem angielskich królów do tronu francuskiego. Była ona przerwana kilkoma krótkimi i dwoma długimi okresami pokoju, zanim ostatecznie zakończyła się wypędzeniem Anglików z Francji, z wyjątkiem jurysdykcji w Calais. Zauważamy, że kiedy Czarna Śmierć spadła na Europę, ten stan konfliktu trwał już dziesięć lat. Jeśli byłeś mocno związany z religią, mogłeś nawet powiedzieć, że to ręka boska pokarała ludzkość za zamiłowanie do wojny. Prawdopodobnie tak właśnie myśleli ludzie z tamtych czasów i podejrzewam, że taki pogląd nie nastawiał mas życzliwie do ich władców.

Wojna Stuletnia to również czas Joanny d’Arc, która ciągle słyszała głosy i przejęta tym, skupiała ludzi pod apokaliptycznym sztandarem.

Joanna d’Arc, czarownica i heretyczka

 

Francja była kompletnie zdewastowana, a w końcowym rezultacie wojna ta pomogła utrwalić poczucie nacjonalizmu we Francji, kładąc kres wszelkim roszczeniom Anglików do terytorium Francji, i umożliwiła powstanie centralnych instytucji rządowych oraz monarchii absolutnej. Jeden komentator zauważa:

Wojna Stuletnia była właściwie mnóstwem małych wojen i setkami bitew i oblężeń, które trwały przez prawie całe stulecie (1337 – 1453), aż obie strony odczuły wyczerpanie. Chociaż żadna ze stron tak naprawdę nie wygrała, końcowy efekt był taki, że tak jak na początku wojny były dwa królestwa, tak pod jej koniec były dwie nacje.

Kiedy ktoś studiuje strona po stronie historię Czarnej Śmierci i Wojny Stuletniej, rzuca się w oczy fakt, że cokolwiek się wtedy działo, istnieli ludzie pozbawieni sumienia, czerpiący korzyści z tego zamieszania i terroru. Na przykład czytamy co następuje:

To wojna pustosząca. Wioski i plony były spalone, sady zrujnowane, zwierzęta domowe skonfiskowane, a mieszkańcy udręczeni. Wkroczywszy do Francji Edward spędził tydzień na podpalaniu Cambrai i jej okolic. Ponad 1000 wiosek zostało zniszczonych. Francja robiła co mogła w Anglii, w trakcie wojennych najazdów żeglarze szturmowali południowo-wschodnie wybrzeże Anglii, by tam podpalać i siać zniszczenie. Dokonywano wielu grabieży, a myśl o korzyściach z nieuczciwych zdobyczy kusiła wielu, podtrzymując wojnę. Okup był kolejną nabytą walutą przetargową, a król, szlachcice, rycerze, a nawet zwykli obywatele byli brani jako zakładnicy.

Roiło się od okrucieństwa. Kiedy miasto Limoges zostało zdobyte i spalone, Edward zlecił egzekucję mieszkańców. Doprowadzono do wyludnienia większości Artois, Brytanii, Normandii, Gaskonii i pozostałych prowincji (około 1355 – 1375) i Francja uczyniła to samo prowincjom, które stały po stronie Anglii. Miasta otoczone murem były bezpieczne we wczesnym okresie wojny, lecz kościoły, wioski i tereny wiejskie były rujnowane.

Nie dało się zaobserwować zawieszenia broni ani traktatów. Do akcji wkroczyły „Wolne Kompanie”, bandyci z obu krajów, francuscy, angielscy oraz najemnicy dowodzeni przez kapitanów, którzy opanowali duże obszary i nałożyli daniny na miasta, wioski i kościoły. Porywali kobiety, duchownych brali na księgowych i korespondentów, a dzieci do usługiwania i plądrowania. (Edward P. Cheney, (1936) Zmierzch Nowej Ery 1250-1435) [The Dawn of a New Era 1250-1435]

Inne źródło podaje:

Przez pierwszych parę lat wojny nie działo się zbyt wiele, poza angielskimi najazdami na Francję i Flandrię. Następnie, w latach 1340, Anglia i Francja stanęły po przeciwnych stronach w długotrwałej wojnie domowej o to, kto ma być księciem Brytanii. Rezultatem tego była francuska inwazja na Gaskonię w1346 roku i druzgocząca klęska pod Crecy. Anglicy siali zniszczenie w zachodniej Francji, dopóki nie podpisano rozejmu w 1354 roku (sprowokowanego spustoszeniem dokonanym przez Zarazę, która boleśnie dotknęła Francję w latach 1347-48). Zawieszenie broni nie trwało długo. W 1355 wojna rozpoczęła się na nowo. W 1356, pod Poitiers, stoczono następną dużą bitwę, w trakcie której pojmany został król Francji. Angielskie najazdy ciągnęły się do roku 1360, kiedy to podpisano kolejny rozejm.

Na dokładkę do wszystkich innych troskzmartwień, plagi itd., coraz bardziej zaczynała wariować pogoda! Clube pisze:

Co najmniej jeden kronikarz donosi o najbardziej bezpośredniej przyczynie plagi w 1345, a mianowicie „od Chin po Persję padał deszcz ognia; sypiąc się płatkami jak śnieg i podpalając góry i równiny oraz inne ziemie, wraz z kobietami i mężczyznami; następnie pojawiły się olbrzymie masy dymu; ktokolwiek to przetrwał, umierał w ciągu sześciu godzin…” Wydaje się możliwe, że fundamentalną rolę w tym procesie grało globalne ochłodzenie Ziemi. Arktyczna pokrywa polarna rozciągnęła się, zmieniając układ cyklonowy i prowadząc do katastrofalnych żniw. To z kolei doprowadziło do głodu na szeroką skalę, śmierci i społecznego rozprzężenia.

W Anglii i Szkocji mamy opuszczone wioski i farmy, gwałtownie wzrastające ceny pszenicy i upadające populacje.

Wschodnia Europa doświadczyła serii niespotykanie surowych zim z grubą pokrywą śniegu. Kroniki klasztorne w Polsce i Rosji mówią o kanibalizmie, zbiorowych mogiłach przepełnionych zwłokami oraz o migracjach na zachód.

Nawet jeszcze przed nadejściem Czarnej Śmierci, w późnych czasach średniowiecznych w drodze była katastrofa ludzka na ogromną skalę. Faktycznie, przejściowe ochłodzenie wykracza sporo poza okres … plagi. Fluktuacje takie odnajdujemy w zapisach historycznych i istnieją dowody, że te klimatyczne napięcia są powiązane nie tylko z głodem, lecz również z czasami wielkich społecznych zamieszek, wojen, rewolucji oraz migracji ludności na masową skalę. (Clube, Kosmiczna Zima)

Zaskakująco przypomina to nasze stulecie, czyż nie? Są różnice w szczegółach i skali, lecz dynamika świata oszalała, rozprzestrzenia się niesamowite okrucieństwo, a globalne zmiany klimatu są takie same, jak możemy zaobserwować wokół.

Można naturalnie się zastanawiać, dlaczego masy ludzi miałyby znosić taki stan rzeczy, skoro to oni – a nie elity – biorą na siebie ciężar tego horroru. Odpowiedź jest taka sama wtedy jak i teraz. Masy zwykłych ludzi wspierają swych przywódców w wojnie w wyniku propagandy. Podczas wojny kościół i państwo generalnie tworzą sojusz, a w kościelnych kazaniach wykorzystuje się patriotyczne deklaracje dla wspierania rządzących elit. Celem rządu zawsze jest doprowadzenie do tego, żeby masy nienawidziły tego wroga, którego przywódcy zamierzają zniszczyć (a przynamniej odwrócenie uwagi od ograbiania społeczeństwa). Na dokładkę do kościelnej i państwowej propagandy, rządy będą oferować zwiększone zarobki i nowe możliwości dla tych, którzy walczą na wojnie (najemnicy tacy jak dzisiejsi Blackwater). Kryminaliści są często zwalniani z więzień, by szli walczyć. Teraz i wtedy ludziom obiecywano ziemie, dobra, różnego rodzajukorzyści, jeśli tylko przyłączą się do działań wojennych. W niektórych przypadkach zwykłym ludziom oferuje się po prostu zostawienie ich w spokoju, z ich „normalnym życiem”, gdzie nikt ich nie napastuje ani nie wyśmiewa. Od niepamiętnych czasów tak właśnie wspierano wojny i nic się tu nie zmieniło. Uroki władzy i dóbr powodują, że ludzie, którzy nie mają sumienia lub mają niską pozycję społeczną, entuzjastycznie przyłączają się do zabijania innych ludzi takich jak oni sami.

Jednym z wytworów tego okresu był kalwinizm. Jak zauważa Clube, reformacja protestancka była częściowo spowodowana faktem, że Władcy Czasu – Kościół Katolicki – zbudowali własny system kontroli oparty na systemie Arystotelesa „Bóg jest w niebie i nic się światu nie stanie, jeśli tylko będziesz dobrym chrześcijaninem”. Oczywiście, nie chcieli mówić o szalejącym kosmosie, nad którym ich wychwalany bóg nie ma kontroli. A fakt, że wszystko wokół szalało i kościół nie mógł nic na to poradzić (nie wspominając o korupcji kościoła, która była oczywista dla mas) dało broń reformatorom, którzy byli w stanie przyciągnąć wielu członków, podobnie jak chrześcijaństwo przyciągnęło Konstantyna, kiedy pogańscy bogowie nie mogli pomóc w obliczu kometarnego bombardowania.

Protestanci mogli więc odnieść korzyść z tej sytuacji, sugerując, że to „Koniec Czasów” i że stanowi to część planu, a ludzie zostaną ocaleni, jeśli tylko przejdą na stronę Protestancką!

Oczywiście, gdy protestanci „zdobyli pozycję”, że tak powiem, musieli również ustanowić władze i przyjąć pogląd Arystotelesa! „TERAZ Bóg jest wniebowzięty i wszystko będzie w porządku i nie będzie więcej katastroficznych zniszczeń, jak długo wszyscy chodzą do kościoła, płacą dzięsięcinę i słuchają ustanowionej władzy!”

Kolejną dziwną rzeczą, która pojawiła się w tym czasie, było prześladowanie czarownic. Od pierwszych dziesięcioleci piętnastego wieku do roku 1650 kontynentalni Europejczycy przeprowadzili egzekucje od dwustu do pięciuset tysięcy czarownic [i czarowników] (według ostrożnych szacowań), z czego ponad 85 procent to były kobiety. (Ben-Yehuda, 1985). Ludzie w tych czasach – a nawet później – naprawdę wierzyli w działanie czarnej magii i złych demonów. Ludzie tacy jak Newton, Bacon, Boyle, Locke i Hobbes mocno wierzyli w realność złych duchów i czarownic. Jak powiedział Russell:

„Dziesiątki tysięcy procesów [czarownic] toczyło się w Europie przez całe pokolenia, w czasach kiedy malował Leonardo, komponował Pelestrina i pisał Szekspir”. (1977)

Żeby zrozumieć tę część rzeczywistości owych trudnych czasów, musimy się troszkę cofnąć.

Czarownice i ich praktyki istniały od wieków, choć w kontekście całkowicie różnym od tego, który zaczął dominować w okresie krucjat przeciwko czarownicom. Stary Testament w dość dużym stopniu ignoruje temat, poza relacją spotkania króla Saula z czarownicą z Endoru i załączonym prawem: „Czarownicy żyć nie dopuścisz” [Wj, 22:18]. Jednak poza tym wyjątkiem, co wydaje się stać w zadziwiającej sprzeczności z tym prawem, opowieści o czarownicach w Biblii są zaskakująco neutralne. Nie ma wymyślnych teorii czy wyjaśnień na temat czarownic, diabłów ani jakichkolwiek odmian demonicznego świata.

W starożytnej Grecji i Rzymie magia była używana do wywołania deszczu, powstrzymania burz gradowych, odpędzania chmur, uspokajania wiatrów, sprowadzania urodzaju, zwiększania dobrobytu, uleczania chorych i tak dalej. Mogła być również używana przeciwko czyimś wrogom by pozbawić ich mocy. Wierzenia te były rozpowszechnione w starożytnym świecie i generalnie „dobra magia” była legalna i konieczna, a „zła magia” była potępiana i karana. Państwo wspierało nawet tych, którzy mogli w znaczący sposób odprawiać „dobrą magię”. Od punktu widzenia zależało, czy byłeś „dobrym magiem” czy tym „złym’. Prawdopodobnie to właśnie było powodem, że Anglicy potępili Joannę d’Arc za bycie czarownicą, a Francja odwrotnie, kanonizowała ją.

Grecko-rzymski wszechświat religijny – świat nadprzyrodzony – nie był podzielony na skrajne dobro i skrajne zło. Był zamieszkany przez różnego rodzaju odcienie i mieszaniny wszystkich cech, dokładnie takich samych jakie istniały w społeczeństwie ludzkim. (Jedynie w judeo-chrześcijańskiej regli Bóg staje się obrazem absolutnej dobroci i czystości, a diabeł został wymyślony, żeby być jego przeciwieństwem.) Dla świata starożytnego magia była po prostu próbą okiełznania Niewidzialnych sił, podczas gdy religia zajmowała się szacunkiem i wdzięcznością dla Natury i jej przedstawicieli mając na uwadze skutki. W ten sposób z łatwością można było łączyć modlitwy i zaklęcia.

Czarownica lub czarownik to osoba posiadająca metodę – technikę – która mogła być użyta do okiełznania i uaktywnienia nadprzyrodzonych mocyw imieniu własnym bądź cudzym. Mogli „kontrolować” siły natury. (A przynajmniej tak wierzyli.)

Dwie sprawy są więc tu ważne: 1) magia/czarodziejstwo było techniką i 2) istniała określona różnica pomiędzy dobrą magią a złą magią.

Zmieniło się to drastycznie w piętnastym wieku, siły natury się rozszalały i kiedy było już po wszystkim, trzeba było oczywiście kogoś za to obwinić! Protestantyzm rozkwitał i nierozsądne by było zwracanie się przeciwko Kościołowi, który wciąż dzierżył sporą część władzy, trzeba więc było znależć jakąś inną ofiarę. Zniknęła różnica pomiędzy dobrą z złą magią i wiedźmiństwo stało czystym złem. Przepadła również pluralistyczna[2] koncepcja nadprzyrodzonego świata i zostaliśmy tylko z bardzo dobrym bogiem, który jednak wydawał się być bezsilny wobec złego rodzaju ludzkiego występującego w sojuszu z bardzo złym diabłem. No nie całkiem „rodzaju ludzkiego”, bardziej „kobiecego rodzaju”!

Jednym z efektów tej zmiany podejścia było zrobienie z magii metodycznej anty-religii – stała się opozycją wszystkiego, co oznaczało katolickie i protestanckie chrześcijaństwo. Przed piętnastym wiekiem magia jako złożony system religijny była nieznana. Był to okres, kiedy powstała i skrystalizowała teoria nadprzyrodzonych demonów dla wytłumaczenia złych duchów, które zwaliły się na ludzkość. Jak inaczej wytłumaczyć Czarną Śmierć, która zabijała nie wybierając, pomimo modlitw i błagań kapłanów kościoła chrześcijańskiego, zarówno katolickiego jak i protestanckiego?

Warto również odnotować, że od tego czasu nigdy już nie uważano czarownic za istoty, które mogły używać technik kontrolowania sił natury. Stały się tymi, które sprowadzały na świat zło, ponieważ same były pod kontrolą Złego. Były wyłącznie kukiełkami Szatana i żadne dobro nie mogło nadejść z ich strony. Malleus Maleficarum [Młot na czarownice] wyraźnie nadmienia, że „magia jest głównie atrybutem niewiast, ponieważ są one bardziej łatwowierne i mają słabą pamięć” oraz dlatego że „magia bierze się z cielesnej żądzy, która u niewiast jest nienasycona”. (Sprenger i Kramer, Malleus Maleficarum, 1968, strony 41-48)

Krótko mówiąc, „mit czarownicy” został stworzony w późnych latach XV wieku w odpowiedzi na Czarną Śmierć i składał się nań pełny, spójny system wierzeń, założeń, rytuałów oraz „świętych tekstów”, które nigdy wcześniej nie istniały. Dominikanie rozwinęli i upowszechnili koncepcje demonologii i magii jako negatyw tak zwanej „prawdziwej wiary”.

Kiedy Kramer i Sprenger (członkowie Zakonu Dominikanów i Inkwizytorzy Kościoła Katolickiego) napisali Melleus Maleficarum i 9 maja, 1487 roku przedstawili je na wydziale teologii na Uniwersytecie w Kolonii, szukając jego aprobaty, dzieło zostało otwarcie potępione jako nieetyczne i sprzeczne z prawem. W roku 1490 Kościół Katolicki potępił książkę umieszczając ją na Indeksie Ksiąg Zakazanych (Index Librorum Prohibitorum).Żeby zrozumieć dlaczego, musimy znów troszkę się cofnąć.

Po upadku Imperium Rzymskiego i powstaniu chrześcijaństwa wielu misjonarzy, dowiadując się, że poganie mieli swój własny zestaw lokalnych bóstw i wierzeń, często dążyli do nawrócenia ich stosując prosty fortel polegający na kanonizacji lokalnych bóstw, tak żeby rodzime populacje mogły dalej je czcić, ale już pod egidą chrześcijaństwa. Bóstwa zmieniono w „chrześcijańskich świętych”, nawet wymyślono całe hagiografie. Stare świątynie przemieniono w kościoły, żeby poganie mogli jak zwykle przychodzić do znajomych miejsc kultu, słuchać mszy i modlić się do swoich „świętych”. Praktyki magiczne były tolerowane, ponieważ wyczuwano, że ludzie w naturalny sposób z czasem je porzucą, kiedy staną się prawdziwymi chrześcijanami.

Oficjalna polityka kościoła utrzymuje, że każdy rodzaj wiary w czary był iluzją
. W sławnym lecz zagadkowym Canon episcopi, czytamy:

Grzeszne kobiety, zdeprawowane przez diabła, uwiedzione przez iluzje i widma demonów, wierzyły, że – i przyznawały się do tego – w godzinach nocnych dosiadłszy pewnych bestii wybierały się na przejażdżki wraz z Dianą, boginią pogan oraz z niezliczonym mnóstwem kobiet i w ciszy śmierci nocy przemierzały obszary Ziemi i podporządkowywały się jej, jako swojej pani, rozkazom i były wzywane na jej służbę w określone noce. Żałuję tylko, że nie one same zginęły w swym sprzeniewierzeniu, a wciągnęły wielu wraz z sobą w zgubę niewiary. Albowiem niezliczone jest mnóstwo tych, co zwiedzeni tą fałszywą opinią wierzą, że jest to prawda, a wierząc tak, odchodzą od właściwej wiary i wikłają się w błąd pogan…

Z tego powodu księża we wszystkich kościołach powinni uporczywie głosić kazania… że wiedzą, że to fałsz i że takie przywidzenia są narzucone i słane przez złośliwego ducha…który zwodzi je w snach…

Któż jest, kto nie wyprowadzony z siebie w snach, widzi one uśpionym będąc, a których [kiedy] budząc się nigdy nie widzi?…

I kto jest tak tępy i głupi, by myśleć, że wszystkie te rzeczy, które są jedynie wykonywane w duchu, dzieją się cieleśnie?

Ma być więc głoszone wszem i wobec, że ktokolwiek wierzy w takie rzeczy…utracił swą wiarę.

(tłum. PRACowniA z angielskiego przekładu Kors’a i Peters’a, strony 29-31. Pochodzenie tego dokumentu jest niejasne. Kors i Peters (1972) datują go na rok 1140. Przypisany został mało znanemu zebraniu, Narada w Anquira [the Council of Anquira], które odbyło się prawdopodobnie w IV wieku. Chociaż nie ma żadnych zapisów z tej narady, deklaracja o czarach została przyjęta przez późniejszych kanonistów jako oficjalna polityka. Ben-Yehuda, 1985)

Przez ponad sześć stuleci taka była oficjalna postawa kościoła względem czarownic – czarownice ulegały iluzjom, miały omamy bądź po prostu śniły. Zdeklarowano wręcz:

„Ktokolwiek jest tak tępy i głupi, by wierzyć w tak fantastyczne opowieści, jest niewierny”.

W 1450 r., 100 lat po tym, jak Czarna Śmierć wybiła mniej więcej połowę europejskiej populacji, Wojna Stuletnia dobiegała końca i trzeba było znaleźć winnego (zdecydowanie NIE eksplozje kometarne!), rozpoczynał się tak zwany Renesans, Jean Vineti, Inkwizytor w Carcassone, utożsamił czarownictwo z herezją. W 1458, Nicholas Jacquier, Inkwizytor we Francji i Czechach zidentyfikował je jako NOWĄ formę herezji. Kiedy Jacquier pisał swoją książkę o czarach, najpierw musiał rozprawić się z Canon episcopi. Inni pisarze z tych czasów również uznali za niezbędne zdezawuować tę oficjalną politykę kościoła, żeby uzyskać choć „szaleństwo czarownic”. Tak więc pierwsze ataki mierzyły w wiarygodność samych dokumentów. W następnej kolejności utrzymywano, że ówczesne czarownice różnią się od tych, które opisywał dokument. W roku 1460 Visconti Girolamo, profesor Inkwizytor, Metropolita Lombardii, oświadczył, że fakt bronienia czarów (bądź czarownic) sam w sobie jest herezją. W latach 1484-86 Springer i Kramer opublikowali Malleus, objaśniając wykrystalizowaną teorię czarów, która dzielnie utrzymała się przez trzysta lat. Prasa drukarska Jana Gutenberga – produkt Renesansu – pozwoliła tej pracy szybko rozprzestrzenić się po Europie. Ta wykrystalizowana teoria poskutkowała rozpoczęciem polowań na szlone czarownice.

Biorąc pod uwagę wojny z tego okresu, które uśmierciły dużą część męskiej populacji, można przypuszczać, że zwiększyła się wzrosła ilość niezamężnych kobiet. Krótko mówiąc, kobiety stawały się niezależnymi wdowami. Pojawiło się więc kilku psychopatycznych gości (psychopaci zdają się naprawdę nienawidzić kobiet – nie wiem dlaczego, ale tak jest) – Sprenger i Kramer i reszta – i z wrogości napisali książkę, w której ze zdrowej, kompetentnej, inteligentnej kobiety zrobili czarownicę i problem z głowy! Można się pozbyć wszystkich zbytecznych kobiet, wszystkich mających posiadłości, a ich mienie można skonfiskować. Jednocześnie za jednym zamachem można ustanowić psychologiczną kontrolę mężczyzn nad kobietami, przywracając podporządkowanie się kobiet i kościoła! Myślę, że silnym czynnikiem w procesach czarownic była również psychopatia – Ponerologia. Ci goście, którzy napisali Malleus, brzmią dokładnie jak schizoidalni psychopaci. Diabelsko zdolni, powiedziałabym! (Trzeba również wziąć pod uwagę możliwość, że trwałemu zniszczeniu uległo wiele linii genetycznych silnych kobiet.)

Raz jeszcze, przypomnijmy, że najbardziej spektakularną „czarownicą” była Joanna d’Arc, która została osądzona, skazana i spalona w 1431 roku, trzy lata przed wybuchem europejskiej powszechnej paniki związanej z czarownicami, zapoczątkowanej w Valais, gdzie ponad 100 osób było sądzonych przez świeckich – a nie religijnych – sędziów za „morderstwo za pomocą czarów”. Gdy szaleństwo to rozprzestrzeniło się po Europie, dosłownie setki tysięcy kobiet spłonęło na stosie. Na śmierć w ogniu wysyłani dzieci, kobiety, a nawet całe rodziny. Źródła historyczne pełne są przerażających opisów tortur, którym którym byli poddawani ci nieszczęśnicy. Wymordowywano całe wioski. Jedno ze sprawozdań podaje, że całe Niemcy pokryte były stosami, a niemiecka społeczność zajmowała się wznoszeniem palenisk, na których ginęły ofiary. Jeden z inkwizytorów – jak podają źródła – powiedział: „Chciałbym żeby [czarownice] miały tylko jedno ciało, tak żebyśmy mogli spalić je wszystkie za jednym razem, w jednym ogniu!” (Trevor-Roper 1967, strona 152).

W latach 1580-90 Katolicka Kontrreformacja została opanowana głównie przez tropicieli protestantów. We Francji większość czarownic okazało się być hugenotkami[3]. Pod pretekstem palenia czarownic odbyło się wiele „politycznych” egzekucji. Jedną z ofiar był sędzia, który w 1628 roku został spalony za okazanie „podejrzanej wyrozumiałości”. W miarę jak rozprzestrzeniało się to szaleństwo, wzrastało okrucieństwo i barbarzyństwo ataków. Wspomniany przed chwilą sędzia, Dr Haan, poddany torturom przyznał się, że widział pięciu burmistrzów Bemberg na sabacie czarownic, i oni więc zostali skazani. Jeden z nich, Johannes Julius, wyznał pod wpływem tortur, że wyrzekł się boga, oddając się diabłu i że na sabacie widział dwudziestu siedmiu swoich kolegów. Później zdołał przemycić z więzienia list do swojej córki, Veroniki, zawierający całe sprawozdanie z procesu. Napisał:

Teraz, moje najdroższe dziecko, masz tu wszystkie moje uczynki i wyznania, za które muszę umrzeć. Wszystko to jest łgarstwem i wymysłem, tak mi dopomóż Bóg… Oni nie przerwą tortur dopóki ktoś czegoś nie powie. Jeśli Bóg nie ześle jakichś sposobów na ujawnienie prawdy, wszyscy nasi bliscy zostaną spaleni”. (Trevor-Roper 1967, strona 157)

Protestanci i katolicy oskarżali się wzajemnie i wczesne dziesięciolecia XVII wieku były zarażone istną epidemią demonów! Trwało to aż do końca Wojny Trzydziestoletniej. Mówi się, że jeśli publikacja Malleus Maleficarum była początkiem terroru, Pokój Westfalski w 1648 był jego końcem. W ostatnich czasach Malleus został poddany krytycznym badaniom, aczkolwiek nie przez osoby z jakąkolwiek świadomością ówczesnych wydarzeń kosmicznych. A jednak ich spostrzeżenia ma związek z naszym tematem tutaj: Seksowne Diablice (Sexy Devils)

Pewnego wieczoru, 10 lat temu, Walter Stephens czytał Malleus malificarum. Nie każdy, znając wzmianki naukowców na temat tego dzieła, wybrałby sobie Malleus na późnowieczorną lekturę. Zazwyczaj tłumaczony jako Młot na Czarownice, został najpierw opublikowany w Niemczech w 1487 roku jako podręcznik dla łowców czarownic w czasie Inkwizycji. Jest to tekst mrożący krew w żyłach – używany przez 300 lat, jeszcze nawet w epoce Oświecenia – który uzasadnia i szczegółowo opisuje rozpoznawanie, aresztowanie, przesłuchanie i egzekucję ludzi oskarżonych o zadawanie się z demonami, podpisywanie paktów z diabłem oraz o wykonywanie malefici[4] bądź szkodliwej magii.

„Była godzina 11 w nocy – wspomina Stephens. – Żona położyła się już do łóżka, a na pierwszej stronie [w Malleus] widniało to dziwne zdanie o ludziach, którzy nie wierzą w czarownice i nie wierzą w demony: „Zatem błądzą ci, którzy twierdzą, że nie istnieje coś takiego jak czary, że to wyłącznie imaginacja, nawet jeśli wierzą, że diabły istnieją jedynie w wyobraźni ignorantów i prostaków, a naturalne wypadki, które zdarzają się ludziom są mylnie przypisywane jakiemuś rzekomemu diabłu”.”

To zawiłe zdanie zazębia się z interesującym cytatem, który Stephens znał z „Il messaggiero”, pracy włoskiego poety Torquato Tasso z 1582 roku: „Jeśli istnieją magowie, czarownice i opętani – istnieją i demony; lecz nie ulega wątpliwości, że w każdej epoce odnaleziono przykłady pierwszych trzech wymienionych: a zatem nierozsądnie jest wątpić w istnienie w naturze demonów.”

Stephens, profesor Charles S. Singletona i studiów romańskich na Uniwersytecie Hopkinsa, jest krytykiem literackim i wyczuł coś intrygującego, kryjącego się pod tekstem na tej stronie. Tasso, a zwłaszcza autor Malleus, teolog dominikanin i inkwizytor Heinrich Kramer, w swoje prace zaangażował uderzającą dawkę energii, żeby obalić wątpliwości co do istnienia demonów. Po co to było?

Przez następne osiem lat Stephens przeczytał wszystkie możliwe do zdobycia rozprawy naukowe na temat rzemiosła czarownic, jak również sprawozdania z dochodzeń, traktaty teologiczne i inne prace (jego bibliografia zawiera 154 podstawowe źródła i ponad 200 drugorzędnych). Większość z 86 rozpraw naukowych, które cytuje, powstało w zachodniej Europie w wiekach XV, XVI i XVII i wszystkie (włącznie z Malleus) zawierają sprawozdania z odbytych stosunków płciowych z satanistycznymi duchami. Dlaczego? Czy autorzy ci byli bezlitosnymi mizoginistami, zawziętymi w przedstawianiu kobiet w jak najgorszym świetle? Czy byli ponurymi, wyhamowanymi bezżeńcami, którzy wyżywali się pisząc sprawozdania na temat demonicznego seksu? Stephens tak nie uważał; teksty te, jego zdaniem, nie podtrzymywały takiej interpretacji. W innym miejscu Malleus odnalazł on kluczową wzmiankę odnoszącą się do torturowanych, oskarżonych czarownic jako będących „fachowymi świadkami realności cielesnych związków pomiędzy ludźmi a demonami”. Ci goście próbują stworzyć dowody na to, że demony istnieją – pomyślał Stephens. Starają się przekonać sceptyków. Nagle pojawiła się myśl: Oni starają się przekonać samych siebie.

Tezy Stephensa gruntownie korygują stereotypową wiedzę o stuleciach okrucieństw i niesprawiedliwości. Wielkie europejskie polowania na czarownice – mówi – były wynikiem silnych kryzysów wiary. Ludzie, którzy pisali książki takie jak Malleus, ludzie, którzy popierali torturowanie i palenie dziesiątek tysięcy niewinnych osób, desperacko potrzebowali uwierzyć w czarownice, ponieważ, jeśli czarownice były prawdziwe, to demony były prawdziwe, a jeśli demony były prawdziwe, to Bóg był prawdziwy. Nie tylko realny lecz obecny i troskliwy. Poczytajcie uważnie dzieła stworzone przez autorów związanych z czarami – mówi Stephens – a zobaczycie, jak poważnie zaniepokojeni byli ci wyedukowani, oczytani ludzie, przez swoje narastające podejrzenia, że jeśli Bóg w ogóle istnieje, to nie poświęca On zbytniej uwagi potomkom Adama. […]

Usankcjonowane, zorganizowane ściganie i prześladowanie czarownic, zjawisko, które swoje maksymalne natężenie osiągnęło w latach od 1560 do 1630 i niemal w całości występowało w zachodniej Europie, miało początek w czasie poważnych niepokojów w kościele rzymsko-katolickim. Świat europejski we wczesnych latach XV wieku był ruiną. Poprzednie stulecie zostało określone przez historyka, Barbarę Tuchman, jako „katastrofalne” i nie było w tym przesady. Głód, który zaczął się około 1315 roku pustoszył Europę zachodnią. Od roku 1347 do 1352 Czarna Śmierć zabiła ponad jedną trzecią część populacji kontynentu. Osłabionych ocalałych nękały pozostałe choroby i dodatkowe wybuchy zarazy. I jakby nie dość było naturalnych katastrof, w latach 1337 – 1453 Anglia i Francja uwikłały się w Wojnę Stuletnią, najdłuższą wojnę w historii. Sam Kościół załamywał się, rozdzierany przez masowe, zorganizowane herezje i schizmę, które doprowadziły sytuacji, kiedy aż trzech ludzi jednocześnie rościło sobie pretensje do bycia prawdziwym papieżem. Jakim sposobem świat, stworzony przez czujnego, łaskawego i zaangażowanego Boga, mógł być tak poplątany?

Faktycznie. Kataklizmy tamtego czasu – JAKICHKOLWIEK czasów – były zamachem na wiarę wyznawców. I każdy, kto mówi o tych klęskach w sposób racjonalny i rzeczowy, jako o czymś, co po prostu robi Natura, i kto popiera to naukowymi danymi, MUSI zostać uciszony, zagraża bowiem samym fundamentom Zachodniej Cywilizacji: chrześcijaństwu i uniformitarianizmowi[5] oraz faszystowskiej kontroli ludzkości!

Wygląda na to, że takie prześladowania mogły być równie dobrze zainicjowane jako sposób kontrolowania tych, którzy głosili „herezje” przeciwko „opatrznościowemu” porządkowi wszechświata, ustalonemu przez kościół i państwo, herezje takie jak wykazywanie, że zwiększona liczba zaobserwowanych bolidów i komet może równie dobrze sugerować, że planeta i jej mieszkańcy są narażeni na potencjalne niebezpieczeństwo. W końcu były to czasy Galileusza, który został on oskarżony jako „heretyk” za nie wspieranie potęgi Wszechmogącego Boga. To to samo, jakby w dzisiejszych czasach być oskarżonym o prowadzenie sekty czy „kultu”. Zauważamy również, jak wspomniano powyżej, że Kościół cofa się do tego samego nastawienia, które utrzymywało się podczas innych „eschatologicznych” okresów.

Co mnie uderza jako szczególnie zabawne, to sposób w jaki zajmuje się tym amerykańska szkoła Zderzeń Asteroid. Najwyraźniej pod wpływem brytyjskiej szkoły bombardowań kometarnych zaczęli o tym wszystkim myśleć. Wydaję się również wysoce prawdopodobne, że cała ta Wojna z Terrorem służy odciągnięciu uwagi od tego, co naprawdę dzieje się „nad nami”. Tak czy inaczej, na podstawie ostatniej konferencji AIAA 2007 Konferencja Obrony Planetarnej (AIAA 2007 Planetary Defense Conference) widać, co ich najbardziej porusza:

Asteroida może uderzyć w dowolnym czasie i w dowolnym miejscu na globie, więc obrona planety ma implikacje dla całej ludzkości. Wszystkie narody na Ziemi powinny być przygotowane na tę potencjalną katastrofę i winny wspólnie pracować w celu zapobieżenia temu lub ograniczeniu szkody. Można powiedzieć, że prowadzi się obecnie bardzo niewiele debat słabo się koordynuje wysiłki na narodowym czy międzynarodowym poziomie. Agencje kontroli katastrof nie przeprowadzają symulacji tego typu zdarzeń i żadna z agencji, z żadnego kraju, nie bierze odpowiedzialności za dążenie w kierunku odchylenia [z kursu] obiektów NEO (z ang. Near Earth Objects; Obiekty bliskie Ziemi [Wiki]).

Jako wyzwanie potraktawano także zapewnienie długoterminowego finansowania. Większość pracy na praktycznie wszystkich obszarach obrony planetarnej wykonana została z prywatnej inicjatywy i w prywatnym czasie. Istnieje zapotrzebowanie na kontynuację badań i recenzowane prace naukowe, co pomoże nam poszerzyć wiedzę z tego zakresu i zwiększyć zaufanie społeczeństwa co do naszej zdolności reagowania. Rzeczywistość jest taka, że odchylanie kursu NEO czy łagodzenie skutków katastrof mogą nie okazać się konieczne przez dziesięciolecia bądź dłużej, tak więc rządy, które zajęte są bardziej pilnymi sprawami, mogą nie być skłonne do przeznaczenia wystarczających środków na tego typu pracę. Jako podstawowy problem postrzega się określenie właściwego poziomu tej pracy i długofalowe finansowanie tego typu działań.

Dodatkowo, rozwiązane być muszą główne zagadnienia prawne i polityczne związane z obroną planetarną. Przykładem jest odpowiedzialność za przewidywania, które okażą się fałszywe, oraz za nieudane misje mające odchyllić tor [obiektów NEO] a w rezultacie kończące się impaktem. Inne przykłady obejmują:

– Zostało przewidziane, że jakiś konkretny obszar dotknięty zostanie impaktem, i zagrożeni mieszkańcy oraz przedsiębiorstwa ewakuują się. Czy ktoś jest odpowiedziałny za możliwe obniżenie wartości mienia, jeśli przewidywanie okaże się błędne?
– Jakieś państwo podejmuje próbę odchylenia [toru], lecz nie udaje się zmienić orbity obiektu na tyle, żeby ominął Ziemię. Czy państwo to jest odpowiedzialne za powstałe szkody?
– Zagrożenie ze strony NEO wymaga opcji nuklearnej, lecz w opinii społecznej możliwość niepowodzenia przy odpaleniu i zniszczenia będące tego konsekwecją przewyższa zagrożenie ze strony NEO. Jak wygląda odpowiedzialność oraz polityczne i taktyczne implikacje powiązane z nieudanym odpaleniem w trakcie misji odchylenia?

Tego typu zagadnienia powinny zostać przedyskutowane i rozwiązane zanim zmusi do tego poważne zagrożenie.

Taa.. to jest to, o co się martwią! Odpowiedzialność prawna!

Niesamowite.

No tak… w każdym razie pod koniec Wojny Stuletniej i w okresie Czarnej Śmierci prześladowania czarownic wykorzystywano do kompletnego wyciszenia jakichkolwiek wskazówek, że Ziemia nie wisi sobie bezpiecznie w kosmosie, a historię i prawdę tłumiono krwią i paleniem ludzkich ciał.

* * *
przypisy (na wszelki wypadek)

[1] eschatologia: część doktryny religijnej, także teoria filozoficzna, traktująca o sprawach ostatecznych, tj. o losach pośmiertnych człowieka oraz o celu i przeznaczeniu świata); źródło

[2] pluralizm filoz. stanowisko w dziedzinie ontologii, według którego rzeczywistości nie daje się sprowadzić do jednej zasady, lecz musi być wyjaśniana przez ich wielość (np. dualizm Kartezjusza, monadologia Leibniza); w wersji tomistycznej pluralistyczna rzeczywistość może być wyjaśniona przy pomocy jednej zasady – Boga. zródło

[3] hugenot: hist. wyznawca kalwinizmu we Francji, prześladowany przez Kościół katolicki i władze do 1791 r.

[4] Maleficia: Słowo wprowadzone w średniowieczu z łaciny jako „czynienie zła” i dotyczące różnego rodzaju nieszczęść i katastrof, które może być wytłumaczone z powodu braku bezpośredniej przyczyny. Maleficia została nierozerwalnie wpleciona w ideę magicznego rzemiosła (witchcraft) oraz ze sprawkami Diabła, do momentu, gdzie słowo to stało się synonimem czarownicy.
tłumaczenie z: http://www.occultopedia.com/m/maleficia.htm

Fragment strony: http://www.themystica.com/mystica/articles/m/maleficia.htm
Maleficia: W przeszłości maleficyjne akty były udziałem czarownic i czarowników, które, jak wierzono, były przyczyną krzywd i śmierci ludzi oraz zwierząt lub zniszczeń upraw. Od starożytności myślano, że czarownice, czarodzieje i magowie mogli posiąść zdolność do rzucania negatywnych zaklęć z zemsty, urazy, bądź złośliwie.
W trakcie średniowiecznego obłędu polowania na czarownice, maleficia, która sugerowało pakt z diabłem, była generalnie używana do wytłumaczenia wszelkich naturalnych katastrof, wypadków, chorób czy osobistych niepowodzeń. Wierzono również, że czarownice po prostu musiały pomyśleć o wywołaniu problemu u innych, by ten się wydarzył.
W swej najbardziej zwięzłej definicji maleficia oznaczała zniszczenie zbiorów oraz choroby i śmierć zwierząt. W swym najszerszym znaczeniu można była do niej zaliczyć cokolwiek, co przyczyniło się do wywołania negatywnego działania na inną osobę. W działanie to zalicza się utratę miłości, burze, obłęd, choroby, pech, problemy finansowe, plagi wszy, a nawet śmierć. Cokolwiek poszło źle, obwiniano o to czarownice.

[5]
Uniformitarianizm
: teoria geologiczna przyjmująca, iż cała skorupa ziemska była w przeszłości kształtowana przez takie same czynniki, jakie panują obecnie. Założenie takie pozwala m.in. na określanie warunków klimatycznych, które panowały w przeszłości, na podstawie analizy i porównania osadów powstających dawniej i w obecnych, znanych warunkach.
Zrodlo

Advertisements

Dodaj komentarz »

Brak komentarzy.

RSS feed for comments on this post. TrackBack URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.

%d bloggers like this: