PRACowniA

15 Lipiec 2008

Tunguska, psychopatia i szóste wymieranie

Źródło

Laura Knight-Jadczyk
Sott.net
30 czerwca 2012


Jak mógł wyglądać bolid Tunguska

Sto lat temu, w nocy z 30 czerwca na 1 lipca, miało miejsce jedno z najbardziej niezwykłych wydarzeń współczesnej historii.

Pierwsze doniesienia o dziwnej łunie na niebie zaczęły dochodzić z całej Europy. Krótko po północy, 1 lipca 1908, mieszkańcy Londynu z zaintrygowaniem przyglądali się różowo fosforyzującemu nocnemu niebu nad stolicą. Ludzie, którzy udali się już na spoczynek, budzili się, kiedy ta dziwna różowa łuna rozświetliła ich sypialnie. O takiejże czerwonawej poświacie donoszono z Belgii. Dziwiono się jasnozielonemu niebu nad Niemcami, a w tym samym czasie nad niebo Szkocją stało się niewiarygodnie białe, ogłupiając tym dziką przyrodę, która potraktowała to jako świt. O drugiej w nocy ptaki się rozśpiewały i zapiały koguty. Nad Moskwą niebo było tak jasne, że można było robić zdjęcia bez lampy błyskowej. Kapitan statku płynącego po Wołdze powiedział, że przy tym osobliwym świetle widział statki na rzece w odległości dwóch mil. Gdzieś w Anglii grano przy tej nocnej łunie w golfa do czwartej nad ranem, a w ciągu następnego tygodnia gazeta The Times of London została zasypana listami od czytelników z całego Zjednoczonego Królestwa z doniesieniami na temat tego dziwnego „fałszywego świtu”. Jakaś kobieta w Huntingdon była w stanie czytać w sypialni książkę w świetle tej szczególnej różowej poświaty. W setkach listów ludzie opisywali identyczne zjawiska świetlne, które trwały tygodniami… (Tom Slemen)

Nikt spośród tych ludzi nie miał pojęcia, że tuż po godzinie 7:15 czasu lokalnego na Wyżynie Środkowosyberyjskiej nasza planeta została trafiona przez odłamek komety, który – zwyczajem takich ciał – eksplodował w atmosferze nad powierzchnią Ziemi.

Oczywiście zarówno w gazetach jak i czasopismach naukowych mnożyły się komentarze na temat tego zdumiewająco rozjarzonego nieba. Jedna z przedstawionych teorii mówiła o drobinach lodu, które jakoś uformowały się w wyższych warstwach atmosfery i odbijały światło. Inna teoria sugerowała wystąpienie jakichś dziwnych zaburzeń zorzy. Duński astronom wskazał na fakt zaobserwowania ostatnio nad Danią bardzo dużych meteorów i sugerował, że zjawisko mogło być wywołane przez pył kometarny w wyższych warstwach atmosfery. On był dość blisko prawdy, ale generalnie nie było zgody co do tego, co rzeczywiście się wydarzyło.

W Irkucku gazeta z 2 lipca doniosła, że w wiosce oddalonej o ponad 200 mil od rzeki Podkamienna Tunguzka wieśniacy widzieli spadającą kulę ognistą jaśniejszą od Słońca, za którą ciągnęła się ogromna chmura czarnego dymu i rozwidlony język ognia oraz słychać było głośny huk jak od wystrzału z karabinu.

Wszyscy wieśniacy wybiegli w panice z domów. Starsze kobiety płakały i wszyscy myśleli, że zbliża się oto koniec świata.

Prawie 400 mil na południowy zachód od miejsca eksplozji, o godzinie 7:17 rano 30 czerwca maszynista pociągu linii transsyberyjskiej musiał zatrzymać pociąg ze strachu przed wykolejeniem ze względu na drgania i wstrząsy. W miastach odległych o 300 do 400 mil porywy wiatru przypominające huragan zatrzęsły drzwiami, szybami w oknach i naczyniami w domach. Następnie nadeszła fala uderzeniowa tak silna, że zwalała z nóg konie i zmiatała do rzeki ludzi pracujących na statkach.

Ponad 550 mil na południe od miejsca wybuchu sejsmograf w Irkucku, w pobliżu Bajkału i blisko granicy z Mongolią, zarejestrował silne wstrząsy.

Lokalne gazety syberyjskie przynosiły informacje o ognistej kuli na niebie i o strasznej eksplozji, ale do jesieni 1908 roku sprawa ucichła, a historia przeszła niezauważona w Petersburgu, Moskwie i na Zachodzie. Okolica, w której miało miejsce to wydarzenie (sam środek Syberii), była jednym z najtrudniej wówczas dostępnych rejonów na Ziemi.

Najbliżej, bo w odległości około 30 km, byli pasterze reniferów, śpiący w namiotach rozlokowanych w kilku obozach. Dosłownie wylecieli w powietrze i stracili przytomność po upadku na ziemię. Jednym z nich miotnęło prosto w drzewo i zmarł niedługo później w wyniku odniesionych obrażeń.

Wczesnym rankiem, kiedy wszyscy spali w namiocie, cały namiot wyleciał w powietrze wraz ze śpiącymi ludźmi. Niektórzy stracili przytomność. Kiedy ją odzyskali, wokół potężnie huczało, las wokół nich płonął, a w części był po prostu powalony.

Ziemia się trzęsła i słychać było nieprawdopodobnie długo trwający ryk. Wszystko wokół tonęło w dymie i parze z palących się i zwalających drzew. W końcu się uciszyło, wiatr osłabł, ale las płonał dajej. Wiele reniferów rzuciło się do ucieczki i przepadło. [earthsci.org]

Tysiące reniferów w strefie zero straciło życie. Wiele rozsianych po tym terenie obozowisk i baraków pasterskich uległo zniszczeniu.

Przetrwały wieści o tym nadzwyczajnym wydarzeniu, przekazane przez geologów i innych naukowców pracujących na tym terenie. Opowieści przyciągnęły uwagę poszukiwacza meteorytów, Leonarda Kulika. Jednak dopiero w 1927 roku udało mu się zorganizować ekspedycję i wyruszyć na miejsce tego wydarzenia.

Kulik wysiadł z pociągu kolei transsyberyjskiej na stacji w Tajszet [rejon Irkucka] i zaprzężonymi w konie saniami odbył ciężką trzydniową odyseję przez 350 mil lodu i śniegu, aż dotarł ze swoimi ludźmi do wioski Kezma nad Angarą. Tam uzupełnili prowiant i ruszyli znowu w drogę – trzy dni przez dziką Syberię – aż 25 marca dotarli do osady Wanawara.

Stamtąd Kulik próbował przedrzeć się przez tajgę, ale zmuszony był się wycofać, kiedy konie o mało nie zamarzły w zaspach. Kolejne trzy dni spędził w zasypanej śniegiem Wanawarze, rozmawiając w międzyczasie z wieloma Ewenkami, świadkami pojawienia się bolidu.

Opowieści o niebie rozprutym przez spadające słońce i o potężnym grzmocie, który wstrząsnął ziemią, wzbudziły w Kuliku jeszcze większą chęć przeszukania tajgi i znalezienia swojego świętego Graala.

Kiedy pogoda się poprawiła. Kulik wyruszył do Doliny Tunguzkiej. Dotarłszy w końcu do miejsca tajemniczej eksplozji, oniemiał. Patrząc na teren z krawędzi zbocza, Kulik wyjął notes i pospiesznie zanotował swoje pierwsze wrażenia na temat zniszczeń spowodowanych przez tego kosmicznego wandala. Napisał:

Z naszego punktu obserwacyjnego nie widać ani śladu lasu, wszystko zniszczone i spalone, a na skraju tej martwej przestrzeni wystrzelił w górę młody, dwudziestoletni teraz las, szukając słońca i życia. To niesamowite wrażenie, widzieć grube na dwadzieścia do trzydziestu cali drzewa rozłupane wzdłuż na kształt różdżki, a ich czubki ciśnięte w dal na wiele jardów.

Nastęstwa eksplozji Tunguskiej

Odbyły się jeszcze trzy kolejne ekspedycje na miejsce eksplozji, wszystkie trzy prowadzone przez Kulika. W 1941 roku Hitler zaatakował Związek Radziecki. 58-letni Leonid Kulik zgłosił się na ochotnika do obrony Moskwy, ale został zraniony przez nazistów. Pojmany przez niemieckie oddziały i osadzony w obozie jenieckim, zmarł w wyniku odniesionych ran. [Tom Slemen]

Energia wybuchu została obliczona na podstawie stopnia powalenia lasu i fal niewielkiego ciśnienia, które nadciągnęły z prędkością dźwięku i zostały zarejestrowane przez barografy na całym świecie, w tym w stacjach pomiaru położonych pomiędzy Cambridge, 50 mil na północ od Londynu, i Petersfield, 55 mil na południe. Co ciekawe, meteorologom w Anglii dwadzieścia lat zajęło znalezienie powiązania między ich zapisami a zniszczeniami w Tunguzkiej. Następstwa przejścia fali były niepodobne do żadnych wcześniej zanotowanych, ale w dzisiejszych czasach wiemy, że podobne są do powstających w wyniku wybuchu bomby wodorowej. Wydaje się, że impact miał energię 30-40 megaton, czyli kilku tuzinów zwykłych bomb wodorowych.

Według Johna Baxtera i Thomasa Atkinsa i ich książki, The Fire Came By, wybuch poskutkował olbrzymim „słupem ognia” a oślepiająca kolumna widoczna była z odległości setek mil. Serie grzmotów, które nadeszły za błyskiem, były słyszalne z odległości nawet ponad 500 mil.

Tak mógł wyglądać wybuch komety Tunguskiej

Huk eksplozji ogłuszył wszystkich w pobliżu. Następnie przez lasy przeszedł prąd palącego gorąca pochodzący od ognia na niebie. Wysokie drzewa iglaste zostały poparzone i zapaliły się, a ogień płonął przez wiele dni. Mieszkańcy Wanawary, małej placówki handlowej odległej o około 40 mil, czuli ten wściekły ciąg gorąca. Kiedy przyszła fala uderzeniowa, niektórzy ludzie zostali wyrzuceni w powietrze, powyrywało fragmenty darni, zawaliły się sufity, potłukło szyby w oknach.

Skutki eksplozji Tunguskiej

Tak się składa, że data impaktu, 30 czerwca, odpowiada przejściu Ziemi przez maksimum roju Beta Taurydów. Z tego jak i z trajektorii, wydaje się wynikać, że tunguskie ciało niebieskie było częścią Taurydów. Prawdopodobnie Ziemia przeszła przez zagęszczenie w tym roju.

Badania naukowe podjęte przez Kulika w 1927 roku ujawniły, że w pobliżu centrum wybuchu wiele drzew ciągle stało prosto, choć pozbawione były konarów i liści. Dalej od punktu zero drzewa były powalone i osmalone, tworząc koncentryczne kręgi z odziomkami zwróconymi w stronę epicentrum. Wszystkie te dowody wskazywały na fakt, że wybuch nastąpił w powietrzu.


Rysunek pokazuje kierunki podmuchu

Wystąpienie w tym stuleciu impaktu o energii potężnej bomby wodorowej każe się nad tym zastanowić. Gdyby zdarzyło się to dzisiaj, pewnie wywołałoby Trzecią Wojnę Światową. Gdyby zdarzyło się kilka godzin wcześniej lub później, trafiłoby na wielkie miasto albo zaludniony teren. Ale tak się nie stało. Jak już wspomniano, zdarzyło się to dwadzieścia lat wcześniej, niż ktokolwiek zaczął podejrzewać, co naprawdę się stało. Po części stało się tak dlatego, że w 1908 roku Rosjanie pochłonięci byli polityką. Rok wcześniej, w 1907, car Mikołaj był świadkiem, jak spora ilość rewolucjonistów została wybrana do właśnie powołanego parlamentu, Dumy. Ostatecznie rewolucja wybuchła w 1918 roku. Można by nawet powiedzieć, że Tunguska była zwiastunem nadchodzących wydarzeń. Może nawet na więcej sposobów niż się wydaje.

Rysunek pokazuje obszar zniszczenia w porównaniu do powierzchni okręgu stołecznego Waszyngton

86 lat później, w lipcu 1994, roku pojawił się następny zwiastun – fragmenty komety Shoemaker-Levy uderzyły w Jowisza.

Podczas kiedy Tunguską naukowcy mogli zignorować, nie tak już łatwo było zbagatelizować widowisko, kiedy jedna za drugą, szereg komet uderzył w planetę naszego Układu Słonecznego, kiedy ta wirowała w przestrzeni. Tego samego roku, w oczekiwaniu na to zbliżajęce się wydarzenie, wydana została książka Hazards due to Comets and Asteroids. Jest to praca zbiorcza i odwoływałam się już do niej w poprzednich artykułach tego cyklu. W jednym z opracowań zamieszczonych w tej książce czytamy:

Nasze rozumienie historii Ziemi i jej mieszkańców przechodzi radykalną zmianę. Staje się jasne, że powolne procesy zmian geologicznych i ewolucji przerywane są naturalnymi kataklizmami na kolosalną skalę – katastrofami spowodowanymi zderzeniami dużych asteroid i komet z Ziemią. Ogólnie przyjętym na to określeniem jest „zmiana paradygmatu”.

Ten „nowy katastrofizm” przypomina nieco rewolucję wywołaną wprowadzeniem heliocentrycznego Układy Słonecznego przez Kopernika, darwinowską teorią ewolucji, czy teorią Wielkiego Wybuchu. Z perspektywy czasu takie idee zawsze wydają się oczywiste. Czytając „O pochodzeniu gatunków”, Thomas Huxley zauważył prosto: „Dlaczego sam na to nie wpadłem?” Patrząc na Księżyc zastanawiamy się, dlaczego tyle czasu musiało upłynąć, zanim postawiliśmy pytanie, czy proces, który usiał jego powierzchnię kraterami, wciąż trwa. (Robert L. Park z American Physical Society, Lori B. Garver z National Space Society i Terry Dawson, pracownik House Committee on Science, Technology, and Space pracujący dla tego Komitetu, później jego szef oraz nieżyjący już. George Brown )

Chciałbym powtórzyć najważniejszą uwagę:

Nasze rozumienie historii Ziemi i jej mieszkanców przechodzi radykalna zmiane. Staje się jasne, że powolne procesy zmian geologicznych i ewolucji przerywane są naturalnymi  kataklizmami na kolosalną skalę…

Może to być niedopowiedzenie tysiąclecia.

Wielu naukowców sugerowało, że kwestie obecnej „zmiany klimatu” są w rzeczywistości spowodowane przechodzeniem Ziemi przez chmury kosmicznego pyłu i że cały ten szum wokół globalnego ocieplenia jest zwyczajną dla tego faktu przykrywką. Astrofizyk, Victor Clube twierdzi, że jest to chmura pyłu kometarnego, pozostałość po rozpadzie ogromnej komety, która przez długi okres ziemskiej historii stanowiła zagrożenie dla naszej planety i bombardowała ją strasznymi, niszczącymi cywilizację fragmentami, to znaczy była przodkiem roju Taurydów, w tym komety tunguskiej. Clube twierdzi również, że wydarzenia te leżały u podstaw idei kosmosu, boga, religii, a nawet astrologii. Z upływem czasu, kiedy kometa utraciła w swoim tytanicznym szale większość swojej masy i ograniczyła się do sporadycznych, nie zagrażających cywiwilizacji bombardowań, nasze koncepcje bogów zmieniły się. Rzeczywistość została wyrzucona przez okno i zastąpiona bajkami zarówno w nauce jak i w religii, nie wspominając o astrologii. Clube pisze:

Trzy tysiące lat temu, zgodnie ze starym jak świat zwyczajem, królowie Babilonu wciąż zatrudniali księży-astronomów, żeby ostrzegali o kosmicznych wizytach. Tysiąc lat temu cesarze Chin wciąż polegali na tego typu zdolnościach, a w Europie papież zobaczył wiadomości zapisane na nieboskłonie i przynaglał do Świętej Wojny. To ostatnie było jednak odstępstwem. Przez ostatnie dwa i pół tysiąca lat dawało się dostrzec zanik i upadek bogów niebieskich oraz nasilające się przekonanie, że kosmos jest ustabilizowany. Ta zmiana paradygmatu była nieuświadomiona, poręczna, skryta i całkowita. Zapewne ponownego odkrycia zagubionej tradycji nie udałoby się uzyskać wyłącznie na podstawie analizy starożytnych tekstów. Klucza musiały dostarczyć, i dostarczyły, akcesoria współczesnej nauki. Stanowi to zbawienną lekcję zarówno na temat jakości ludzkiego rozumowania i możliwości długotrwałego trwania w błędnym rozumieniu, jak i na temat istotnej jedności wiedzy.

Naiwnie byłoby jednakże sądzić, że wystarczy tylko wskazać głęboko tkwiące szczeliny w strukturze współczesnej wiedzy, żeby uczeni zasiedli nad konstruowaniem lepszej struktury, w ramach której człowiek mógłby planować swoją przyszłość. W status quo zainwestowany jest znaczący intelektualny kapitał; kapitał wystarczający, żeby zagwarantować, że zainteresowani jego zachowaniem status quo, ci „oświeceni” i „panujący”, będą w dalszym ciągu przedstawiali nam kosmos w dogodnej dla nich, nieszkodliwej postaci. Historia idei ujawnia, że niektórzy idą nawet dalej i działają jako swego rodzaju policja myśli, zaganiając potencjalnych odmieńców do szeregu. Dla nich chwilowa władza ma pierwszeństwo przed losem całego gatunku. (Clube, The Cosmic Winter)

Problem „status quo” i „policji myśli” nie jest bagatelny. W tym cyklu artykułów, dla których inspiracją była książka Mike’a Baillie New Light on the Black Death [nasz przekład], wielokrotnie stawaliśmy oko w oko z oczywistością, że okłamywanie ludzkość przez tych będących u władzy jest raczej regułą niż wyjątkiem.

Omawialiśmy w tym cyklu również bombardowania przez komety na przestrzeni dziejów, konsekwencje których były już i tak dla ludzkości zgubne, a jeszcze zostały pogłębione i sfinansowane przez patologicznych dewiantów [nasz przekład], po czym fakty zatuszowano kłamstwami. Co gorsza, wciąż od nowa widzimy, jak masy ludzkie, które najbardziej cierpiały w wyniku tych ataków i manipulacji, okazywały się być całkiem chętne, żeby je oszukiwano, nawet na ich własną zgubę (jeśli tylko ktoś da im coś ciepłego i mętnego, w co będą mogły uwierzyć, i kozła ofiarnego, żeby go obwinić). Obecnie to samo zjawisko obserwujemy na skalę globalną i w czasie rzeczywistym; kręcimy głową i pytamy „dlaczego?!” Co takiego dzieje się z naszym światem, z naszą dzisiejszą kulturą, z ludźmi zamieszkującymi naszą planetę, co stanowi źródło tego zadziwiającego stanu, że preferowane są kłamstwa a nie prawda, śmierć a nie życie?

Kiedy pociągam za te liczne nitki, prowadzące do tych zagadnień albo odciągające od nich, za każdym razem widzę małą grupę ludzi na tej planecie rządzących masami, którym wcale nie leży na sercu dobro ludzkości – jeszcze jeden eufemizm, ale rozkręciłam się, więc po co się teraz powstrzymywać? Widzę nieustanne – i przeważnie zakończone sukcesem – wysiłki tej małej grupy sterujące w stronę wzmocnienia totalitaryzmu w takim czy innym przebraniu – od polityki przez religie do wszystkich dziedzin nauki – na całym świecie. I ciągle od nowa wykorzystują katastrofy jako środek do umocnienia swojej władzy. Przeczytajcie książkę Naomi Klein The Shock Doctrine, żeby dobrze zrozumieć, jak dokładnie to działa teraz i jak działało zawsze. Nic nowego pod Słońcem!

Równolegle do rosnącej świadomości patologii władzy, rozwijają się badania kilku zabłąkanych indywidualistów – naukowców i badaczy – pokazujące wyraźnie, że kometarne kataklizmy są cykliczne i jest zupełnie możliwe, że przed nami jeszcze kilka zderzeń z rojem Taurydów. Jest również możliwe, że istnieją nowe roje komet zmierzające w naszym kierunku, na co zdają się wskazywać takie wydarzenia jak ostatnie „globalne ocieplenie” i „przechwytywanie księżyca” na innych planetach. Coś ewidentnie się dzieje w naszym Układzie Słonecznym i musimy wiedzieć, co. Wydaje się pewne, że jeśli katastrofy mają się zdarzyć w naszej przyszłości, będą widziane przez elitę jako kolejna okazja do wykorzystania ich taktyki Szoku dla skonsolidowania władzy nad całym globem, nie ważne, że być może zostanie tak niewielu ludzi, że będą jak mała żaba w wielkim stawie, i to pewnie zamarznięta.

Hannah Arendt w swojej książce The Origins of Totalitarianism [“Korzenie totalitaryzmu”] mozolnie zmaga się z tym problemem i nie udaje jej się dotrzeć do pełnego wyjaśnienia czy rozwiazania. Po tym wszystkim, co widziała, czego doświadczyła, po wszystkich swoich badaniach, napisała we wstępie:

Dwie wojny światowe na przestrzeni życia jednego pokolenia, przedzielone nieprzerwanym łańcuchem lokalnych wojen i rewolucji, po których nie nastąpił żaden traktat pokojowy dla pokonanych ani wytchnienie dla zwycięzców, zakończyły się przewidywaniem trzeciej wojny światowej pomiędzy dwiema istniejącymi potęgami. Ten moment wyczekiwania jest jak cisza. Cisza, która zapada, kiedy wszystkie nadzieje umarły. Nie mamy już nadziei na ostateczne przywrócenie starego porządku ze wszystkimi jego tradycjami, ani na reintegrację mas pięciu kontynentów, które zostały ciśnięte w chaos stworzony przez gwałt wojen i rewolucji i pogłębiający się rozpad wszystkiego, co jeszcze było oszczędzone. Przy bardzo różnorodnych warunkach i w zasadniczo odmiennych okolicznościach obserwujemy rozwój tego samego zjawiska – bezdomności na niespotykaną skalę, dramatycznej utraty korzeni.

Nigdy nasza przyszłość nie była bardziej nieprzewidywalna, nigdy do takiego stopnia nie zależała od sił politycznych, którym nie można zaufać, że będą postępować zgodnie z regułami zdrowego rozsądku i własnego interesu – sił, które wyglądają jak czysty obłęd, jeśli oceniać je według standardów innych stuleci. Jakby ludzkość podzieliła się na tych, którzy wierzą w ludzką omnipotencję (którzy myślą, że wszystko jest możliwe, jeśli tylko się wie, jak zorganizować w tym celu masy) i tych, dla których bezsilność stała się głównym życiowym doświadczeniem.

Na poziomie historycznego wglądu i myśli politycznej przeważa źle zdefiniowana, ogólna zgoda, że zasadnicza struktura wszystkich cywilizacji jest bliska załamania. Chociaż jednych częściach świata może wydawać się lepiej zachowana niż w innych, nigdzie nie udaje jej się dostarczyć przewodnictwa w kwestii możliwości tego stulecia ani adekwatnej odpowiedzi na jego horrory. Desperacka nadzieja i zdesperowany strach często zdają się bliższe centrum takich wydarzeń niż zrównoważony osąd i skalkulowany wgląd. Centralne wydarzenia naszych czasów są nie mniej skutecznie zapomniane przez tych, którzy oddali się wierze w nieuchronną zagładę, co przez tych którzy oddali się beztroskiemu optymizmowi. […]

Książka ta […] wzięła się z przekonania, że powinno być możliwe odkrycie ukrytych mechanizmów, dzięki którym wszystkie tradycyjne elementy naszego politycznego i duchowego świata były rozpuszczone w konglomerat, gdzie wszystko jak się wydaje utraciło szczególną wartość i stało się nierozpoznawalne dla ludzkiego zrozumienia, nieużyteczne dla ludzkiego celu. Poddanie się zwykłemu procesowi dezintegracji stało się pokusą nie do odparcia nie tylko dlatego, że zakłada złudną wielkość „historycznej konieczności”, ale i dlatego, że wszystko poza tym zaczęło wydawać się martwe, bezduszne, pozbawione znaczenia i nierzeczywiste.

Przekonanie, że wszystko co dzieje się na świecie musi być zrozumiałe dla człowieka, może prowadzić do interpretowania historii za pomocą komunałów. Rozumienie nie oznacza zaprzeczenia tego co oburzające, dedukowania na temat niespotykanego na podstawie poprzednich wydarzeń ani tłumaczenia zjawisk za pomocą takich analogii i ogólników, że wpływ rzeczywistości i szok doświadczeń nie są już odczuwane. Oznacza raczej sprawdzanie i świadome dźwiganie brzemienia, które nasze stulecie na nas nałożyło – ani zaprzeczając jego istnieniu ani potulnie poddjąc się jego ciężarowi. Zrozumienie, w skrócie, oznacza uważne i bez wahania stawanie oko w oko z… rzeczywistością.

W tym sensie musi być możliwe stawienie czoła i zrozumienie tego oburzającego faktu, że tak małe (i w światowej polityce tak nieistotne) zjawisko jak kwestia żydowska i antysemityzm mogły stać się katalizatorem dla pierwszego ruchu nazistowskiego, potem dla wojny światowej, a w końcu dla założenia fabryk śmierci. […] albo tej zadziwiającej sprzeczności pomiędzy ruchami totalitarnymi wyznającymi cyniczny „realizm” a ich rzucającą się w oczy pogardą dla całego tworzywa rzeczywistości. […]

Totalitarna próba globalnego podboju i totalnej dominacji była destruktywną drogą wyjścia ze wszystkich naszych impasów. Jej zwycięstwo zbiec się może z destrukcją ludzkości – wszędzie, gdzie rządził totalitaryzm, zaczynał on niszczyć istotę człowieczeństwa. (Hannah Arendt, latem 1950)

Komentarze Hannah Arendt i jej obserwacje naszego świata wyciśnięte z własnego bólu i doświadczeń nigdy nie były bardziej przejmujące, dzisiaj bowiem stoimy w obliczu dokładnie tego samego, co ona opisuje: globalny totalitaryzm pędzący jak monstrualna ciężarówka z końcem ludzkości w polu widzenia. I nigdy wyraźniej nie dostrzegaliśmy tej charakterystyki autorytarnego typu, którą Hannah również widziała: […] wyznajacy cyniczny „realizm” i…. rzucająca sie w oczy pogarda dla calego tworzywa rzeczywistosci. Jeśli chcecie zobaczyć zachwycające sportretowanie tego typu indywiduów, obejrzyjcie film „Ukryta strategia” (Lions for Lambs) i patrzcie, jakiego niesamowitego przedstawienia dostarcza Tom Cruise.

Tu, w SOTT, regularnie dyskutujemy problem patologicznych dewiacji i jak patologia może napędzać jednostkę do szukania władzy nad innymi. Zaprezentowaliśmy pracę Andrzeja Łobaczewskiego, „Ponerologia polityczna„, zapewniająca podstawy do zrozumienia historii zła – w szczególności zła politycznego.

Na ile mogę powiedzieć, Hannah Arendt nie rozważała problemów patologii i jak ona działa w społeczeństwie jako czynnik demoralizujący, nie rozważyła też tego, że judaizm i jego wytwory, chrześcijaństwo i islam, mogły być nośnikami choroby totalitaryzmu. W tym sensie naprawdę ważne jest, by posiąść wiedzę o tym, jak tworzone są religie i przez kogo – generalnie przez patologicznych dewiantów – i jak w połączeniu z polityką wykorzystywane są do kontrolowania mas ludzi. To oczywiście zabiera nas z powrotem do problemu komet na niebie i zderzeń z naszą planetą.

Tak się składa, że po pociągnięciu za tyle sznurków związanych z tym tematem, przyszło mi do głowy, że komety mogą faktycznie mieć bardzo dużo wspólnego z głównym dzisiejszym problemem społecznym – z psychopatami.

Można by zadać rozsądne pytanie: „Czy działa tu jakiś proces ewolucyjny? Wyraźnie, zadziwiająco duża ilość ludzi umiera, kiedy zawierzy kłamstwom i kłamcom. I prawie tak samo często kłamcy sprawujący władzę znajdują się w trudnej sytuacji wskutek przeciągnięcia struny i ignorowania faktów. Oczywiście jeśli działa tu ewolucja, te osobniki – i ich wytwory, wierzące w kłamstwa, są ostatecznie eliminowane z puli genów. Co dzieje się z tymi, którzy – jak mówi Arendt – próbują pojąć, zrozumieć i stawić czoło faktom z naszej rzeczywistości, dopiero się przekonamy. Zrozumienie – jak również stwierdziła Arendt – nie może zaprzeczać temu co oburzające, ani usiłować dedukować na temat nieprzewidywalnego na podstawie poprzednich wydarzeń.

Widzicie, z ewolucyjnego punktu widzenia psychopaci nie powinni istnieć. Na przestrzeni dziejów widać, że ludzie musieli współpracować i troszczyć się o siebie nawzajem, żeby przeżyć i stworzyć nowe pokolenie, które będzie kontynuowało postęp społeczeństwa. Większość ludzkich dynamik opartych jest na ludziach próbujących rozwiązywać swoje problemy i dochodzić do rozwiązania w zgodzie z większością, a w najgorszym wypadku we wpółdziałaniu pomiędzy dwiema osobami. Kwestia zaufania jest tu kapitalnej wagi. Ktoś, kto zdradza twoje zaufanie, nie jest osobą, z którą możesz żyć albo pracować. Dlatego też psychopaci, którzy nie są godni zaufania, powinni już dawno wyginąć. Ale to nie działa w ten sposób. W rzeczywistości wydaje się, jakby psychopatia narastała!

Jak możemy zaobserwować na przestrzeni dziejów aż po czasy obecne, bycie jedynym psychopatą w grupie ufnych ludzi może być dla psychopaty bardzo dobrą rzeczą. Rozrastające się grupy mogą pomieścić więcej psychopatów. Wydaje się, że kiedy ilość ludzi noszących geny psychopatii jest dostatecznie mała, ci, którzy je noszą, mogą osiągnąć fenomenalny sukses w rozmnażaniu się. Jak tłumaczy to Glenn Whitman:

Sympatyczne w tym wyjaśnieniu jest to, że nie tylko tłumaczy ono, dlaczego psychopaci istnieją, ale również dlaczego nie wszyscy jesteśmy psychopatami. Jeśli w populacji występuje wystarczająco mało psychopatów, wtedy bycie psychopatą ma sens, ponieważ przeważnie wygrywają konfrontację z miłymi ludźmi. Ale kiedy jest ich zbyt wielu, wtedy zyski z posiadanej przewagi nad miłymi ludźmi zostaną pochłonięte przez straty wynikłe z konfrontacji z innymi psychopatami. W punkcie równowagi masz zarówno psychopatów jak i miłych ludzi, a każda strategia generuje w przybliżeniu równe wyniki i panuje dokładna równowaga określona przez odnośne obrachunki różnych interakcji.

Jak już wspominałam, problem polega na tym, że żyjemy w czasach, kiedy psychopatia wydaje się rozrastać niemal w postępie wykładniczym. Co więcej, jak zauważa Hannah Arendt, a nigdy nie było to bardziej prawdziwe niż dzisiaj, szeroki przegląd historii wskazuje, że psychopaci wygrywają, a to oznacza destrukcję dla wszystkich, włącznie z psychopatami.

Co prowadzi nas do następującego problemu: psychopatia, będąc tym czym jest i robiąc to co robi, powinna rzecz jasna już dawno doprowadzić ludzkość do totalnej destrukcji, JEŚLI jako jednostka systematyczna istniałaby przez cały okres rozwoju ludzkości. Wniosek z tego taki, że nie istniała. I faktycznie, badania Mariji Gimbutas dowodzą, że był taki czas, kiedy psychopatia nie była „na topie”.

Kiedy cofniemy się w czasie w najdalszą przeszłość, na jaką pozwalają nam zapisy archeologiczne czyli „twarda nauka”, okazuje się, że kult Wielkiej Kosmicznej Bogini był aktem czci dla Wszechświata ze wszystkim w nim, jako żywym ciałem Bogini-Matki-Tworzycielki. Bogini ta była symbolizowana przez podwójną falowaną linię wody – kosmiczne morze potencjału/pobudzenia i wilgoć dająca życie, która emanowała z ciała Bogini i wszystkich kobiet jako jej przedstawicielek na Ziemi; rzeki, źródła i studnie.

Była Boginią nieba, a Ziemia była jej łonem, a wszystko na niej było jej dziećmi. „Syn/Król Słońca” umierał każdego roku i odradzał się wraz ze zmian pór roku. Obrzędy i rytuały były odprawiane dla zagwarantowania odrodzenia „Syna-Słońca” przez „łono Ziemi”, organ rozrodczy Kosmicznekj Matki. Panowała czystość i niewinność… sielankowa, arkadyjska prostota i symetria. Mężczyźni i kobiety byli równie ważni jako „Bliźniacze potomstwo” Bogini.

Kobiety były szanowane i czczone w swoich trzech manifestacjach: dziewica-przyszła-matka, matka-karmicielka i stara-matka mądrości. Mężczyźni byli partnerami i obrońcami kobiet, a przez to i obrońcami swojego istnienia, ponieważ wszyscy byli urodzeni i karmieni przez kobiety. Męska energia służyła kobiecej, kobieca bowiem służyła męskiej; istniała cykliczna energia, synergia, symetria i równowaga.

Falujące linie wody, Kosmiczne Morze Matki, zostały w pewnym momencie skorumpowane w symbol węża. Kobieta zaczęła być kojarzona z wężem zamiast z Gwiazdami. I od tej chwili wszystko zaczęło chylić ku upadkowi. Wydarzenie to opisane jest w Księdze Rodzaju [3:19], gdzie Jahwe mówi do Adama: „W pocie oblicza twego będziesz pożywał chleba, aż się wrócisz do ziemi z którejś wzięty; boś jest prochem i w proch się obrócisz”.

Tutaj „proch/pył”, czyli Ziemia, jest oczerniony i zelżony jako nic niewart; w tym samym rozdziale sama kobieta jest też oczerniona i zelżona jako kusicielka. Jednak w istniejących wcześniej religiach Bogini, Ziemia, z której narodziło się wszelkie życie, nie jest pyłem lecz żyje – jako łono samej Bogini! I sądząc po niezliczonych dowodach zebranych przez Mariję Gimbutas był to najpradawniejszy i najpowszechniejszy na świecie porządek myśli, poprzedzający wszystkie inne mity i i leżący u ich podstaw, na wiele tysięcy lat poprzedzający zdominowane przez mężczyzm panteony!

Główną osią symbolizmu Bogini jest tajemnica narodzin i śmierci oraz odnawianie życia, nie tylko ludzkiego, ale wszelkiego życia na Ziemi, a w rzeczywistości w całym kosmosie. Symbole i obrazy skupiają się wokół dzieworodnej Bogini i jej zasadniczych funkcji jako Dawczyni Życia, Władającej Śmiercią i co nie mniej ważne, Odradzającej, oraz wokół Matki Ziemi, Bogini Płodnośći/Urodzaju, młodej i starej, wzrastającej i umierającej wraz z roślinami. Ona była jedynym źródłem wszelkiego życia, czerpała swoją energię ze strumieni i studni, ze słońca, księżyca i wilgotnej ziemi. Ten system symboli przedstawia cykliczny, a nie liniowy czas. W sztuce manifestuje się przez znaki dynamicznego ruchu: wirujące i kręcące się spirale…” [Gimbutas, 1989]

W pewnym momencie bogini, inaczej źródło wilgoci i wszelkiego życia, została utożsamiona z wężem-kusicielem i sama stała się grzeszną kusicielką. Istnieje pewna trudność w rozplątaniu wątków aktualnie znanych systemów symboli, a są takie dwa: jeden odzwierciedlający matriarchalną kulturę węża, a drugi to kultura androkratyczno-militarystyczno-wężowa. Mężczyzna i kobieta, którzy wcześniej złączeni byli jako pierwotni „Bliźniacy Stworzenia” i którzy w swojej jedności mogli „kontrolować” węża, stali się przeciwni sobie nawzajem, nie równoważni, antagonistyczni, przestali być sobie partnerami. Dobroczynny „Syn-Król”, przywódca stada, nie był już pokrzepiany i wspierany przez żeńską energię, czerpaną od Bogini przez „Drzewo”, w ciele przedstawicielki Bogini na Ziemi, Kobiety. Zamiast tego stał się męskim „zabójcą” węża ORAZ nadzorcą/ciemiężcą Bogini, która z kolei stała się egzemplifikacją kuszenia, a czasem małżonką węża!

W pewnym momencie, mówią starożytni, Ewa zdradziła Adama, Kain zabił swojego brata, Abla, a psychopatia została wypuszczona na wolność.

Kim był ów wąż? Jakie tropy wskazują jego pojawienie się na scenie? Gdzie? Kiedy?

Tunguska była pierwszym kluczem do tego problemu.

Gdyby nie było tego kometarnego impaktu Tunguskiej sto lat temu, a następnie po 86 latach zderzenia komety Shoemaker-Levy z Jowiszem, nie przyciągnęłyby naszej uwagi pewne aspekty historii, przez cały czas tuszowane, ani efekty tych kłamstw i wypaczeń w dzisiejszym świecie. Jakoś psychopaci i komety są nierozerwalnie ze sobą połączeni. Jest nawet możliwe, że te same kosmiczne siły, które przysłały nam komety, „stworzyły” również psychopatów. To właśnie chciałabym głębiej zbadać w ostatnim odcinku tego cyklu artykułów.

Pozostańcie z nami, następny przystanek to koniec Epoki Lodowcowej, kiedy na scenie pojawia się Kosmiczny Wąż, oraz procesy, które doprowadziły do wciągnięcia nas w Szóste Wymieranie.
– –

Ten artykuł jest przekładem oryginału zamieszczonego w języku angielskim na stronie:

dokonanym przez polskich tłumaczy z grupy QFG – edytorów blogu PRACowniA.

Materiał ten został opublikowany przez SOTT.NET – projekt Quantum Future Group, Inc – i jest jego własnością. Zezwala się na kopiowanie i publiczne rozpowszechnianie pod warunkiem podania oryginalnego źródła i autora oraz żródła przekładu.

Dodatkowe informacje uzyskasz pisząc na adres: pracownia-iv@o2.pl

2 komentarzy »

  1. Chciałam jedynie gorąco podziękować za przetłumaczenie tego artykułu – o wiele łatwiej przyswaja mi się wiedzę w moim rodzimym języku, a i mój mózg tak szybko się nie przeładowuje…
    Psychopaci, komety i zmiany klimatyczne to rzeczy, które ostatnio najbardziej mnie interesują.

    Generalnie, niemalże non stop mówi się teraz o globalnym ociepleniu. Radio, telewizja, internet, czy nawet niezobowiązujące rozmowy podczas przerwy w pracy są pełne wzmianek o przeróżnych anomaliach. Ten rok jest zresztą naprawdę znamienny. Nie wiem, czy różnica jaką odczuwam odnosi się do tego, że dopiero teraz zaczęłam bacznie obserwować co się wokół mnie dzieje, czy te zmiany rzeczywiście postępują tak szybko. Jednak opcjonuję za tym drugim. Spójrzmy na przykład Polski: nie mieliśmy w tym roku zimy. Lata też praktycznie nie mamy, za to mamy rekordową ilość burz powodujących wiele zniszczeń i chyba rekordową ilość opadów gradu począwszy od marca aż do teraz. A dzisiaj będąc z psem na spacerze zaobserwowałam inną rzecz, która mnie szczerze zdziwiła, mianowicie – jarzębina. Każde dziecko wie, że owoce jarzębiny i kasztany równają się jesieni. Z tym, że drzewa jarzębiny wokół mojego osiedla zaczerwieniły się (praktycznie dojrzały) już teraz, w połowie lipca. Czy my w ogóle rozróżniamy dalej cztery pory roku w naszej starej, poczciwej Polsce?

    A propos anomalii jeszcze – mewy. Mieszkam nam morzem całe moje życie, ale jeszcze nigdy dotąd zachowanie tych ptaków nie było takie dziwne. Normalnie, przylatywały od czasu do czasu do miasta (mają ok. 12 kilometrów) krążyły nad blokami i darły się z rana, i człowiekowi czasami brakowało nawet tego skrzeku jak wyjeżdżał gdzieś głębiej w Polskę, ale teraz są dosłownie wszędzie a ich krzyk rozlega się niemal 24/h. Słyszę je nawet kiedy idę do łazienki. Obsiadają dachy i latają tak nisko, że czasami trzeba uchylać się, żeby się z taką mewą nie zderzyć 😉
    Zniknęły natomiast nietoperze, których mieliśmy całkiem sporo o tej porze roku.
    Zaobserwował ktoś podobne, drobne, acz zastanawiające zmiany?

    Mam nadzieję, że zostanie mi wybaczone, że to nie było ‚stricte’ na temat. Ale to wszystko się wiąże, tak myślę.

    Komentarz - autor: zhenqing — 15 Lipiec 2008 @ 21:55

  2. ja też zauważyłem dziwne zachownie zwierząt, a właściwie mojego psa. Kilka dni temu wyrwał się z pod mojej kontroli (nigdy tego nie robił)i pogonił kota mojej sasiadki tak, że ta nie mogła go znaleźć przez trzy dni. Okazało się, że ten wdrapał sie tak wysoko na drzewo, że później nie mógł zejść. Właściwie to nie wyglądał jakby był zainteresowany zejściem. Siedział sobie na drzewie i z góry przyglądał sie naszym nawoływaniom, ziewając od czasu do czasu. Gdy w końcu udało się go ściągnąć, popatrzył na nas jakby chciał powiedzieć „i o co tyle krzyku?!”, po czym odwrócił się „na pięcie” i spokojnym krokiem udał się na swoje legowisko. No a ja przez to, że nie upilnowałem pieska, mam teraz obrażoną sąsiadke, obrażoną matke i obrażonego psa, który został zamknięty jakby był czemuś winny…chyba to, że pogonił kota nie świadczy, że jest psychopatą!;)a najmniej przejęty całą sytuacją jest kot, który leży na swoim miejscu i schodzi z niego właściwie tylko wtedy gdy jest głodny;)
    pozdrawiam!

    Komentarz - autor: dzienia — 16 Lipiec 2008 @ 11:14


RSS feed for comments on this post. TrackBack URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.

%d bloggers like this: