PRACowniA

30 Styczeń 2008

Podstępny mechanizm obronny – strategia samoutrudniania

Filed under: Psychologia — pracowniaiv @ 20:51

Blog Arka Układ Otwarty bierze udział w konkursie na Blog Roku. Można na niego zagłosować wysyłając SMS o treści E00181 [E-zero-zero-181] na numer 71222. Koszt 1,22 zł brutto. Głosujemy do 19 lutego 2008.

*********************************************************************

[poniższy tekst zaczerpnięty został stąd]

Choć z pozoru informacja ta może wydawać się nieistotna, jest w tej chwili siedem minut po pierwszej w nocy. Za dziewięć godzin i trzydzieści osiem minut rozpocznie się kolokwium, w którym będę brał udział. Jest to bardzo ważny sprawdzian, ja zaś zamiast spać, lub chociażby powtarzać materiał z podręcznika zasiadam właśnie do komputera. Choć może nie jest to najlepsza pora na rozpoczynanie pracy, gwarantuję sobie w ten sposób jedno: dobry nastrój niezależnie od wyników testu.

Porzućmy jednak osobiste dygresje i wyobraźmy sobie pewnego lekkoatletę. Startuje on w biegu na 100 metrów, którego wynik może zadecydować o dalszej karierze sportowca. Jego konkurenci stoją już na bieżni i kończą rozgrzewkę, on zaś nie wyszedł jeszcze z szatni, pochłonięty przypadkową rozmową. Niemal w ostatniej chwili zdejmuje dres i staje w blokach startowych. Nietrudno zgadnąć, że bez rozgrzewki ma niewielkie szanse na zwycięstwo. W sposób świadomy zredukował szansę wygranej. Dlaczego zatem postąpił tak nieracjonalnie?

Klasyczna psychologia społeczna, a także tzw. wiedza zdroworozsądkowa zakładają, że człowiek dąży do uzyskania jednoznacznych, diagnostycznych informacji o sobie i swoim środowisku fizycznym i społecznym. Tymczasem, najnowsze badania empiryczne dowodzą, że w wielu przypadkach ludzie wcale nie są zainteresowani poznaniem swoich prawdziwych cech i możliwości; chcą głównie potwierdzenia wcześniejszych wyobrażeń o sobie. Nawet za cenę blokowania diagnostycznych informacji o „ja”. Najprostszą metodą niedopuszczenia do siebie rzetelnej wiedzy o poziomie własnych umiejętności i kompetencji jest unikanie wykonywania zadań, których wynik mógłby o nich coś powiedzieć. Jeżeli nie jest to możliwe, istnieje możliwość dokonania manipulacji przy wyborze poziomu trudności zadania. Zamiast zadania o średniej trudności, zazwyczaj adekwatnej do umiejętności, ludzie wybierają zadania najłatwiejsze (zawsze się udadzą), lub najtrudniejsze (dla wszystkich jest oczywiste, że o sukcesie decyduje głównie szczęście). Wyjściem awaryjnym z niechcianej konfrontacji z szansą sprawdzenia swoich możliwości jest ogłoszenie wszystkim (i sobie), że dane zadanie wykonuje się po raz pierwszy w życiu i niejako „na próbę”. Jak widać człowiek jest w stanie wymyślić niezwykle pomysłowe sposoby służące niedopuszczeniu do siebie prawdy o samym sobie. Jednym z nich jest samoutrudnianie.

Koncepcja strategii samoutrudniania została opracowana przez dwóch naukowców – Edwarda Jonesa (jednego z klasyków teorii atrybucji) i Stevena Berglasa (psychologa-praktyka, zajmującego się problemami alkoholizmu). Stwierdzili oni, że w obecnych czasach o wartości człowieka decyduje w dużej mierze jego potencjał, a nie rzeczywiste dokonania. Dotyczy to zarówno samooceny, jak i postrzegania innych. Aby czuć się człowiekiem wartościowym wystarczy mieć poczucie, że jest się wystarczająco kompetentnym, aby osiągnąć sukcesy; aby uważać za wartościowych innych ludzi wystarczy uważać, że sukces jest dla nich w zasięgu ręki, o ile tylko włożą trochę wysiłku w jego osiągnięcie. Zdaniem Jonesa i Berglasa ludzie niepewni swoich kompetencji w określonych zadaniach stosują zabiegi pozwalające na zablokowanie diagnostycznych informacji o własnych zdolnościach i możliwościach. Poza wymienionymi wcześniej technikami osoby te mogą tak kształtować swoją sytuację, aby poprzez nagromadzenie obiektywnych przeszkód doprowadzić do zminimalizowania szans na osiągnięcie sukcesu. Utrudniając sobie funkcjonowanie zadaniowe ludzie dostarczają sobie jednocześnie poważnych i wiarygodnych usprawiedliwień ewentualnej porażki. Możemy zatem przypuszczać, że opisany wcześniej sportowiec nie ocenia wysoko swojej sprawności fizycznej i zaniechanie rozgrzewki przed startem co prawda zredukuje jego szansę na zwycięstwo, ale jednocześnie dostarczy łatwego do zaakceptowania wyjaśnienia przegranej: „Jestem dobry, a przegrałem jedynie dlatego, że nie przeprowadziłem rozgrzewki”. Tak bardzo widoczna tu strategia samoutrudniania służy do obrony pozytywnego przekonania o sobie na istotnym dla podmiotu wymiarze samooceny kosztem obniżenia własnej wartości na wymiarach peryferyjnych, mniej istotnych. Należy pamiętać, że poczucie wartości może opierać się na sprawności intelektualnej, fizycznej, czy urodzie. Takie cechy, czy zdolności, jak np. punktualność, towarzyskość, czy umiejętność opowiadania dowcipów mogą mieć znaczenie drugorzędne. Stosując strategię samoutrudniania podmiot broni tego, co uznaje za bardzo ważne dla poczucia własnej wartości, np. lekkoatleta broni przekonania, że potrafi szybko biegać. Zarazem jednak podmiot przyznaje się do pewnej słabości na wymiarach peryferyjnych, np. do niepunktualności. Koszt takiej strategii jest relatywnie niski – wady te dotyczą kwestii mało ważnych. Dodatkowo, może być on jeszcze pomniejszony poprzez specyficzną reinterpretację. Nasz sportowiec spóźnił się na start ponieważ prowadził w niewłaściwym momencie rozmowę, której jednak nie mógł przerwać, bo byłoby to niegrzeczne.

To jeszcze nie koniec korzyści płynących z przyjęcia strategii samoutrudniania. Wyobraźmy sobie, że biegacz-gaduła zdobywa jednak pierwsze miejsce w biegu na 100 m. W pełni uprawnione byłoby wówczas wnioskowanie, że jego własne możliwości są większe, niż wynikałoby to z rzeczywistego poziomu wykonania. Widać przecież, że nawet bez rozgrzewki jest w stanie prześcignąć znakomitych rywali.

Po tych wyjaśnieniach możemy sformułować (za Jonesem i Berglasem) definicję strategii samoutrudniania: są nią jakiekolwiek działania lub wybory, które facylitują możliwość atrybucyjnego uzewnętrzniania (lub usprawiedliwiania) niepowodzeń i uwewnętrzniania (przypisywania sobie) sukcesów. Atrybucyjne uzewnętrznianie niepowodzeń można rozumieć albo dosłownie, albo jako przesunięcie lokowania przyczyny z dymensji centralnej, istotnej dla samooceny podmiotu, na bardziej peryferyczną, mniej ważną dla obrazu własnej osoby.

[Trochę prościej pojęcie to zdefiniowane jest w Wikipedii:

Samoutrudnianie – w psychologii mechanizm obronny, polegający na przewidywaniu niepowodzenia i jednoczesnym przygotowywaniu takich jego wyjaśnień, które minimalizują brak zdolności jako jego możliwą przyczynę. Samoutrudnianie idzie w parze z zaniżoną samooceną. Zalicza się je do defensywnych technik autoprezentacji, bowiem pozwala ochronić poczucie wartości (na krótką metę) jednak znacznie obniża szanse na osiągnięcie upragnionego sukcesu, w rezultacie czego na dłuższą metę obniża samoocenę. Pewien paradoks samoutrudniania polega na tym, że im bardziej zależy komuś na osiągnięciu sukcesu, tym bardziej prawdopodobne jest, że będzie stosować techniki samoutrudniające (jeśli ma zaniżoną samoocenę)(…)

Samoutrudnianie traktuje się jako patologiczną postać tendencji samoobronnej. Występuje ono z różnymi zaburzeniami, między innymi z depresją czy alkoholizmem.]

Kiedy już wyjaśniliśmy sobie czym jest strategia samoutrudniania, warto zastanowić się nad związkami pomiędzy pewnością samooceny, a podejmowaniem działań o charakterze samoutrudniania.

Berglas i Jones zakładali, że do strategii samoutrudniania uciekają się ludzie o samoocenie wysokiej, ale niepewnej. Dlaczego właśnie ta grupa? Osoby w pełni przekonane o swoich zdolnościach i kompetencjach nie są oczywiście w ogóle skłonne do postępowania w taki sposób. Z kolei ludzie o niskiej samoocenie nie mają potrzeby korzystania z tak subtelnych, choć pracochłonnych strategii jak samoutrudnianie. Po prostu z założenia wybierają łatwiejsze zadania, lub współpracują z innymi przy rozwiązywaniu trudniejszych.

Co zatem decyduje o powstaniu samooceny wysokiej, lecz niepewnej? Zdaniem autorów stan taki jest następstwem wcześniejszych wydarzeń w życiu danego człowieka, kiedy otrzymywał on często wzmocnienia pozytywne (szeroko rozumiane nagrody), aczkolwiek bez jasnego wyjaśnienia, za co tak naprawdę został wynagrodzony. Osoby takie mogą odczuwać niepewność, że wzmocnienie pozytywne nie jest efektem ich rzeczywistych zasług , lecz racji ubocznych: urody, dawnych sukcesów, statusu członka rodziny czy grupy itp. Ponieważ w ludzkiej naturze leży dopatrywanie się własnych zasług jako przyczyny otrzymania nagrody, osoby z samooceną wysoką, lecz niepewną, będą celowo prowokować sytuacje, w których uda im się wreszcie zweryfikować własną wartość. Sytuacja przypomina nieco zachowanie pilota, który po długotrwałym korzystaniu z komputera pokładowego zaczyna pikować w dół, aby własnoręcznie wyprowadzić samolot z opresji (o ile zdoła). Analogicznie, ludzie z omawianej tu grupy będą nadużywać alkoholu i lekarstw, niewłaściwie przygotowywać się lub wycofywać z wysiłku, aby umocnić swoje przekonanie o zdolności do sprawowania kontroli wtedy, kiedy to będzie potrzebne.

W swoim klasycznym eksperymencie Jones i Berglas zainscenizowali badania wpływu dwóch rodzajów nowych leków na sprawność intelektualną. Na początku jednak, badani zostali poproszeni o rozwiązanie testów: dla jednej grupy badanych przygotowano test z zadaniami rozwiązywalnymi na średnim poziomie trudności, dla drugiej zaś 1/5 zadań była nierozwiązywalna, a reszta bardzo łatwa. Po rozwiązaniu zadań testy były „sprawdzane” w obecności badanych, których informowano o doskonałym wyniku, jednym z najlepszych spośród dotychczas zarejestrowanych. O ile ci uczestnicy eksperymentu, którzy pracowali nad zadaniami rozwiązywalnymi mogli mieć wysoką pewność, że wynik ten był zdeterminowany przede wszystkim ich zdolnościami, dla pozostałych informacja o sukcesie musiała być w pewien sposób nieoczekiwana i niezasłużona. Ich pewność przekonań o własnych wysokich kompetencjach była zatem niższa. Badani zostali poinformowani, że po spożyciu „testowanych” lekarstw procedura zostanie powtórzona. Co istotne, badanych poinformowano, że jeden rodzaj lekarstw polepsza sprawność intelektualną, natomiast drugi je pogarsza. Badani mieli swobodę wyboru leku, którego działanie mieli rzekomo sprawdzać. Zgodnie z wysuniętymi przypuszczeniami badani z grupy, w której wytwarzano niepewność co do własnych kompetencji, częściej sięgali po lekarstwo pogarszające sprawność intelektualną, niż po polepszające (70% i 13% wśród mężczyzn oraz 40% i 26% wśród kobiet). Wzięcie tego preparatu znakomicie usprawiedliwiało możliwą antycypowaną porażkę, zaś sukces wskazywałby na niezwykłe możliwości intelektualne.

Badania Jonesa i Berglasa nie obejmowały osób z niską samooceną, zarówno pewną, jak i niepewną. Wynikało to z faktu, że zdaniem tych naukowców grupa ta nie stosowała strategii samoutrudniania. Trudno się zatem dziwić, że ich następcy próbowali zbadać, czy pierwotne założenia były słuszne. Harris i Snyder przyjęli, że skłonność do stosowania strategii samoutrudniania jest związania z samooceną niepewną, zarówno wysoką, jak i niską. Udało im się potwierdzić tę tezę (w przypadku mężczyzn) w eksperymencie, w którym badani mieli możliwość przygotowywać się przez dowolną ilość czasu do rozwiązywania zadań, rozwiązując zadania podobne. Ograniczenie wysiłku wkładanego w przygotowanie się do zadania (mierzono zarówno czas, jak i liczbę wykonanych prób) traktowano jako wskaźnik samoutrudniania.

Spośród wielu prac nad samoutrudnianiem warto zwrócić uwagę na badania prowadzone przez Tice i Baumeistera. Wprowadzono w nich dodatkowy element – informację zwrotną między pierwszym, a drugim etapem treningu przed rozwiązywaniem docelowego zadania. W części grupy informacja zwrotna („Uzyskał Pan bardzo dobry wynik”) została przekazana, w pozostałej części nie. Okazało się, że w podgrupie bez informacji zwrotnej osoby o wysokiej samoocenie ćwiczyły w drugim etapie treningu mniej, niż osoby o niskiej samoocenie. Sytuacja odwróciła się po przekazaniu informacji zwrotnej. Taki wzorzec wyników dowodzi, że osoby o wysokiej samoocenie są bardziej skłonne do angażowania się w samoutrudnianie, szczególnie w warunkach wysokiej niepewności co do poziomu osiągnięć. Wnioskując logicznie możemy przyjąć, że także w tym badaniu wykazano stosowanie przez osoby o niskiej samoocenie strategii samoutrudniania – w warunkach „wstępnego sukcesu”. Osoby te zachowywały się tak, jakby nie chciały ryzykować utraty wstępnego sukcesu; zredukowanie objętości treningu przed przystąpieniem do zasadniczej części zadania miało na celu zneutralizowanie antycypowanej porażki.

Ponieważ brakowało ostatecznego dowodu na prawdziwość przedstawionej powyżej motywacji zmian w długości treningu, Tice i Baumeister przeprowadzili drugi eksperyment. Próbowano w nim znaleźć odpowiedź na pytanie: dlaczego osoby o wysokiej samoocenie trenowały krócej niż osoby o samoocenie niskiej, w warunkach braku informacji zwrotnych o wyniku w zadaniach próbnych. Procedura zastosowana w eksperymencie drugim była powtórzeniem wcześniejszej z tą różnicą, że badani nie realizowali zadań próbnych w pierwszej części treningu i nie otrzymywali wiadomości o wyniku. Dodatkową zmienną niezależną była „publiczność”/”prywatność” treningu (jawny pomiar czasu treningu przez eksperymentatora lub jego brak). Wyniki wskazywały, że osoby o wysokiej samoocenie redukowały czas treningu dla celów autoprezentacyjnych, aby zyskać w ten sposób zabezpieczenie reputacji dotyczącej poziomu zdolności. Widać zatem, że stosowanie samoutrudniania jest charakterystyczne raczej dla osób o wysokiej samoocenie, występuje przede wszystkim w warunkach niepewności oraz służy bardziej podwyższaniu własnej samooceny, niż jej ochronie.

Stosowanie strategii samoutrudniania było także badane w kontekście czynników sytuacyjnych. Oparto się tu m.in. na pojęciu globalnej samooceny, składającej się z wyobrażeń na temat własnej wartości w różnych dziedzinach funkcjonowania o różnej ważności. Jak dowiodły liczne badania (Pyszczynski i Greenberg, Shepperd i Arkin, Rhodewalt, Saltzman i Wittmer) uruchomienie strategii samoutrudniania jest znacznie bardziej prawdopodobne, gdy poziom wykonania zadania, przed którym stoi jednostka, jest wskaźnikiem kompetencji w zakresie cech ważnych, niż wtedy, gdy dotyczy cech mało istotnych. Co ciekawe, w innych badaniach, w których wprowadzono dodatkowo publiczną ekspozycję zachowania badanego (Ferrari, Rhodewalt i Fairfield) uzyskiwano efekty odwrotne.

Duże kontrowersje wzbudziło określenie, czy strategia samoutrudniania pojawia się przy obronie własnej samooceny w sytuacji publicznej, czy też prywatnej. Zdaniem niektórych badaczy, jak np. Bradley i Tedeschi, ludzkie działania nastawione na obronę samooceny mają charakter wyłącznie autoprezentacyjny. Nie pojawią się one jeżeli człowiek wie, że nikt nie jest i nie będzie świadkiem takich reakcji. Istnieją jednak empiryczne dowody na fałszywość tej tezy.

Do drugiej grupy można zaliczyć teorie zakładające, że człowieka cechuje zarówno potrzeba autoprezentacji, jak i potrzeba ochrony swego „prywatnego” poczucia własnej wartości. Co ciekawe, według Greenberga, Pyszczynskiego i Solomona „ja prywatne” jest tożsame z „ja publicznym”, sytuacja prywatna różni się od publicznej wyłącznie liczbą obserwatorów i ich fizycznym umiejscowieniem. Twierdzą oni także, że potrzeba poczucia własnej wartości jest dla podmiotu wartością bardzo ważną, a potrzeba uzyskiwania oznak akceptacji od innych pełni wobec niej rolę służebną. Zostało dowiedzione, że ludzie mogą uciekać się do strategii samoutrudniania w warunkach całkowitej prywatności. Greenberg, Pyszczynski i Paisley przeprowadzili eksperyment, w którym uczestnicy brali udział w teście całkowicie anonimowo. Anonimowość taka nie przeszkodziła w wystąpieniu efektu samoutrudnienia u osób, których skłaniały do tego warunki eksperymentalne. W innym eksperymencie uczestnicy byli także anonimowi, zaś prowadzący zadeklarował, że nie będzie czytał opinii badanych na temat zadania, zawartych w kwestionariuszu. Okazało się, że gdy poziom wykonania tego zadania był istotny dla poczucia własnej wartości badanych, a prawdopodobieństwo osiągnięcia w nim sukcesu relatywnie niskie, uczestnicy deklarowali niewielki wysiłek na wykonanie tego zadania i oceniali, że „nie jest to dobry dzień”.

Warto zauważyć, że o ile w warunkach niepublicznych jest rzeczą jasną, że samoutrudnienie ukierunkowane jest na osiąganie korzyści przez samoocenę prywatną, o tyle w warunkach publicznych nie wiadomo, czy opinie i oceny innych są traktowane jako wskazówki tego, jaki podmiot jest naprawdę, czy jest on głównie zainteresowany tym, aby stworzyć swój wizerunek jako osoby dobrej i kompetentnej. Leary, Barnes i Griebel zorganizowali eksperyment, w którym postanowili ograniczyć tę naturalnie występującą niejednoznaczność. Manipulowano przekonaniem badanych a temat tego, kto będzie znał wynik osiągany przez nich w teście. Okazało się, że kwestią kluczową jest wyłącznie to, czy osoba badana spodziewa się zobaczyć sama wynik testu. Ci, którzy tego oczekiwali, ujawniali wyższy niepokój i napięcie niż ci, którzy sądzili, że nie będą mieli takiej możliwości. Bez znaczenia okazał się natomiast fakt, czy ich partner z zespołu będzie znał ich wyniki. Oznacza to, że w omawianym eksperymencie zachowaniami samoutrudnieniowymi sterowała potrzeba ochrony prywatnego poczucia własnej wartości. Uogólniając możemy stwierdzić, że choć obecność innych ludzi może nasilać skłonności do stosowania strategii samoutrudniania, to dzieje się tak prawdopodobnie wyłącznie wówczas, gdy ludzie obawiają się, że negatywne reakcje owych innych ludzi mogą naruszyć ich własne, prywatne poczucie wartości. To bowiem właśnie prywatna samoocena zdaje się sterować podejmowaniem strategii samoutrudnienia.

Jaki jest jednak rzeczywisty wpływ strategii samoutrudnienia na naszą samoocenę? Czy służy ona jedynie jej obronie, czy też pomaga ją podwyższać? Berglas i Jones przyjmowali obie funkcje, w zależności od okoliczności, jednak w swoich badaniach nigdy tego nie sprawdzali. Dopiero badania zespołu Jalie Tucker z Centrum Badań nad Alkoholizmem pomagają zweryfikować empirycznie tę tezę.

Badanych częstowano napojem, który określano w jednej części grupy jako alkoholowy, w drugiej zaś jako bezalkoholowy. Po wykonaniu pewnego zadania informowano losowo badanych, że ponieśli sukces, lub porażkę. Na końcu badano opinie badanych o przyczynach osiągniętego wyniku, oraz mierzono ich samoocenę. Zgodnie z hipotezą Jonesa i Berglasa osoby, które po wypiciu alkoholu poniosły porażkę powinny dokonywać silniejszych niż „abstynenci” zewnętrznych atrybucji wyniku bez uszczerbku dla samooceny. Natomiast ci, którzy po wypiciu alkoholu odnieśli sukces powinni przypisywać go swoim zdolnościom i podwyższać samoocenę. Wyniki w zasadzie potwierdziły hipotezę. W odniesieniu do atrybucji przyczynowej potwierdziły się jedynie przewidywania dotyczące porażki. Jeżeli chodzi o zmiany samooceny zaobserwowano jej wzrost u osób, które uważały że piły alkohol. Także inne badania (Murray i Warden, Mayerson i Rhodewalt) potwierdziły, że strategia samoutrudniania może służyć zarówno obronie samooceny w przypadku porażki, jak i gratyfikowaniu poczucia własnej wartości w przypadku sukcesu.

Problemem tym zajęła się także Diana Tice, która poświęciła mu cały cykl badań. Uzyskane wyniki wskazują, że w warunkach niepewności co do przyszłego wyniku osoby o wysokiej samoocenie stosują samoutrudnianie, gdy uzyskanie sukcesu jest korzystne dla „ja”, a doznane niepowodzenie nie zagraża dotychczasowej samoocenie. Natomiast osoby z niską samooceną – gdy porażka jest ewidentnie zagrażająca dla „ja”, a z uzyskaniem sukcesu nie wiążą się żadne korzyści dla poczucia własnej wartości. Inaczej mówiąc: jednostki o wysokiej samoocenie stosują samoutrudnianie raczej w warunkach zaktywizowania motywu podwyższania własnej wartości, natomiast osoby o niskiej samoocenie – w warunkach zaktywizowania motywu ochrony poczucia własnej wartości.

***

Jak widać z powyższych rozważań strategia samoutrudniania jest rozwiązaniem uniwersalnym, stosowanym praktycznie przez wszystkich, choć w różnych celach. Jest składnikiem całego wachlarza „oszustw”, przy pomocy których dbamy o swoją samoocenę minimalizując straty i maksymalizując zyski. Analizując działanie strategii samoutrudniania trudno oprzeć się wrażeniu, że choć jest skuteczna, to prowadzi do bliskiego celu wyjątkowo krętymi drogami. Ciekawe, jak wyglądałoby nasze życie, gdyby te ścieżki wyprostować. Ale czym zajmowaliby się wówczas psycholodzy?…

Artykuł jest streszczeniem książki:
Doliński, D., Szmajke, A. (1994) Samoutrudnianie, Olsztyn: Polskie Towarzystwo Psychologiczne.

5 komentarzy »

  1. Bardzo, bardzo dobry wpis!
    Jednak bardzo proszę o łopatologiczne wyjaśnienie.

    Przykładowo, wybieram samoutrudnienie dla ochrony mojej oceny przed innymi, dla ochrony EGO ? Nie rozumiem, przypuszczał bym bardziej że dla powodu np sprawdzenia się czy dam radę wytrzymać. Hm to ciekawe, powtarza się w życiu i nie wiemy dlaczego, tzn ja np nie wiem.

    „Analizując działanie strategii samoutrudniania trudno oprzeć się wrażeniu, że choć jest skuteczna, to prowadzi do bliskiego celu wyjątkowo krętymi drogami.”

    O co chodzi z tym celem? Może o poznanie siebie?

    Komentarz - autor: Paweł — 31 Styczeń 2008 @ 17:14

  2. @Pawel
    Daj mi parę dni, a postaram się więcej na ten temat napisać (i jaśniej!)

    „O co chodzi z tym celem?”
    Celem jest tu obrona fałszywego obrazu siebie – opartego na mrzonkach, wpojonych nam wymaganiach czy ideałach. Często przez narcystyczne relacje w rodzinie. Jedno z rządzących „ja” MUSI mieć o sobie wysokie mniemanie, więc wymyśliło napompowany obraz i go broni.

    Chodzi o podtrzymanie dobrego zdania o sobie. Nawet bardziej dla samego siebie niż w oczach innych. Drapieżnik tego bardzo potrzebuje, więc robi różne dziwne wygibusy, byle tylko tak namącić, żeby wyszło na to, że jest się: pięknym/ inteligentnym/ sprawnym/ cwanym itp – w zależności od tego, która z tych cech w naszych własnych oczach najbardziej stanowi o naszej wartości. Z którą z nich najbardziej się identyfikujemy. Bez której świat by się nam zawalił.

    Komentarz - autor: pracowniaiv — 31 Styczeń 2008 @ 19:02

  3. No tak, obiecałam coś więcej napisać, ale jak się zaczęłam w temat wgryzać, to doszłam do wniosku, że być może wyżej opisana „teoria” wyjaśnia niektóre z naszych zachowań, ale nie na pewno i nie dogłębnie, nie mówiąc o tym, że wciąż pozostajemy w obrębie fałszywego „ja” – z jego narzuconymi celami i mechanicznymi zachowaniami. Czyli – za daleko tą drogą nie dojdziemy. Jeśli ktoś chciałby jednak poczytać coś napisanego w prostszy sposób, to może zajrzeć np. tu: http://www.psychodnia.pl/?11,21,454

    Komentarz - autor: pracowniaiv — 29 Luty 2008 @ 14:39

  4. @Paweł

    „Analizując działanie strategii samoutrudniania trudno oprzeć się wrażeniu, że choć jest skuteczna, to prowadzi do bliskiego celu wyjątkowo krętymi drogami.”

    „O co chodzi z tym celem? Może o poznanie siebie?”

    Myślę, że autorowi chodziło o to, że miast dążyć do celu prostą drogą, to znaczy, jeśli jest to egzamin, to przygotować się do niego i przez to obiektywnie zaprezentować się jako osoba solidna/sumienna/posiadająca wiedzę, to stosujemy taktyki, które umożliwią nam osiągnięcie w oczach innych takiego samego efektu, bez wysiłku. I to jest ta kręta droga, ponieważ wymaga wiele „grania”[okłamywanie siebie] przez nasze ego, by mogło podtrzymać swój iluzoryczny obraz (jak to pisze Castaneda, cytując Don Juana, „umysł drapieżców jest barokowy, pełen sprzeczności, posępny, przepełniony obawą przed zdemaskowaniem, które może nastąpić lada chwila”, obawia się prawdy, obawia się ujawnienia, ponieważ może to zagrozić jego istnieniu) Tak więc stosuje sztuczki, które my traktujemy jako własne, utożsamiamy się z nimi, można by rzec, że umysł drapieżcy podpowiada nam co robić, a my te podpowiedzi traktujemy jako własne.

    Może pojęcie samoutrudniania rozjaśni się co nieco po lekturze tego tekstu…

    Jest to fragment książki „Człowiek wśród ludzi. Zarys psychologii społecznej” Bogdana Wojciszke. Nie będę go skracał, bo jest ciekawy 🙂 W nawiasach kwadratowych są moje komentarze.

    […]
    AUTOPREZENTACJA: KSZTAŁTOWANIE WŁASNEGO WIZERUNKU
    Dwa ostatnie podrozdziały wskazują, jak wiele ludzie są w stanie zrobić, by dobrze myśleć o sobie. Obecny podrozdział pokaże, że ludzie są w stanie bardzo wiele uczynić również po to, by inni myśleli o nich pozytywnie. Zajmiemy się teraz autoprezentacją, czyli kształtowaniem (kontrolą) sposobu, w jaki spostrzegają nas inni ludzie.

    4.3.1. Życie społeczne jako przywdziewanie masek
    Klasyk socjologii Erving Goffman (1959/2000) w swej pracy zatytułowanej znamiennie „Człowiek w teatrze życia codziennego” przyrównywał życie społeczne do spektaklu teatralnego. Niczym aktor na scenie, uczestnik interakcji społecznych dba o wrażenie wywierane na innych, zabiegając za pomocą rekwizytów, makijażu, strojów, aranżacji sceny, a przede wszystkim własnej gry (wypowiedzi i zachowań), aby wrażenia odnoszone przez innych były zgodne z jego zamiarami. Tego rodzaju poglądy pojawiały się także w psychologii w postaci założenia, że autoprezentacją jest „równie naturalna jak oddychanie” i stanowi nieodłączny składnik ludzkich interakcji (Schlenker, 1980). Większość autorów zakłada jednak bardziej ograniczoną wizję auto-prezentacji jako zjawiska wprawdzie częstego, ale nie uniwersalnego.
    Podsumowując refleksje i wyniki wielu badaczy, Mark Leary i Robin Kowalski (1990) wskazują, że duża częstość autoprezentacji wynika z tego, iż kształtowanie wizerunku własnej osoby w oczach innych pozostaje w służbie trzech ważnych motywów: (1) osiągania materialnych i społecznych korzyści, których pozyskanie jest uzależnione od innych ludzi; (2) auto-waloryzacji, czyli utrzymywania i/lub podwyższania poczucia własnej wartości; oraz (3) kształtowania pożądanej tożsamości osobistej. Niezliczona ilość obserwacji przekonuje, że ludzie starają się zmaksymalizować swoje zyski, a zminimalizować straty za pomocą różnego rodzaju zachowań, także autoprezentacyjnych. Jednakże autoprezentacją jest podejmowana także wtedy, gdy nie przynosi żadnych namacalnych zysków – np. gdy osoby z widowni nie kontrolują istotnych dla nas stanów rzeczy, a nawet gdy już nigdy potem tych osób nie spotkamy. Niemniej jednak pozytywna opinia innych pozostaje cenna, ponieważ pozwala utrzymywać jednostce pochlebne zdanie na własny temat. Inne osoby – i ich opinie, które staramy się kształtować – są też niezbędne do wykształcenia lub utrzymania jakiejś pożądanej tożsamości. Nie sposób być wnikliwym psychologiem, świetnym naukowcem, czy mistrzem w tenisa, jeżeli nikt inny nie podziela tej opinii. Stąd też często staramy się zaprezentować innym w taki sposób, który potwierdza nasze aspiracje do jakiejś tożsamości.[ja bym ujął to tak: Nie sposób być wnikliwym psychologiem w oczach innych,…] Młody naukowiec pisuje więc np. artykuły tak usiane obcymi, a mądrze brzmiącymi słowami, że tylko on sam i jego koledzy je rozumieją.
    Zgodnie z „ograniczonym” poglądem na autoprezentację jest ona tylko jednym z rodzajów motywowanego zachowania społecznego, a więc w pewnych warunkach jesteśmy bardziej motywowani do autoprezentacji, niż w innych. Jakie to warunki? Duża liczba badań podsumowanych przez Leary’ego (1999) i Szmajke (1999) pozwala wskazać pięć takich warunków.
    Po pierwsze, skłonność do zabiegów autoprezentacyjnych jest tym większa, im silniej wierzymy, że sposób spostrzegania nas przez innych ludzi decyduje o osiągnięciu naszych celów. Nasila się zatem wtedy, gdy osiąganie celów ma charakter publiczny oraz gdy inni ludzie kontrolują możliwość osiągnięcia przez nas celu. Zabiegi autoprezentacyjne są silniejsze w obecności przełożonych niż podwładnych, czy osób równych nam statusem.
    Po drugie, skłonność do zabiegów autoprezentacyjnych jest tym większa, im bardziej zależy nam na celu kontrolowanym przez innych ludzi. Ponieważ strategicznym celem, na którym często zależy nam najbardziej, jest dowartościowanie własnej osoby i pozyskanie aprobaty społecznej, bezpośrednim celem autprezentacji jest z reguły wywarcie dodatniego wrażenia na innych. [I niestety, często ważniejsze jest dla nas wywarcie dobrego wrażenia, podtrzymanie fałszywego wizerunku własnej osoby, niż np. przekazanie prawdy, bądź staranie się bycia szczerym] Na tej samej zasadzie natężenie zabiegów autoprezentacyjnych rośnie, gdy realizowany cel nabiera wartości z powodów sytuacyjnych, np. wskutek jego niedostępności, konkurencji ze strony innych przy ubieganiu się o pracę.
    Po trzecie, skłonność do zabiegów autoprezentacyjnych jest tym większa, im bardziej zależy nam na aprobacie innych.Bardziej jesteśmy skłoni do autoprezentacji przed osobami, które są dla nas atrakcyjne, niż nieatrakcyjne; a także jeżeli sami mamy kłopoty z samooceną lub cechujemy się silną potrzebą aprobaty społecznej.
    Po czwarte, skłonność do autoprezentacji jest tym większa, im większa jest rozbieżność między pożądanym a rzeczywistym obrazem naszej osoby, jaki mają inni. Skłonność ta rośnie zatem, kiedy ponieśliśmy niedawno porażkę, szczególnie publiczną, lub inni byli świadkiem sytuacji, w której „straciliśmy twarz”.
    Po piąte wreszcie, skłonność do zabiegów autoprezentacyjnych jest nasilona u osób o dużej skłonności do obserwacyjnej samokontroli zachowania (por. KONCEPCJA 4) i samoświadomości publicznej, tj. nawykowej skłonności do myślenia, co myślą o nich inni [wewnętrzne zważanie u Gurdżijewa] (Fenigstein, Scheier, Buss, 1975; Szmajke, 1999).
    Wielu autorów dzieli szczegółowe taktyki autoprezentacji na dwie grupy – obronnych i asertywno-zdobywczych (Baumeister, Tice, Hutton, 1989; Szmajke, 1999). Obronne taktyki autoprezentacji to zachowania ukierunkowane na ochronę, utrzymanie lub obronę zaatakowanej lub zagrożonej tożsamości i wartości naszej osoby. Zachowania te motywowane są pragnieniem uniknięcia autoprezentacyjnej porażki i charakterystyzują raczej osoby o samoocenie niskiej.[Ciężko jest nam przyznać do niewiedzy, więc bronimy to co mamy, nie ważne jakie jest] Należą do nich samoutrudnianie, wymówki, suplikacja, usprawiedliwienia i przeprosiny. Natomiast asertywno-zdobywcze taktyki autoprezentacji to zachowania ukierunkowane na zbudowanie, pozyskanie, utrwalenie jakiejś nowej tożsamości naszej osoby. Zachowania te motywowane są pragnieniem osiągnięcia sukcesu autoprezentacyjnego i są charakterystyczne raczej dla osób o samoocenie wysokiej. Należą do nich ingracjacja, zastraszanie, autopromocja, autopromocja przez skojarzenie i świecenie przykładem.

    4.3.2. Obronne taktyki autoprezentacji
    Najbardziej interesującą taktyką obronną jest samoutrudnianie, czyli angażowanie się w działania, które obniżają szansę sukcesu, ale zwalniają z osobistej odpowiedzialności za porażkę, a w dodatku nasilają osobistą chwałę w przypadku sukcesu (Jones, Berglas, 1978). Przykładem jest postępowanie studenta, który w wieczór poprzedzający ważny egzamin idzie na „imprezę”. Następnego dnia rano oczywiście boli go głowa i oświadcza kolegom, że na pewno obleje. I rzeczywiście oblewa egzamin, jednak wszyscy (łącznie z samym bohaterem) mogą być przekonani, że powodem nie był brak zdolności czy inteligencji, lecz chwilowa niesprawność umysłowa wywołana, nazwijmy to, intensywnym życiem towarzyskim.
    Charakter samoutrudnienia może mieć wiele zachowań, zarówno społecznie pożądanych, jak i autodestrukcyjnych. Przykładem tych pierwszych jest pomaganie innym, co wykazał Doliński (1988) w eksperymencie, w którym kursanci Zakładu Doskonalenia Zawodowego (ZDZ) dwukrotnie przechodzili test zdolności intelektualnych. Po pierwszej turze badania wszyscy otrzymali informację zwrotną, że świetnie wypadli w teście. Jednak u połowy badanych informacja ta wzbudzała niepewność co do tego, jak wypadną w następnej turze, ponieważ zadania z pierwszej tury były nierozwiązywalne, a więc badani nie wiedzieli, dlaczego dobrze wypadli i kiepsko to rokowało na przyszłość. Pozostali badani mieli zadania rozwiązywalne i łatwe, tak więc pozytywna informacja zwrotna wzbudzała poczucie pewności, że i w następnej turze pomiarów dobrze wypadną. Następna tura pomiarów miała się odbyć w godzi¬nę później, którą połowa badanych mogła wykorzystać na trenowanie zadań podobnych do testu, tak by mogli w nim wypaść jak najlepiej, zaś pozostałej części badanych nie dawano takiej możliwości. Wszyscy natomiast mieli okazję wyrządzenia przysługi sekretarce ZDZ, która prosiła o pomoc w poukładaniu papierów w biurze, gdyż był tam straszny bałagan, a nazajutrz pojawić się miała niespodziewana kontrola. Rysunek 4.8 przedstawia, ile minut badani z różnych warunków tego eksperymentu poświęcali na pomaganie sekretarce. Gdy badani mieli możliwość ćwiczenia, ci którzy uprzednio mieli do czynienia z problemami rozwiązywalnymi (a więc byli dosyć pewni sukcesu i w przyszłości) tylko 16 minut pomagali sekretarce, resztę czasu poświęcając na ćwiczenia. Jednakże ci, którzy mieli do czynienia z problemami nierozwiązywalnymi (a więc niepewni przyszłego sukcesu), niemal dwa razy dłużej pomagali sekretarce, co, rzecz jasna, skracało czas ewentualnego ćwiczenia.

    Wiele badań dowodzi występowania zachowań samoutrudnieniowych, szczególnie w sytuacjach zagrażających poczuciu własnej wartości i w warunkach niepewności przyszłych wyników (Doliński, Szmajke, 1994). Samoutrudnianie może przyjmować różne postaci, jak zaniechanie wysiłku podczas przygotowwania się lub wykonywania zadania, wybór bardzo trudnego zadania uniemożliwiającego sukces, wybór nieodpowiedniego partnera do jego realizacji, a nawet pomaganie rywalowi w zwycięstwie. Przejawem strategicznego samoutrudniania może być uzależnianie się od alkoholu i narkotyków: X świetnie się zapowiadał jako poeta – niestety popadł w alkoholizm i jego talent nie może się ujawnić (co może być lepszą opcją niż ujawnienie, że talentu jednak nie ma).
    Samoutrudnianie może wyrażać się nie tylko zachowaniami, ale także odczuwaniem i demonstrowaniem własnych słabości. Szczególnym przypadkiem jest tu lęk przedegzaminacyjny, na który cierpi wielu uczniów i studentów

    4.8. Samoutrudnianie; ilość minut spędzanych na pomaganiu urzędnicz¬ce w zależności od możliwości ćwiczenia, przez osoby, które uprzednio odniosły sukces w problemach rozwiązywalnych lub nierozwiązywalnych
    Źródło: Doliński (1988).

    – „uczyłem się i wszystko umiałem, ale pod wpływem lęku czuję kompletną pustkę w głowie”. Samoutrudnieniowego charakteru tego lęku dowodzą badania wykazujące, że doświadczany na bieżąco lęk słabnie, gdy badani są przekonani, że wyniki danego zadania nie są uszkadzane lękiem. Podobnie samoutrudnieniowy charakter może mieć również hipochondria, czyli skłonność do nasilonego odczuwania dolegliwości somatycznych, których fizjologicznego podłoża nie można wykryć za pomocą metod medycznych (Leary, 1999). Samoutrudnianie może się wreszcie przejawiać także w pewnym sposobie spostrzegania i interpretacji sytuacji – skłonności do spostrzegania zadań jako trudnych, a warunków ich rozwiązywania jako niesprzyjających. Np. student może myśleć, że wyniki czekających go egzaminów są uzależnione od przypadku czy widzimisię egzaminatora, co oczywiście jest interpretacją skłaniającą do zaniechania wysiłków i powodującą obniżenie wyników egzaminu. Doliński (1996) wykazał, że studentki o nasilonej osobowościowej tendencji do samoutrudniania spostrzegają egzaminy jako bardziej niesprawiedliwe na końcu niż w środku semestru. Jest to zgodne ze wspomnianą już tezą, że skłonność do zabiegów autoprezentacyjnych (w tym samoutrudniania) rośnie wraz ze wzrostem zagrożenia.
    Inny rodzaj obronnej taktyki autoprezentacji to suplikacja, czyli prezentowanie własnej bezradności (Jones, Pittman, 1982), w nadziei uzyskania pomocy od innych dzięki odwołaniu się do normy odpowiedzialności społecznej nakazującej pomagać tym, których losy od nas zależą (por. rozdz. 9.1.3).[„Godni litości ci, którzy się litują”. O litowaniu można poczytać w VIII rozdziale Fali]. Skuteczność prezentowania siebie jako nieudacznika zasadza się także na kontraście (mechanik samochodowy, do którego zwraca się bezradna kobietka może się poczuć naprawdę wielkim specjalistą), a dodatkowym urokiem taktyki jest zwolnienie stosującej ja osoby z przyszłych wysiłków, z czego chętnie korzystają osoby w depresji. Poinformowane, że w przypadku sukcesu w pierwszej serii zadań będą rozwiązywać następną serię podobnych zadań, osoby depresyjne już w pierwszej serii wypadają źle i gorzej od osób równie depresyjnych, którym jednak nie grozi ciąg dalszy w przypadku sukcesu (Weary, Williams, 1990). Szczególnym przypadkiem suplikacji jest udawanie głupka – około połowa ludzi przyznaje się do okazjonalnego stosowania tej taktyki. Choć taktyka ta zdaje się tradycyjnie kobieca (pasuje do stereotypu bezbronnej kobietki), współcześnie kobiety i mężczyźni twierdzą, że stosują ją jednakowo często, choć w różnych kontekstach (mężczyźni w odniesieniu do szefów, kobiety – w odniesieniu do mężów i w kontekście zdolności intelektualnych – Leary, 1999).
    Zbliżona do suplikacji taktyka to w y m ó w k i, czyli zaprzeczanie intencji wyrządzenia szkody i/lub przekonywanie, że nie miało się kontroli nad przebiegiem zachowania, które szkodę wyrządziło (redukowanie odpowiedzialności). Są to zachowania typu „to nie moja wina”, odwoływanie się do okoliczności łagodzących, przekonywanie o własnej ignorancji (np. o nie¬znajomości przepisów). Odmianą tej taktyki jest odwoływanie się do alkoholu jako „sprawcy” jakiegoś niepożądanego zachowania, co czasem bywa skuteczne u mężczyzn, choć, jak się wydaje nigdy nie jest skuteczne u kobiet
    (Leary, 1999).
    Czwarta obronna taktyka autoprezentacji to usprawiedliwienia, czyli akceptowanie własnej odpowiedzialności przy jednoczesnych próbach redefinicji czynu jako mało szkodliwego lub dotyczącego w istocie czegoś innego niż szkoda. Wskazać można przynajmniej cztery odmiany tej taktyki (Rosenfeld, Giacalone, Riordan, 1995). Po pierwsze, zaprzeczanie szkodliwości czynu – np. przekonywanie, że „długoterminowe” korzyści z naszych działań przewyższają „pozorne” lub „krótkoterminowe” szkody. Przykładem jest przekonywanie, że szkody są pozorne (np. mit przyjemności kobiety z gwałtu); albo nikomu nie szkodzą, np. przy oszukiwaniu na egzaminie. Po drugie, zaprzeczanie krzywdzie ofiary lub przekonywanie, że w istocie zasłużyła sobie na swój los, np. że kobieta prowokowała do gwałtu swoim ubiorem i zachowaniem.[Niesamowite, jak daleko mogą się posunąć ludzie, kiedy działają w nich te mechanizmy! Przerażające!] Po trzecie, odwoływanie się do powszechności postępku i usprawiedliwień porównawczych, np. wszyscy kradną, inni kradną więcej niż ja, a po mnie przyjdą jeszcze gorsi – przekonuje wielu polityków. Po czwarte, redefinicja czynu jako dotyczącego nie tyle szkód, ile spełniania rozkazów (brudna robota, ale ktoś ją musi wykonać), czy lojalności w stosunku do przyjaciół lub zatrudniającej instytucji. Wymówki i usprawiedliwienia dotyczą już zaistniałych sytuacji kłopotliwych. Stosowane są nie tylko w od¬niesieniu do drobnych przewinień, ale także przez większość skazanych morderców (Ray, Simons, 1987). Jednak redukowanie odpowiedzialności za czyn (wymówki) jest stosowane częściej od redefiniowania czynu jako mało szkodliwego (usprawiedliwienia). W większości kontekstów ten pierwszy zabieg jest też bardziej skuteczny – wymówki zwykle bardziej łagodzą oceny obserwatorów niż usprawiedliwienia (Rosenfeld, Giacalone, Riordan, 1995; Szmajke, 1999).
    Ostatnia obronna taktyka autoprezentacji to przeprosiny – akceptowanie własnej odpowiedzialności za szkodę, okazanie żalu, kompensowanie szkody ofierze. Choć często trudne do wykonania, przeprosiny są najskuteczniejszym sposobem przywracania własnego pozytywnego ob¬razu w oczach innych (por. Leary, 1999). Uwzględnia to nawet prawo¬dawstwo wielu krajów, przyzwalając na niższe wyroki dla przestępców okazujących skruchę. U podstaw takiej praktyki leży przekonanie, że spraw¬ca skruszony sam siebie karze wyrzutami sumienia, a zatem duża kara zewnętrzna jest już niepotrzebna. W przypadku niewielkiej winy, sama skrucha jest już wystarczającą karą.
    […]
    [„Tak to my grzesznicy, rzekomo świętą miną, uczynkami budującymi pocukrzamy nieraz samego diabła” William Shakespeare, Hamlet]

    p.

    Komentarz - autor: Piotr.alterego — 30 Grudzień 2010 @ 22:23

  5. Czytając tekst ponownie, próbując go lepiej zrozumieć, zauważyłem coś, co może pomóc spojrzeć na autoprezentacje (i w tym samoutrudnianie i pozostałe mechanizmy)z perspektywy czwartej drogi.

    …s a m o u t r u d n i a n i e, czyli angażowanie się w działania, które obniżają szansę sukcesu, ale zwalniają z osobistej odpowiedzialności za porażkę…

    …s u p l i k a c j a, czyli prezentowanie własnej bezradności (Jones, Pittman, 1982), w nadziei uzyskania pomocy od innych dzięki odwołaniu się do normy odpowiedzialności społecznej nakazującej pomagać tym, których losy od nas zależą[…] Skuteczność prezentowania siebie jako nieudacznika zasadza się także na kontraście (mechanik samochodowy, do którego zwraca się bezradna kobietka może się poczuć naprawdę wielkim specjalistą), a dodatkowym urokiem taktyki jest zwolnienie stosującej ją osoby z przyszłych wysiłków, z czego chętnie korzystają osoby w depresji….

    …w y m ó w k i, czyli zaprzeczanie intencji wyrządzenia szkody i/lub przekonywanie, że nie miało się kontroli nad przebiegiem zachowania, które szkodę wyrządziło (redukowanie odpowiedzialności)…

    Zanurkowałem więc do FNN Uspieńskiego i Castanedy szukając fragmentów dotyczących odpowiedzialności.

    FNN:

    „Czy można przestać być maszyną? – zapytałem.
    – A! To jest pytanie – powiedział G. – jeślibyś częściej stawiał takie pytania, być może moglibyśmy w naszych rozmowach do czegoś dojść. Można przestać być maszyną, ale do tego trzeba przede wszystkim ZNAĆ MASZYNĘ. Maszyna, prawdziwa maszyna, nie zna siebie i znać nie może. Kiedy maszyna siebie zna, nie jest już maszyną, a przynajmniej nie jest taką samą maszyną jak przedtem. Zaczyna być ODPOWIEDZIALNA za swoje działania.
    – Czy to oznacza, że według ciebie człowiek nie jest odpowiedzialny za swoje działania? – zapytałem.
    – CZŁOWIEK – podkreślił to słowo – jest odpowiedzialny. MASZYNA nie jest odpowiedzialna.”

    […]

    „Aby być dobrym chrześcijaninem, trzeba BYĆ. Być to znaczy być panem samego siebie. Człowiek, który nie jest panem samego siebie, nic nie posiada i niczego posiadać nie może. On nie może być chrześcijaninem. Jest po prostu maszyną, robotem. Maszyna nie może być chrześcijaninem. Sami pomyślcie, czy samochód, maszyna do pisania lub gramofon może być chrześcijaninem? Są to po prostu rzeczy kontrolowane przez przypadek, które nie są odpowiedzialne. Są maszynami. Bycie chrześcijaninem oznacza bycie odpowiedzialnym. Odpowiedzialność przychodzi później, kiedy człowiek choć w części przestaje być maszyną i zaczyna faktycznie, a nie tylko w słowach, pragnąć być chrześcijaninem.”

    „Podróż do Ixtlan”

    „- Kiedy człowiek na coś się zdecyduje, musi to kontynuować – powiedział – ale konieczne jest także, aby wziął odpowiedzialność za swoje czyny.”

    […]

    – Cały czas narzekasz – odparł łagodnie. – Narzekasz przez całe życie, ponieważ nie przyjmujesz odpowiedzialności za swoje decyzje.”

    […]

    Po kilku godzinach zbliżyliśmy się do jakiegoś wzgórza. Don Juan usiadł i dał mi znak, abym zrobił to samo. Prześmiewczo dramatycznym tonem zapowiedział, że ma zamiar opowiedzieć mi pewną historię.

    Powiedział, że pewnego razu młody człowiek, pozbawiony środków do życia Indianin, żył w mieście pośród białych. Nie miał ani domu, ani rodziny, ani przyjaciół. Przybył do miasta w poszukiwaniu szczęścia, a znalazł tylko nędzę i ból. Od czasu do czasu, gdy pracował jak muł, udawało mu się zarobić kilka centów, wystarczających jedynie na odrobinę jedzenia. W przeciwnym wypadku musiałby żebrać albo kraść.

    Do Juan powiedział, że pewnego razu młody człowiek poszedł na plac targowy. Oszołomiony chodził w tę i we tę, dziko patrząc na wszystkie zgromadzone tam dobra. Był prawie nieprzytomny, nie widział dokąd idzie. Wdepnął na jakieś koszyki i wpadł na starego człowieka. Stary człowiek niósł cztery ogromne tykwy i właśnie usiadł, aby odpocząć i coś zjeść.

    Don Juan uśmiechnął się znacząco i powiedział, że stary człowiek zdziwił się, kiedy młodzieniec wpadł na niego. Nie rozzłościł się, że mu przeszkodzono, ale zdumiał się, że zrobił to właśnie ten młody człowiek. Natomiast on rozzłościł się na staruszka i kazał mu zejść z drogi. W ogólnie nie był zainteresowany ostatecznym celem ich spotkania. Wcale nie zauważył, że ich drogi się przecięły. Don Juan zaczął naśladować ruchy człowieka biegnącego za czymś, co się toczy. Powiedział, że tykwy starego człowieka przewróciły się i zaczęły się turlać po ulicy. Kiedy młodzieniec to zauważył, pomyślał sobie, że znalazł na ten dzień jedzenie. Pomógł staremu się podnieść i zaczął nalegać, że poniesie te ciężkie tykwy. Ten odparł, że idzie akurat do swojego domu w górach, ale młody uparł się, aby iść z nim, przynajmniej część drogi.

    Stary człowiek wszedł na ścieżkę prowadzącą w góry i kiedy tak szli razem, podzielił się z młodzieńcem jedzeniem, które zakupił na targu. Ten bardzo się z tego ucieszył i kiedy już był syty, zauważył, jak ciężkie są tykwy.

    Don Juan uśmiechnął się chytrze i opowiadał dalej. Młody zapytał, co jest w tych naczyniach, Stary człowiek nie udzielił mu odpowiedzi, tylko rzekł, że ma zamiar poznać do z przyjacielem, który ulży jego smutkom, udzieli mu rad i przekaże wiedzę dróg ego świata.

    Tu don Juan wykonał majestatyczny gest rękami i kontynuował opowieść. Stary zawezwał najpiękniejszego jelenia, jakiego młody człowiek kiedykolwiek widział. Zwierzę było tak oswojone, że podeszło do niego. Było świetliste i jaśniało. Oczarowało młodzieńca, który od razu poznał, że jest to „magiczny jeleń”. Stary człowiek powiedział mu, że jeśli chce mieć takiego przyjaciela i jego mądrość, jedyną rzeczą, jaką musi zrobić, jest porzucenie tykw.

    Grymas don Juana przedstawiał teraz ambicję; powiedział, że gdy młodzieniec usłyszał to, odezwały się w nim jego małostkowe pragnienia. Oczy don Juana zwęziły się w szatańskie szparkim, gdy wypowiadał pytanie, które młodzieniec zadał: „Co masz w tych czterech wielkich tykwach?”

    Staruszek spokojnie odpowiedział, że niesie w nich jedzenie: pinole i wodę.

    Don Juan przerwał swoją historię i zaczął chodzić w kółko. Zrobił kilka okrążeń, aja nie wiedziałem po co. Widocznie stanowiło to część opowieści. Zapewne tak prezentował rozważania młodego człowieka.

    Młodzieniec oczywiście nie uwierzył w ani jedno słowo. Wykalkulował sobie, że jeśli stary, który niewątpliwie był czarownikiem, chce oddać „magicznego jelenia” w zamian za tykwy, to one same muszą być wypełnione niewiarygodną mocą.

    Don juan znów wykrzywił twarz w diabelskim grymasie i powiedział, że młody człowiek zdecydował się wziąć tykwy. W tym momencie nastąpiła długa pauza mająca chyba oznaczać koniec historii. Don Juan nadal milczał, jednak był pewny, że chce, abym zapytał go o to, co się działo dalej. Tak też zrobiłem.

    – Co się stało z tym młodym człowiekiem?

    – Zabrał tykwy – odparł z uśmiechem satysfakcji.

    Znowu nastąpiła długa pauza. Zaśmiałem się. Pomyślałem sobie, że tak musi wyglądać prawdziwa indiańska historia.

    Oczy don Juan miał błyszczące, kiedy po chwili uśmiechnął się do mnie. Wyglądał jak wcielenie niewinności. Zaczął się śmiać i zapytał mnie:

    – Czy nie chcesz wiedzieć, co było w tykwach?

    – Oczywiście, że chcę. Wydawało mi się, że to już koniec opowieści.

    – Ależ skąd – powiedział z figlarnym błyskiem w oku. – Młody człowiek zabrał tykwy i pobiegł w ustronne miejsce, aby je otworzyć.

    – I co w nich znalazł? zapytałem.

    Don Juan spojrzał na mnie i poczułem, że był świadomy, że nieźle gimnastykuję swój umysł. Pokiwał głową i zachichotał.

    – No więc – przynaglałem go. – Czy tykwy były puste?

    – W tykwach było tylko jedzenie i woda – powiedział. – I młody człowiek w przypływie gniewu rozbił je o skałę.

    Powiedziałem że jego reakcja była całkiem naturalna, każdy na jego mi8ejscu zrobiłby to samo.

    Don Juan odparł, że młodzieniec był głupcem, który nie wiedział, czego szuka. Nie wiedział, czym jest moc, więc nie mógł poznać, czy ją znalazł, czy nie. Nie przyjął odpowiedzialności za swoja decyzję i dlatego wybuchnął gniewem z powodu popełnionego błędu. Spodziewał się coś zdobyć, ale nie dostał niczego. Don Juan spekulował,żę gdybym to ja był tym młodzieńcem i postępował zgodnie ze swoimi skłonnościami, skończyłbym podobnie: wściekły i z wyrzutami sumienia. Niewątpliwie spędziłbym resztę swojego życia, użalając się nad sobą i nad tym, co straciłem.

    Następnie wyjaśnił postępowanie starego człowieka, który sprytnie nakarmił młodzieńca, aby zapewnić mu odwagę pełnego żołądka. Dlatego też, kiedy znalazł w tykwach tylko jedzenie, rozbił je w napadzie gniewu.

    – Gdyby był świadomy swojej decyzji i przyjął za nią odpowiedzialność – powiedział do Juan – wziąłby jedzenie i byłby bardzo zadowolony. A być może nawet uświadomiłby sobie, że jedzenie także jest mocą.”

    Wygląda na to, że nasze fałszywe ego (umysł latawca) nie chce wziąć odpowiedzialności za własne czyny, dlatego stosuje sztuczki takie jak samoutrudnianie, suplikacja czy wymówki. Nawet jeśli poweźmiemy odpowiedzialność, to i tak próbuje ono uładzić czyn: „…u s p r a w i e d l i w i e n i a, czyli akceptowanie własnej odpowiedzialności przy jednoczesnych próbach redefinicji czynu jako mało szkodliwego lub dotyczącego w istocie czegoś innego niż szkoda.”.

    Komentarz - autor: alterego — 2 Styczeń 2011 @ 16:16


RSS feed for comments on this post. TrackBack URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d bloggers like this: