PRACowniA

5 Sierpień 2007

Poszukiwanie wewnętrzne

Filed under: Czwarta Droga,Ezoteryka — pracowniaiv @ 12:41
Tags: , ,

Fragmenty eseju JEAN-CLAUDE CARRIERE’A

Kto stawia głównie na intelekt, ten wprawdzie może zajść
daleko, myli on jednak grunt z wodą i kiedyś utonie.

H.Hesse, „Wilk stepowy”

Pamiętać siebie, powrócić do siebie. Gurdżijew mówi o tym z naciskiem. Na tym polega istota rzeczy, bez której pozbawieni jesteśmy wszelkiej percepcji, wszelkiego poznania, wszelkiego działania; a nawet wszelkiego istnienia, naszego czy też świata, bo jedynym, co pozwala nam uchwycić nieznane, jest ta ulotna wskazówka, osaczona przez całą armię zwodniczych pozorów.
Poszukiwać siebie, poszukiwać bez ustanku, z rygorem, zabawą, inwencją i powagą. Poszukiwać siebie w nadziei „stania się”, bo każde poszukiwanie, które nie wywołałoby w nas żadnej przemiany, byłoby ledwie głupstwem bez znaczenia. Poszukiwać, opierając się z jednej strony na ludowej mądrości, uosobionej raz na zawsze w niezwykłym mędrcu Mulle Nassr Eddinie i jego zbijających z tropu maksymach, z drugiej zaś – na relacji z jakimś skutecznym przewodnikiem, który spojrzałby na nas okiem przyjaciela: „przyjaciela naszej esencji”.

Kategorycznie wystrzegać się całej reszty w nieodzownym zstępowaniu w siebie.

Przyjąć najpierw hipotezę, że rodzaj ludzki – składający się z „istot trójmózgich” – był niegdyś obdarzony szczególnym organem, umiejscowionym u nasady ogona (w czasach, gdy go posiadaliśmy), organem kundabuffer. Funkcja tego organu, którego nazwa wydaje się nawiązywać do centralnej energii jogi – Kundalini, była prosta: uniemożliwić nam widzenie rzeczywistości. Ściślej: sprawić, byśmy za rzeczywiste wzięli to, co wyobrażone, lub to, co iluzoryczne. Przekonać nas, że wszystko, co widzimy, słyszymy, postrzegamy i rozumiemy, odnośnie nas samych czy też reszty świata, stanowi jedyną i prawdziwą rzeczywistość.

Następnie – opowiada nam Gurdżijew – wskutek wyższego nakazu organ ten zaniknął w naszym ciele, lecz przez coś w rodzaju „dziedzicznej predyspozycji” jego efekty są wciąż odczuwalne u prawie wszystkich naszych bliźnich. Toteż wciąż – wbrew zbawiennym, choć natychmiast zniekształcanym interwencjom niektórych „Posłańców z Wysokości”, założycieli naszych religii – uważamy świat, jaki się nam jawi, za rzeczywisty.

Organ ten wywiera na nas wciąż prawdziwie hipnotyczny wpływ, przejawiający się w głębokiej sugestii. Jesteśmy tak głęboko pogrążeni w fałszywych przekonaniach, że sama myśl, by się z nich wydobyć, zdaje się nam absurdalna. Człowiek śpi i powiada: „Jestem rozbudzony. Dlaczegóż miałbym się obudzić?”

Uspieński mówi: „W istocie Kundalini jest mocą wyobraźni, mocą fantazji, która zajmuje miejsce rzeczywistej funkcji. Kiedy człowiek, zamiast działać, śni, kiedy jego sny zajmują miejsce rzeczywistości, kiedy człowiek sobie wyobraża, że jest orłem, lwem albo czarodziejem, to jest to działająca w nim siła Kundalini. […]

Kundalini jest siłą, która została dana ludziom po to, by ich utrzymać w ich obecnym stanie„.

W ten sposób zachęceni uwodzicielskimi słowami Sokratesa, Kartezjusza, Freuda wierzymy, że może­my poznać samych siebie i w związku z tym bardzo szybko zaczynamy wierzyć, że już siebie poznaliśmy. Tak żywa jest nasza próżność, tak lekkomyślny nasz umysł, że żyjemy ściśnięci gorsetem bardzo precyzyjnych obrazów – my, będący ledwie mgłą.

Złudzenie to, odnoszone często do świata („znam Meksyk, znam Rabelais’go”), staje się groźne, gdy odnieść je do nas samych, gdyż wszyscy jesteśmy przekonani, że znamy siebie lepiej, niż znają nas inni. Wiadomo od dawna – „Mahabharata” powtarza to wielokrotnie – że choć niektórzy z nas uskarżają się na zdrowie, słabość członków, a nawet brzydotę, nikt nie skarży się na brak inteligencji. Nasz własny osąd jest zawsze najlepszy na świecie. Zwyczajne samozadowolenie, kiedy umysł zachwyca się umysłem, staje się barierą wszelkiego rozwoju.

Toteż słyszymy codziennie, jak w tej czy w innej formie ktoś mówi do nas: „Jestem taki bądź taki”, a widzimy co innego. Myli się lub kłamie. Nasz odbiór takiej osoby jest odmienny, czasami wręcz przeciwny. […]

W wypadku ewentualnego poszukiwania wewnętrznego (próżno byłoby tu przesądzać z góry o tym, co znajdziemy) dziedziczne efekty „organu kundabuffer” są o tyle groźniejsze i bardziej wyrafinowane, że zwykłe narzędzia owego poszukiwania – myśl, refleksja, introspekcja – pracują w pewnym sensie nad samymi sobą. W ten sposób myśl wytwarza nieustannie swą własną iluzję, nakazującą wierzyć, że myśli; tak jak świadomość – by użyć innej terminologii – ulega łatwo przekonaniu, iż jest rozbudzona, uważna i swobodna.

Ściślej: myśl wyobraża sobie, że może odróżnić się od siebie samej i badać siebie od zewnątrz, jako oddzielony, nieruchomy przedmiot; podczas gdy stanowi jego dokładne przeciwieństwo – jest nierozłączna, ruchoma i niejasna.

Dziś uważamy – a neurolodzy potwierdzają to, co przeczuwaliśmy od tysiącleci – że nasz mózg, ów cudowny organizm, nazbyt często zmienia się w ociężałą, gnuśną masę, która nade wszystko (niekiedy „do szaleństwa”) lubuje się w uproszczeniach i redukcjach, i że – będąc równie bojaźliwym, co leniwym – ów pogrążony w drzemce cud jest w pełni gotowy mocno przyklasnąć, słysząc choćby strzęp zręcznego sformułowania – zręcznego bądź krzykliwego, zależnie od okoliczności.

Rozliczne są pułapki zastawione na drodze zstępowania w nas samych: dziwy, które nas olśnią lub porażą na tym czy innym etapie; krzywe zwierciadła, które bierzemy za wierne; przepaście, które wolimy ominąć lub przekroczyć po wąskiej kładce ze srebrną opaską na oczach. Cały ten chaotyczny pejzaż znajduje się w nieznośnym bałaganie i naszym pierwszym pragnieniem jest wprowadzić pewną odprężającą spójność, sporządzić jakąś przyzwoitą mapę, która uczyni naszą podróż łatwiejszą. Łatwiejszą i wątpliwą.

Wszystko sprzeciwia się dalekiemu widzeniu w tym nieodzownym badaniu „domu, który czeka na swego pana” – nieodzownym, bo bez niego próba poznania reszty istniejącej tylko poprzez nas, okazuje się daremna. Innymi słowy, według Gurdżijewa, „trzeba poznać maszynę, żeby przestać nią być”. Nasz mózg – skoro to o niego przede wszystkim chodzi w tej przygodzie – sam sobie pokazuje sztuczki, jak iluzjonista zadziwiony własną zręcznością, szczerze przekonany, że jest prawdziwym fabrykantem snów, oklaskującym niestrudzenie samego siebie po każdym numerze.

Sprowokowany, mózg reaguje jak ślimak – cofa miękką myśl, która kręci się tam i z powrotem, plącze w harmonijnych słowach, zwalnia, zapomina o swym ruchu do tego stopnia, że pokusa zatrzymania się staje się w końcu nie do odparcia. Już Farid Uddin Attar wiedział o tym i w chwili, gdy niecierpliwe ptaki z Konferencji ptaków wzbijały się do lotu nad siedmioma dolinami, mówił: „Wszystko, co cię zatrzymuje, staje się twoim idolem„.

Nasz mózg często oddaje hołd samemu sobie. Wielbi to, co się właśnie z niego zrodziło. Przestał już sobie uświadamiać, że jest zarazem czcicielem i obiektem czci, że jest zarówno narzędziem jak przeszkodą. […]
Każde prawdziwe poznanie – szczególnie poznanie siebie – prędzej czy później przybija do nieznanego brzegu. Maulana mówi nam, że należy próbować usłyszeć wszystko naszym wewnętrznym uchem. A gdzie indziej dorzuca: „Nie poznasz perły kontemplując morze. Jeśli chcesz poznać perłę, musisz zanurkować”. Ale jak zanurkować? W którym miejscu? Z czyją pomocą? Czy istnieje jakaś metoda? […]

Najpoważniejsze jednak złudzenie (najpoważniejsze, bo najbardziej rozpowszechnione), najgroźniejsze dzieło „organu kundabuffer”, polega na przekonaniu nas, że owo intelektualne podejście wystarczy, że wystarczy inteligentna analiza, że gra aktora ma być zaledwie fizyczną i wokalną ilustracją idei spreparowanej wcześniej przez umysł.

Mózg, który nie przestaje upraszczać, nawet jeśli lubi połechtać się niezwykłymi błahostkami, nigdy nie może przekroczyć samego siebie, bo jest tchórzliwy jak stara ryba. Odurzony swym rozumowaniem, przytłoczony motywami wyliczanymi we właściwym porządku, nigdy nie może ogarnąć całości. […]

Trzeba dosięgać innej sfery lub innych sfer, których analiza nie potrafi przeniknąć ani nawet wyodrębnić; głębin, w których chroni się prawdziwa tajemnica. Bardziej lub mniej wnikliwe rozumienie zatrzymuje się, musi się zatrzymać na pewnym poziomie. Poniżej (lub powyżej, lub wszędzie wokół) trzeba ocalić mgłę, chronić niejasność przed reflektorami inteligencji. To jest bowiem prawdziwe życie, życie całkowite, które zgłębia się tylko poprzez działanie, […] Uspieński, przywołując słowa Gurdżijewa, tak to ujmuje:

Zobaczysz, że możesz myśleć, czuć, działać, mówić, pracować, nie będąc tego świadomym. I jeśli nauczysz się dostrzegać w sobie chwile świadomości i długie okresy mechaniczności, to tak samo nieomylnie będziesz u innych dostrzegał, kiedy są oni świadomi tego, co robią, a kiedy nie„. […]

Utożsamienie się trzeba widzieć i poznawać w sobie aż do samych jego korzeni. Trudność walki z utożsamieniem wzrasta jeszcze bardziej przez to, że ludzie obserwując je w sobie, uważają je za bardzo dobrą cechę i nazywają «entuzjazmem», «zapałem», «pasją», «spontanicznością», «natchnieniem» i tym podobnymi słowami. Uważają oni, że tylko w stanie utożsamienia człowiek może w dowolnej sferze wykonać dobrą pracę. W rzeczywistości jest to oczywiście złudzenie. […] Człowiek staje się rzeczą, kawałkiem mięsa; zatraca nawet owo niewielkie podobieństwo do ist­ty ludzkiej, które przedtem go cechowało.

Na Wschodzie, gdzie ludzie palą haszysz i inne narkotyki, często się zdarza, że człowiek tak bardzo utożsamia się ze swoją fajką, że zaczyna uważać siebie samego za fajkę. To nie jest żart, lecz fakt. On naprawdę staje się fajką. To jest właśnie utożsamienie się. I do tego haszysz lub opium są zupełnie zbyteczne. Przyjrzyjcie się ludziom w sklepach, w teatrach, w restauracjach; zobaczycie, jak utożsamiają się oni ze słowami, kiedy kłócą się o coś albo próbują coś udowodnić, zwłaszcza coś, o czym sami nic nie wiedzą. Oni sami stają się łapczywością, pragnieniami lub słowami; z nich samych nie pozostaje nic„.

Podejmijmy ostrożnie starożytną analogię, wartą swej ceny, według której jesteśmy swym własnym aktorem. Na swój sposób gramy ustawicznie naszą rolę. Tworzymy swą maskę i nosimy ją tak jak potrafimy, nawet jeśli widać, że to maska. Jesteśmy też swym własnym reżyserem i wykonawcą w teatrze cieni, stanowimy także swą pierwszą, ukochaną publiczność. […]

„Ten kto zna innego – mawiał Lao-tsy – jest inteligentny”. Rzecz jasna, również przeciwne twierdzenie jest prawdziwe. I tak, w naszym poszukiwaniu wewnętrznym – wzorem niektórych aktorów, będących nosicielami życia – musimy utrwalać siebie nie domykając drzwi, pozostawać przenikliwymi poznając własne otchłanie. Musimy też, tak jak aktor, w każdej sekundzie angażować się w działanie, którego jeszcze nie ma, które zaistnieje razem z nami, dzięki nam, w działanie, w którym mogę zmieniać gesty i kwestie, działanie nieokreślone, a przecież wyuczone na pamięć (lub prawie), z wpisanymi weń zmianami i błędami. Zimna nieruchomość obserwatora, o której naukowcy mówią nam dzisiaj, że nawet w laboratorium jest utopijna, nie może odpowiadać naszym stanom wewnętrznym. Poskromić je – to tyle, co wymazać. Muszą być przeżywane i poznawane w tym samym momencie. W przeciwnym razie, gdy sztuka dobiegnie końca, będzie za późno.

Ćwiczenie sprzeczne i trudne, bardzo trudne. Gurdżijew nazywa tę drogę „drogą człowieka przebiegłego”. Stanowi ona najwyższą adaptację nie tylko do zmieniającego się świata, ale również do samego procesu przemian. Wymaga zmiany subtelnej i zdecydowanej, która jest w stanie przeniknąć następną zmianę. Niezrównaną przebiegłością oznacza się Ulisses, a także Kriszna. Jest ona nie dającą się określić zdolnością, pozwalającą w każdym poszukiwaniu, w każdej walce odszukać bezpieczny przesmyk pomiędzy dwoma murami, które zbliżają się i zacieśniają, tak że stanowią w końcu jeden mur.

Ta nieoczekiwana przebiegłość, która przychodzi z pomocą umysłowi – tęsknie rozmarzonemu, omamionemu umysłowi – skąd pochodzi? I jak ją uzyskać? A zwłaszcza, jak, znalazłszy ją, nie stracić jej? Jak nigdy nie zapomnieć tego, co o sobie wiemy w chwili, gdy to przeżywamy?

Przemożne są siły niepamięci, a zwłaszcza niepamięci siebie. Potężna jest skłonność, by być biernym niczym „kawał mięsa”. I wygodna. I tak uporczywa. Oto niewątpliwie przyczyna, dla której – by przywołać słowa Gurdżijewa – „Ludzie nie są ludźmi”, dlaczego tak łatwo pozwalają rozproszyć swą uwagę lub uśpić ją, dlaczego pamiętanie siebie jest tak despotycznie niezbędne, i musi być tak często ponawiane. Tylko za tę cenę, jak się wydaje, przebiegłość będzie mogła od czasu do czasu przebić nasz twardy pancerz. Im lepiej się kogoś zna, tym lepiej się go oszukuje.

Cała praca Gurdżijewa – co do tego panuje jednomyślność – miała być przede wszystkim praktyczna. On sam określał się chętnie jako sceptyk, materialista, i odrzucał wszelkie teorie, zarówno bytu, jak transcendencji.

Dla tych, którzy – jak ja – nie znali go, ważne jest tylko jedno pytanie: jak dzisiaj skorzystać z jego nauczania? Jak uzyskać jego pomoc? To jedyne istotne pytanie, jedyne, które by zaakceptował.

Można oczywiście odpowiedzieć: czytając jego książki, lub świadectwa ludzi z jego otoczenia. Ale to tylko znaki na papierze, tylko lektura – bierna z definicji. On sam często nas ostrzegał przed tym, co pisane, przed tym, co Maulana nazywał „mgłą słów”, które przyjemnie zasłaniają nam rzeczywistość, przez co sprzymierzają się z „organem kundabuffer”. Słowa są tylko przybliżeniem, użytecznym kodem. Trzeba zdążać wyżej, dosięgać doświadczenia.

W owym poszukiwaniu siebie, swych poziomów, swych energii, swych relacji z innymi, ze światem, cenne są pewne ćwiczenia, które mogą rzucić nowe, przenikliwe światło na nasze sekretne obszary, ćwiczenia, które pochodzą z daleka i które można powtarzać, a nawet zmieniać, które dopuszczają do głosu ciało i uczucie, oba tak często pogardzane. Owszem, ciało ma coś do powiedzenia. Wciąż o tym zapominamy. Nie jest wyłącznie narzędziem, sługą. […]

Mówi się często o wewnętrznym labiryncie. Wyrażenie to jest dość mylące, bo w prawdziwym labiryncie, jeśli pokonało się właściwą drogę, można ją oznaczyć i łatwo odnaleźć, jak czynią to wygłodzone szczury. Nasz własny labirynt może zmieniać się z dnia na dzień i trzeba w nim kilku nici, które czasami się plączą. Ta wewnętrzna siedziba przypomina nieco pałace wznoszone przez Maję, najwyższego architekta, wielkiego mistrza iluzji: pałace, którym wzrok i dotyk przyznają konsystencję i strukturę, lecz które mogą przemienić się w jednej chwili. Pałace, „w których myśli mogą przybrać kształt”, a w konsekwencji zablokować przejście, zwieść nas, oszołomić. Pałace, w miejscu których nagle mogą pojawić się moczary, nadspodziewanie rozległe i głębokie.

Nawet jeśli przy odrobinie wprawy, mimochodem, można rozpoznać ten stary matecznik, tę znajomą tapetę na ścianie, ten ciemny, zawsze zimny pokój, w którym krążą nasze dziecięce strachy i nasze pragnienia, to, co nami wstrząsnęło i co nas rozczarowało – coraz to nowe korytarze otwierają się i ciągną bez końca, nieznane lampy zapalają się i gasną. Wydaje się – można by rzec – w nieskończoność.

Toteż wszelkie poszukiwanie w tym labiryncie pozbawionym praw powinno każdego dnia, niestrudzenie zaczynać się od nowa. Bogaty czy biedny, pałac nasz nie ma ani początku, ani końca, ani stabilności, ani geometrii. Zmienia się nawet sens odwiedzin. Długa, niespieszna eksploracja. Uważna obecność, ani pochlebna, ani surowa, taka, jaką była obecność Gurdżijewa, może bez wątpienia bardzo nam pomóc. Wybierajmy starannie swą latarnię i swoich Szerpów.

Kończąc owe krótkie zapiski, mam wrażenie, że jeśli zechcę, ten Gurdżijew, którego nie znałem, będzie mi dziś towarzyszył na wiele sposobów. Widzę na przykład, jak powtarza z naciskiem i pewną sekretną ironią, że wszystko jest materią, i że materia wszędzie jest taka sama. W tych dwóch kwestiach najbardziej zaawansowana nauka przyznaje mu rację.

Widzę też, że jak Kartezjusz radzi mi przezornie wystrzegać się szarlatanów, magów, wszelkiej maści fabrykantów systemów i założycieli pseudoreligii. Lecz, idąc dalej niż Kartezjusz, powiada mi, bym wystrzegał się także, a nawet wystrzegał się przede wszystkim samego siebie i własnych myśli. Uczy mnie paru sztuczek, by mnie uchronić od miraży; umieszczam wśród nich w pierwszym rzędzie, tę polegającą na ujawnieniu potężnych pozostałości „organu kundabuffer” – pożyteczny, wspaniały wynalazek, który może całkiem zmienić spojrzenie na życie.

Lecz zasadniczo w tym świecie, gdzie „wszystko, co istnieje, ciąży ku dołowi”, dostarcza on przykładu – wymagającego, nieuchwytnego – prawdziwego sposobu życia. Bo zawsze jesteśmy skłonni – co czuję nawet teraz, pisząc ten artykuł – pogrążyć się w literackich objaśnieniach, w tak bliskiej nam, rezonerskiej, dyskursywnej formie, do której (jeśli nie do cyfr, do równań) pragnęlibyśmy pewnego dnia sprowadzić poznany w końcu świat.

Poprzez swe życie, jak też przez swą pracę, przez swą zaskakującą przenikliwość, przez swe wykręty, błądzenie, upartą odmowę konwencjonalnego nauczania (ryzykując, że wielu poczuje zawód i irytację), przez swe nieomal obsesyjne przypominanie o powrocie do siebie, przez swe kłopotliwe pytania: „Gdy pamiętasz siebie, co właściwie pamiętasz?”, przez swe nieprzewidywalne zachowanie, swój humor, przez swe paradoksy, Gurdżijew mówi nam tymczasem, pod koniec wieku, gdy wszyscy jeden przez drugiego świętują krach ideologii (ale – co ciekawe – przede wszystkim ideologii cudzych), mówi, że wszelka praca nad sobą musi być całkowita, że niczego nie osiąga się w samotności, że nie ucieka się od świata, że nic nie ma znaczenia, jeśli się tego nie przeżyje.

Bez życiodajnego tchnienia, bez przypadku dnia dzisiejszego, bez wchłonięcia przeciwieństw – praca ta jest niczym. Każdego ranka, gdy znów wkraczamy na scenę, wierząc w swe przebudzenie, niczego nie osiągnęliśmy. Wszystko można zaryzykować, wszystko zrobić raz jeszcze. Na naszej scenie najpiękniejsza zdobycz – nasza – pozostaje wciąż do zdobycia.

3 komentarzy »

  1. A jaszczur z pogardą mówi do ciebie ..ty ssaku … /dlaczego z pogardą myślę ,powinien się cieszyć ,że ma tak dorodne żarcie .Te moje strachy ,nienawiści ,zaciśnięte pięści na widok sąsiada,ciągłe myślenie o kochanych pieniążkach,zabiję jak nie dadzą mi kasy ….czytam w jego myślach : tysiące lat mizdrzysz się do mnie ,modlisz ,zabijasz,błagasz,płaczesz,na kolana padasz,stajesz się nienasycony ,dałem ci tablice – olałeś je, już się tak rozrosłeś ,że sam swoich będziesz zżerał/ ty…ssakuuuuu.Już nie muszę cię pilnować sami się nawzajem pilnujecie . ssaku .

    Komentarz - autor: Janko — 9 Październik 2010 @ 02:36

  2. Ciekawe jest takie negowanie umysłu poprzez intelektualne budowanie błyskotliwych zdań.Ech,….

    Komentarz - autor: Krzyś — 26 Wrzesień 2012 @ 09:09

  3. @Krzyś
    Negowanie wypaczonych części umysłu przy użyciu tej części, która ma wgląd – o ile ktoś sobie taką część wypracował. Pogląd, że umysł jest czymś jednolitym już dawno został odłożony do lamusa, nawet przez maistreamową naukę. Nigdy nie miałeś sprzecznych, albo przynajmniej jednocześnie kilku różnych, myśli albo uczuć na jakiś temat? Nigdy nie zdarzyło Ci się myśleć jedno, a robić zupełnie co innego? Zastanawiałeś się kiedyś, dlaczego tak się dzieje?

    albowiem nie czynię dobrego, które chcę, tylko złe, którego nie chcę, to czynię. — Rz 7:19

    Komentarz - autor: iza — 27 Wrzesień 2012 @ 13:52


RSS feed for comments on this post. TrackBack URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d bloggers like this: